Blog > Komentarze do wpisu
Szkoła cyborgów

Piątek, 5 lutego 2011

Rozmawiam ze studentami kierunku kulturoznawstwo: cywilizacje starożytne. Cel rozmowy: uzyskanie przez nich zaliczenia z jednego z przedmiotów w ramach bloku Sztuka i architektura Grecji. Kilkoro z nich usiłuję jakoś naprowadzić na to, o co pytam, więc zaczynam krążyć wokół tematu: chodzi o wydarzenie, które zapoczątkowało epokę klasyczną czyli wojny perskie.

- Z kim walczył na wschodzie Aleksander?
Milczenie.
- Jakie imperium podbiło w VI w. większość Bliskiego Wschodu i grecką Jonię?
Milczenie.
- Z kim walczyli Grecy w 490 i 480 pod Maratonem, Salaminą...
Milczenie.
- Termopilami?
Błysk w oczach.
- Ze Spartanami?
[W duchu zgrzytam zębami i próbuję z innej beczki.]
- Skoro już pani coś podpowiedziałam, to kiedy była ta epoka klasyczna?
- W III wieku.
- No nie, przecież właśnie mówimy o czasach po wojnach perskich. Kiedy żył Perykles, Fidiasz, Poliklet, Sokrates, kiedy była wojna peloponeska?
- W VI w.
- A kiedy były te wojny perskie? Przecież właśnie pani wymieniłam daty...
Milczenie. Po chwili:
- Bo historia to nie jest moja mocna strona.
No i jak mam jej wytłumaczyć, że podstawowe wiadomości z historii są konieczne, żeby zrozumieć przemiany kulturowe V w.?

Kilka lat temu

Rozmowa kwalifikacyjna na filologię obcą, zagadnienia dotyczą głównie literatury. Kandydatka losuje "Przedwiośnie" Żeromskiego (w duchu jej współczuję, ale z drugiej strony to samograj - tak mi się w każdym razie wydaje). Dziewczyna jednak, jak się okazuje, nie jest w stanie wyjść poza w kółko powtarzane "szklane domy". Wtrącam się więc i pytam ją, jakie ważne wydarzenia historyczne są pokazane już zaraz na początku powieści. Po długiej chwili pada odpowiedź:

- Odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Chodziło mi o rewolucję, ale niech ci będzie, myślę sobie, więc pytam, kiedy to było.
- W XIX wieku.
Powstrzymuję się od udławienia, ale najlepsze dopiero przede mną. Być może na widok min komisji dziewczyna robi zmieszaną minę i dodaje:
- To znaczy w 1939 roku.
Komisja zaczyna nerwowo naprowadzać nieszczęsną na lepszy trop, podpowiadając coś o I wojnie światowej, o tej nieszczęsnej rewolucji w "Przedwiośniu"... nagle kandydatka wali pięścią w stół, krzycząc:
- Przecież to jest egzamin z polskiego a nie z historii!!!

Liceum

Zróbmy teraz na chwilę skok w nieco dalszą przeszłość. Sala historyczna w renomowanym krakowskim liceum. Na wieszaku wisi mapa. Przez cztery lata przed mapą stają kolejni delikwenci z mojej klasy, żeby w tempie ekspresowym pokazywać na mapie:

- Maraton! Data!
- Grunwald! Data!
- Chocim! Data!
- Austerlitz! Data!
- Verdun! Data!
- Stalingrad! Data!

Na myśl o tym, że zbliża się moja kolej, żeby stanąć pod mapą, czuję zimne dreszcze. Gdzie to wszystko jest, to jeszcze mały problem, jestem wzrokowcem, więc mniej więcej pamiętam, gdzie mam wskazać, żeby było dobrze, ale te daty... Sterroryzowana przez sposób uczenia historii w liceum nie próbowałam nawet zdawać na archeologię, przekonana, że nie mam żadnych szans na egzaminie z tego przedmiotu. O maturze czy olimpiadzie z historii w ogóle nie myślałam, bo nie miałam bladego pojęcia, jak zabrać się za wypracowanie, skoro w głowie dzwoniły mi wyłącznie nijak z sobą niepowiązane daty.

Studia 1.

Na myśl o przedmiocie "historia Polski" czułam paniczny lęk. A tu wchodzi dr Z. na wykład i zaczyna:

- Wczesny rozwój i specyficzne pojmowanie demokracji w Polsce, w tym kwestia np. liberum veto, nie wzięło się, proszę państwa, z powietrza. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały zgromadzenia plemienne za czasów Piastów, zastanówmy się, jaki to miało wpływ na kształtowanie się parlamentaryzmu...

Pół roku później egzamin zdaję na pięć, bo pytania są problemowe.

Studia 2

Nie czuję już zimnych potów na myśl o przedmiocie "historia starożytna", ba - nawet cieszy mnie ta perspektywa.

- Grecy wygrywali nie dlatego, że mieli przewagę (nie mieli) albo byli lepiej wyszkoleni (nie byli). Im pomagała ich wewnętrzna anarchia i skłócenie między poleis: Ateńczycy nie znosili Beotów, więc na ich morale nijak nie wpływało, że walczący obok oddział czy statek uległ zniszczeniu. Zarechotali pod nosem z nieszczęścia i walczyli dalej - komentuje pewne szczegóły tego, co wiemy o wojnach perskich dr S. Daty zapamiętują się same, bo widzę związki przyczynowe pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami i zjawiskami.

Pół roku później zdaję egzamin na pięć.

Studia 2 bis

Historia średniowiecza bawi mnie zdecydowanie mniej, poza tym specjalizuję się w czym innym, robię dwa lata w jednym roku, mam mało czasu na cokolwiek. Mimo to wykłady opuszczam rzadko, bo bardzo podoba mi się, jak prof. O. analizuje źródła. Dzięki tym źródłom, a konkretnie Kronice Nestora, wybronię się później na egzaminie na solidne cztery.

Szkoła podstawowa

Druga wycieczka w przeszłość. W klasie 5-6 kocham nauczycielkę historii, pamiętam jak z zapałem odpowiadam na przekrojowe pytanie o rozwój stosunków polsko-krzyżackich. Potem niestety pani M. idzie na urlop macierzyński, a moją klasę przejmuje młody, zapalony, ale rozpaczliwie nieumiejący uczyć pan, którego nazwiska nie pamiętam. W ósmej klasie usiłuję jeszcze startować w olimpiadzie, ale braki z powodu rocznego wyjazdu zagranicznego dają o sobie znać i przepadam z kretesem. A potem jest już liceum i kucie na pamięć dat. Mój zapał do historii zostaje zanihilowany, a raczej zamrożony na około sześć lat.

Wnioski

Nie ma przedmiotów nudnych, są tylko źle uczone.

Co jakiś czas słyszy się utyskiwanie ze strony przedstawicieli nauk ścisłych/przyrodniczych, że humaniści chwalą się nieznajomością matematyki. Podobnie historycy uwielbiają narzekać, że młodzież nie chce się uczyć historii. Może jedni i drudzy powinni przyjrzeć się nauczycielom w szkołach - swoim wychowankom! - czy przypadkiem to nie oni zniechęcają?

Nauczanie musi być zintegrowane.

Przez rok nauki w bardzo takiej sobie szkole w kraju tzw. trzeciego świata miałam przedmioty o nazwach, które można by po polsku określić jako "nauki przyrodnicze" (biologia, chemia, fizyka) i "nauki społeczne" (historia, geografia, wiedza o społeczeństwie). O anatomii człowieka nauczyłam się tam na pewno więcej niż w polskiej szkole, podobnie jak o tym, jak działają wulkany. Ta szkoła nauczyła mnie też wreszcie ułamków, które w Polsce były dla mnie jakimś koszmarem.

Polska szkoła nie kładzie nacisku na związki pomiędzy zakresem poszczególnych przedmiotów. Nie będę się szerzej wypowiadać na temat tego, jak można by połączyć biologię z fizyką (choć wiem z rodzinnego kontekstu, że łączy się i to bardzo ciekawie), ale mogę spokojnie powiedzieć, że traktowanie polskiego, historii i np. historii sztuki jako odrębnych dziedzin, które trzeba osobno wykuć i zdać, jest straszliwym błędem i czyni nieodwracalne spustoszenie w umysłach uczniów, którzy nie uczą się syntez, ale wyłącznie drobiazgowych analiz, a nierzadko nie są w stanie udzielić odpowiedzi (którą mają zapisaną w bitach pamięci swojego mózgu), jeśli pytanie pada choćby nieco obok wyuczonej ścieżki.

Oto przykład.

5 lutego 2011

Pokazuję delikwentowi plan pałacu w Aigai, stolicy starożytnej Macedonii. Kilkakrotnie na wykładzie powtarzałam, że jednym z najciekawszych obiektów na terenie tego pałacu jest okrągłe pomieszczenie o charakterze kultowym, zwane tolosem, ponieważ powtarza strukturę tego typu świątyni. Pytam, co to jest.

Milczenie.

Otwieram prezentację z zestawieniem planów typów świątyń, zeskanowanym z podręcznika i pokazuję delikwentowi odpowiedni obrazek.

- Tolos - odpowiada bez wahania.

Problem w tym, że na planie pałacu sama struktura tolosu wyglądała identycznie jak na zestawieniu, ale była w innym kontekście, co najwyraźniej nie wystarczyło do uruchomienia odpowiedniego oprogramowania. Zrobiłam później test kontrolny - pokazałam na planie całej starożytnej Olimpii dwie świątynie, też narysowane jak w podręczniku - problem z określeniem, jaki to typ budynku pojawił się jak na zawołanie...

Wnioski raz jeszcze

Obecna szkoła nie uczy, ale programuje

Przekonałam się o tym już jakoś trzy lata temu, kiedy raz w życiu zgodziłam się na dawanie korepetycji z polskiego. Musiałam dość szybko zrezygnować, ponieważ okazało się, że nie znając szczegółowych wytycznych nie jestem w stanie przygotować uczennicy do odpowiedzi na ocenę pozytywną; o napisaniu ocenionego pozytywnie wypracowania to już w ogóle nie wspomnę. Dlaczego? Bo nie potrafiłam się wstrzelić w konkretne cytaty, jakie obowiązkowo trzeba było wykorzystać, bo podsuwałam jej kilka możliwych interpretacji tekstu, bo opowiadałam jej o kontekście, a nie rozbierałam powieści czy wiersza na czynniki pierwsze, żeby je ponumerować i wykorzystać w kolejnych akapitach wzorcowego wypracowania.

W piątek 5 lutego widziałam już efekty końcowe tego programowania. Jeśli komputerowi podać komendę, która choćby jednym bitem różni się od tej, na którą jest przygotowany, to nie odpowie. Taka jego komputerza natura. Ale dlaczego absolwent polskiej szkoły ma się zachowywać jak cyborg z filmu science fiction?

PS. Wyjątkowo zdjęcie nie z mojej osobistej fototeki, ale "wypożyczone" z najnowszej odsłony serialu "Doctor Who", copyright BBC 1.

PS 2, dodany 24 lutego. Na portalu racjonalista.pl, który podlinkował ten tekst (bardzo mi miło), pojawił się artykuł zatytułowany "Nowożytny miecz demoklesa?" No i jak ja mam się nie załamać?

sobota, 05 lutego 2011, drakaina

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/02/05 13:44:01
Brawo!

Też mam takie przebłyski ze szkoły.
Pamiętam, że tata-inżynier potrafił mi lepiej wyjaśnić II wojnę światową, niż pani w szkole. Bo podawał związki przyczynowo-skutkowe, a nie garść luźnych zdarzeń z datami.
-
2011/02/05 16:49:13
Jeśli idzie o historię, to w podstawówce ją po prostu kochałam, podobnie jak genialną wręcz nauczycielkę, czytałam mnóstwo i powieści i historycznych i opracowań popularnonaukowych. A potem w renomowanym liceum w moim mieście, spałam przez 4 lata, bo prowadzenie lekcji historii polegało na dyktowaniu notatek z pożółkłego zeszytu, a potem odpytywanie z tych notatek. Nie należało poza te notatki wykraczać, bo groziło to niższą oceną. Jakoś udało mi się pod koniec liceum "wyciągnąć" na czwórkę.

Jeśli idzie o szkołę, to podpisuję się pod Twoim wnioskami wszystkimi kończynami. Nowa Matura sieje spustoszenia, uczniowie uczą się "wstrzelać się" w klucz odpowiedzi. Promowana jest przeciętność. Znajoma ubiegłoroczna maturzystka, osoba o imponującej wiedzy humanistycznej, postanowiła zostać laureatką olimpiady przedmiotowej (startowała w kilku, udało się jej z polskiego), bo wiedziała, że matury z polskiego nie napisze na wystarczającą ilość punktów, by dostać się na wymarzony kierunek. Olimpiada dała jej indeks na ten kierunek na UW.

Mnie samą poraża, co się dzieje na prowadzonych przeze mnie zajęciach z literatury angielskiej, gdy próbujemy rozmawiać o poezji. Proszę o luźne skojarzenia. Cisza. W końcu nieśmiały głos: "Może chodzi o miłość do Boga"?. Bez względu na to, o czym jest wiersz, "miłość do Boga" to jakieś słowo-klucz... Ech, długo o tym mogłabym pisać. Przykładów podobnych do Twoich mam na pęczki.
-
2011/02/05 17:30:01
Z diagnozą się zgadzam. Zawsze mnie zadziwia, że polski, historia i geografia, tudzież plastyka i muzyka (nie wiem jak się to teraz nazywa) żyły i żyją swoim szkolnym życiem, nieniepokojone jedne przez drugie. Jakby świat był pokawałkowany. Zresztą uczymy się historii Polski w oderwaniu od historii świata. W mojej szkole, I wojna kończyła się dwa razy: raz - Piłsudskim, po tygodniu, drugi raz - wagonem w lasku pod Wersalem.

W liceum miałem przedmiot muzyka. Omawialiśmy polifonię, chorał, budowę sonaty i dodekafonię. W całym rocznym przedmiocie brakowało tylko tego, żeby ktoś nam puścił jakiś dźwięk. Potrafiliśmy rozróżniać pojęcia, ale nie mieliśmy pojęcia co oznaczają w rzeczywistej muzyce.

Pozostaje jednak pytanie, co zrobić, żeby szkołę zmienić. Odpowiedź: ułożyć inne programy, zmienić rozporządzenia jest jednak błędna. Niestety wszystko zależy od ludzi: najpierw trzeba zastanowić się nad przygotowaniem nauczycieli, ale to pewnie jakieś 10-15 lat pracy.
-
2011/02/05 22:47:39
Hoho, jesteśmy we dwie na stronie głównej gazeta.pl! :-)
-
2011/02/06 00:23:20
Hej! Fajne spostrzeżenia!

Myślenie interdyscyplinarne to jest właśnie klucz do sukcesu. A w tym bardzo pomaga matematyka, do której akurat, tak jak to powiedziałaś, często zniechęca się złymi metodami nauczania.

Autor blogu (zdecydowanie interdyscyplinarnego) ddpppp.blogspot.com/ jest z wykształcenia inżynierem telekomunikacji, a chętnie sięga po zupełnie inne dziedziny wiedzy. Jest to zresztą bardzo przydatne do rozwiązywania problemów w telekomunikacji. I na odwrót. Telekomunikacja też inspiruje.

-
2011/02/06 00:46:00
Przyszły mi do głowy jeszcze dwie refleksje:

1. Sszkoła nie rozwija inteligencji, która - jeśli ją sprowadzić do najbardziej podstawowych cech - polega przecież ponoć przede wszystkim na umiejętności dostosowywania się do nowych sytuacji...

2. Szkoła nie uczy krytycyzmu. Moja wspaniała nauczycielka z podstawówki miała odwagę powiedzieć nam, że furda Matejko i legenda - Hołd Pruski okazał się pustym gestem i zaprzepaszczoną szansą, podobnie jak Grunwald. I że nie ma co chwalić się zwycięstwem militarnym, którego nie umie się następnie wykorzystać. I ja te jej lekcje pamiętam do dziś, bo obalały pewne mity, którymi przesiąknięte są już nawet dzieci - nawet jeśli w domu nie panuje narodowo-ojczyźniana atmosfera. To się sączy z mediów, takiej czy innej propagandy, podręczników itd. A dziś, mam wrażenie (@grendella - Twoja wypowiedź to potwierdza), utrwala się tylko te stereotypy, bo one są łatwo ocenialne w teście.

Punkt 1 i 2 można podsumować jeszcze jednym wnioskiem: szkoła nie uczy ciekawości świata i zadawania pytań.

@kozmo1 - zastanawiam się, co by było, gdyby reformę szkolnictwa zacząć od podniesienia płac i prestiżu zawodu. Lepsi absolwenci może woleliby wtedy iść do szkoły niż do ogłupiającej korporacji. Gdyby płacą i prestiżem zachęcić ludzi z doktoratami do uczenia w liceach - tak przecież jest w dużej mierze np. we Francji. Ale u nas panuje naiwne przekonanie, że lekarz i nauczyciel to zawody z powołania (co do księży chyba coraz mniej ludzi ma co do tego złudzenia...), więc można je wykonywać za grosze. A na to, żeby przygotować ciekawą lekcję, trzeba mieć oprócz zapału czas, a żeby mieć czas, nie można zapieprzać na kilku etatach - lub godzinach zleconych/w szarej strefie w wymiarze trzech etatów.
-
2011/02/06 04:45:42
@Drakaina. Samo to nie wystarczy. W Niemczech nauczyciele zarabiaja naprawde bardzo dobrze, ale poziom szkol zalezy od landu, co ladnie pokazuje, jaka role odgrywaja decyzje wierchuszki. My sie w polskiej szkole matematyki uczylismy na bawarskich podrecznikach i bylismy w stosunku do nich spoznieni o rok do dwoch lat. Ale kolezanka po szkole w Kolonii z matematyki, fizyki itp byla opozniona o dobry rok w stosunku do nas.
Po drugie nie bedzie kojarzenia faktow bez kladzenia na to nacisku. Ja ostatnio musialam sie powstrzymywac od bardzo zjadliwych komentarzy po referacie studenta, ktory wysnul piekna teorie o podziale na swiat zewnetrzny/wewnetrzny - meski/kobiecy, coby wytlumaczyc czemu to akurat mezczyzni zajmowali sie orka czy kosba.

Ale jak wprowadzic myslenie do szkol - nie mam pojecia. Wiem, ze mozna cos takiego w szkole robic, moje liceum zywym na to przykladem.

"Punkt 1 i 2 można podsumować jeszcze jednym wnioskiem: szkoła nie uczy ciekawości świata i zadawania pytań."
Uczen zadajacy pytania to zuuuuo, bo przeciez moze sie okazac, ze nauczyciel nie zna odpowiedzi. Moja klasa licealna byla tak rozbestwiona w tym zakresie, ze zastepcza nauczycielka zrezygnowala z pracy juz po miesiacu. Bo myslelismy i zadawalismy pytania i pani sobie z tym nie mogla poradzic.
W zasadzie jak sie obserwuje zycie to mozna dojsc do wniosku, ze dziecko zadajace pytania czy probujace samodzielnie myslec to tez zuuuuoooo.
-
2011/02/06 11:11:15
@turzyca - oczywiście, że samo nie wystarczy :) Ale zastanawiałam się tylko, czy sytuacja nie wyglądałaby nieco inaczej (zdecydowanie inaczej?), gdyby sporo już lat temu postawiono na poprawienie bytu "budżetówki", zamiast olewać ten problem z rządu na rząd, niezależnie od koloru i strony, po której jest serce. Gdyby rozwiązać ten problem u początku reform - może wtedy poza wszystkim wychodziłyby one od nauczycieli, a nie od coraz głupszych ministrów i urzędników.

A co do pytań - [utopia] nauczenie młodych ludzi, że umiejętność inteligentnego przyznania się do błędu lub niewiedzy jest dobra, byłoby bezcenne. Gdyby nauczyciel, który czegoś nie wie, był wytrenowany (nauczycieli nie przygotowuje się psychologicznie do zawodu, ucząc ich wyłącznie teoryjek o rozwoju dziecka) do odpowiedzi: "w tym momencie nie znam odpowiedzi na twoje pytanie, ale chętnie jej poszukam i porozmawiamy o tym na następnej lekcji/za tydzień" (musi być konkretny termin!). Dziś może nawet w wielu przypadkach odpowiedzieć "zajrzymy oboje do internetu, poszukamy odpowiedzi i podyskutujemy o tym, co znaleźliśmy, na następnej lekcji." W ten sposób poza wszystkim można by uczyć krytycznego podejścia do wiedzy znajdowanej w internecie... [/utopia]
-
2011/02/06 12:01:50
@ obalanie mitów

W liceum polonistka uczyła nas, że Sienkiewicz to "pierwszorzędny pisarz drugorzędny", a Trylogia to odpowiednik późniejszego westernu.

Ze zdziwieniem dowiedziałam się później od znajomych, że w ich szkołach Sienkiewicza i Trylogię traktowano z nabożeństwem. 8-|
To może ludzi zniechęcić do literatury polskiej...
-
2011/02/06 16:04:31
@Drakaina. Nie bede bronic szkol przed lepszym finansowaniem, ale jednak uwazam, ze przyczyny aktualnego stanu rzeczy leza raczej w konstrukcji programu i relacji nauczyciel-uczen. To sie da zmienic bez zwiekszenia nakladow finansowych. Chodzilam do zwyklego panstwowego liceum tyle ze z programem autorskim. I ten program to byl przemyslany system budzenia nas do myslenia. W liceum polubilam biologie - bo nagle okazalo sie, ze to wszystko jest logiczne i wyplywa jedno z drugiego. A i pytania na klasowkach byly raczej "dlaczego" lub "porownaj" niz "wymien" czy "opisz". To samo z historia, ktora dla wiekszosci jest samymi nudami, czy polskim.
Efekty tego bylo widac na studiach, gdy ludzie slyszac moja relacje z egzaminu zbierali szczeki z podlogi "jak to powiedzialas, ze nie wiesz?" "Bo nie wiedzialam. Ale powiedzialam tez, ze wymysle i wymyslilam." A oni nie byli w stanie pojac, ze myslenie jest bardziej premiowane niz wiedza i skad moje bdb.

Tyle ze zeby miec takie efekty trzeba sie zastanowic "po co my wlasciwie uczniow uczymy tego, czego ich uczymy". Moje liceum stawialo na ksztalcenie samodzielnego, a wiec myslacego obywatela. I dlatego mielismy oprocz zwyklych zajec takze cos na ksztalt wosu ekstra, na ktorym uczylismy sie, jak korespondowac z urzedami czy jak wyglada zatrzymanie przez policje i co moze policja a co my. Do tego koniecznosc zorganizowania w ramach "przedsiebiorczosci" dwoch akcji - ktos zalatwil automat telefoniczny, ktos inny automat z cola, trzeci zorganizowal przedstawienie dla dzieci z domow dziecka - i brak problemow przy np. usprawiedliwieniu nieobecnosci zaangazowanego politycznie kolegi, ktory w ramach geremkowskiej akcji aktywowania mlodych pojechał do Nicei. Na to naprawde trzeba nie tyle kasy ile checi okreslonego ksztaltowania ludzi.
Mi moja szkola w efekcie dala swiadomosc dwoch rzeczy - po pierwsze, ze warto probowac cos zmienic, bo sie moze udac. Po drugie jak sie do tego zabrac. Ile osob wynosi ze szkoly taki posag?
-
2011/02/06 16:51:44
@Turzyca - bez nakładów finansowych oczywiści esię da, ale będą to pojedyncze przypadki nowoczesnych Siłaczek jak Twoi nauczyciele od autorskiego programu. Na to żeby zmiany były systemowe musi się zmienić finansowanie, bo po prostu za mało jest ideowców. Inna sprawa, że gdyby wprowadzić lepsze finansowanie to trzeba by zrobić jakąś merytoryczną weryfikację, kto się nadaje do zawodu i zrobić nowy nabór albo coś, bo część nauczycieli nie zreformuje się, choćby zarabiali kokosy.
-
2011/02/08 16:09:19
Myślenia krytycznego nie można (obawiam się) nikogo nauczyć. Można natomiast kultywować atmosferę w której jest ono wartością. Można nagradzać brak zgody na mentalny konformizm, można nadać inetelektualnej ciekawości odpowiednią rangę.

To (znów chyba) są cechy "dobrej" szkoły, dobrego nauczania. Bo uczyć to się każdy musi sam. Ta brutalna prawda dociera jednak (w odpowiednim czasie) tylko do nielicznch.
-
2011/02/08 16:53:41
Nauczyć - pewnie nie, ale rozwinąć zalążek tej zdolności, zachęcić - owszem.
-
2011/02/10 20:05:52
Bardzo celne, ale mam pytanie - tych na kulturoznawstwie ktos juz Chyba uczyl, nie tylko szkola.... A jakos nie pomoglo. No Chyba ze szkola rozciaga sie na uniwerek a perly, w typie wspomnianych wykladowcow Od wiecow plemiennych, sa rzadsze niz perly prawdziwe. I niestety moje doswiadczenia ze studiow byly wlasnie takie.... Szkolne.
-
pfg
2011/02/10 21:21:23
Problemów ze szkołą jest wiele. Jednak najważniejszym, kulturowym, jest to, że jeszcze kilkadziesiąt late temu było jasne, że wiedza, wykształcenie daje i możliwość awansu społecznego, materialnego, i poczucie opanowywania świata, czynienia sobie Ziemi poddaną, i przynależności do elity. Dzisiaj - nic z tego. Sukces odnoszą sportowcy, piosenkarze, celebryci, którzy do trzech nie umieją zliczyć (niekiedy dosłownie), a o historii, literaturze nie wiedzą nic. Oni są role models, wobec czego uczenie się jest rzeczą wstydliwą.

Wszystkie inne problemy są wtórne wobec powyższego.

Tylko jednak opowiastka anegdotyczna: Zdolna dziewczyna w klasie maturalnej w krakowskim liceum, chce otrzymać jak najlepsze oceny, żeby się dostać na medycynę. Bierze korepetycje. W pewnej chwili ze zdumieniem pyta się swojej korepetytorki z chemii: "To ten tlen, o którym uczymy się na biologii, to jest ten sam tlen, o którym uczymy się na chemii?"
-
2011/02/11 01:07:18
@szaraiwka - tak, uczył, każdy swojego przedmiotu, zawsze w wielkiej grupie. Bo na studiach takich, jakie mamy w Polsce, nie ma możliwości zająć się studentem indywidualnie (wyjątkiem są ci najlepsi, którzy sami podejdą i o coś spytają): za duże grupy, za mało wykładowców, za duże obciążenie programem, za dużo wykładów, za mało ćwiczeń. A poza tym w pewnym momencie zaczynamy dawać zaliczenie za sam fakt, że po raz drugi czy trzeci delikwent przyszedł z wiedzą, która coś tam wzrosła od poprzedniego spotkania. Co z tego, że nadal nie kojarzy ważnych faktów, skoro w końcu w ogóle coś z siebie wydusił...

Problemem jest po części to, że nikt (poza rekrutacją na studia wyższego stopnia) nie zwraca uwagi na takie rzeczy jak średnia czy ocena na dyplomie. A powinno być oczywiste, że jak ktoś ma 3, to po prostu przeszedł przez te studia, ale wiele nie umie i uczyć się też nie umie...

@pfg - zgadzam się całkowicie. Dlatego między innymi wkurza mnie to, że jak pani Środa napisała felieton, w którym posłużyła się przykładem pana Kubicy, żeby napisać o kondycji kadr uniwersyteckich, to jedyna dyskusja, jaka wokół tego felietonu się toczy, skupia się na pomyłce, jaką Środa popełniła opisując przypadek Kubicy, a nie na tym, o czym ona naprawdę pisze. Bo to drugie nikogo nie obchodzi...
-
2011/02/11 09:42:43
@ Środa, Kubica
No bo w tym przypadku pani prof. Środa trochę "strzeliła w stopę" własnemu tematowi, bo cały punkt wyjścia jej tezy jest rażąco błędny - i w tym momencie oczywiście, że debata się na tym błędzie i jego obśmiewaniu skończy, bo był on na tyle rażący i bezsensowny (nie poszukała, nie sprawdziła - jakby nam tak zrobił student, tzn. wymyslił sobie tezę z głowy i na niej oparł argumenty, to marny byłby jego los, u mnie przynajmniej...), że każdy ma okazję się pośmiać. A szkoda, bo temat jako taki absolutnie wart dyskusji i podkreślania.

@ szkoła
jak dla mnie, ta historyjka z komentarza pfg o tlenie podsumowuje dużą część problemu: brak umiejętności kojarzenia faktów, brak - powiedzomy sobie trochę na wyrost - erudycji. Przy czym nie ma co się obrażąć na fakty - nikt nam bezsensownych gimnazjów nie zlikwiduje, niestety. Chyba jedyne, co można robić, to starać się znaleźć nowe/skuteczne sposoby budowania czegoś na takich podstawach, jakie nasi studenci dostają. Od razu zaznaczam, że mówię jako humanistka, nie mam pojęcia ani kompetenmcji, by sobie wyobrażać, jak sobie z tym radzą ścisłowcy. I mówię wam: mogę cytować "Twilight" i skakanie ze skały, by zapomnieć o ukochanym, jeżeli moi uczniowie (do zeszłego roku uczyłam m. in. w LO) zapamiętają mi przez to Safonę i jej skok ze skały, mogę oglądać ze studentami "Troję" - jeżeli przez to trochę mi się uda ich przestawić na myślenie w szerszych kategoriach przeprogramować; uważam skądinąd, że diagnoza Drakainy (programowanie, a nie uczenie) to jest też bardzo trafny opis stanu rzeczy. Niestety.
Bo tak po prawdzie - wiedza jest ważna i ja się cieszę, że wiem to wszystko, co wiem (i żałuję, że nie wiem więcej), ale tak naprawdę, jeżeli uda mi się u osoby, którą uczę, wyrobić _tylko i wyłącznie_ umiejętność zdobywania i przyswajania nowej wiedzy, to nawet jeżeli w samej wiedzy będzie jeszcze mieć luki - ja będę zadowolona.

Przepraszam za chaos w powyższym, przez cały dzień wczoraj poprawiałam egzaminy :)
-
2011/02/11 10:51:23
@ Środa, Kubica - mam wrażenie, że w tym czepianiu się błędu (zabawne, bo ja go nawet nie zauważyłam, dopóki nie przeczytałam wypowiedzi na pewnym blogu; ta kwestia jest mi najwyraźniej dość obojętna, w przeciwieństwie do prawdziwego tematu felietonu...) jest też taka typowo polska małostkowość, która każe się skupić na tym, co można skrytykować, wyśmiać, poniżyć. Poczuć się przez chwilę lepszym.

A przecież wystarczyłoby, żeby dziennikarz sportowy, zamiast na swoim blogu pisać jadowity komentarz pod hasłem "co za głupia baba", napisał: Szanowna Pani, z przykrością musze Pani zwrócić uwagę/wytknąć błąd..., opublikował to na łamach, w dodatku w dobie mediów elektronicznych ona swój felieton mogłaby poprawić - bo jego da się napisać pomijając ten nieszczęsny błąd. Ale nie, wszyscy wolą wylewać pomyje, a właściwy temat - jak zwykle - idzie w odstawkę.
-
2011/02/11 11:22:58
@ A przecież wystarczyłoby etc.

Ale pewnie, ja się z tobą tu zgadzam, to by było znacznie elegantsze i sensowniejsze rozwiązanie. No tyle że ja nie chciałam powiedzieć "dobrze jej tak", tylko "nie dziwi mnie taka reakcja, ludzie są ludźmi".
Poza tym, co do meritum, zgoda.
-
2011/02/11 11:24:22
Co do społecznego postrzegania wyższości głupich celebrytów nad pracowitymi fachowcami.

Nie jestem wcale taka pewna. Postawiłabym nawet tezę przeciwną. Poczytajcie sobie fora na gazeta.pl poświęcone wychowaniu. Obecnie jest straszliwy, niepojęty w naszych czasach szkolnych kult pracy i zakuwania.

Za naszych czasów panował (demoralizujący) kult tzw. "zdolnych". Bardziej poważany był zdolny ale leniwy, który nie miał w sumie sukcesów, niż mniej zdolny, ale pracowity (nazywało się to, że kujon). Mówię o tym, bo sama byłam z tych "zdolnych" i widzę z perspektywy, jak demoralizująco to działało na mnie i mnie podobnych. Jeden mój kolega, autentyczny geniusz, z tego powodu zawalił studia fizyki, bo przyzwyczaił się, żeby wszystko wiedzieć "z głowy", a nie szukać po literaturze. Ja na szczęście na studiach w końcu załapałam, że trzeba też pracować. On niestety nie zdążył tego załapać.

Teraz natomiast w szkołach panuje kult pracy. Zrobiło się z tego już przegięcie w drugą stronę. Rodzice nie dają dzieciom chwili wytchnienia. Jest powszechny awans społeczny, wszyscy pchają się na studia, i rodzice chcą dzieciom zapewnić to, czego sami nie mieli. Najczęściej więc naiwnie sobie wyobrażają, że wystarczy dużo kuć i mieć dobry papier z egzaminu gimnazjalnego oraz matury. Nie wiem, czy w tych warunkach ostało się w ogóle pojęcie "kujon".

Natomiast problem zrobił się jakby odwrotny: Teraz ludzie nie mają kłopotu ze zrozumieniem, że trzeba pracować. Tylko z tym, że można się ciężko napracować, a będzie z tego kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Czyli że sama ciężkość pracy nie świadczy o sukcesie. I oto szkoła robi coś najgłupszego możliwego - dostarcza ludziom do zakucia wiedzę w formie bezsensownej i niestrawnej, nieużytecznej. Ludzie kują, kują, a potem widzą, że sukcesu życiowego nie ma. Co bystrzejsi stwierdzają - no to było trzeba nie zakuwać, tylko zostać Dodą. W pewnym sensie mają rację. Jeszcze bystrzejsi widzą, że w sumie nie chodzi o kucie, tylko o zdobycie odpowiedniej liczby punktów na durnym teście. I tez mają rację.

Więc o co chodzi? To są ludzie myślący praktycznie. Oni na was pewnie patrzą jak na idealistyczne niedobitki inteligencji, archaicznej klasy społecznej, która charakteryzuje się tym, że widzi świat podług swoich idealistycznych wyobrażeń, a nie taki, jakim jest.
-
2011/02/11 12:29:04
"Bardziej poważany był zdolny ale leniwy, który nie miał w sumie sukcesów" - byłam zdolna, leniwa (?? czy lenistwem jest czytanie książek spoza programu, zainteresowania wykraczające poza szkolne zajęcia??) i miałam mnóstwo sukcesów, a także nieustające problemy z systemem szkolnym (np. poprawne zachowanie w liceum, a i w podstawówce niekoniecznie wzorowe, choć zasadniczo zazwyczaj same piątki to gwarantowały), więc ten podział, który proponujesz nie jest do końca prawdziwy. Na dodatek panie nauczycielki uwielbiały mi wytykać, że taka czy inna to porządnie zeszyt prowadzi, jest rzetelna i pracowita - więc z tym poważaniem to różnie bywało ;) No i miałam mnóstwo dodatkowych zajęć popołudniami, zupełnie jak dziś: języki, rysunki, szkoła muzyczna... Podobnie (z niechlubnym wyjątkiem szkoły muzycznej) miała większość moich kolegów i koleżanek z podstawówki. Mam wrażenie, że tu zmieniło się co najwyżej podejście: dla moich rodziców to było spontaniczne - dziecko się czymś interesuje, to trzeba to rozwijać po prostu dla samego rozwoju (a jak z czegoś rezygnowałam, to też nie było rabanu), podczas gdy teraz jest to często przeliczane na projektowany wymierny sukces w życiu. No i jeszcze jedno: ja na sporo tych zajęć chodziłam za darmo, a teraz wszystko jest płatne, więc rodzi się (fałszywe) poczucie, że jest to inwestycja, która ma się finansowo zwrócić. Co oczywiście nic nie daje, bo jak dziecko się nie interesuje, to z tych wszystkich dodatkowych kursów niewiele będzie. (Nawiasem mówiąc, to merkantylne podejście może być kluczowe dla fatalnych efektów, jakie obserwujemy.)

Nie wiem też, czy to jest "kult pracy" w dzisiejszych szkołach - raczej właśnie kucia. Praca może być twórcza, bezmyślne kucie na pamięć - nie. A potem na dodatek obiecywane sukcesy nie przychodzą i rozczarowany kujon, którego już nie nazywa się kujonem, bo wszyscy _muszą_ być kujonami, żeby w ogóle szkołę skończyć, dochodzi do wniosku, że lepiej było rzucić szkołę i zostać Dodą.

PS. Zgadzam się z tą kwestią szukania po literaturze vs wiedzy z głowy. Bardzo to frustrujące zaczyna być na pewnym etapie ;) Ale z drugiej strony bez tej wiedzy "z głowy" (jakkolwiek ona by się w tej głowie pojawiła, bo zazwyczaj jednak nie ex nihilo) nie ma twórczego myślenia.

Przypomina mi się epizod z jednego egzaminu, który sama zdawałam (to tak trochę @szaraiwka). Zapytana o coś, co było na zajęciach, na których mnie nie było i co więcej, umknęło mi, że taki temat w ogóle istniał, powiedziałam, że nie mam do tego notatek, ale widziałam sporo takich rzeczy w muzeach i nieco się interesowałam tematem, więc postaram się jakoś wybrnąć. Egzaminator fuknął, że "wiedza ma być z wykładów, a nie takie własne przemyślenia". Uważam, że w konkretnej sytuacji nie miał racji: na pozostałe pytania znałam odpowiedzi, z jednego, na które nie znałam, chciałam wybrnąć wiedzą "z głowy" - ja to nagradzam.
-
2011/02/11 12:44:11
U mnie w szkole (lata 70/80 z przewagą tych drugich, miasto pod względem wielkości w wyższej strefie stanów średnich, uczniem byłem umiarkowanie zdolnym, na tyle żeby mieć święty spokój i bez fajerwerków dostać się na przyzwoite studia) zdecydowanie panował kult kujona. Kujon był doceniany, nagradzany, pokazywany jako wzór. Brak sukcesów ze strony zdolnych i leniwych (nie żeby były ich tłumy) powodowany był głównie tym, że nauczyciele ich nie znosili i nie inwestowali w nich swojego zainteresowania i belferskiego wysiłku - oni wszystko zaliczali, a byli dla nauczycieli utrapieniem, więc ich ignorowali. Na olimpiady wysyłali kujonów, zdolni musieli się o to sami prosić - choć w skali krajowej to raczej oni miewali jakieś sukcesy. Może to doświadczenie półprowincjonalnego liceum, ale to chyba była i jest bardziej uśredniona Polska niż wielkie miasto i całkowicie zapyziała wieś.
-
2011/02/11 13:10:54
Doczytałem sobie jeszcze Drakainę o zajęciach pozaszkolnych, bo jakoś tak się na to wtedy mówiło. Można tylko pozazdrościć oferty w Krakowie, jak rozumiem. U nas w mieście w latach '80 był głównie jeden czy drugi dzielnicowy dom kultury z majsterkowaniem, jakąś plastyką od wypadku do przypadku, ping-pongiem i raz za czas dżudo, a potem klub wideo. I jeszcze z uważanym przez nas powszechnie za obciach ogniskiem muzycznym, bo była tam głównie rytmika i flet prosty. Najfajniej było jak facet od zpt zrobił tam kółko elektroniczne, pewnie dlatego sporo osób poszło na studia inżynierskie. Niewiele tego było, ale i tak ci co chodzili, to chodzili na te zajęcia z własnej nieprzymuszonej woli - tu Drakaina ma rację, to było spontaniczne. Potem zrobili płatne kursy angielskiego - jak powiedziałem rodzicom, że chcę się zapisać to dali kasę, ale chyba bez poczucia, że to się musi zwrócić. Jak na to patrzę z perspektywy współczesnego dużego miasta to straszna to wszystko mizeria była, no i co gorsza mam wrażenie, że na większej i mniejszej prowincji niewiele się pozmieniało: w domach kultury podobne mało ciekawe zajęcia, kursy językowe na podobnym poziomie. W takich miejscach trudno jest o "niedawanie dzieciom wytchnienia", bo nie ma czym.
-
pfg
2011/02/11 21:48:35
@anuszka -

Teraz natomiast w szkołach panuje kult pracy.

Szkoda, że moja córka, gimnazjalistka, nic o tym nie wie :-/ Może na tych forach to jacyś ambitni (głupio ambitni) rodzice piszą i próbka jest jest niereprezentatywna?

Jeśli sądzić po moich studentach z pierwszego roku, to w szkole raczej nie kuli, nie mają też pomysłu, że można coś samemu sprawdzić.

@Środa i Kubica - Środy nie czytam, o wypadku Kubicy też mi się czytać nie chce. Współczuję mu bardzo i życzę powrotu do zdrowia, ale twierdzę, że jego udział w rajdach to była potworna nieodpowiedzialność.

@Kubica i relikwie - Dziwisz przekazał kroplę krwi JPII jako relikwię dla Kubicy. Ciekawe, czyja to był inicjatywa, bo nie doczytałem? Co myślę o kulcie relikwii, pisałem już kilkakrotnie: zabobon i zacofanie. Ale teraz przypomniało mi się, że Kubica w czasie swojego wypadku w Montrealu miał na kasku napisane JPII i potem rzekomo utrzymywał, że papieskiemu wstawiennictwu zawdzięcza to, że przeżył i wrócił do zdrowia.
-
2011/02/11 23:31:06
Szkoda, że moja córka, gimnazjalistka, nic o tym nie wie :-/ Może na tych forach to jacyś ambitni (głupio ambitni) rodzice piszą i próbka jest jest niereprezentatywna?

A może, może! Na przykład z Warszawy. Tutaj mnóstwo ludzi ma bzika na punkcie edukacji dzieci. To jakieś miejscowe dziawctwo.
-
2011/02/11 23:39:57
Kubica nosił też magiczną holograficzną opaskę energetyczną. Jest o tym mowa w ostatnich komentarzach tutaj: mlodyfizyk.blox.pl/2011/01/Zderzak-Lagiewki-analiza-publikacji.html#k9386905

Wyobraźcie sobie, że jesteście Stasiem Dziwiszem, najlepszym przyjacielem zmarłego papieża. A tu koleś uprawiający sporty ekstremalne, a dla ochrony noszący magiczne holograficzne opaski i piszący sobie na hełmie "JPII" w celach ochronnych - taki koleś prosi was teraz o ampułkę z krwią waszego przyjaciela, ponieważ przypadkiem akurat omal nie urwało mu ręki, więc sądzi, że towarzystwo ampułki pomoże mu w rekonwalescencji.

Jak byście zareagowali na tego rodzaju prośbę? Bo Stasiu Dziwisz uroczyście wręczył ampułkę posłańcom z telewizji TVN.

Groteska.
-
2011/02/12 00:55:10
Po namyśle zaczynam myśleć, że Stasiu D. liczy na to, że w ten sposób poprawi swój wizerunek po sprawie niesławnego pogrzebu...
-
2011/02/13 00:27:15
@Stasiu D. Cytat: "Kard. Stanisław Dziwisz wręczył dziennikarzowi TVN 24 relikwiarz z kawałkiem sutanny Jana Pawła II i kroplą... Więcej... wyborcza.pl/0,0.html#ixzz1Dn2FnQPm
no cóż - przewidujący był z niego chłop - żeby te ile to już lat temu? 30? zadbać o relikwie ...
-
Gość: Kasia, ago129.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/13 21:41:01
@Drakaina - wszystkie drogi prowadzą do katastrofy smoleńskiej?
-
pfg
2011/02/14 10:27:43
@Kasia - :-) Właściwie równie dobrym wyjaśnieniem powodów działań Dziwisza byłaby próba ekspiacji za wystawienie, średniowiecznym zwyczajem, relikwii św. Stanisława w czasie majowej powodzi, po czym poziom Wisły podniósł się jeszcze bardziej i o mało nie zalało Krakowa. No, ale nie zalało. Czy święty miał z tym coś wspólnego? Pewnie tyle samo, co doroczny cud San Gennaro z tym, że Wezuwiusz nie wybucha.

Ja myślę, że Dziwiszowi po prostu (!) zależy na spopularyzowaniu kultu relikwii JPII i postanowił skorzystać z okazji, jaką daje znany sportowiec, który już wcześniej okazywał kult (może za dużo powiedziane, ale niech tam) papieża.
-
2011/02/14 13:39:39
A wiesz Paweł, że to by się nawet zgadzało.

Czytałam gdzieś niedawno jakiś wywiad z Bartosiem. Wywiad był w sumie na inny temat. Ale Bartoś zaczął tam mówić o specyficznym sposobie myślenia w środowisku duchowieństwa, o specyficznych priorytetach. Dla nas to kosmos, ale dla nich istnieje jakiś niepisany ranking popularności, czy też prestiżu ośrodków kościelnych. I dlatego proboszczowie starają się, żeby ich kościół miał relikwię. A im więcej takich prestiżowych kościołów w diecezji, tym większy prestiż dla biskupa. Powtarzam, co powiedział Bartoś.

Pamiętam, że zrobiło to na mnie duże znaczenie, bo pokazało, jak daleko jest instytucja kościelna i jej funkcjonariusze od spraw normalnych ludzi. Jakiego świeckiego katolika obchodzi liczba relikwii w jego kościele parafialnym? Okazuje się, że ta instytucja żyje sama dla siebie i rządzi się swoją wewnętrzną grypserą.

W tym świetle pomysł spopularyzowania relikwii JPII staje się zupełnie jasny. To jest marketing na wewnętrzny użytek środowiska duchownego.
-
2011/02/14 14:25:10
W tym świetle pomysł spopularyzowania relikwii JPII staje się zupełnie jasny. To jest marketing na wewnętrzny użytek środowiska duchownego.

Bo chyba napisałam niejasno. Środowisko duchowne żyje takimi sprawami, jak kto gdzie ile ma relikwii. Jeśli wiedzą, że zwykli ludzie się tym nie fascynują, to uważają za swoją misję właśnie wprowadzenie takich fascynacji w świat świeckich katolików. W ogóle ja mam taką teorię, że księża dążą do urządzenia świata i życia innych ludzi na wzór świata i życia księży.
-
2011/02/15 09:11:08
@ I dlatego proboszczowie starają się, żeby ich kościół miał relikwię.

Mówiąc ściśle, zgodnie ze zwyczajem w każdym kościele powinny być relikwie (pod mensą ołtarzową). Ale rozumiem, że można mieć relikwie świętych mało znanych, a można też tych trendy i na topie, i za to są dodatkowe punkty do prestiżu :-/
-
2011/02/15 11:17:29
Jak nie lubię Sienkiewicza, tak opowiastka o relikwiach z Krzyżaków, a także wszelkie prześmiewcze opowieści o kilku głowach św. Dionizego świadczą chyba dokładnie o tym - o pojedynkach na prestiż... No bo wiadomo: dużo pielgrzymów = dużo kasy.
-
2011/02/15 12:02:42
@allegra_walker
zgodnie ze zwyczajem w każdym kościele powinny być relikwie (pod mensą ołtarzową)

Nie jest to obowiązek. Chociaż nawet w dzisiejszych czasach jest zalecane!
302. Należy zachować zwyczaj składania pod ołtarzem poświęconym relikwii świętych, chociażby nie byli męczennikami. Należy się jednak zatroszczyć o stwierdzenie autentyczności tych relikwii.
KONGREGACJA DS. KULTU BOŻEGO I DYSCYPLINY SAKRAMENTÓW, dla Polski, 2002
www.kkbids.episkopat.pl/wprowadzeniedoksiag/owmrpopr/5.htm

@drakaina
dużo pielgrzymów = dużo kasy

Nawet w Polsce nikt już nie pielgrzymuje do relikwii...
-
pfg
2011/02/15 12:23:53
@anuszka
Nawet w Polsce nikt już nie pielgrzymuje do relikwii...

No więc Stasiowi D. chodzi o to, aby ludzie pielgrzymowali do Łagiewnik i relikwii JPII.
-
2011/02/15 12:49:56
@Anuszka - Polacy na pewno pielgrzymują do relikwii za granicą, więc zorganizowanie sobie takich, do których będą pielgrzymowali w Polsce jest dobrym posunięciem marketingowym. Fakt, do Stanisława to jakoś nie ma po co (zwłaszcza że z powodzią mu nie wyszło...), ale dziwi mnie, że do Faustyny nie?
-
2011/02/15 13:58:51
@drakaina
Polacy na pewno pielgrzymują do relikwii za granicą

Do jakich? Chyba najwyżej do Całunu Turyńskiego.

@pfg
No więc Stasiowi D. chodzi o to, aby ludzie pielgrzymowali do Łagiewnik i relikwii JPII.

No więc mnie właśnie chodzi o to, że oni chcą urządzać świat zewnętrzny na wzór własnego świata. Stasiu liczy na to, że do relikwii JPII będa pielgrzymki. Ja bym na to aż tak bardzo nie liczyła. Świeccy już nigdy nie będą się takimi tematami fascynować na równi z księżmi.
-
2011/02/15 16:50:51
@Anuszka - ależ co rusz słyszę a to o Padwie, a to o ojcu Pio, do Asyżu też jeżdżą oglądać Franciszka i Klarę. Nie twierdzę, że to jest taka pielgrzymka jak kiedyś, ale sam fakt obecności tych relikwii zwiększa atrakcyjność miejsca.
-
2011/02/15 19:15:31
ależ co rusz słyszę a to o Padwie, a to o ojcu Pio, do Asyżu też jeżdżą oglądać Franciszka i Klarę

Mieszkałam przez 10 lat w Krakowie, ale od nikogo nie słyszałam o takim celu podróży. A wcześniej na Podkarpaciu i też nie. ;-)

Ludzie jeżdżą do Włoch zwiedzać różne miejsca i oczywiście ;) zobaczyć papieża, ale żeby do relikwii, to nie słyszałam. Jeśli jakaś wycieczka/pielgrzymka zawadzi o relikwię, to pewnie ją też "zwiedzają", ale nie wydaje mi się, żeby to było coś podnoszącego atrakcyjność włoskich miejscowości. Naprawdę znasz ludzi, którzy jeżdżą do relikwii??
-
2011/02/15 19:18:27
A w ogóle, co jest w Padwie? Z relikwii. I nawet nie wiedziałam, że są jakieś relikwie ojca Pio.
-
2011/02/16 01:37:32
Anka, jak dla mnie, jeśli jeżdżą do grobu, to jeżdżą do relikwii. Jeżdżą tam, gdzie święty jest pochowany. Czy jechaliby do pokawałkowanego w inne miejsca - nie wiem. W Padwie o ile wiem, jest grób, i owszem, znam ludzi, którzy jeździli "do św. Antoniego". Właśnie tam, a nie do kościoła pod tym samym wezwaniem. I właśnie o to chodzi, że wycieczka "zwiedza" relikwie - a przy okazji zostawi grosik a to w przykościelnym sklepiku, bo kartkę albo różaniec kupi, a tu w okolicznej lodziarni. Założę się, że połowa wycieczek do Asyżu jedzie nie ze względu na urok tego konkretnego miasteczka (we Włoszech pod względem urody jest sporo porównywalnych), ale ze względu na Franciszka
-
2011/02/16 08:19:11
Heh, jeśli dla ciebie grób=relikwia, to należałoby zlikwidować Wszystkich Świętych. :-)))
-
2011/02/16 10:41:44
Zaraz, zaraz, relikwia mówi się konkretnie w kontekście kościelnym o szczątkach osoby uznanej za błogosławionego lub świętego, więc odnoszenie to do wszystkich grobów jest nadużyciem. Jest grób świętego, są do niego pielgrzymki = są pielgrzymki do doczesnych szczątków świętego, ergo do relikwii tegoż. Nie uważam, że relikwią jest tylko kawałek ciała zamknięty w specjalnym pojemniczku.
-
2011/02/16 11:57:24
A serca Wielkich Rodaków przewożone i wmurowywane tu i ówdzie? ;-)
-
2011/02/16 14:58:37
pl.wiki.org: Relikwie - przedmioty związane z czymś świętym. Najczęściej są to szczątki ciała świętych lub rzeczy z nimi związanych, a także relikwie Męki Pańskiej. Są one szczególnie rozpowszechnione w katolicyzmie i prawosławiu.
-
Gość: Kasia, ekj227.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/17 11:13:41
@Anuszka - no jeśli wierzyć mesjanistom polskim to są to relikwie jak najbardziej. :)
A ja przez to wzystko nie mogę przestać myśleć o mojej polonistce, która usiłuje nas uczyć jednocześnie odpowiedzi "pod klucz" i wyciągania własnych wnionsków oraz rozmaitych interpretacji jednocześnie... O ile przy omawianiu literatury romantycznej jej to poszło całkiem nieźle (jeśli chodzi o romantyzm polski - zagraniczna literatura to dla niej zagadka), pewnie dlatego, że to jej konik, to przy pozytywiźmie leżę i kwiczę (zwykle finalnie ze śmiechu). Przykładowo: omawianie "Kamizelki" skończyło się dla mnie i pewnej mojej koleżanki tym, że zasugerowano nam brak moralności. O ile ja jestem w stanie przejść nad tym do porządku dziennego i powiedzieć sobie, że z polonistką spędzę jeszcze ledwie pół roku i będzie spokój (bo wiem, że jestem dobra z polskiego), to po reakcji koleżanki nabrałam pewności, że nigdy już nie będzie miała odwagi przedstawić własnego punktu widzenia.
Jeśli w innych szkołach też tak jest, to ja sie nie dziwię, że później ludzie działają jak komputery. Pewnie nie chcą się nikomu narazić.
-
2011/02/17 16:50:52
@Kasia - a na czym polega niemoralność w kontekście Kamizelki, jeśli możesz uchylić rąbka tajemnicy?? Bo jestem autentycznie zaintrygowana ;)

Co do romantyzmu, jako tłumaczka angielskich romantyków czuję jak mi się nóż w kieszeni otwiera na ten "romantyzm polski", tak bardzo niereprezentatywny dla tego, co ta epoka oznaczała w Europie... ech.
-
Gość: Kasia, aeo125.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/17 19:48:58
@moralność, Kamizelka - Chodziło o odpowiedź na pytanie: Czy małżonkowie słusznie się okłamywali? Oczywista odpowiedź brzmi, że tak. Ale z koleżakną nie bylyśmy w nastroju do takiej odpowiedzi, ponadto nie do końca się z tym zgadzamy... Pani kłociła sie z nami półtorej godziny (2 lekcje). Potem dyktuje notatkę: Z moralnego punktu widzenia... Byłyśmy już skrajnie wyczerpane dyskusją i zapytałyśmy, czy nasze stanowisko jest niemoralne. "Najwidoczniej nie macie moralności, dziewczynki". po lekcji między Panią a koleżanka wywiązała się rozmowa, mówiąc oględnie - nieprzyjemna i doprowadzająca koleżankę (b. dobrą uczennicę z polskiego) do milczenia przez cały następny tydzień. Teraz zgadza się z każdym słowem nauczycielki, całkiem poważnie. Smutne to.
@romantyzm polski - Pani Polonistka jest w ogóle ciekawą osobą, mającą zdecydowanie żadne pojęcie o literaturze zagranicznej jakiejkolwiek epoki (miała problemy z wymówieniem nazwiska Keatsa, nie mogła sobie przypomnieć imienia Goethego; w zeszłym roku zastanawiała się dziesięć minut, kim była Safona i co napisał Homer, przynajmniej według tradycji (!)). Zresztą również naszą literaturę lubi jedynie częściowo (nie widzi na przykład niczego ciekawego w utworach Morsztyna, nawet wartości estetycznej).
Ogólnie żyję od polskiego do polskiego, mając nadzieję na zmianę w przyszłym roku. Mimo to dostałam się do etapu wojewódzkiego konkursu polonistycznego.
-
2011/02/18 00:37:19
Dzięki, bardzo to ciekawe :) Niestety w Waszej polonistce widzę połowę, jeśli nie większość moich koleżanek z pierwszych studiów, które poszły uczyć... Ja miałam świetnych polonistów, nauczycielka z podstawówki poprawia mi teraz interpunkcję w przekładach romantyków :)
-
2011/02/20 01:06:58
Oczywiście co do Twojego tekstu na temat szkoły, nie sposób się nie zgodzić.
Mnie np. nauczyciele zarówno w szkole podstawowej jak i w liceum skutecznie zniechęcili do historii poprzez uczenie pamięciowe i własnie te nieszczęsne daty, niepowiązane z niczym logicznie. Np. mój nauczyciel z liceum był znany z tego, że wszystkim rocznikom zawsze kazał się wyuczyć na pamięc dat panowania wszystkich królów polskich i odpytywał z tego na oceny. Żeby jeszcze robił to po to, aby potem do tego w jakis sposób nawiązywać - np. kiedy mówi sie o jakims wydarzeniu, żeby od razu skojarzyć, za panowanie jakiego króla to było - ale nie, to była informacja zupełnie oderwana, sama dla siebie.
A w ogóle uważam że w nauczaniu historii powinno się większy nacisk kłaść na tło - czyli pokazywać, jak wyglądało życie w omawianych czasach, w różnych jego aspektach - niż koncentrować się na wojnach i władcach, bo niestety 90% szkolnego nauczania historii do tego sie sprowadza - kiedy kto panował i kiedy kto się z kim bił. A dla mnie to akurat w ogóle nie jest ciekawe. Za to jak czasami zdarza mi się poczytać tekst lub obejrzeć film o tym, jak wyglądało zwykłe życie w takiej czy innej epoce, to jest to znacznie bardziej interesujące.

Natomiast jeszcze chciałbym się odnieśc do kwestii Środa vs. Kubica która pojawiła się w komentarzach. Po pierwsze, głupota palnieta przez p. Środę była tak gigantycznego kalibru (ja się dziwię, jak ktoś może pisać że tego nie zauważył; przepraszam, jeżeli ktoś porównuje łamanie przepisów przez siebie jako kierowcę poruszającego się w zwykłym ruchu ulicznym do jazdy w rajdzie samochodowym, to jest to głupota aż "bijąca po oczach" i trzeba być ślepym żeby tego nie zauważyć...), że to z miejsca podważa jakąkolwiek wiarygodnośc reszty tekstu pisanego przez kogoś, kto plecie takie brednie. Po drugie, Kubica czy np. Małysz należą w swojej dziedzinie do ścisłej czołówki światowej. Czy p. Środa należy w swojej dziedzinie do ścisłej czołówki światowych naukowców? Nie wydaje mi się. Więc niech się nie skarży na nierównośc traktowania jej i Kubicy. Wiadomo że tak jest ten świat urządzony że osoba z samego szczytu zawsze będzie miała jakies przywileje. Czy to dobrze czy niedobrze, można się sprzeczać, ale tak po prostu jest. Gdyby nagle zachorowała Wisława Szymborska, to pewnie też mogłaby liczyć na ekstra traktowanie pod względem leczenia. Bo jako noblistka jest osoba znaną na skalę światową. W swojej dziedzinie Kubica jest właśnie kimś takim jak Szymborska w swojej. A Środa jest niestety "tylko" zwykłym naukowcem (chociaż co do tego, czy to co ona robi, jest rzeczywiście nauką, mam spore wątpliwości, jak w przypadku wielu innych przedstawicieli polskiego środowiska akademickiego, także tych z tytułami profesorskimi) i to niestety nie daje jej żadnych praw do tego aby byc traktowana lepiej niż przeciętny Kowalski.
-
2011/02/20 01:51:43
@Raj. Nie zrozum mnie źle, nie jestem lewakiem, który nie znosi bogatych i sławnych. Ale mam problem moralny, kiedy mówi się o specjalnym traktowaniu w Polsce przez szpitale osób, które mogą sobie finansowo pozwolić na leczenie w dość dowolnym miejscu za dowolną kwotę. Polski nie stać na to, żeby zarabiające miliony gwiazdy leczyć za darmo poza kolejką bo to jest policzek dla zwykłych ludzi, którym daje się w twn sposób do zrozumienia, że ich życie jest nic nie warte skoro nie są gwiazdami. Mówię, mam z tym problem moralny, nie wiem, jak się do tego naprawdę odnieść. Ale wydaje mi się, że jeśli ktoś ma te pieniądze, uczciwie zarobione, za które może sobie kupić szybsze leczenie, to niech je kupi, bo w ten sposób w pewnym sensie kupi zdrowie i życie kogoś innego, kogo na to nie stać, bo nie zabierze tego darmowego miejsca (tak zwanego darmowego, wszyscy na nie słono płacimy). Może się mylę, ale mam wrażenie, że przywołana przez ciebie pani Szymborska zachowywałaby się w podobnej sytuacji zupełnie inaczej, no ale to jest kwestia klasy oczywiście.
-
2011/02/20 03:23:56
A skąd wiesz, czy Kubica sobie takiego leczenia też nie kupi(ł)? Z tego co wiem, choc nie orientuje sie w sprawie zbyt dobrze, nie jest leczony w Polsce i raczej nie za pieniądze polskiego podatnika... Wszystko, co w tej sprawie miało miejsce, to chyba jedynie deklaracja - może zbyt pochopna - pani Kopacz, że jeżeli Kubica by potrzebował, to z takiego leczenia może skorzystać. A wszyscy już to traktują tak, jakby skorzystał i ta deklaracja stała się faktem...
-
2011/02/20 11:32:33
@Raj - mnie się wydaje, że Środzie właśnie o to chodzi, że nastawienie polityków (za szumem medialnym) jest takie, że Kubicy się należy więcej niż zwykłym ludziom. Vide również Stasiu D. i relikwie oraz "pole post" na beatyfikacji.

I jeśli Kubica leczy się za granicą za własne pieniądze (co zapewne robi), to byłoby fajnie, gdyby po takiej reakcji rządu głośno i otwarcie to powiedział. Coś w rodzaju: "miło mu, że ludzie interesują się moim zdrowiem, ale nie potrzebuję gestów ze strony państwa polskiego, niech te pieniądze pójdą na leczenie ofiar wypadków drogowych/chorych na raka w moim rodzinnym mieście" albo coś w tym rodzaju. Przyznam, że mnie w tej całej aferze też razi właśnie coś takiego. Chyba na forach a nie tu pisałam, że Stasiu D. z Kubicą zrobiliby dobrą robotę, gdyby przy okazji tego wypadku zorganizowali akcję społeczną pt. "jeżdżę odpowiedzialnie". @Arthur - masz rację, w tym wszystkim po prostu brakuje klasy. Wszystkim po kolei.

PS. Słyszałam opinie, że ten straszny błąd Środy wcale nie jest błędem, a także, iż początkowe wieści były, że wypadek był na dojeździe na rajd, więc jeśli napisała tekst od razu, to potem redaktor nie wychwycił.
-
2011/02/21 12:46:23
Parę uwag.
1. sprostowanie: kilka dni temu napisałem coś, z czego wynikało, iż w relikwiarzu, który St.D. wręczył dla Kubicy, znajdował się skrawek sutanny poplamiony krwią JPII w wyniku zamachu sprzed 30 lat. Z innych wiadomości doszło do mnie, że to nie tak, że to był skrawek sutanny ("zabezpieczonej" po śmierci JPII?), na którym St.D. umieścił kroplę krwi JPII zapewne "zabezpieczoną" po którejś z operacji (?). No i teraz nie wiem, co bardziej niesmaczne? Mimo wszystko łatwiej byłoby mi zrozumieć "świętość" pamiątki po zamachu, zachowanej w momencie dramatycznym, niż coś spreparowanego z zimną krwią (sic!) przez byłego sekretarza? Tak, czy tak, w tej chwili to rzeczywiście zwykłe kupczenie, szukanie popularności, czy co?
2. łączy się z powyższym problem "relikwia" - "pamiątka". Bo przecież każdy chyba przechowuje różne drobne przedmioty (albo np. fotografie), które niejako wspomagają pamięć o kimś, o czymś, o jakimś miejscu. Myślę, że przejście "pamiątka"-- "relikwia" jest zapewne stopniowe. I w ogóle "relikwie" to nie tylko święci katoliccy, to chyba pojęcie ogólnoreligije a nawet pozareligijne: "relikwią" może być dla kogoś choćby przywołane wcześniej serce Wieszcza.
3. kolejna związana z tym uwaga: jeżdżenie "do grobu" to niekoniecznie "modlitwy do relikwii". To też może być zwykła turystyka - ilu ludzi odwiedza np. groby królewskie albo Piłsudskiego na Wawelu. Pomijam już dzień Wszystkich świętych przywołany przez Anuszkę. A co do Padwy, to wielu ludzi jeździ tam, gdyż tamtejszy św. Antoni jest świętym wybitnie użytkowym: znajduje zguby ("święty Antoni, święty Antoni, zgubiłam serce pod miedzą").
-
2011/02/21 13:48:26
Zgadzam się - ta sutanna z zamachu byłaby przynajmniej rodzajem historycznej pamiątki i mimo wszystko byłaby mniej niesmaczna, choć już krojenie na relikwie do rozdawania...
-
Gość: Dada, 89-74-26-232.dynamic.chello.pl
2011/02/21 14:14:48
Ja nigdy nie lubiłam historii, nie umiałam zapamiętać dat, szybko zapominałam wyuczony materiał. W tej chwili niczego już nie pamiętam, może daty wybuchu I i II Wojny Światowej. Nie wiem czy to wina złego nauczania czy to jakiś mój feler:) Doskonale za to pamiętam to, czego uczyliśmy się na j.polskim, nieźle radzę sobie z j.obcymi. A Maturę zdawałam 15 lat temu:)
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 14:33:13
Ja akurat jestem "ścisłowcem", ale bardzo lubię historię (z obydwu byłem najlepszy w klasie - jakiejkolwiek, do ktorej chodziłem), a zwłaszcza związki przyczynowo-skutkowe. Niestety, nie miałem szczęscia do nauczycieli. Zarówno z matmy (o fizyce juz niw wspomnę, tragedia), jak i z jęzka polskiego i historii.

Niestety, historii uczy się jako niepowiązane ze sobą epoki, bez przejścia między nimi, głównie daty. Jest wyłącznie podana przez nauczyciela analiza, którą trzeba potem odtworzyć, nie ma miejsca na jakiekowiek własne przemyślenia i syntezy.
-
2011/02/21 14:34:44
Mnie tez pytano o Przedwiosnie na egzaminie na filiologie obca na UAMie. I niestetyz nie bylo zainteresowania moja ewentualna odpowiedzia, gdyz na wstepie zadano mi dodatkowe pytanie o dokladna data urodzenia i smierci Zeromskiego. Oczywiscie nie wiedzialam, szacowana sie "nie liczyla" i pozegnano mnie ozieble.
-
2011/02/21 14:39:24
Mój ojciec jest fizykiem i po rozmowie z nim czuję już mniej więcej, na czym polega podobny feler w uczeniu przedmiotów ścisłych (nie wiem, na ile powszechny, na pewno tak było w moim liceum, ale nie znam wielu osób, które miały dużo lepsze doświadczenia): wkuwa się formułki, robi zadania niezwiązane nijak z 1) obecnym stanem wiedzy, 2) przydatnością w życiu, 3) praktyką życiową tzn. możliwością "sprawdzenia" jak to działa w realnym świecie, do którego każdy z nas ma dostęp. Jedynym zagadnieniem, jakie w ciągu sześciu bodajże lat nauki fizyki w szkole, zrobiło na mnie wrażenie, był efekt Dopplera - zrozumiałam, dlaczego zmienia się wysokość dźwięku przelatującego mi nad głową samolotu! Ale to było na zastępstwie ze studentem. Poza tym musiałam uczyć się na pamięć zasad działania diody oraz rozwiązywać zadania z kalorymetrii, w których chodziło o jakieś idiotyczne rozpuszczanie lodu w wodzie w zadanych temperaturach itp. Gdyby kazali mi ten lód rozpuszczać w odpowiednio rozgrzanej wodzie i mierzyć temperatury, pewnie do dziś wiedziałabym, o co w tym chodzi.
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 15:14:33
Po paru latach od opuszczenia szkoły podstawowej (1982r.) też zrozumiałem, że fizyka jest uczona fatalnie i w oderwaniu od zycia. Po podstawówce poszedłem do technikum elektrycznego i na kursie przygotowawczym na studia zrozumiałem różnicę, w podejściu do tematu elektryczności absolwentów tech. el. i ogólniaka - tym drugim zupełnie brakowało praktycznego podejścia do tematu, robili wrażenie, jakby nie widzieli miernika (co potwierdziło się na laborkach z fizyki i miernictwa), a jedna koleżanka twierdziła, że rozystor służy do pomiaru rezystancji (na co zapytałem: "A do czego służy potencjometr?").

Tak samo kinematyka. Proste zadanie:

"Załózmy, że mamy dwa identyczne pod każdym względem samochody z identycznymi kierowcami. Jeden jedzie z prędkością 60km/h, drugi 50 km/h. Obydwa zaczynają hamować w dokładnie tym samym momencie i podlegają takiemu samemu tarciu. Jaka będzie prędkość szybszego samochodu w momencie, gdy wolniejszy wyhamuje do zera?"

Większość pisze 10 km/h, a odpowiedź wynosi ok. 32km/h, co dla 95% ludzi wydaje się nielogiczne!

Mój brat po mat-fizie miał ogromne problemy z fizyki, żeby dostać się na politechnikę, ja po technikum dostałem się bezproblemowo właśnie ze względu na bardziej praktyczne podejście do zjawisk.
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 15:49:24
Jeszcze dodam, że na studiach (Wydział Elektroniki Politechniki Gdańskiej) także nie uczono myśleć. Trzeba było odtworzyć to, co wykladowca przekazał na wykładzie. Zdecydowanie za mało było projektów, które trzeba bylo samodzielnie zrobić i obronić. Wystarczyło ściągnąć projekt od kogoś i oddać, nie było sprawdzenia, czy student zrobil projekt samodzielnie. A przedmiot powinno zaliczać się projektem i jego obroną, a nie egzaminem na zasadzie 3xz (dla niektórych 4xz). Niby wyższe studia na jednej z lepszych uczelni technicznych w Polsce, ale praktycznie zwykła szkoła, gdzie nie wymaga się myślenia i kreatywności, A potem narzekamy, że tak mało w Polsce jest nowych patentów.
-
2011/02/21 16:06:58
znajoma nauczycielka opowiadała, jak gościła na praktykach studentki polonistyki i przyszłe nauczycielki języka polskiego. Jedna z nich pisząc w trakcie lekcji na tablicy, robiła koszmarne błędy ortograficzne!
Kiedy moja znajoma zaczęła "drążyć temat" okazało się, że dziewczyna ma dysleksję (czy jakąś inną "dys...") na co ma stosowny papier i jest wszystko OK - może zostać nauczycielką polskiego i uczyć dzieci poprawnej pisowni(sic!)
Z mojego własnego doświadczenia, pamiętam lekcje geografii w szkole średniej, kiedy musiałem wkuwać na pamięć cale roczniki statystyczne... Po co? Do dzisiejszego dnia nie wiem...
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 16:23:14
Kolejna historia. Jak byłem w czwartej klasie, w domu pojawiła się encyklopedia. W owych czasach rarytas, ta była z drugiej ręki (sprzed dziewięciu lat), ale dużo nie straciła na aktualności w owych czasach (druga połowa lat 70-tych). Lubiłem ją czasem przeglądać. I kiedyś na lekcji geografii zagiąłem nauczycielkę na niewiedzy, a ona - zamiast się przyznać - brnęła dalej. W końcu - po pokazaniu odpowiedniego hasła w encyklopedii - przyznała rację. Na wywiadówce zapytała moją mamę, skąd ja wiem różne rzeczy. Mama odparła, że z encyklopedii, z gazet i książek. Na to nauczycielka: "To niech pani zabierze mu tę encyklopedię".

Podobnie w technikum. W 1985r. nauczyciel z historii twierdził, że EWG ma 9 członków, a miała 10 (od 1981r.). Też szedł w zaparte, ale ugiął się po pokazaniu artykułu w gazecie. Nauczyciel ten uczył też PNOS ...
-
Gość: filipinski-wirus, 93.175.68.15*
2011/02/21 16:33:59
To tylko i wyłącznie kwestia samego nauczania jak i podejścia do samego zdobywania wiedzy. Taki system kształcenia opiera się tylko i wyłącznie na gromadzeniu informacji, nie na ich analizie i przetwarzaniu. Tu się nie uczy wyciągania wniosków tylko odpowiadania na pewne schematy w równie schematyczny sposób.

Tak naprawdę, cyborgi produkują nowsze cyborgi. Nie tak dawno był jeszcze problem matur z polskiego - nie da się inaczej uniknąć oceny przez nauczyciela niż wyznaczyć schemat oceniania pod który ma się podpasywać uczeń - prosta przyczyna i zależność.
-
2011/02/21 16:46:27
To jeszcze jedna historyjka z odpytywania studentów. Pokazuję im obrazek z profilami różnych waz greckich i pytam, z czego piło się wino. Przerażenie w oczach. To, że te wszystkie "wazy" miały jakieś praktyczne zastosowanie, w ogóle nie przyszło jej do głowy. Pytam zatem o jakieś konkretne naczynie, co to za kształt. Dziewczyna jest do tego stopnia spanikowana, że sięga po własne notatki, gdzie ma te same schematy, ale w wersji skserowanej z podręcznika (ja wszystko połączyłam w jeden obrazek czyli układ jest inny). Szuka tego, co jej pokazałam, wśród kształtów, po czym bez wahania mówi: "a, to jest to!" i podaje poprawną nazwę. Pytam jej, czy nauczyła się na pamięć układu tych naczyń na obrazku z podręcznika, a ona odpowiada bez nawet zdziwienia, że tak... W końcu jednej zapytałam, ponieważ wyznała mi, że nie zamierza szukać pracy zgodnej z profilem studiów, czy nie wolałaby zamiast wykuć na pamięć bezsensownej wiedzy mieć tę radość, że w muzeum rozpoznaje, do czego służyło dane naczynie. Wtedy dopiero popatrzyła na mnie ze zdumieniem, ale w końcu przyznała mi rację. Może skłoni ją to do choćby minimalnej refleksji nad zdobywaną wiedzą...
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 16:55:47
Co do matur z polskiego, podobno Szymborska za analizę swojego wiersza dostała ledwo "3" - była oceniana na podstawie jakiegoś szablonu...
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 17:04:55
Poza tym ludzie nie myślą i myśleć chyba nie chcą. Swojego czasu dawałem korepetycje z matmy i fizy, żeby utrzymać sie na studiach na PG. Pewien chłopak miał mieć sprawdzian z twierdzenia Pitagorasa. Poprosiłem go, żeby do narysowanego przeze mnie trójkąta prostokątnego napisał wzór, wynikający z tw. Pitagorasa. Napisał oczywiście a^2+b^2=c^2. Sęk w tym, że w narysowanym przeze mnie trójkącie "a" to była przeciwprostokątna, więc powiedziałem, że napisał źle. On przyniósł zeszyt i pokazał to równanie. Na co powiedziałem mu, że w zeszycie jest dobrze, a na kartce źle. Nie potrafił znaleźć różnicę. To odwróciłem kartkę i oznaczyłem boki jako x, y oraz z. Nie potrafił napisać równania, wynikającego z tw. Pitagorasa, nawet przez analogię z tym, co miał w zeszycie. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie: "Jak nazywa się bok w trójkącie prostokątnym, który leży przy kącie prostym, a jak bok, który leży naprzeciw kąta prostego".
-
2011/02/21 17:05:02
@Tantrum
Tak samo kinematyka. Proste zadanie:

"Załózmy, że mamy dwa identyczne pod każdym względem samochody z identycznymi kierowcami. Jeden jedzie z prędkością 60km/h, drugi 50 km/h. Obydwa zaczynają hamować w dokładnie tym samym momencie i podlegają takiemu samemu tarciu. Jaka będzie prędkość szybszego samochodu w momencie, gdy wolniejszy wyhamuje do zera?"

Większość pisze 10 km/h, a odpowiedź wynosi ok. 32km/h, co dla 95% ludzi wydaje się nielogiczne!


Pomyliło ci się.
Powinno być: Jaka będzie prędkość szybszego samochodu w miejscu, gdy wolniejszy wyhamuje do zera?

Możesz sobie to sprawdzić za pomocą tych prostych wzorów z kinematyki: www.fyzikalniulohy.cz/uloha_382

Przy stałej sile hamowania, w miejscu, gdzie pierwszy samochód ma prędkość 0 km/h, to drugi ma 33.16 km/h

Widziałam w googlach, że poruszałeś ten temat już na innym forum. Pomylił ci się dystans z czasem.

Jeśli natomiast patrzeć na czas, to odpowiedź 10 km/h jest prawidłowa. Przy stałej sile hamowania oba samochody mają stałe opóźnienie i w chwili, gdy pierwszy będzie miał zerową prędkość, to drugi będzie miał prędkość 10 km/h.
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 17:18:49
@anuszka_ha3.agh.edu.pl

Masz rację. Dziękuję za zwrócenie uwagi.
-
Gość: Tantrum, 83.238.66.4*
2011/02/21 17:26:15
A te 32km/h to szacunkowo (w głowie) wyliczony pierwiastek z 1100. :-) A temat był poruszany w związku z dyskusją, czy w mieście powinno obowiązywać 50 czy 60 [km/h].
-
2011/02/24 20:01:13
@Gość: , 91-207-68-2.ip.euro.net.pl

Anonimowe wpisy o treściach wulgarnych lub obraźliwych usuwam. Ponieważ jednak zgadzam się z merytorycznym kawałkiem wpisu, streszczam: studia nie muszą być bezpłatne, nie muszą być państwowe, drugi kierunek nie musi być za darmo.

Na przyszły raz, jeśli chcesz, żeby Twój wpis pojawił się na tym blogu w całości, postaraj się panować nad językiem i emocjami.
-
Gość: , 91-207-68-2.ip.euro.net.pl
2011/02/24 23:04:23
Przepraszam :P.
-
2011/02/25 14:11:02
@old-wolf: wywróżyłeś... jednak trzymał przez te 30 lat.

-
2011/02/25 15:18:28
Hihi, ile waliz on ze sobą przywiózł z Watykanu do Krakowa?
-
2011/02/27 11:30:06
@Drakaina
Pokazuję im obrazek z profilami różnych waz greckich i pytam, z czego piło się wino.

Jak sama nazwa wskazuje oczywiście z kyliksu ^^J
-
2011/02/27 12:46:05
@nachasch - brawo, ma pan już jednego plusa ;)

A serio: tropy językowe to już w ogóle porażka. Nie byłam w stanie wyciągnąć z jednego łebka określenia "paniczny strach", kiedy usiłowałam naprowadzić go na to, co przedstawiał obrazek... W pewnym momencie zapytałam, co czuje, kiedy słyszy na egzaminie kolejne pytania, na które żywcem nie zna odpowiedzi. Młodzian spojrzał na mnie (nawiasem mówiąc, z paniką w oczach), po czym zapytał: "konsternację"? Niniejszym ogłaszam Konsternacjusza rogatym bogiem dzikiej przyrody ;)
-
2011/03/01 15:24:23
@Konsternacjusz

I nie zapominajmy o siostrze jego Konfuzji.
-
2011/03/01 17:31:43
Niniejszym ogłaszam Konsternacjusza rogatym bogiem dzikiej przyrody

I nie zapominajmy o siostrze jego Konfuzji.

Mógł się nazywać Konfucjusz.
-
2011/03/04 18:34:57
Oto filmik, który mógłby być ilustracją tego wpisu. Wypowiedzi ankietowanych - momentami zabawne, ale jeszcze zabawniejsze jest to, że prowadzący też zalicza niezłą wtopę i nawet się nie orientuje...
-
2011/03/04 19:42:56
Studentka archeologii jest moją bohaterką! :-DDD
-
2011/04/06 20:48:46
Filmik filmikiem. Napisałabyś (wreszcie) coś nowego ;)
-
2011/04/19 10:23:33
Świetny tekst. Sam mam bardzo podobne doświadczenia. Ciekawym przykładem jest mój nauczyciel biologii w szkole podstawowej. Ten, bardzo zacny skądinąd człowiek, w klasie 4 i 5 sprowadzał biologię do definicji i regułek. Z trudem zaliczałem :) Później, niestety, zachorował i nie było go dwa lata w szkole.
Gdy wrócił w 8 klasie, okazał się być już innym człowiekiem. Nie interesowały go wykute na pamięć regułki. Za przykład podam sprawdzanie wiedzy z budowy roślin. Postawił przed zdającym fiołka z parapetu i poprosił o opisanie go w kontekście ostatnich lekcji. Onieśmielonym proponował wybranie sobie innego "kwiatka" z parapetu.
Biologię w ósmej klasie skończyłem z piątką :)
       

       Copyright