Blog > Komentarze do wpisu
Kto zabił marzenia?

Kiedy byłam mała, znaczy się w podstawówce, jednym z pytań, które powtarzały się we wszystkich młodszych klasach, było „kim chciałbyś zostać, jak będziesz dorosły”. I snuło się fantazje. Mniej lub bardziej fantastyczne, ja na przykład chciałam być astronautą i archeologiem i to drugie w sumie w końcu udało mi się nawet zrealizować, pomimo popełnionych po drodze pomyłek życiowych. Astronautą chciałam być oczywiście dlatego, że czytałam Lema oraz książki popularnonaukowe kupowane przez Tatę Fizyka i oglądałam seriale fantastyczne, archeologiem chciałam być dlatego, że w wieku lat sześciu zakochałam się w starożytnej Grecji. Piszę to dlatego, żeby dodatkowo podkreślić, że moje marzenia życiowe były osadzone głęboko w przekonaniach, że to właśnie chcę robić i czynniki zewnętrzne miały na nie nikły wpływ, a już na pewno nie miała na nie wpływu opinia publiczna wskazująca na to, co jest cool a co nie.

Nie pamiętam dokładnie, co chcieli robić wszyscy moi koledzy z wczesnej podstawówki, ale na pewno ten, który chciał być lekarzem, dzisiaj nim jest (i to dobrym), a ten, który chciał być razem ze mną astronautą jest już uznanym genetykiem na niezłej uczelni. W sumie bardziej trzymałam się (i biłam) wtedy z chłopakami, więc o dziewczynach pamiętam głównie, że chciały być piosenkarkami lub aktorkami, ale ta jedna, która miała na to drugie realne szanse (czytaj: autentyczny talent) nie nauczyła się wiersza na pamięć i oblała przez to egzamin na PWST, mimo że komisja stawała na głowie, żeby ją przepchnąć dalej.

W liceum niestety trochę zaniedbano kwestię "co byś chciał robić w życiu" na rzecz korowodu osób, które przychodziły reklamować nam swoje kierunki studiów, a że byłam wówczas urzeczona teatrem, dałam się zwieść, że teatrologia to kierunek dla mnie. A w sumie to roiłam wówczas również, że chciałabym być reżyserem, ale warsztaty teatralne na wzmiankowanym kierunku dość mnie do tego zniechęciły (w sumie to do dziś sobie myślę, że przynajmniej klasykę dramatu rozumiałabym znacznie lepiej od młodego pokolenia, które jej nie rozumie wcale). Nie będę się rozpisywać o moim dalszym skomplikowanym życiorysie studentki wszystkich możliwych stopni studiów, bo nie o to tu chodzi.

Chodzi o to, że nawet jak studiowałam niewłaściwy kierunek, to starałam się robić coś, co mi sprawiało przyjemność, na przykład kończąc polonistykę (to ten błąd) pracowałam w krakowskiej Gazecie Wyborczej, za wierszówkę. Z gadżetów dostałam może kiedyś długopis. O co chodzi z tymi gadżetami? Ano o to, że w jednym z najnowszych tekstów w dyskusji o biedactwach "millenialsach" przeczytałam, że w latach '90 to było lepiej, bo w korpo na wejściu dostawało się gadżety, a teraz nie ma. Czyli w pracy chodzi o to, żeby dostać telefon za darmo. Hmmm. Jak ja poszłam do Gazety, to dlatego, że chciałam spróbować dziennikarstwa. I do dziś mam satysfakcję, że dostałam nagrodę dnia ogólnopolskiego wydania za to, że udało mi się dostać po wywiad do Giulio Andreottiego, mimo że konkurencja teoretycznie zaklepała sobie wyłączność... Nie wiem jak dla millenalsów, ale dla mnie coś takiego jest więcej warte niż smartfon od firmy (niezależnie od oceny Andreottiego jako polityka - pokazałam sama sobie, że potrafię).

Zastanawiam się, czytając tak te teksty z prawa i lewa o biedactwach millenialsach, czy to pokolenie ktokolwiek kiedykolwiek pytał, co chcieliby w życiu robić. W sensie takim naprawdę osobistym: co lubisz, co cię interesuje, co cię pasjonuje. Wiadomo, że nasze marzenia z podstawówki (ci astronauci i piosenkarki) zazwyczaj pozostają w sferze marzeń. Ale ważne jest, żeby rozwijać poczucie, że marzyć warto i że warto mieć pasje. Bo jakoś nie jestem w stanie uwierzyć, że większość ludzkości fascynuje wyścig w sprzedawaniu produktów i korpo projekty. Oczywiście nie jest tak, że zawsze studiowanie tego, co się lubi robić, ma sens - mój osobisty przykład "lubię czytać książki, więc skończę polonistykę (w sensie literaturoznawstwo) i jakoś to będzie" jest najlepszym dowodem, jak złudna bywa taka perspektywa. Dobry psycholog powiedziałby mi, że mam lepszą pamięć do obrazów niż tekstów i z kilku fascynacji (literatura, sztuka, muzyka) sztuką będzie mi się najłatwiej zajmować. Dobry psycholog powiedziałby mi pewnie też, że tak naprawdę pasjonuję się historią i epizod fatalnej nauki w liceum nie powinien tego zniweczyć. Na szczęście w końcu sama doszłam do tych wniosków.

Mam natomiast wrażenie, czytając zwłaszcza te narzekania millenialistyczne, że autorów kolejnych łzawych listów nie interesuje nic poza zarabianiem pieniędzy, żeby móc wziąć kredyt, oraz pakietem socjalnym i gadżetami od firmy.

Proszę nie zrozumieć mnie źle: ja też lubię mieć pieniądze. Do tego stopnia, że robiąc dwa lata studiów magisterskich na archeologii w jednym roku i pisząc długą, ambitną pracę magisterską, przetłumaczyłam równolegle osiem (tak 8, w jednym roku, plus kilka trudnych egzaminów i magisterka) książek, bo 250 zł stypendium naukowego zdecydowanie nie wystarczało mi na maleńki nawet procent potrzeb, nie mówiąc o realizacji marzeń.

I byłabym nawet skłonna pochylić się z sympatią nad pokoleniowym lamentem, który u podstaw miałby właśnie niemożność realizacji marzeń. Gdyby autorzy tych płaczliwych manifestów pokoleniowych pisali, że chcą latać szybowcem, zwiedzić całą Syberię albo Amerykę Południową, zebrać kolekcję pamiątek związanych z wojną secesyjną... Ba, gdyby ktoś nawet wprost napisał, że marzy o małym domku z białym płotem, dwójką dzieci i psem na trawniku, to miałby szanse wzbudzić we mnie sympatię. Ale niestety z tych listów i narzekań wyziera widmo rozwalonego w łamiącym cały kodeks drogowy bmw byznesmena z najnowszym smarfonem w ręku, planującego wakacje w najdroższym hotelu w Hurghadzie. Z tych listów wyziera widmo korporacyjnej urawniłowki jako ostatecznego celu, do którego należy dążyć. Żeby mieć dokładnie tak, jak wszyscy zamożni dyrektorzy i prezesi. Bo nawet nie jak ci najbogatsi, których stać na prawdziwe fantazje, i którzy je realizują, nawet jeśli są podpowiedziane przez doradcę.

Tak sobie myślę, że gdyby ci millenialsi mieli jakieś autentyczne fascynacje czy hobby, gdyby interesowało ich cokolwiek poza wmówioną im koniecznością stanięcia w blokach do wyścigu szczurów, który ma im zapewnić jakieś niejasne szczęście w przyszłości, to jednak chcieliby podejmować pracę za nawet minimalną pensję bez socjalu, bo to jest jakiś punkt wyjścia do realizacji tego, co naprawdę daje smak życiu, czyli własnych marzeń. Zapewne do tej marnej pensji dorabialiby po nocach, bo jeśli czegoś się naprawdę chce, jeżeli to coś jest dla nas naprawdę ważne, to większość z nas jest w stanie dla tego czegoś wiele poświęcić i wiele włożyć wysiłku w osiągnięcie tego celu. Pomińmy już nawet takich wariatów jak ja, których marzenia obejmują specyficzny rodzaj podróży, tworzenie dziwacznych kolekcji i uczestnictwo w kulturze. Myślę, że ci, którzy naprawdę marzą o spokojnym życiu rodzinnym, tworzą je sobie za "te polskie dwa tysiące". Wiem, że na szczęście istnieją również wciąż bardzo młodzi ludzie, którzy chcą być lekarzami, żeby pomagać ludziom, prawnikami, bo interesuje ich prawo, inżynierami, bo fascynują ich nowe możliwości techniki, nauczycielami, bo wierzą w edukację i wykształcenie, naukowcami w dowolnej dziedzinie, bo ciekawi ich świat. Ale oni nie zabierają głosu w dyskusji o millenialsach, bo się nimi nie czują i zapewne szkoda im czasu na pisanie listów do gazet - świat i życie są na to zbyt ciekawe. A oni mają coś więcej niż sztucznie kreowaną i napędzaną więź pokoleniową, opartą na wspólnym narzekaniu. Choć oczywiście, oni też woleliby mieć pensje na poziomie zachodnich krajów Unii Europejskiej, na przykład po to, żeby podróżując po Europie nie musieć oszczędzać na wszystkim. Tylko że jak mają do wyboru: podróżować oszczędzając czy siedzieć w domu narzekając, że mogliby podróżować nie oszczędzając, wybierają to pierwsze.

Niestety mam wrażenie, że dzisiejsza szkoła z wydatną pomocą mediów oraz wszelkiego innego przekazu publicznego, zabija indywidualne marzenia. Pokazuje się raptem kilka pożądanych ścieżek kariery, w sklepach internetowych bombardują nas masowe produkty sprzedawane jako "oryginalne" i "podkreślające indywidualność", przedmioty są jednorazowego albo bardzo krótkiego użytku, więc się do nich nie przywiązujemy i nie tworzymy poprzez nie swojej indywidualności... I można by tak wyliczać dalej. Nic dziwnego, że aspiracją staje się bycie takim samym, posiadanie tego samego. No, w najlepszym razie: nieco nowszego modelu. Który zaraz zostanie przebity jeszcze nowszym. I tak ewig... usque ad finem. (A tymczasem pierwsza połowa tego mojego ulubionego cytatu z Lorda Jima brzmi "To follow the dream, and again to follow the dream...")

Dziś zamiast obrazka muzyczna dedykacja dla millenialsów (choć nie jestem pewna, czy zrozumieją, o co mi z tą dedykacją chodzi):

PS. Jeszcze jedno: wielka prośba do dziennikarzy i blogerów, żeby wreszcie przestali udawać/wmawiać, że społeczeństwo składa się z pracowników korporacji/narybku korporacji. To produkuje samonapędzający się mechanizm: czytelnik zaczyna wierzyć, że poza korporacją nie ma życia, nie ma szczęścia, nie ma świata. A na dodatek politycy mogą sobie dzięki temu spokojnie zapominać o tym, że istnieją również inne grupy, które od transformacji nie mogą się doprosić poprawy swojego bytu. Grupy naiwnych wykształciuchów, którzy - taki przekaz płynie z mediów - są biedni na własne życzenie, bo sami chcieli być tym, czym są.

niedziela, 25 sierpnia 2013, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/08/25 13:34:25
Dwa zdania komentarza, jedno moje, drugie nie moje.

1. W kwestii millenalsów: ja ich jakoś tam rozumiem, w sensie: nie mają łatwo; kolejne pokolenia, na pewno od mojego (lata 70.) rosły w poczuciu, że jak dorosną, będzie im lepiej, że poziom życia ich rodziców jest ich punktem startu. Oni nie, oni rośli w poczuciu, że kryzys i że będzie tylko gorzej. To nic nie usprawiedliwia, ale może coś tłumaczy, jakoś.

2. Ale żeby nie było za łatwo, jedyni w swoim żalu nie są i ni byli. I tu cytat.

Oto plugawa kariera, jaka cię czeka, a osiągniesz ją jedynie pod tym warunkiem i w takim towarzystwie! Dochrapiesz się może posady na dwadzieścia tysięcy, ale trzeba ci będzie opychać się łakociami, zabronić śpiewać biednemu więźniowi; będziesz wyprawiał obiady za pieniądze odkradzione z jego nędznego jadła, a podczas twoich obiadów on będzie jeszcze dotkliwiej czuł swą nędzę. O Napoleonie! Jak słodko było za twoich czasów piąć się ku fortunie wśród niebezpieczeństw! Ale pomnażać nikczemnie niedolę biedaków!
Stendhal, znaczy się, i Julian Sorel oceniający, dość trzeźwo wbrew pozorom, swoje szanse na karierę, 1831.
-
2013/08/25 13:40:58
Masz niewątpliwie rację w p. 1 (a za cytat z 2 dzięki!), ale ja mam wrażenie, że tę postawę im nieco jednak wmówiono. Bo kryzysy bywały, bywają i będą bywały, podczas gdy lepiej to zawsze było; o ile pamiętam, podobne nastroje są już w bardzo starych zapisach, bodaj na tabliczkach mezopotamskich z czasów ledwie posumeryjskich a może i sumeryjskich. Obok Stendhala można przywołać również Lalkę, tam na marginesie też o tym jest. I mnóstwo innych dzieł, choć Stendhal rzeczywiście ujął to dosadnie i wprost.

Ale ten czynnik wmówienia wydaje mi się istotny: z jednej strony wmawia się, że z powodu kryzysu nic się nie da zrobić i jesteśmy skazani na porażkę (co tylko zwiększa kryzys, zamiast go zwalczać), z drugiej - że dążyć należy do jakichś z góry ustalonych standardów, dyktowanych przez korporacyjny lajfstajl. I to jest dla mnie w tym akurat pokoleniowym narzekaniu okropne i o tym w sumie napisałam. Bo ja przecież też chciałabym zarabiać jak na zachodzie...
-
2013/08/25 13:48:35
Szukałam po internecie, ale nie mogę nigdzie znaleźć, jaki procent zatrudnionych w Polsce pracuje w korporacjach. To chyba jakaś tajna wiedza. Cała gazeta.pl pisze artykuły "społeczne" z sugestią, że właściwie większość Polaków pracuje w korporacjach i tylko praca w korporacji jest prawdziwą pracą.

Czy ktoś z czytających tego bloga wie, jaki to w końcu procent Polaków? Byłabym wdzięczna za linki do statystyk.

Łzawe teksty o których mowa w notce sugerują, że jedyna droga zawodowa osoby z wyższym wykształceniem to korporacja. I opowiadają o tym, jak to korporacyjna młodzież zazdrości japiszonom z lat 90. Tymczasem w latach 90. japiszonów było naprawdę mało. Stąd i wysokie zarobki, samochody, gadżety. Po prostu zagraniczne korporacje dopiero zaczynały inwestować w Polsce. Na początku wesołych lat 90. ludzie do korporacji byli brani wręcz z łapanki. Zwizualizujcie sobie, że chcecie otworzyć filię globalnej firmy w jakimś dzikim kraju w środku buszu.

Teraz rynek (nie pracy, lecz: korporacji) się nasycił. A pożyteczni idioci Agory wciąż marzą o byciu zatrudnionym na takich warunkach, jak menadżer z łapanki z lat 90.

Procent pracujących w korporacjach jest obecnie na pewno większy niż wtedy, bo więcej jest korporacji.

Ale też z drugiej strony, i tak ten procent jest niewspółmiernie mały do szumu medialnego, jaki się teraz robi. Przypuszczam, że wciąż największym pracodawcą w Polsce jest państwo. Potem prawdopodobnie samorządy i prywatny biznes, w tym duży procent rolnictwo indywidualne. Dopiero potem korporacje.

Więc jest to rozmowa o problemach nie dotyczących większości młodych Polaków. Podejrzewam, że stwarzanie wrażenia, iż nie ma życia poza korporacją jest to strategia tychże korporacji do napędzania sobie nowych pracowników.
-
2013/08/25 13:57:15
O, wreszcie manifest pokoleniowy, pod którym mogę się podpisać! :D Z drugiej strony, ja chyba nie znam żadnego millenialsa, znam za to całe mnóstwo ludzi, którzy robią to, co lubią, czy to profesjonalnie, czy hobbystycznie - ale środowisko fantastów jest pod tym względem specyficzne.

Mam też wrażenie, że mamy podobne doświadczenia z wyborem kierunku studiów, ja przez rok studiowałam bibliotekoznawstwo, bo wydawało mi się, że skoro lubię książki, to jest to logiczny wybór (nie był).
-
2013/08/25 14:08:24
Aha, jeszcze jedno o japiszonach: Oni w latach 90. zarabiali "dużo" - jak na Polskę. Przecież wtedy pensje w innych zawodach były w porównaniu do zachodnich pensji o wiele niższe niż dziś! Co robiło kierownictwo korporacji w centrali? Dać dzikusom 1/10 zachodniego wynagrodzenia, na pociechę dorzucić auto i telefon, a będą nas i tak po rękach całować.

Czytałam raz reportaż z Egiptu. Tam zwykli ludzie jak zarabiają 200 zł, to się cieszą. Wszyscy marzą pracować w zachodniej korporacji, bo tam będą jak paniska - 2000 zł miesięcznie.

Powinniśmy się cieszyć, że przeciętne zarobki w Polsce tak się zrównują z zachodnimi, że mamy w ogóle śmiałość narzekać, dlaczego nie zarabiamy tyle, co na zachodzie. W latach 90. takie narzekanie było absurdem.

Słowem: w d* się poprzewracało od tego dobrobytu.
-
2013/08/25 20:54:37
Bardzo fajny i trzeźwy komentarz. Mnie w sumie przerażają takie listy (chociaż rozumiem lęki ich autorów i zgadzam się z zawartymi w nich ogólnymi diagnozami, że nie jest dobrze), bo pokazują one, że młodzi ludzie nie potrafią samodzielnie pomyśleć. Powtarzają często jakieś ogólne stwierdzenia, podparte własnymi wycinkowymi doświadczeniami i kończące się apelami do starszych by się posunęli. A w dzisiejszym świecie los młodych poprawi się tylko, jeżeli ten świat zacznie się zmieniać, odchodząc właśnie od tego modelu "korporacyjnego".
Ja, podobnie jak Ty, szanowna autorko, dochodziłam z perypetiami do swojej ścieżki życiowej. Zaczynałam różne studia, by stwierdzić, że kariera naukowa mnie jednak nie kręci. Próbowałam swych sił w ngosach i korporacji medialnej - z ulgą porzucone na rzecz niepewności wolnego zawodu. Teraz patrzę, że od liceum szłam w tym kierunku, który ostatecznie obrałam, ale potrzebowałam tego czasu, tych doświadczeń, tych trudnych chwil, by się sama poznać. I kiedy czytam kolejny artykuł o tym, że trzeba rozwijać doradztwo zawodowe już w gimnazjum, by "młodzi nie wybierali złej, nieprzyszłościowej ścieżki kariery", to ciarki przechodzą mi po plecach. Gdy wszyscy staną gotowi, odpowiednio sformatowani przez szkoły i uczelnie, w trybach maszyny, gdzie będzie kultura? Gdzie innowacyjność (także technologiczna)? Gdzie nasze człowieczeństwo?
-
2013/08/25 22:55:54
Problem polega na tym, że dziś system pytania o marzenia wygląda tak. Rodzice/Szkoła pyta Jasia jakie Jaś ma marzenia. Jaś odpowiada że chce być astronautą. Rodzice/Szkoła mówią Jasiowi, że jeśli chce być astronautą to bardzo fajnie ale niech nie myśli sobie, że ktokolwiek mu zapłaci za studiowanie dajmy na to fizyki, i że jeśli chce studiować fizykę to musi w czasie studiów zarabiać i w ogóle to byłoby miło gdyby Jaś idąc na studia w wieku lat 19 już był samodzielny. Jaś jest obrotny i idzie do pracy, dajmy na to do jakiejś pracy w banku. Praca w banku przynosi korzyści choć jest nudna. Ale Jaś umie liczyć więc awansuje. Fizyka okazuje się być pasją ale kasy z tego żadnej a poza tym Jaś nie ma już czasu siedzieć tyle nad nauką bo akurat w Banku łączą się z innym. Koło drugiego roku Jaś rezygnuje z Fizyki i idzie na zaoczne zarządzanie. W pewnym momencie swojego życia Jaś ma dobre zarobki, narzeczoną, kredyt i zapytany co chcialby robić w życiu nawet nie pamięta, że chciał być astronautą. Za trzydzieści lat Jaś napisze młodemu pokoleniu o tym jak sam na wszystko własnymi rękami zarobił. To historia mnóstwa moich znajomych. Ja rzeczywiście podążam za marzeniami, idealną pracą i pasją. Zarabiam. Ale nadal potrzebuję trochę pomocy rodziców. Myślę, że istnieje coś pomiędzy postawą roszczeniową a zrozumieniem, że są zawody w których startuje się szybko i takie w których trzeba się rozkręcić. Taka moja refleksja, choć manifest bardzo słuszny.
-
2013/08/25 23:26:46
@ratyzbona
Ale sprecyzujmy: Jaki dokładnie "system" pytania o marzenia masz na myśli?
Kto wymaga od Jasia, żeby był samodzielny w wieku 19 lat?
Przecież nie abstrakcyjny "system", tylko:
a) rodzice, których nie stać na utrzymywanie Jasia na studiach, no i już
b) rodzice, których stać, ale nie chcą, bo mają taką wizję samodzielności
c) sam Jasiu napakowany bajkami z mediów unosi się honorem i choć rodziców stać, to on chce być samodzielny

W przypadku b) "systemem" są konkretni rodzice, ewentualnie napakowani jakimiś medialnymi wizjami, że "tak trzeba w dzisiejszych czasach". Ale wątpię, żeby było dużo takich przypadków b).

Prędzej c), ale to nie wina "systemu", tylko człowieka, który woli być konformistą i robić jak wszyscy, bo tak napisali w mediach.

W przypadku a) chodzi raczej o brak systemu - systemu stypendialnego dla niezamożnych studentów. Ale nie wiem, czy kiedykolwiek w Polsce system stypendiów był efektywny. W każdym razie to jedyna dziedzina, w której można tu walczyć z państwem o jakąś reformę.

A teraz co do fizyki i bycia astronautą. Należy się pogodzić z tym, że studia trzeba skończyć, ba, skończyć z dobrym wynikiem, i raczej trudno jest to osiągnąć pracując na boku. To są naprawdę trudne studia, jak medycyna. Więc trzeba się pogodzić, że jakoś te studia należy przebiedować, ale bardziej warto walczyć o wyniki niż o pieniądze.

Następnie po studiach: Jak wiadomo, Polska nie ma kosmodromu i nie wysyła ludzi w kosmos. Stąd prosty wniosek dla człowieka, który naprawdę wie, że tego chce - wyjechać za granicę i tam robić karierę astronauty. Jeśli chodzi o karierę fizyka, to też powinno być jasne dla człowieka chcącego się tym zajmować, że tego nie da się robić na pół gwizdka. I że można, a nawet trzeba na jakiś czas wyjechać na zachód i tam pracować za nieco przyzwoitsze pieniądze. Przy czym, serio, te pieniądze dla młodych fizyków na zachodzie też są cienkie w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń w danym kraju, a zwłaszcza cienizna jest w USA. Więc to są rzeczy, które Jasiu powinien jak najprędzej wiedzieć.

I na koniec - obecnie w Polsce jest taki moment dziejowy, że akurat jest na rynku naukowym sporo pieniędzy dla młodych fizyków. Tych dobrych. Tak że mogą oni pracować za wynagrodzenia, które jeszcze parę lat temu były do dostania tylko na zachodzie. Znam młodych fizyków, którzy mówili, że trochę im się nie opłaca finansowo wyjeżdżać na zachód.

Ale to jest wszystko coś, czego trzeba się powoli dorabiać i najpierw klepać biedę. Nie wiem dlaczego ludzie akurat teraz zaczęli myśleć, że etap dorobku da się przeskoczyć. Nigdy się nie dało, a w latach 90. tych mitycznych japiszonów była garstka, a bezrobocie szalało wyższe niż obecnie. Więc nie rozumiem gadania, że wtedy było lepiej. Nie było lepiej.
-
2013/08/26 11:34:30
Tu warto obejrzeć [a="prezi.com/-qlncyvj2qy6/analiza-zmian-bezrobocia-w-polsce-w-latach-1990-2013/
"]obrazek[/a], jakie było bezrobocie w przeszłości w Polsce. Wyższe niż w 2013 było w latach: 1993-1996 i 2001-2006. I bywało nawet DUŻO gorzej.

Ten artykuł pokazuje, jak od lat 90. w Polsce rósł stosunek przeciętnego wynagrodzenia do cen towarów. Jako jeden z przykładów, siła nabywcza wynagrodzeń mierzona liczbą hamburgerów, które można kupić za przeciętne wynagrodzenie. Niestety mierzona dopiero w latach 1994-2010. Widać, że siła nabywcza przeciętnej pensji w tych latach wzrosła ponad 2 razy (dokładnie 2.26).

Więc lata 90. to były te lepsze czasy? ;-)
-
2013/08/26 14:04:32
Ale ja się pytam ile ja mam tą biedę klepać. jestem na rynku pracy od trzeciego roku studiów, prawda robię to co lubię ale zarabiam mniej niż mediana wynagrodzeń sprzątaczek. I się cieszę bo to jest więcej niż moi znajomi. A jestem na rynku pracy od kilku lat i nie mogę powiedzieć, że się nie staram. Ale jak mi uniwersytet każe prowadzić zajęcia dla studentów za darmo to chyba mam prawo do odrobiny frustracji. Bo jakby to powiedzieć, tak z biedy nie wyjdę.
-
2013/08/26 15:45:03
Oczywiście, że masz prawo do frustracji. Nawet nie odrobiny. Ale warto tę frustrację precyzyjnie zaadresować. Konkretny adres to uniwersytet, mentalność profesorów, ministerstwo nauki - ale nie jakiś tajemniczy "system".
-
2013/08/26 16:29:30
@Anuszka
Konkretny adres to uniwersytet, mentalność profesorów, ministerstwo nauki - ale nie jakiś tajemniczy "system".

System nie jest tajemniczy, zresztą właśnie wymieniłaś jego elementy.

Ten artykuł pokazuje, jak od lat 90. w Polsce rósł stosunek przeciętnego wynagrodzenia do cen towarów. Jako jeden z przykładów, siła nabywcza wynagrodzeń mierzona liczbą hamburgerów, które można kupić za przeciętne wynagrodzenie. Niestety mierzona dopiero w latach 1994-2010. Widać, że siła nabywcza przeciętnej pensji w tych latach wzrosła ponad 2 razy (dokładnie 2.26).

No tak, średnie wynagrodzenie.
-
2013/08/26 23:35:39
System nie jest tajemniczy, zresztą właśnie wymieniłaś jego elementy.

To jest system dotyczący młodych naukowców. Jest raczej rozłączny z systemem gnębiącym młodych ludzi z korporacji. Rozumiem, że sfrustrowany młody naukowiec, jak widzi narzekania sfrustrowanego młodego pracownika korporacji, to ma ochotę się solidaryzować w cierpieniu, bo też mu źle. Ale, serio, źródła cierpień w obydwu tych światach są inne i solidarność jest doprawdy pozorem.

No tak, średnie wynagrodzenie.

No tak, czekałam, aż ktoś pierwszy głośno przyzna, że w listach "millenialsów" nie chodzi o żal, iż wszystkim obywatelom jest źle - lecz o żal, że uprzywilejowanym obywatelom zrobiło się źle.

"Millenialsi" marzyli, że będą należeć do uprzywilejowanej kasty, jak japiszony z lat 90., a tu kupa, trzeba być przeciętnym obywatelem. Przecież te ich rzewne płacze, że już w korporacji nie mogą zarobić tyle, co ich starsi koledzy, do tego się sprowadzają.

BTW. dlatego dziwię się młodym naukowcom, że się akurat z TYMI płaczami solidaryzują. Walczycie o to, żeby wasi rówieśnicy w korporacjach znów zarabiali 10x więcej od was, czy jak?
-
2013/08/27 08:10:44
Jeszcze komentarz do tego westchnięcia o średnim wynagrodzeniu. Sugeruje ono jakoby wzrost siły nabywczej wynagrodzeń dotyczył tylko średnich pensji i brał się z tego, że tylko najbogatszych stać na więcej.

Jak mawiał Richard Feynman, shut up and calculate.

wolframalpha.com/input/?i=Poland+Gini+index
Wskaźnik Giniego wzrósł w Polsce skokowo pomiędzy rokiem 1991 i 1992. Potem utrzymuje się na relatywnie stałym poziomie. Tymczasem siła nabywcza wynagrodzeń wciąż wzrastała, jak pokazałam w poprzednich komentarzach.

pl.wikipedia.org/wiki/P%C5%82aca_minimalna
Za płacę minimalną w Polsce w 1994 roku można było kupić 63 hamburgery. A w 2010 roku już 163.

Zatem argument, że to tylko najbogatszych stać było na coraz więcej, możemy wyrzucić do kosza.
-
2013/09/03 12:52:42
@anuszka - astronauta jest tu trochę metaforą, nie konkretem nawet. Chodzi o to, żeby przez pracę zarobkową na studiach nie porzucać pasji i marzeń. Np. chciałeś byś astronautą, żeby już zostać przy tym przykładzie, więc idziesz na fizykę albo astrofizykę i nagle odkrywasz, że kręci cię praca przy teleskopie i badanie kosmosu z własnego fotela. I zaczynasz chcieć pracować w obserwatorium, a niekoniecznie w samym programie kosmicznym. I ewentualne dorabianie do marnego stypendium traktujesz jako zło konieczne albo zaciskasz zęby i żyjesz ze stypendium lub jeśli masz takie możliwości, to z pomocy rodziców. Ale nadal chcesz być astronomem albo astrofizykiem i zrobisz wszystko, żeby być w tym jak najlepszy. I żaden bank cię całkowicie nie skusi, bo po prostu umarłbyś w takiej pracy.

Dorastanie polega po części na weryfikacji szczegółów marzeń. Jak ja w podstawówce chciałam być archeologiem, to oczywiście marzyłam o wielkich odkryciach, korkowych kapeluszach i może nie wysadzaniu zabytków jak Indiana Jones, ale o znajdowaniu takich cudów jak on. A potem człowiek cieszy się, że parę skorup skleja się w jeden mało atrakcyjny garnek i to też jest fajne, może nie aż tak fajne jak odkrycie czegoś bardzo ważnego, ale uczy się doceniać, że taki nieduży wkład w rozwój dyscypliny też się liczy i ze sklejenia garnka też można się cieszyć, albo z wymyślenia, czym oryginalnie był dekoracyjny kawałek podłogi (to konkretny przykład z mojego życia).

Ty też nie pracujesz wyłącznie po to, żeby dostać Nobla, tylko żeby jakoś do rozwoju fizyki się dołożyć, nie? I lubisz to, bo inaczej chyba byś tego nie robiła ;)
-
2013/09/05 18:40:54
Mam natomiast wrażenie, czytając zwłaszcza te narzekania millenialistyczne, że autorów kolejnych łzawych listów nie interesuje nic poza zarabianiem pieniędzy, żeby móc wziąć kredyt, oraz pakietem socjalnym i gadżetami od firmy.

Ale to są wazne rzeczy. Co w końcu ma mnie motywować do pracy? Skończyłam robotykę realizując swoje zainteresowania istniejące od dawna, ale pracuję robią korektę na rysunkach technicznych - paca monotonna, nudna i w żadnym wypadku nie intelektualna. Z niej mam czerpać satysfakcję i jarać się czytaniem pdf-ów z korporacyjnymi standardami rysunkowymi i technicznymi? Natomiast pracy marzeń nie znajdę od razu, myślę w ogóle, że większosć moich kolegów i koleżanek po studiach raczej bedzie pracowało po prostu dla pieniędzy a nie żeby realizować swoje pasje - możliwość łączenia pracy z zainteresowaniami to przywilej dla najlepszych...

Na szczęście srodowisko w pracy jest bardzo miłe, przyjemne, tolerancyjne i dobrze płacą. Dlatego oceniam tą pracę znacznie lepiej niż gdy co prawda projektowałam maszyny, ale mój przełożony był złośliwym mizoginem i fanatykiem religinym.
-
2013/09/05 18:45:08
Gdyby autorzy tych płaczliwych manifestów pokoleniowych pisali, że chcą latać szybowcem, zwiedzić całą Syberię albo Amerykę Południową, zebrać kolekcję pamiątek związanych z wojną secesyjną...

Autorzy tych manifestów wiedzą bardzo dobrze - co uświadamia się im od czasów szkolnych - że takich marzeń mieć nie warto, bo to nierealistyczne, poza tym nie to decyduje o wartości człowieka w naszej kulturze. :(
-
2013/09/05 18:49:49
to jednak chcieliby podejmować pracę za nawet minimalną pensję bez socjalu, bo to jest jakiś punkt wyjścia do realizacji tego, co naprawdę daje smak życiu, czyli własnych marzeń

No po prostu bez żartów... Kiedy żyje się za 1500 marzenia to pozwalający chwilę odpocząć czysty eskapizm a nie cel do realizacji... Wtedy planuje się jak zrobić, żeby w miesiącu starczalł na rachunki, jedzenie i higienę, oraz było trochę środków na czarną godzinę...
-
2013/09/05 19:53:37
@juliafi

"nie to decyduje o wartości człowieka w naszej kulturze. :("

Zgadzam się z emotikonem, ale uważam, że trzeba coś zrobić, żeby zaczęło decydować.

A co do nierealistyczności pracowania za marną pensję - pozwolę sobie się nie zgodzić, bo znam wystarczająco dużo ludzi, którzy na wyższych uczelniach pracują za te 2000 z hakiem i nie zamieniliby swojej pracy na korpo za trzy a nawet pięć razy tyle plus socjal i gadżety. Prawda, większość z nas dorabia, prawda, nasza praca na tym traci - i oczywiście, gdyby nam uczelnie płaciły więcej bylibyśmy bardzo szczęśliwi, chociażby dlatego, że nie musielibyśmy chałturzyć. Ja i tak mam szczęście, bo dorabiam tłumaczeniem literatury.

I właśnie o to mi chodzi, że jak się chce, to się dorobi, a jak bardzo człowiekowi zależy, to będzie po nocach siedział, byle na te swoje marzenia zarobić. Też mogłabym powiedzieć: dobra, skończyłam dwa kierunki (i pół), robię drugi doktorat, przepracowałam swoje w różnych branżach, więc mam wspaniałe CV, a nikt nie chce mi dać pracy za 10 tysięcy, więc się obrażam i siedzę w domu, marudząc. Ale ja naprawdę wolę strzelić tłumaczenie książki za marną stawkę (boję się pytać o możliwość podwyżki, bo chcę się utrzymać w wydawnictwie, które jest dobre i uczciwe) i pojechać w tę kolejną wymarzoną podróż... I irytuje mnie postawa, że jeśli nie dostaje się czegoś od ręki, bez wysiłku, za sam fakt swojego istnienia, to jest się prześladowanym misiem.
-
2013/09/11 23:52:32
dopiero dzisiaj przeczytałem ...
dzięki za "Okularników" - a piszę, by przypomnieć pewien drobny epizod z PRL-u. "Okularnicy" kończą się frazą "potem wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące ..."
Otóż (podobno, nie wiem czy to nie jest tylko legenda) pierwotne zakończenie było "Potem żyją we wsi w mieście za te polskie tysiąc dwieście..." (co było bliższe ówczesnych realiów), ale zainterweniował cenzor ...
       

       Copyright