Blog > Komentarze do wpisu
Edward Rochester był ogrem

Autorka niniejszego bloga jest wyznawczynią tezy, iż życiem rządzą przypadki. Poniższy wpis zaś jest efektem pewnego szeregu dość przypadkowych zdarzeń. Na początku był czytnik ebooków. Ot, kaprys - nie jest to urządzenie, bez którego bezwzględnie nie potrafiłabym żyć, ale przyznaję, że jest fajne. Model wybrałam dość przypadkowo, choć oczywiście trochę ocen poczytałam i znajomych podręczyłam o opinie. Model okazał się wyposażony w całkiem pokaźny zbiór całkiem sensownych darmowych ebooków, wśród których była również Jane Eyre Charlotte Brontë - a ponieważ od dawna zamierzałam odnowić znajomość z tą powieścią (skądinąd miałam ją nawet w pewnym momencie tłumaczyć na nowo, ale nie wyszło, a i wydawnictwo było beznadziejne, więc poniekąd lepiej, bo byłby to przekład niezredagowany), oczywiście ją przeczytałam, a raczej połknęłam, rozkoszując się przy okazji nowoczesną techniką.

A jak przeczytałam, to bardzo mocno zapragnęłam obejrzeć jakąś adaptację filmową - nie wiem nawet w sumie, dlaczego. Ale była to tak silna potrzeba, że gotowa byłam zawiesić na kołku moje opinie dotyczące męskiej urody i obejrzeć na początek wersję z Michaelem Fassbenderem, którego - w przeciwieństwie do większości moich koleżanek - nie uważam za atrakcyjnego. Wersja ta była nawet dostępna na wyciągnięcie ręki, albowiem w posiadaniu N. Po prawdzie u tejże była również wersja z Ciaranem Hindsem, którego z kolei uważam za niekiedy (np. w Rzymie) zdecydowanie atrakcyjnego, ale jakoś zdjęcie na okładce, krzyczące na odległość taniością produkcji i fatalną charakteryzacją, też mnie nie zachęcało.

Przypadek zaś zrządził inaczej: idąc w stronę działu operowego w Empiku zobaczyłam przeceniony serial BBC z 2006 roku - i wcale od razu go nie kupiłam, bo jakkolwiek zasadniczo uważam BBC za jednego z najlepszych producentów seriali, miałam wrażenie, że skoro nigdy o tej konkretnej wersji nie słyszałam, to pewnie jest nieważna i nieciekawa (obsada nie była wypisana na pudełku, ale i tak moja pamięć do nazwisk jest tak marna, że pewnie niewiele bym z tego skorzystała). Na dodatek nadal rozważałam pożyczenie któregoś z filmów od N. Ale jakoś się tak złożyło, że właśnie nadchodził listopadowy długi weekend, zapomniałam w końcu coś pożyczyć i zorientowałam się, że na kilka dni wolnych zostałam bez wymarzonej filmowej Jane. Popędziłam więc w ostatniej chwili do otwartego długo Empiku i kupiłam rzeczony serial. Tego samego wieczora zasiadłam do oglądania pierwszego odcinka - na dodatek w wersji łączącej po dwa godzinne odcinki w jeden - i zatonęłam w nim całkowicie. W środku nocy musiałam z trudem wyperswadować sobie, że oglądanie kolejnych dwóch godzin i pójście spać nad ranem to jednak nie jest dobry pomysł.

I w taki to właśnie sposób w moim życiu zaczęła się nowa era fangirlingu po pierwsze, albowiem pan Rochester Toby'ego Stephensa podbił moje serce całkowicie zarówno koncepcją postaci jak i tejże koncepcji realizacją, a po drugie - znalazłam filmową Jane idealną, po której żadna już nie miała najmniejszych szans mnie zachwycić, a nawet na poważnie uwieść. Z samego początku drażniły mnie niektóre zmiany w stosunku do materiału powieściowego, brakowało mi jakichś konkretnych rozwiązań fabularnych - aczkolwiek natychmiast kupiłam zamianę przebieranki Rochestera za Cygankę w zaproszenie autentycznej Cyganki i przysłuchiwanie się zza parawanu, ponieważ scena ta nigdy nie wydawała mi się w powieści wiarygodna, a obejrzana później wersja serialowa z Timothym Daltonem potwierdziła moje przeczucia, że filmowo może z tego wyjść jedynie groteska, jeśli jest potraktowane na poważnie. Po kilkunastu obejrzeniach uznałam jednak, że za wyjątkiem drobiazgów, które bym troszkę zmodyfikowała, zmiany wychodzą filmowi na dobre, a nie stoją w sprzeczności z duchem powieści i epoki.

Ale miało być o ograch. I będzie. Ponieważ po zaangażowaniu się w rozmaite dyskusje na forach i blogach nagle odkryłam, co takiego - oprócz naprawdę świetnie napisanego scenariusza i dialogów - uwiodło mnie w koncepcji postaci. Otóż myli się ten, kto uważa, że uznałam Rochestera za ogra z powodu powierzchowności, opisywanej przez Jane piórem Charlotte w niezbyt pochlebnych słowach, którym - moim skromnym zdaniem - nie do końca należy dawać wiarę. Takie czasy, że zależna od swego chlebodawcy uboga dziewczyna nie może przyznać się do fascynacji jego osobą, a tym bardziej wyglądem fizycznym, bo byłoby to zaproszeniem do uwiedzenia. Dlatego Jane na pytanie Rochestera, czy uważa go za przystojnego, musi odpowiedzieć, że nie, choćby nawet uważała wręcz przeciwnie. I jeszcze jedno: to epoka, w której piękno wciąż jest mierzone "profilami greckich bogów", jak opisany jest St. John Rivers, a cokolwiek, co od tego ideału w jakikolwiek sposób odbiega, może być fascynujące, ale nie zostanie nazwane pięknym. To również epoka, w której nie da się być pięknym w szarej, niemodnej i prostej sukience, toteż tak rozumiane "piękno" odbiera Rochesterowi również fakt, że będąc zgorzkniałym i szorstkim po prostu zaniedbuje nieco te zewnętrzne oznaki tego, co dziś określono by zapewne słówkiem glamour.

Spoza sfery bogatej arystokracji "piękna" mogła być w oczach Jane panna Temple w Lowood - ale ona jak na owe warunki bardzo dbała o elegancję, a nawet posiadała wyróżnik nieco większej zamożności: zegarek przy pasku. Zaryzykowałabym więc stwierdzenie, że jakkolwiek powieściowa Jane od początku widzi w Rochesterze przede wszystkim piękną wbrew pozorom duszę, ale ona również wie, że wystarczyłby niewielki wysiłek i on byłby glamorous. I tak właśnie jest: kiedy przyjeżdżają arystokratyczni znajomi, Rochester nie odbiega od nich ubiorem, choć zdecydowanie odbiega duchem.

Dlatego też Jane - od początku partnerka Rochestera jeśli chodzi o wykształcenie, głód wiedzy, poznania i podróży, oraz wrażliwość - staje mu się równa dopiero kiedy sama odziedziczy majątek, który pozwoli jej stać się "piękną". Nawet jeśli będzie nadal miała zwyczajne rysy (wcale nie jestem o tym przekonana), to podobnie jak inne panie z towarzystwa będzie mogła bez poczucia niestosowności dodać sobie blasku piękną suknią, biżuterią, czy choćby uśmiechem. W przeciwieństwie do ponowoczesnych Amerykanek z kilku forów, które w finale powieści widzą opowieść o kastracji (tak, kastracji), uważam, że kalectwo Rochestera - bardzo szybko przez Charlotte złagodzone: bohater odzyskuje wzrok w dość krótkim czasie - jest mniej istotne dla kwestii ich małżeńskiego partnerstwa niż wzbogacenie się Jane.

Ba, byłabym skłonna nawet zaryzykować, że może w kwestii genezy tego kalectwa Charlotte błąkała się po głowie podobna idea co mnie, tylko w jej epoce taka decyzja literacka mogłaby ponownie pogrążyć bohatera. Ja sobie bowiem zawsze myślę, że z tym pożarem Thornfield Hall to mogło być inaczej niż nam się do wierzenia podaje: że tak naprawdę nie wiemy, co go wywołało. Może istotnie Bertha wymknęła się wreszcie Grace Poole na dobre, a nie było nikogo, kto dostatecznie wcześnie zauważyłby ogień (brakło Jane). Ale może to Rochester, który po ucieczce Jane popadł w najczarniejszą rozpacz, w głębi duszy marzył o tym, żeby ten koszmar się skończył - roił o unicestwieniu Berthy, licząc się z tym, ze i sam zginie - bo przecież nie miał już po co żyć. I niezależnie od tego, czy byłoby to tylko zdarzenie z gatunku "nie mów, bo się stanie", czy też celowe zlekceważenie wypadku - i otrzeźwienie w ostatniej chwili, stąd próba ratunku Berthy i ocalenie samego siebie - chciałabym mieć tę niepewność, czy on po prostu nie pragnął takiego finału. Zwłaszcza że wtedy ślepota byłaby blizną po utracie Jane, znikającą w jej obecności.

Dobra, wróćmy do ogrów. Nie powierzchowność zatem i takoż nie zachowanie, ja bowiem nie uważam Rochestera za gbura czy brutala. On jest po prostu w równym stopniu co Jane dzieckiem epoki, tylko dzieckiem zupełnie innym. Ma majątek, żyje zasadniczo samotnie, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów ze służbą i sporadycznych wizyt u sąsiadów, więc przyzwyczaił się do wydawania rozkazów z jednej strony, a do pełnych uwielbienia spojrzeń panien na wydaniu (ze względu na majątek oczywiście) z drugiej. Na dodatek do rodzaju ludzkiego ma stosunek cyniczny, co jest wynikiem zarówno historii z rodziną Masonów, jak i przygody z Cecilią Varens. Z tych powodów jest szorstki i poza sytuacjami towarzyskimi, w których maniery - będące jak mniemam odruchem Pawłowa - nieco tę szorstkość maskują (zauważmy, że nie do końca) - traktuje ludzi jak istoty od siebie zależne.

Okej, kwestia manier i szorstkości znacznie bardziej zbliża mnie do głównej tezy tej notki, bo w sumie zwłaszcza sposób bycia Rochestera uważam za maskę lub nawet cały kostium, który Jane powolutku, warstwa po warstwie, pomaga mu zdjąć, choć jest to proces bolesny (zakończeniu tego procesu służy, moim zdaniem, finałowe kalectwo jako punkt, od którego zaczyna się tworzenie nowej persony).

A zatem w kwestii ogrów. Ogry, jak wiadomo - wreszcie dochodzimy do sedna - są jak cebula. I takoż jak cebula jest Edward Rochester. Zupełnie jak w Shreku, że zacytuję in extenso:

- Ogry są... jak cebula!
– Śmierdzą?!
[Wygląd]
– Tak... nie!
– Bo się od nich płacze?
[Zachowanie]
– Nie!
– Bo jak się zostawi je na słońcu to robią się brązowe i rosną im włoski?
[Zaniedbanie fizyczne i społeczne wynikające z samotniczego trybu życia]
– NIE! Ogry mają WARSTWY! Rozumiesz, ogry mają warstwy – cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy.

Zachowanie i styl bycia Rochestera, jak również jego cynizm, niewiara w ludzi, wreszcie wyobrażenia o sposobie naprawienia błędów młodości - to właśnie te warstwy, które z ogra/cebuli zdejmuje Jane, księżniczka Fiona tej opowieści. Wydawałoby się, że Fiona à rebours, ale nie: przecież w Shreku chodzi o to, że ona jest dla ogra ładniejsza jako ogrzyca niż jako "piękna" dziewczyna. Biedna i zależna od niego Jane nie jest partnerką dla Rochestera tak samo jak wiotka księżniczka nie jest partnerką dla Shreka. Zamożna Jane to zupełnie co innego, zupełnie jak wielka zielonoskóra Fiona.

Ponieważ wpis ten krąży sobie dość chaotycznie wokół kilku punktów, pozwolę sobie teraz wyjaśnić, po co był ten przydługi wstęp o adaptacjach filmowych. Otóż serial, w którym się zakochałam, pokazał mi to, co czytając powieść przeczuwałam - tę właśnie ogrowatość Rochestera. Uświadomił mi - postacią i rolą, która podbiła mój umysł i serce, oraz niewiarygodną chemią między głównymi bohaterami (to coś, czego nie uzyskała żadna inna adaptacja) - że "mój" Rochester z lektury powieści (ergo taki, jakiego szukałam na ekranie) to człowiek przede wszystkim zmienny, nieprzewidywalny, chimeryczny, przeskakujący z nastroju w nastrój i z tonu rozkazu w ton czułości - wszystko na przestrzeni kilku minut. Bezwzględny w krytyce i momentami nieprzyjemny w rozmowie aż do bólu, po to żeby w następnym zdaniu żartować, flirtować - po czym znów wpadać w ton sarkazmu i ironii. A zarazem człowiek absolutnie przekonany jednocześnie o swojej atrakcyjności jak i jej braku, ponieważ złe doświadczenia podpowiadają mu, że atrakcyjny może być jedynie jego majątek. Co nie jest prawdą i on to podskórnie (pod tą stwardniałą czy pociemniałą skórką cebuli) czuje.

I to zostało bezbłędnie pokazane w rzeczonym serialu: po raz kolejny BBC pokazała, że potrafi za niewielkie pieniądze robić z adaptacji literackich filmowe perły. Wszystkie sceny między Jane a Rochesterem są tu właśnie niejednoznaczne emocjonalnie: sarkazm, niekiedy na granicy szyderstwa, miesza się z melancholijną czułością, żart z próbą wyrażenia autentycznych uczuć, naturalne w istniejącej sytuacji traktowanie Jane jak jednej ze służących z przebijającym przez tę warstwę zachowania wzrastającym poczuciem, że jest ona partnerką nie tylko w rozmowie.

I kluczowa scena, w której również Jane pokazuje, że ma w sobie coś z ogra: oświadczyny Rochestera wywołane są przecież wybuchem jej wrodzonego temperamentu (pierwszym od wyjazdu z Gateshead), doskonale przez lata maskowanego zasadami i przekonaniami wpojonymi jej w Lowood, a wzmocnionymi przez przykład Helenki Burns: że są sytuacje, w których bunt i manifestacja swojej indywidualności nic nie dają. Kiedy Jane zrzuca maskę cichej, potulnej i nieulegającej emocjom guwernantki, i w płomiennej mowie przez łzy (fenomenalna Ruth Wilson w tej scenie bije wszystkie inne filmowe Jane na głowę) oznajmia, że jest człowiekiem i ma uczucia - wtedy dopiero Rochester decyduje się jej oświadczyć. Konsekwencje są wiadomo jakie - pozostała przecież taka warstwa, której nie da się po prostu odrzucić - ale od tej chwili ten proces odkrywania samych siebie będzie znacznie bardziej świadomy.

Kluczowy w tej konkretnej adaptacji wydaje mi się też fragment drugiej rozmowy Jane i Rochestera w Thornfield, tej, która realizacyjnie zaczyna się od sceny moim skromnym zdaniem genialnej, kiedy na krótką i szorstką komendę "Sit!" reaguje pies Pilot, a Rochester po tej reakcji uświadamia sobie, jakim tonem zwrócił się do Jane. Pod jej koniec Jane bardzo w duchu epoki i swojego szkolnego wychowania wygłasza - w ramach tłumaczenia się, dlaczego nie nazwała go przystojnym - dość sztampową formułkę o wewnętrznym pięknie. Rochester pointuje ją ostrzeżeniem, żeby nie zaglądała w jego wnętrze, bo może je znaleźć niepięknym. On wciąż widzi w sobie jedynie odrażającego ogra i może nawet chce ją przed samym sobą chronić, podczas gdy ona już chyba zaczyna widzieć ogra fascynującego w swej ogrowatości, złożoności, niejednoznaczności i niebanalności. Ogra, który dla takiej ogrzycy jak ona jest po prostu piękny. Co więcej - mam wrażenie, że to w tej rozmowie Jane odkrywa nie tylko, że zaczyna się w Rochesterze zakochiwać, ale że może powinna odpowiadać na jego ironię własną, która w niej przecież jest, choć przykryta narzuconymi warstwami pokory i braku ambicji.

I bardzo mi się jeszcze podoba, że w tym filmie oni nawet w ostatniej ważnej scenie (nad potokiem) nie zatracili tej ironii, że nadal się przekomarzają, że wręcz wraca ten ton złagodzonej szorstkości, że nie zmienili się w anielskie postacie dwojga zakochanych. Wiem, że to wszystko brzmi jak pieśń miłosna Drakainy, ale naprawdę - dawno nie widziałam tak pokazanych na ekranie niebanalnych emocji. (No dobra, troszkę kłamię, bo widziałam je przedwczoraj, w innym serialu BBC, mianowicie w finale Merlina, ale to zupełnie inna bajka, choć emocje w jakiś sposób podobne. Może zresztą o tym też napiszę, na razie napisała N, a ja z nią nieco podyskutowałam.)

Och, jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko wyraźnie zaakcentowanemu w tym filmie erotycznemu zauroczeniu, co spotyka się niekiedy z krytyką ze strony fanów (fanek?), którzy lubią adaptacje zgodne z literą książek. Jak dla mnie wymazywanie z dziewiętnastowiecznych historii erotyzmu tylko dlatego, że nie jest on opisywany wprost, jest krzywdą dla ludzi, którzy wówczas żyli. Powieści sióstr Brontë pulsują namiętnością, mimo że konwencja literacka każe brać erotykę w ostre ryzy. A tak jak starożytni Grecy nie przechadzali się jedynie po agorach dyskutując wzniosłym językiem o filozofii, tak i wiktoriańscy dżentelmeni i panny nie tłumili non stop swoich temperamentów myśleniem o Anglii.


sobota, 12 stycznia 2013, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/01/15 15:51:19
Bardzo romantyczna jest ta Twoja wizja Rochestera. :)

Ogromnie mi się podoba, chociaż (jak dobrze wiesz) ja sama mam inną. Może nie całkowicie inną, bo przecież z wieloma Twoimi tezami się zgadzam, ale jednak inną...

Aż mam ochotę jeszcze (kolejny) raz zobaczyć serial BBC i sprawdzić, co też takiego ja w nim przeoczyłam, że zupełnie mnie nie uwiódł. Podobał mi się, owszem, ale ani Stephens, ani Wilson jakoś mnie nie przyciągnęli tak bardzo jak Ciebie. I o ile sam serial oceniam dość wysoko, to ani ona, ani on nie są w czołówce moich Jane i Edwardów...

A inna rzecz, że tej erotyki w "Jane Eyre" jest mnóstwo i zdecydowanie się z Tobą zgadzam, że pokazanie jej jest zgodne, jeśli nie z literą, to z duchem książki.

Świetny wpis, wypatruję z nadzieją kolejnych.
-
2013/01/16 17:35:22
Tak, to prawda: ja książki sióstr Bronte widzę jako romantyzm w jego może ostatnich autentycznych podrygach, ale jednak... Większość podręczników historii literatury zresztą kończy go ok. 1850, więc w sumie nawet ortodoksyjnie jest tak uważać ;)

W kwestii podobania się poszczególnych wersji - to może być przykład de gustibus, które jest nie do przeskoczenia: jak wiesz z wpisów pod Twoją notką o Rochesterach, ja z kolei kompletnie nie trawię jednego z Twoich ulubionych i nie jestem w stanie pojąć, jak Dalton może kogokolwiek zachwycać, a o tamtejszej Jane wolę zmilczeć. Postanowiłam natomiast przyjrzeć się jeszcze raz wersji z Hindsem, żeby wyłapać więcej szczegółów, choć z drugiego miejsca na pierwsze oczywiście nie ma szans awansować ;) Skądinąd właśnie doszłam do wniosku, że to jest chyba bardzo mocne drugie miejsce, bo Morton jako Jane na pewno jest u mnie na drugim po Wilson. Tylko w sferze ogólnie wizualnej (krajobrazy, sposób filmowania) ta wersja spada niżej, bo tego jakoś szczególnie moim zdaniem nie dopilnowali.

Zdradzę przy okazji, że Ninedin knuje (et ego pars parva fui tego knucia) kwestionariusz dla oceny poszczególnych wersji JE, który będzie sobie gdzieś w blogosferze krążył, więc będziemy miały wszystkie szanse pooceniać ogólnie i szczegółowo :) Ja do tego czasu mam nadzieję dorwać jeszcze kilka z tych mniej znanych adaptacji.
-
2013/01/17 03:56:36
Wiesz, ja nawet nie miałam specjalnie na myśli romantyzmu, a raczej romantyczność... Twoją... :)
Choć Rochester byroniczny jest, jak najbardziej.

De gustibus na pewno, oraz zgadzam się co do sfery wizualnej. W tamtej wersji strasznie widać skromne telewizyjne środki...

No i jeszcze: och jej, och jej, kwestionariusz! Bardzom ciekawa, pomysł świetny, będę czekała. A w międzyczasie sobie nadrobię serial z '73, skoro już zaczęłam.
-
2013/01/17 12:17:32
Ach, no tak, moja romantyczność = fangirling w stopniu, jakiego nie doświadczyłam od czasów Drużyny Pierścienia, no, może jeszcze potem z powodów Doktorowo-Torchwoodowych (Jack Harkness), ale chyba też nie aż tak. Dlatego napisałam uczciwie, że ten wpis brzmi jak Love song of Agnes F. Drakaina ;)

Ale jeśli w kwestionariuszu znajdzie się pytanie o nielubianą scenę w ulubionej wersji lub coś w tym rodzaju, to na pewno coś się znajdzie. Btw co to jest serial z '73? I gdzie można go znaleźć?
-
2013/01/18 02:37:53
Fangirling wobec kapitana Jacka Harnessa też mi się włączył ogromny. I, co ciekawe, właśnie wobec Harknessa, a nie Barrowmana (którego uwielbiam, ale tak "normalnie"). :)

Serial z '73 to jest coś takiego, a znalazłam to na chomiku (bo tam właśnie znajduję większość rzeczy niedostępnych normalnie...). Jakby co mogę się jakoś podzielić.
-
2013/01/18 11:52:57
Znalazłam! Dziękuję :) A na marginesie: z fangirlingiem JH/JB mam podobnie, choć innymi rolami JB nie pogardzę (nie żeby tego było w nadmiarze, za to widziałam w Londynie na żywo...)
-
2013/01/21 21:43:55
Przeczytałam notkę z zainteresowaniem, ale szczególnie rzucił mi się w ocazy ten fragment: "(..)to człowiek przede wszystkim zmienny, nieprzewidywalny, chimeryczny, przeskakujący z nastroju w nastrój i z tonu rozkazu w ton czułości - wszystko na przestrzeni kilku minut. Bezwzględny w krytyce i momentami nieprzyjemny w rozmowie aż do bólu, po to żeby w następnym zdaniu żartować, flirtować - po czym znów wpadać w ton sarkazmu i ironii. A zarazem człowiek absolutnie przekonany jednocześnie o swojej atrakcyjności jak i jej braku, ponieważ złe doświadczenia podpowiadają mu, że atrakcyjny może być jedynie jego majątek.(...)" Opisujesz Rochestera w interpretacji Stephensa (na marginesie, zabrałam Ninedin płyty i zamierzam w najbliższym czasie obejrzeć), a moje myśli biegną w stronę jednego z moich ukochanych i niejednoznacznie romantycznych bohaterów, czyli Jaretha, the Goblin Kinga z "Labiryntu". Muszę to sobie zapamiętać, to dosyć nieoczekiwane skojarzenie.
       

       Copyright