Blog > Komentarze do wpisu
Tłumacz recenzentem

Tłumacz często ma mało czasu na czytanie wielu książek poza tymi, które tłumaczy, zwłaszcza jeśli poza byciem tłumaczem usiłuje jeszcze być czymś innym - a tak naprawdę to jest na odwrót, bo tłumaczem jest dla chleba...

Ale Agora ogłosiła konkurs, który ma wspierać czytelnictwo, więc nawet nie ze względu na sam konkurs, ale jego szczytny cel dość bezczelnie pozwolę sobie zrecenzować książkę, którą sama przetłumaczyłam - ponieważ zahacza o to, czym się zajmuję poza tym zawodowo, a na dodatek w kwestii oceny tłumaczenia mogę przynajmniej częściowo powołać się na zdanie kogoś innego.

Ostatnimi czasy wyspecjalizowałam się w przekładaniu książek plus minus fantastycznych dla młodzieży - co jest i przyjemne, i pożyteczne, bo ma szanse czytelnictwo zwiększyć, wszak czym skorupka za młodu nasiąknie... Miałam do tego takie szczęście, że trafił mi się autor, który po latach pisania kryminałów dla dorosłych postanowił spróbować sił w literaturze przeznaczonej mniej więcej dla swoich dorastających synów. Nie bez znaczenia była również oczywiście popularność Harry'ego Pottera i czysto marketingowe wyczucie, że otwiera się wielka przestrzeń dla tego rodzaju książek, trzeba tylko znaleźć sobie odpowiednio atrakcyjną niszę w sensie przedstawianego świata. Klony książek o młodych czarodziejach raczej się nie sprawdzą, dopóki ktoś nie wpadnie na kolejny rewolucyjny pomysł.

Rick Riordan, bo o nim mowa, postanowił zagospodarować mitologię i nadprzyrodzony świat, który w niej znajdujemy. Na początek wziął się za mity greckie - powstała pięciotomowa seria Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy (w Polsce wydana w latach 2009-2010), której tłumaczenie sprawiło mi wielką przyjemność, ponieważ powieści te w sposób pomysłowy i niebanalny, choć czasem uproszczony ze względu na wiek zamierzonych odbiorców, przedstawiały opowieści, które kochałam od moich najwcześniejszych lat. Kolejne tomy stanowiły nawiązania do przygód Odyseusza, Heraklesa, Tezeusza bądź też prezentowały kompilacje różnych mitów bez wyraźnej linii fabularnej zaczerpniętej z podań greckich.

Druga seria autorstwa Riordana, której pierwszy tom (Czerwona piramida) ukazał się na początku 2011 r., wykorzystuje mitologię egipską, co jest o tyle trudniejsze, że w tej tradycji znacznie mniej jest literacko przetworzonych, powszechnie znanych opowieści, które miałyby ten potencjał, co legendy o greckich herosach. W przeciwieństwie do Grecji Egipt nie wytworzył zaawansowanej literatury, która przeniosłaby mit czyli opowieść o silnych związkach z sacrum w sferę bliższą profanum czy nawet rozrywce. Dlatego w serii egipskiej Riordana nawiązania do wykorzystywanej kultury mają charakter bardziej "scenograficzny" i epizodyczny niż fabularny: więcej tu elementów kultury materialnej, które odgrywają kluczową rolę (ożywające posążki uszebti, znaczenie ustawionych na całym świecie obelisków, święte teksty i hieroglify - fizycznie obecne w książce!), inna koncepcja związku bogów z ludźmi: w serii o Percym Jacksonie bohaterowie byli współczesnymi herosami czyli potomkami Olimpijczyków i śmiertelników, podczas gdy w serii o Sadie i Carterze Kane'ach nastoletni bohaterowie pochodzą z (pozornie) zwykłej ludzkiej rodziny, a ingerencja egipskich bóstw w ich życie ma zupełnie odmienny charakter.

Starożytność to dla popkultury jedna wielka pułapka. Mało które dzieła - literackie czy filmowe jednako - dają sobie z nią radę. Poczynając od ideologicznych "produkcyjniaków" w rodzaju Quo vadis w wersji zarówno książkowej jak filmowej przez różnego rodzaju Kleopatry, Aleksandry i Troje, w których nie ma grama sensu historycznego czy mitycznego, po całkowicie pretekstowe Xeny - autorzy uważają starożytność za jeszcze jeden kostium, w który można przebrać postacie/aktorów, nie zważając na pewnego rodzaju odpowiedzialność wobec materiału, który się wykorzystuje. Nieco ambitniejsze próby mierzenia się z tym materiałem (dylogia macedońska Davida Gemmella czy powieści Judith Tarr) nie wychodzą właściwie poza niszowość. W rezultacie zazwyczaj dostajemy najczęściej lepiej lub gorzej strawną papkę, która równie dobrze mogłaby się ubrać w całkiem inny kostium. Bronią się nieliczne seriale telewizyjne: Ja, Klaudiusz (pomimo archaiczności realizacji i sensacyjno-plotkarskiej fabuły), Odyseja Konczałowskiego (bardzo poprawna) i Rzym produkcji HBO (rzeczywiście olśniewający pod względem rekonstrukcji epoki).

Na tym tle książki Riordana stanowią chlubny wyjątek - głównie dlatego, że autor konsekwentnie korzystał z pomocy specjalistów z najlepszych amerykańskich uczelni. Fabuły są nie zanadto skomplikowane (choć przyznam, że niektóre zwroty akcji zdołały mnie nieźle zaskoczyć), ale sądząc po reakcjach młodych czytelników atrakcyjne dla osób, dla których są przeznaczone, a główni bohaterowie dobrze skonstruowani pomimo sporej typowości. Ja ich w każdym razie lubię, dzieciaki z forów też, więc jest dobrze.

W obrębie starożytności popkulturowej Egipt to chyba jeszcze większa pułapka niż Grecja - choć ta ostatnia zaliczyła w sumie więcej spektakularnych wpadek: wspomniane filmy Troja i Aleksander, a także, wbrew pozorom - wszystkie kolejne Kleopatry, których twórcy zapominają ewidentnie, że Ptolemeusze byli Macedończykami a nie Egipcjanami. I na tym właśnie polega problem z Egiptem, że dla wielu osób przytłacza on całą wizję starożytnosci. Ma on bowiem, z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów, opinię najbardziej fascynującej cywilizacji w dziejach: mumie w British Museum są oblegane przez turystów pstrykających pamiątkowe fotki, a Nefretete w Berlinie zakazano fotografować, bo nie dało się do niej podejść. Skądinąd w sali obok jest przepiękny relief przedstawiający Echnatona i Nefretete z córkami, a także śliczne "szkice" rzeźbiarskie z życia rodziny królewskiej, ale mało kto na nie zwraca uwagę. Bo Nefretete (ta Nefretete) jest gwiazdą, a reszta to tylko tło. Drugą gwiazdą, tyle że przebywającą nieco dalej od Europy, jest oczywiście Tutanchamon - King Tut, jak nazywają go pieszczotliwie Anglosasi - król z punktu widzenia historii mało istotny, ale z punktu widzenia archeologii bardzo. Trzecia gwiazda to Kleopatra... i zapominamy, że to już zupełnie inny Egipt. Grecki Egipt, który na dodatek lada moment przemieni się w Egipt rzymski. A "prawdziwy", faraoński Egipt gdzieś się w tym wszystkim gubi, przytłoczony rekwizytami: perukami, biżuterią, łysymi głowami kapłanów i ewentualnie ciężkim losem fellacha.

Riordan nie zapomina, że ponad trzy tysiące lat dziejów starożytnego Egiptu to wbrew pozorom nie monolit, i jakkolwiek moją ukochaną Kleopatrę (kobietę inteligentną, nieładną, ale fascynującą) czyni w sumie negatywną bohaterką dziejów swojego świata, to przynajmniej podkreśla zmiany, jakie na przestrzeni dziejów zachodziły w Egipcie. Co więcej, on ten Egipt ewidentnie zrozumiał, bo nie ma tu obiegowych bzdur - wręcz przeciwnie, młody czytelnik ma szanse sporo się nauczyć, zarówno o mitologii jak i o obyczajach. Ładnie fabularnie wykorzystana zostało specyficzna pozycja i rola króla (faraona) w kulturze egipskiej, a zwłaszcza jego związek ze sferą sacrum; ciekawie potraktowano niejednoznaczność praktycznie wszystkich bóstw, jak chociażby to, że żadne z nich nie jest wyłącznie złe albo dobre. Podobnie jak w Percym Jacksonie nieźle wyszło połączenie starożytności ze współczesnością, a drobne ukłony w kierunku mód w literaturze młodzieżowej (Anubis jako mroczny emo młodzieniec, do którego wzdycha bohaterka) są w sumie zabawne. Akcja wartka, momentami nawet zbyt wiele fajerwerków, ale w sumie wszystkie mają swoje uzasadnienie i żadna strzelba nie wystrzela na darmo, że sparafrazuję klasyczne teatralne powiedzonko.

Na koniec dwa słowa o tłumaczeniu, a raczej o jego recenzji. Książka poszła do adiustacji do specjalisty od hieroglifów, które w dużej liczbie pojawiają się w tekście - nie tylko jako ozdobniki. Egiptolog ów napisał następnie do mnie list, który zaczynał się tak: "Szanowna Pani Agnieszko, Przede wszystkim proszę przyjąć gratulacje za znakomite tłumaczenie. Sam tłumaczyłem parę rzeczy, więc trochę „czuję bluesa” i potrafię docenić umiejętności translatorskie, najlepiej widoczne  w przekładach gier słownych. A Narmer plate jako patera Narmera, to po prostu mistrzostwo świata :) Przede wszystkim jednak rozkoszą dla egiptologa jest zetknięcie z tłumaczem, który wie, że Middle Kingdom to Średnie Państwo, a nie Środkowe Królestwo, i że Nephthys to Neftyda. Nie uwierzyłaby Pani, jakie kwiatki można spotkać."

Oczywiście, było mi miło, ale odpisałam uczciwie: "bardzo dziekuję za miły list - ale muszę 'rozczarowac' ;) Z wyksztalcenia jestem miedzy innymi... archeologiem klasycznym, specjalizuję się w epoce hellenistycznej, a pracę licencjacką napisalam o Egipcie ptolemejskim, więc Średnie Państwo itd. to dla mnie oczywistość."

Przytaczam to po trochu dlatego, że zawsze fajnie jest się pochwalić pochwałami, ale także dlatego, żeby w tych dniach promocji czytelnictwa zwrócić też uwagę na kwestię przekładów - również książek dla dzieci i młodzieży. To, jak przekłada się nawet literaturę popularną, jest ważne, naprawdę. I jeszcze jedno: to nie jest tylko kwestia tłumacza. Wzorem anglosaskich autorów pozwalam sobie w tym miejscu podziękować serdecznie pani Ewie, redaktorce, z którą pracowałam przy wszystkich Riordanach - ostateczny kształt tekstu to w wielkiej mierze jej zasługa, to z nią odbywamy burze mózgów, żeby wymyślić w miarę sensowne gry słów, to ona bywa autorką niektórych błyskotliwych pomysłów. Dlatego pozwalam sobie na pewnego rodzaju apel do wydawnictw specjalizujących się w literaturze młodzieżowej i popularnej: nie oszczędzajcie na redakcji i korekcie, bo czytanie książek, w których styl drapie po oczach i mózgu, a interpunkcja woła o pomstę do nieba, jest udręką, a wydawanie ich w takiej formie - zbrodnią. Dobry przekład to wspólna robota tłumacza i redaktora, piszę to z pełnym przekonaniem. W trosce o pożytki z czytelnictwa powinniśmy upomnieć się o książki dobrze pisane i dobrze tłumaczone - czyli dobrze redagowane.

Echnaton i Nefretete w ogrodzie

wtorek, 26 kwietnia 2011, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/04/26 14:35:02
"Dobry przekład to wspólna robota tłumacza i redaktora, piszę to z pełnym przekonaniem. W trosce o pożytki z czytelnictwa powinniśmy upomnieć się o książki dobrze pisane i dobrze tłumaczone - czyli dobrze redagowane."

Ależ naturalnie, że tak. Sensowne (z mojego punktu widzenia) byłoby jednak rozbicie tego kolektywnego powinniśmy na składniki proste. Kto powinien? I w jakiej formie? I kto powinien być adresatem tego upomnienia?

A teraz wtręt niepopularny i niewygodny: jak się ma odsetek budżetu państwa poświęcony na wspieranie (kulturonośnej) działalności wydawniczej, popularyzację czytelnictwa, finansowanie prowincjonalnych bibliotek do budżetu ministerstwa obrony?
Przeświadczenie, że przed inwazją wtórnego analfabetyzmu, głupoty i trywialnego pojmowania rzeczywistości nie należy się bronić jest rozpowszechnione - lecz jakże naiwne. Może jednak sensowne byłoby zrezygnowanie z pół myśliwca i dwóch defilad aby ocalić wartość tego co ma być bronione?

-
2011/04/26 14:54:14
My - czytelnicy :) Tak w każdym razie zapewne myślałam, pisząc tę formę czasownika. My, czytelnicy-blogerzy? A adresat... nie będę wymieniać wydawnictw z nazw, bo nie chcę uprawiać kryptoreklamy, a tym bardziej czarnego PR. Sapientibus sat erit :)
-
2011/04/26 15:00:39
Parafrazując: my czytelnicy nie mamy dywizji ;)
-
Gość: Kasia, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/04/26 21:16:54
Pewnie jest Pani nieodpowiednią osobą, żeby o to pytać, ale co mi tam.
Warto sięgnąć po tego egipskiego Riordana czy nie? Bo mam ogromne wrażenie, że on po Percym zobaczył ile to daje kasy i teraz leci po wszystkich mitologiach, bo już wie, jak to ma mniej więcej wyglądać, żeby się sprzedało. Mam jednak dużą nadzieję, że jest to złe wrażenie, więc dość mocno się waham. Ale wizja Anubisa jako mrocznego emo i możliwość wzdychania do niego razem z główną bohaterką jest wielce kusząca ;).
-
2011/04/26 21:53:08
Tak, jestem na pewno trochę nieobiektywna, ale przecież z literaturą popularną trochę tak jest, że sięgamy po kolejne "klony" tego, co lubimy... Póki są dobrze napisane, nie widzę w tym nic zdrożnego - ani w ich pisaniu, ani czytaniu :) Kane Chronicles są inne, nastrój jest inny, pomysł na poprowadzenie narracji też odmienny. W sumie całkiem fajne, a potraktowanie Egiptu naprawdę dojrzałe i niebanalne. Poziom nie spadł, a to, że opowiada na zmianę dwójka bohaterów, dodaje dynamiki fabule. Ja osobiście wolę świat Percy'ego (w Piramidzie jest do niego aluzja! te światy istnieją sobie równolegle), dlatego specjalizuję się w archeologii Grecji a nie Egiptu, ale Piramida była dla mnie pozytywną niespodzianką :)
-
2011/04/26 22:37:25
Akurat właśnie nosiłem się z zamiarem napisania recenzji.
-
2011/04/26 23:47:48
No to już!
-
2011/04/27 10:28:06
Bardzo mi się twoja recenzja podoba - ja mogę tylko dorzucić, że dwóch znajomych nastolatków pożyczyło ode mnie książkę i następnie stoczyło w domu wojnę o to, kto będzie czytał pierwszy, łącznie z podkradaniem ksiązki i zamykaniem brata w łazience, żeby nie mógł zabrać - widać, że do zamierzonych czytelników trafia bezs problemu!
-
2011/04/27 13:11:30
@ dylogia macedońska Davida Gemmella

Ambitniejsza, mówisz, ale czy udana? Można czytać bez bólu?
-
2011/04/27 14:17:31
Czytałam to dość dawno (a pamięć mam dziurawą jak zardzewiały durszlak...), kiedy już miałam bzika na punkcie starożytności, ale jeszcze nie zajmowałam się nią (na dodatek tą epoką) zawodowo - i całkiem mi się podobało jako pomysł na historię w tle, nadal mam raczej dobre wspomnienia. Może kiedyś w wolnej chwili przeczytam jeszcze raz i wtedy dopiszę bieżące wrażenia ;)
-
2011/05/07 00:24:29
@ allegra_walker "dylogia macedońska Davida Gemmella ": tez czytałem dawno, więc może cos pokręcę: czytać można, może nie całkiem "bez bólu", ale niezłe, zwłaszcza pierwszy tom; na końcu trochę jazda po bandzie (imho).
-
2011/06/19 09:59:27
Podpis pod obrazkiem mógłby głosić: "powąchaj jak pięknie pachną, mój ty brzuchaczu" ;)
       

       Copyright