Blog > Komentarze do wpisu
Słoń a sprawa polska

Poszerzenie horyzontu zainteresowań historycznych sprawiło, że w wakacje dyskutowałyśmy z N dużo o tym jak się w Polsce uczy historii i dlaczego źle. Wiem, wiem, wakacje nie są od tego rodzaju dyskusji, ale te nasze wakacje są zawsze historyczne i zawsze prowokujące do niewakacyjnych dysput i tak już pewnie zostanie. A że tym razem leitmotivem była epoka napoleońska (Elba i Korsyka plus nieco północnych Włoch oraz powrót przez Austrię i Czechy), wyszłyśmy zasadniczo poza utyskiwanie na temat tego, że o antyku to przeciętny maturzysta wie tyle co nic, a jak już wie, to zazwyczaj z bezsensownej perspektywy. I tak skacząc od starożytności po przełom XVIII i XIX wieku (ten ostatni od jakiegoś czasu ostro sobie przewartościowujemy, w różnorakich fascynacjach nieco się czasem rozmijając, ale w sumie dochodząc do podobnych odkryć i wniosków) uznałyśmy, że chyba wszystkich epok uczy się w Polsce źle. I zrodził się z tego pomysł na notkę: grzechy główne nauki o kolejnych epokach. Są to przemyślenia subiektywne i oparte na niezbyt wielkiej próbie bezpośredniej (N, ja i parę osób, z którymi się o tym rozmawiało), ale również na tym, co obserwowałam niedawno kończąc drugie studia (na Wydziale Historycznym, jakby nie patrzeć) oraz następnie rozmawiając ze studentami. Poniżej zatem lista owych grzechów głównych, a chwilami to raczej może nawet bezsensownych ale wszędobylskich memów, które zatruły mi osobiście naukę historii na etapie zwłaszcza liceum - czyli tym, który dla wielu wyborów jest decydujący. Ponieważ na większości opisywanych epok znam się za mało, żeby pokusić się o pełniejszą argumentację, opiszę jedynie to, co rzuca mi się w oczy jako błąd w nauczaniu.

1. Starożytność.

Grzech główny: Atenocentryzm. Jest to grzech dość globalny, bo dziewiętnastowieczna historiografia w połączeniu z tradycyjną historią sztuki zrobiły z greckiego (czytaj: ateńskiego) V w. p.n.e. złoty wiek nie tylko w antyku, ale ogólnie w dziejach ludzkości i bardzo trudno z tym memem walczyć. Zapatrzeni w hasło "demokracja" nie widzimy, że z naszym współczesnym rozumieniem tego słowa nie miała ona wiele wspólnego. I że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu mało kto w "Atenach Peryklesa" miał wszelkie obywatelskie prawa (sam Perykles miał przecież z tym cudownym systemem osobiste kłopoty).

Grzechy poboczne: zaniedbanie epoki hellenistycznej, która jest okresem największych osiągnięć kulturalnych i naukowych starożytności; w przypadku historii Rzymu skupienie się na podbojach (zarówno republikańskich jak i cesarskich), w związku z czym ze świeczką szukać nauczyciela, który potrafiłby wyjaśnić, na czym polegało znaczenie okresu augustowskiego, a to powinien być ten moment, na którym nauka szkolna się skupia, bo wtedy zmienia się oblicze świata.

2. Średniowiecze.

Grzech główny: jak ujęła to N "średniowiecze było w Polsce" (i po prawdzie stosuje się to do większości kolejnych epok, a do starożytności tylko dlatego nie, że Polski jeszcze nie było, ale za to na lekcjach literatury będzie o Sarmacji, więc to nadrobimy). Wiadomo, wszędzie uczy się w sporej mierze o "dziejach ojczystych", ale polska szkoła wpaja w człowieka przekonanie, że po "upadku cesarstwa rzymskiego" (spuśćmy zasłonę miłosierdzia na zasadność tego określenia) mamy zaraz rok 966, bo od "chrztu Polski" zaczyna się na serio nauczanie o średniowieczu. I ten polonocentryzm rzuca się następnie cieniem na wszystko inne, w związku z czym kończymy szkołę przekonani, że a ekspansja Krzyżaków stanowiła największy problem epoki, a bitwa pod Grunwaldem była najważniejsza na skalę europejską. Aha, a jedyną istotną zasługą Ottona III było to, że przyjechał na zjazd gnieźnieński i lubił Bolesława Chrobrego.

Grzechy poboczne: przemknięcie się nad całym wczesnym średniowieczem włącznie z epoką karolińską (kto pamięta jedynie wkuwanie kolejnych "renesansów", z czego absolutnie nic nie wynikało?), kompletny brak kontekstu (jeśli nie liczyć podkreślanego w kółko czeskiego pochodzenie Dąbrówki, choć nie wiedzieć czemu całkowicie pomija się prawdopodobne dynastyczne powiązania z Kanutem Wielkim, co byłoby znacznie ciekawsze i jest znacznie ważniejsze), kompletny brak pokazania, że pewne mechanizmy i procesy (np. "rozbicia dzielnicowe") były powszechne na pewnym etapie kształtowania się państwowości.

3. XVI w./"Renesans" (tak, polska szkoła uwielbia przypisywać epoki kultury do konkretnych wieków, co oczywiście nie ma sensu od samego początku)

Grzech główny: oderwanie od kontekstu europejskiego, który ogranicza się do Jagiellonów na tronach środkowoeuropejskich, Bony Sforzy oraz ewentualnie, jeśli nauczyciel jest ambitny, to jeszcze Elżbiety Habsburżanki. Konia z rzędem temu, kto po przeciętnej nauce szkolnej, nie zaglądając do wikipedii, powie, dlaczego Henryk Walezy "uciekł z Polski", zasługując sobie na miano nieudacznika w polskiej szkole. A konia ze srebrnym rzędem temu, kto po rzeczonej polskiej szkole ma pojęcie, czym następnie Henryk III zasłużył się we Francji...

Grzechy poboczne: brak pokazania linii rozwojowej renesansu w Europie, w tym podkreślenia, że w Italii XVI w. to już schyłek. Jestem przekonana, że dla rzesz absolwentów Michał Anioł jest współczesnym Jana Kochanowskiego.

4. XVII w./"Barok"

Grzech główny: litania królów elekcyjnych (do nauczenia się na pamięć z datami panowania). O połowie z nich można ograniczyć się do stwierdzenia, że byli i dać im (a zwłaszcza uczniom) spokój.

Grzechy poboczne: niestety do stwierdzenia, że "był" ogranicza się wiedza np. o Ludwiku XIV i potem człowiek nijak nie rozumie, dlaczego w tej Francji tak go wszędzie pełno. Ja już pominę fakt, który może być moim osobistym problemem, że ze szkoły wyniosłam przekonanie, że Richelieu był ministrem Ludwika XIV właśnie i długo nie mogłam w związku z tym uporządkować sobie fabuły Trzech muszkieterów. O braku jakiejkolwiek wiedzy o sukcesji brytyjskiej, Stuartach i Cromwellu (skąd, dlaczego, o co chodziło, poza tym, że "był") to już przez litość nie wspomnę. Dodam tylko, że w tej ostatniej kwestii znacznie więcej nauczyłam się w swoim czasie ze słynnej piosenki Monty Pythona.

5. XVIII w./"Oświecenie"

Grzech główny: praktyczne nieistnienie pierwszej połowy XVIII wieku, bo chyba polska szkoła nie wie, co z tym zrobić, jako że okres panowania Wettynów w Polsce nie niesie ze sobą żadnych spektakularnych wydarzeń, w których słoń a sprawa polska mogłyby znaleźć się na pierwszym miejscu w programie edukacji. Oczywiście sytuacja zmienia się w momencie, kiedy w drugiej połowie stulecia osiągamy rok 1772 i można już przez pięć lekcji lżyć oświecony absolutyzm za rozbiory Polski. Gdzieś po drodze miga nam amerykańska wojna o niepodległość (Kościuszko i Pułaski, no może jeszcze Waszyngton) oraz Rewolucja Francuska, ale o tym za chwilę.

Grzechy poboczne: jak zwykle brak kontekstu europejskiego. I wyliczanka wielkich umysłów oświeceniowych, która właściwie służy głównie temu, żeby podkreślić, że Krasicki et consortes i my też mieliśmy dobre chęci i wszystko byłoby super, gdyby Katarzyna nie uwiodła króla Stasia. A potem jedzie człowiek w Europę i widzi Katarzynę i Marię Teresę na piedestałach, ale w uszach brzmi mu jedynie, że to straszne kobiety były, bo cały czas zaprzątało im robienie Polakom wbrew. I - wiem to ze słyszenia - że wielu osobom bardzo trudno zmienić perspektywę nawet stojąc w Wiedniu czy Kazaniu.

6. XVIII/XIX w./"rewolucja i epoka napoleońska" oraz pierwsza połowa XIX w.

Grzech główny: po wzmiance o upadku Bastylii oraz ścięciu króla (w wykonaniu polskiej szkoły tych dwóch wydarzeń nie rozdziela bynajmniej trzy i pół roku, nad terrorem przemykamy wzmiankując Robespierre'a) przechodzimy do litanii bitew i obowiązkowego zapamiętywania dat oraz wskazywania na mapie. Fajnie, jeśli nauczyciel się zająknie o Kodeksie Napoleona. Potem następuje "o roku ów", Somosierra, Berezyna i Kongres Wiedeński, studnie i Waterloo. A następnie Powstanie Listopadowe. Ot tak, ni stąd, ni zowąd. Za to przez kilka lekcji.

Grzechy poboczne: powtórzmy to jak mantrę - brak kontekstu. Mamy wielką armię włóczącą się nieco bez ładu i składu po Europie od bitwy do bitwy, i mamy również Księstwo Warszawskie, oczywiście, ale nie mamy ani słowa o północnej Italii, Związku Reńskim czy królestwie Holandii. Zero o reformach społecznych, dziedzictwie rewolucji i powodach oporu kolejnych koalicji. Nie mamy nic o tym, że Kongres Wiedeński przypieczętował zwycięstwo konserwatyzmu i reakcji w Europie, nie mamy w zasadzie nic o niepokojach społecznych przed Wiosną Ludów. Nie mamy nic z tego, co w dziejach pierwszej połowy XIX w. jest fascynujące, tylko jakąś taką niestrawną papkę.

7. XIX w. (druga połowa do I wojny światowej)

Grzech główny: litania niepowiązanych ze sobą wydarzeń powybieranych na chybił trafił z historii Europy i Ameryki - obowiązkowo co nieco o wojnie secesyjnej (za to nie żebym po szkole wiedziała cokolwiek o wojnie krymskiej, wojnie francusko-pruskiej czy skąd u diabła wzięło się II cesarstwo), wśród których czołowe miejsce zajmuje Powstanie Styczniowe. Pozbawione skądinąd kontekstu społecznego, co nieco utrudnia następnie zrozumienie choćby Lalki Prusa.

Grzechy poboczne: całkowite zepchnięcie na margines kwestii "epoki wiktoriańskiej" - wszelkie sprawy społeczne załatwia się (a w każdym razie załatwiało, kiedy chodziłam do szkoły, bo w sumie w ramach kontestacji PRL to akurat mogło się zmienić) historią ruchu robotniczego, który trochę nie wiadomo przeciwko czemu występował (poza wyzyskiem w fabrykach, oczywiście). Obok powstania na plan pierwszy wybija się Otto von Bismarck jako kolejne wcielenie Katarzyny i Marii Teresy, Kulturkampf definiowany jest jako działania antypolskie, a jedna lekcja musi być o Drzymale i dzieciach z Wrześni. (I jak fajnie by było, gdyby nauczyciel potrafił tu przeprowadzić analogię do antypolskich nastrojów na dawnych kresach...)

8. XX w.

Grzech główny: skupienie się na dwudziestoleciu międzywojennym (w Polsce) z litanią prezydentów i premierów, nie mówiąc już o niekończących się mutacjach głównych partii politycznych (do wyuczenia się na pamięć z datami kolejnych metamorfoz). Nuda taka, że chce się wyjść z klasy. Grzech główny jeśli w klasie maturalnej starczy czasu na II wojnę i historię najnowszą: litania dowódców polskiego podziemia zbrojnego oraz mutacji różnych oddziałów tegoż.

Grzechy poboczne: brak kontekstu, to już chyba oczywiste. Dobrze, jeśli wspomni się o Republice Weimarskiej, Wielkim Kryzysie i Anschlussie. Ciekawam wielce, jak obecnie uczy się o Rewolucji Październikowej. Brak jakiejkolwiek wyniesionej ze szkoły wiedzy o organizacji państwa podziemnego, jeśli nie liczyć partyzantki; w kontekście II wojny brak właściwie jakichkolwiek informacji o tym,  w czym choćby trochę nie brali udziału Polacy. Ponieważ zaś w klasie maturalnej nie wyszliśmy prawie poza II wojnę, o reszcie nie napiszę, ale nie sądzę, żeby było lepiej. Zapewne jest gorzej.

Taak, jak już wspomniałam, jest oczywiste, że trzeba uczyć o "ojczystych dziejach", ale z tego pobieżnego przeglądu wiedzy, jaką wyniosła absolwentka klasy humanistycznej renomowanego krakowskiego liceum, wyłania się portret niewyobrażalnej wręcz zaściankowości. Polskiej edukacji nie obchodzą nie tylko naprawdę wielkie wydarzenia ani procesy historyczne, ale co gorsza - nie obchodzi jej, jak polska historia sytuuje się choćby w kontekście europejskim. Co gorsza, słyszałam, że w innych dziedzinach edukacji humanistycznej bywa podobnie - znajoma mówiła np. o szkole muzycznej, że uczyła się o mnóstwie czwartorzędnych kompozytorów, ponieważ mieli jakieś śladowe choćby powiązania z Polską. I fajnie, ale nadawałoby się to na monograficzny wykład na muzykologii, a nie na pierwszy czy nawet drugi poziom edukacji.

Chciałabym to jakoś podsumować, ale nie wiem jak. Oryginalnie notka miała mieć inny tytuł, ale doszłam do wniosku, że jeśli nie oderwiemy się od tej sprawy polskiej wszędzie, gdzie tylko się da, to będziemy uczyć źle i głupio. Na dodatek każdy słoń a sprawa polska nadaje się na wzmiankowany wykład monograficzny na odpowiednim kierunku studiów, ale żeby go zrozumieć, trzeba mieć najpierw ogólną wiedzę o tym, do czego się ta sprawa polska może w szerszej perspektywie odnosić.

PS. Zwierz Popkulturalny, która poza byciem Zwierzem jest również/głównie historykiem, podpowiedziała mi na fejsbuku, że "grzechem głównym najgłówniejszym uczenia historii w szkołach jest uczenie historii politycznej z jakimiś strzępkami historii gospodarczej (tu dopiero jest nie powiązany nie wyjaśniony misz masz który w żaden sposób nie składa się w całość) i kompletnie olanie historii społecznej która winna być dla uczniów, historią najważniejszą bo najlepiej tłumaczy świat" i ja się z tym jako podsumowaniem bardzo bardzo zgadzam. Dodam tylko, że ujęłabym to wręcz tak: w szkole mamy co gorsza sieczkę z historii politycznej i niewiele więcej...

piątek, 23 sierpnia 2013, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/08/24 02:15:14
Oby Cię przeczytali (i zrozumieli) ci, od których zależą programy szkolne...

Ale nawet jeśli nie będzie szybkiego oddźwięku, ten tekst (mam nadzieję) odegra swoją rolę w dyskusjach fachowców. Gdyby podejmując Waszą linię działania, i inni specjaliści powiedzieli gdzie widzą niedostatki nauczania innych dziedzin w polskiej szkole...
-
2013/08/24 07:23:32
W blogonocie sprzed lat narzekam na nauczanie historii w pełnej zbieżności z postscriptum powyżej. Brakowało tam jednak mocnego podkreślenia lokalnej skazy: tej dodatkowo kaleczącej na całe życie zaściankowości (która przecież nie ogranicza się do lat nauki szkolnej, jest wszechobecna, podtrzymywana przez media, nigdy nie odmawiające sobie tropienia "słonia" w genach dowolnie nieważnej osobistości, bo nasza-ci ona, polska), tworzącej kompleks i podtrzymującej go.

A można inaczej. Kogoś skatowanego za młodu słoniem w historii uprawianej jako historia konfliktów w wersji dynastyczno-(wąsko) politycznej trzeba reanimować konkretnym przykładem, bo sam ogólny postulat to (chyba) za mało. Mogę taki przykład podać, ale, niestety, w odniesieniu do Rosji (choć w jakimś sensie obsługuje również rosyjską strefę wpływów, a więc i nas): Borysa Kagarlickiego Imperium peryferii. Rosja i system światowy. Pasjonująca lektura.
-
Gość: Kasia, *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl
2013/09/29 19:27:17
Ajajaj, jestem uczennicą liceum, i to w dodatku tego "nowego zuego zreformowanego liceum", na humanistycznym profilu. I powinnam właśnie zakuwać z dużym zainteresowaniem antyczną Grecję, ale że mi sie nie chce, to skomentuję wpis.
Przeglądam swój podręcznik do historii i pierwsze co rzuca mi się w oczy to straszny tryb nauki - mam pięć godzin historii tygodniowo, w przyszłym roku będzie pewnie o jakieś dwie więcej. I nie chodzi o to że ta ilość mi przeszkadza - lubię historię, po to wybrałam klasę z rozszerzeniem. Problem leży raczej w fakcie, że przez cztery tygodnie nauki omówiłam cały starożytny Bliski Wschód i dzieje antycznej Grecji do epoki hellenistycznej. I powiedzcie mi, że przeciętnemu polskiemu uczniowi nie zamieni się to w jedną szarawą papkę za dwa miesiące (kiedy będziemy, według moich obliczeń, gdzieś w czternastym wieku...). To nie znaczy że omawiam je niedokładnie wręcz przeciwnie, a dzięki takiemu nagromadzeniu informacji mam paradoksalnie ułatwione dostrzeganie szerszego kontekstu, wiec może nie jest tak źle - przekonam się za kilka tygodni.
Druga rzecz to to, jakich miałam cudownych historyków. I poza dwoma okresami: XVII wiekiem w Polsce (obrzydliwość!), i dwudziestym wiekiem, uczyli mnie naprawdę dobrze i mądrze, z kontekstem i naciskiem na zaplecze społeczne i geograficzne (jeszcze długo będę pewnie pamiętać moją kilkunastominutową, totalnie improwizowaną wypowiedź o genezie, przyczynach, przebiegu i skutkach wojny secesyjnej, gdzie wyrwana do odpowiedzi po nieprzespanej nocy, nie pamiętając ani jednej daty, znając może trzy bitwy i góra dwa nazwiska bezpośrednio związane z samym konfliktem, przeprowadziłam dogłębną analizę samego problemu niewolnictwa, sposobu w jaki rozwijało sie ono w Ameryce i dlaczego, zahaczając o kontekst kolonialności i wojny o niepodległość; a moja wypowiedź podobno nawet miała jakiś sens i dostałam za nią piątkę z minusem. A co do tych dwóch po macoszemu potraktowanych okresów - jeszcze mają możliwość się poprawić. I - z samej nauki około - szkolnej - odpowiedziałam na wszystkie pytania retoryczne i nie pamiętam żadnych wymienionych błędów do czasów Powstania Styczniowego (z pominięciem wspomnianego XVII wieku nauczanego w sposób tak straszliwie, oburzająco nijaki, że nawet jako osoba z historii niegłupia kompletnie nic z niego nie wiem i nie rozumiem). Potem się już jakoś wyłączałam, ilość faktów zabijała ciekawe dotąd zajęcia.
Natomiast dorwałam się do podręcznika dla poziomu podstawowego - Kmicic wymieniony w panteonie narodowym (w ogóle temat: Panteon Narodowy, i to w dodatku zahaczając o znaczenie Polski (sic!) w starożytności)... poległam.
Jest więc bardzo różnie - jak zwykle. Ale, też jak zwykle, wystarczą czasem ludzie z pasją. Tylko takich, niestety, podobno coraz mniej.
-
2013/10/04 23:14:40
@Kasia - jak miło, że są jeszcze entuzjaści na świecie :) Jakiś czas temu pisałam już o kwestii historii - w notce [a="ferengis.blox.pl/2011/02/Szkola-cyborgow.html]Szkoła cyborgów[/a] i wspomniałam tam, że w podstawówce miałam cudowną panią od historii... Niestety mam wrażenie, że tacy nauczyciele to wyjątki. No a to, co piszesz o poziomie podstawowym, to jakiś horror...
-
Gość: zuzia, *.dynamic.chello.pl
2014/04/20 00:58:08
Hej Drakaino, wypowiadam się po raz pierwszy na Twoim (bardzo ciekawym :) ) blogu, i to jeszcze pod starym postem, ale mnie wzięło i poruszylo, to co napisałaś. Sama liceum kończyłam dziesięć lat temu (dobre, warszawskie) i albo to zasługa naszej "pani profesorki" albo zmian w programie nauczania, bo ja szczerze mówiąc złego słowa na temat lekcji historii powiedzieć nie mogę. O ile dzieje wieku XIX i XX mogę znać bardzo dobrze ze względu na to, że uczyłam się o nich dość wnikliwie na studiach, o tyle o wiekach wcześniejszych wiem tyle ile uczniem będąc wchłonęłam. A wiem mimo wszystko jakoś sporo. Wiadomo, lektury pogłębiają znajomość realiów historycznych, wydarzeń, czy postaci, jednak jakiś ogólny ogląd tak i tak trzeba mieć. I mnie się wydaje, że go mam.

Aby nie być gołosłowną, przedstawiam odgrzebany stary podręcznik licealny do historii, klasa druga (powinnam chyba wspomnieć, że jestem jednym z pierwszych roczników, których objęła już reforma gimnazjalna), oto jego spis treści:
postimg.org/image/p0xsrcy7z/
postimg.org/image/yeat27g45/

Gdy go przeglądam widzę bardzo dużo informacji o społeczeństwie, kulturze i wydarzeniach nie tylko europejskich. Przypominają mi się nawet jakieś kartkówki z tych tematów. :) Sporo w podręczniku ilustracji i tekstów źródłowych, pamiętam też że oglądaliśmy trochę filmów i mieliśmy nawet zajęcia typu praca w grupach i wspólne rozwiązywanie problemów, wcielanie się w postacie historyczne i podejmowanie za nich decyzji (razem z argumentacja). No nie było tak źle, powiem nawet że było dobrze. :)

W gimnazjum nie miałam fajnej nauczycielki, ale też wiedzę dość gruntowną nabyłam. Pamiętam, że rygor programowy był tak duży, że już pod koniec maja trzeciej klasy dobrnęliśmy do współczesności, skończyła nam się historia i nie było, oprócz powtórek, czego uczyć. ;)
       

       Copyright