Blog > Komentarze do wpisu
Uciąć jej głowę!

Tak, te właśnie słowa, jakże umiłowane przez Królową Kier w Alicji w Krainie Czarów towarzyszyły mi przez prawie dwie godziny filmu o innej królowej. Jak na ironię, film ten powinien kończyć się spełnieniem mojego marzenia, ale się nie kończy. Kończy się za to boleśnie pretensjonalnym obrazem rozbitego żyrandola w splądrowanym pokoju.

Tak, przez prawie dwie godziny filmu o Marii Antoninie, który wyszykowała - to w sumie nawet niezłe określenie, zważywszy, że kostiumy są jedynym, co się tam broni - niejaka Sofia Coppola (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie na ekranie pojawił się jakiś Robespierre (albo choćby Królowa Kier) i poucinał łby wszystkim, komu by się dało: parze głównych bohaterów, parze głównych aktorów, reżyserce, autorce książki, która posłużyła za kanwę scenariusza, pomysłodawcy podkładu muzycznego do tej pretensjonalnej szmiry.

Tak, użyłam tego słowa świadomie. Film Sofii C. nie jest po prostu zły ani pretensjonalny: to jest szmira w najgorszym gatunku: mdła, ckliwa, nudna, usłodzona do rzygania (pardon my language). Na dodatek fatalnie zagrana; jeśli powiem, że aktorsko najlepsza jest występująca jedynie w kilku niewielkich epizodach Marianne Faithful jako Maria Teresa, to chyba wystawię odpowiednią laurkę reszcie obsady. No dobrze, nieznany mi poza tym kompletnie pan, który gra Ludwika XV, przynajmniej ma kawałek ekranowej prezencji. Szkoda tylko, że nie ma nic do zagrania, podobnie zresztą jak wszyscy pozostali snujący się po ekranie aktorzy. Siostrzeniec Francisa F., ojca reżyserki, grający Ludwika XVI (dzięki, N, za info!) wygląda jak włoski sprzedawca ryb ewentualnie smutny Meksykanin i nijak do znanych portretów rumianego i zadowolonego z siebie króla nie pasuje. Grać też nie umie, dla jasności. Kirsten Dunst w roli głównej zachowuje się zaś tak, jakby zapomniała, że od czasu Wywiadu z wampirem minęło dobre parę lat, a ona nie jest już słodką dziewczynką, której rola polega na tupaniu nóżką i strojeniu dziecięcych minek. Ja wiem, że jej bohaterka poziomem intelektualnym od Klaudii zapewne jakoś zasadniczo nie odbijała, ale...

Tak, przyznaję, że Maria Antonina należy do tego szeregu postaci historycznych, do których mam wyjątkowo mało sympatii (mówiąc oględnie), a zatem byłam zapewne uprzedzona, zabierając się do oglądania tego wątpliwego arcydzieła. Intencją niejakiej Antonii Fraser (wspomniana wyżej autorka fabularyzowanej biografii) oraz Sofii Coppoli było zaś niewątpliwie jakby się to dziś powiedziało ocieplenie wizerunku królowej, ba - pokazanie jej jako osoby miłej, pełnej wrodzonej dobroci, spontanicznej i niezrozumianej przez wściekle sformalizowany i na dodatek ksenofobiczny dwór. Takiej, co to chciała dobrze, męża kochała nad życie, ludziom (i zwierzętom) nieba by przychyliła. I właściwie nie wiadomo dlaczego nagle pod koniec filmu w Wersalu zbiera się jakiś motłoch, żądny królewskiej krwi.

Tak, ten pomysł, że przez ogromną większość filmu lud nie istnieje - życie głównej bohaterki składa się wyłącznie z dworskich rytuałów (jakże jałowych i pustych), dworskich intryg (jak wyżej), dworskich zabaw (jak wyżej), okraszonych wieloletnimi staraniami o utrzymanie pozycji dzięki powiciu nareszcie potomka płci męskiej - mógłby być nawet niezły. To nagłe pojawienie się żądnego krwi tłumu stanowiłoby pojawiający się w życiu bohaterów stanowczo za późno potencjalny punkt zwrotny, który w fikcji literackiej miałby szanse uratować im życie i zapobiec różnym strasznym wydarzeniom. W filmie historycznym stanowiłby zaś ładne i nagłe zamknięcie tej półtoragodzinnej parady strojów, biżuterii, rozmówek o niczym i ogólnie życia w całkowitym oderwaniu od zewnętrznego świata. To naprawdę mogłaby być mocna scena.

Nie, nie była. Po prawdzie miałam wrażenie, że w tej bajce o dobrej ale nieszczęśliwej księżniczce odpowiedzią na gniewne okrzyki tłumu szykującego się do plądrowania pałacu będzie jakaś nowa wersja Don't cry for me, Argentina. I w sumie prawie była - królowa wyszła na balkon, stając oko w oko z tłumem (długo nie postała, bo najpierw wykonała jakąś dziwaczną baletową figurę, pochylając się nad balustradą i niemal się na niej kładąc, a potem wróciła do środka - i to zresztą było na tyle w kwestii udziału ludu w fabule), po czym nastąpiła kolejna (straciłam rachubę, która) scena królewskiego posiłku.

Nie, całkowicie nie wyszedł ten pomysł z ocieplaniem wizerunku. Maria Antonina jest w tym filmie tak niemożebnie głupia i pusta, że to aż boli, nawet jeśli pierwowzoru się nie lubi. Najzabawniejsze (ehem, nie wiem, czy to jest tak naprawdę zabawne, raczej żałosne) jest zresztą to, że autorka/reżyserka chyba zupełnie nie dostrzega, że część jej zabiegów scenariuszowo-realizacyjnych działa na niekorzyść intencji, z jaką robiła ten film. Na przykład impreza (nie da się tego inaczej określić) z okazji osiemnastych urodzin królowej, odbywająca się w filmowej narracji natychmiast po podniosłej scenie koronacji, to najzwyklejsza pod słońcem pijacko-narkotyczna orgietka okraszona dodatkowo hazardem. Ma być zapewne cool, ale wychodzi na to, że jak tylko stary król (dziadek nowego) wreszcie kopnął w kalendarz, to młode pokolenie - obdarzone właśnie niemal absolutną władzą w kraju - ma w głębokim poważaniu rządy i państwo, z entuzjazmem natomiast rzuca się w wir zabawy. Po nas choćby i potop.

Nie, nie udała się też sekwencja z Marią Antoniną bawiącą się w agroturystykę. Ponoć historyczna również w ramach wszechogarniającej nudy zabawiała się w Wersalu w dojenie czyściutko umytych kózek i tym podobne fanaberie miała, ale nie jest to wcale rys przydający jej sympatii, a raczej świadczący po raz kolejny o całkowitej sztuczności jej życia i oderwaniu od rzeczywistości, co musiało skończyć się katastrofą. Marie Antoinette Sofii C. czyta w swojej wersalskiej wiosce Rousseau (no dobra, ponoć grała Zuzannę w dworskim przedstawieniu Wesela Figara, co na moje oko świadczy znów o totalnym braku zdolności poznawczych wszystkich, którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu, więc można założyć, że z innych pisarzy Oświecenia cały dwór zrozumiał tyle samo, co z Beaumarchais), karmi jagnięta, spaceruje wśród wiejskich kwiatów i uczy córeczkę życia w zgodzie z naturą. Kicz, ziew i propaganda.

Nie, nijak nie gra również wprowadzony na parę minut pomysł z czarnym piarem Marii A. Kiedy już gdzieś tam coś tam domyślamy się, że źle się dzieje w państwie francuskim, widzimy nagle przebitkę na roznegliżowaną królową z umalowanymi na ciemno wiśniowo ustami wypowiadającą swoją najsłynniejszą kwestię: "niech jedzą ciastka". Nie no, przecież ona tego na serio powiedzieć nie mogła. Zaraz potem sceny należące do akcji (a raczej jej namiastki, bo w tym filmie właściwie nic się przez większość czasu nie dzieje) przeplatane są przebitkami na takie memo-plakaty oczerniające królową. Ogólnie nie ma w tym filmie nikogo ani niczego, co mogłoby rzucić cień na postać głównej bohaterki, zwłaszcza w oczach dzisiejszego liberalnego widza. Nie ma ukochanej szwagierki, Madame Élisabeth, prywatnie poza tym dewotki najgorszego sortu; nie ma obu cud braciszków pana męża, zwłaszcza przyszłego Karolka X, który za królowania brata urządzał sobie libacje w ossuarium (bo przyszły Ludwik XVIII zapewne już wówczas był śmiertelnie nudny, więc może lepiej, że jeszcze jego na dodatek do całej nudy nie było). Nie ma całej sprawy z oskarżeniem o seksualne molestowanie (mówiąc dzisiejszym językiem) własnego syna, skądinąd w towarzystwie kilku dworskich przyjaciółek. Nie ma ani jednego kontrowersyjnego elementu - pozostaje czysta hagiografia. Cała krytyka jest ujęta, jak już wspomniałam, w nawias niesprawiedliwej czarnej legendy.

Tak, bywają w tym filmie ładne, wysmakowane kadry. Niestety przeważają ujęcia przedumane, a montaż to już w ogóle jest jakiś koszmarny sen wannabe dadaisty. Trochę tu maniery paradokumentalnej: urywane dialogi, że niby mikrofon krąży po sali, podsłuchując coraz to inne osoby (ma to chyba pokazywać, że te rozmowy dworskie to one o niczym są, same plotki i intrygi, panie), przejścia między scenami chaotyczne, niedopowiedziane, przeskakujące o nie wiadomo ile czasu do przodu. Pewnie, można zrobić jednym cięciem przeskok o parę milionów lat, ale trzeba się na to nazywać Stanley Kubrick i być autentycznym wizjonerem kina. Dodajmy, że do tego mamy powtórki przywodzące na myśl Dzień świstaka (ma to chyba pokazywać, jak bardzo rutynowe jest życie na dworze, a dodatkowo budzić w nas współczucie dla nieszczęsnej bohaterki, której mąż nie jest zainteresowany płodzeniem dzieci), co bywa zabawne w dobrze zrobionych komediach, ale tylko tam. Pomysłu z muzyką pop jako tłem większości scen balowych (choć raz gdzieś tam jakiś menuet się przewija, a i parę scen z opery wklejono, żeby móc pokazać spontaniczną i idącą wbrew skostniałym obyczajom naturę Marii Antoniny) nie kupuję.

Nie, nie mylisz się czytelniku. Austriacka księżniczka jest w tym filmie ucieleśnieniem naturalnej i niczym nieskrępowanej (do czasu przybycia do Wersalu - bo akcja prawie się stamtąd nie rusza) swobody, niemalże bezstresowego wychowania w liberalnej atmosferze. W sumie może Sofia C. powinna była zrobić film o Dianie Spencer - wyszedłby pewnie podobny gniot, ale może przynajmniej nieco mniej ahistoryczny. Nieco mniej też arogancki w tej ahistoryczności, w tym całkowitym pominięciu kontekstu. A nowoczesne fryzury głównej bohaterki nie raziłyby nachalnym anachronizmem, mającym nam powiedzieć, że to przecież zwykła miła dziewczyna była, zupełnie taka jak my. Skądinąd dzieje księżnej Walii nie są tu jedynym wtrętem z dwudziestowiecznej historii Anglii: zachowanie Ludwika XVI i Marii Antoniny już podczas rewolucji (zamarkowanej jednym zgromadzeniem ludu w Wersalu, przypomnijmy, oraz mało konkretną wzmianką o tym, że w jakimś tam domu służba przejęła władzę - nie wiem, może to zresztą subtelna aluzja do wspomnianego Beaumarchais) wzorowane jest, idę o zakład, na Jerzym VI i Królowej Matce podczas bombardowań Londynu (co wydaje mi się wyjątkowym nadużyciem). Para królewska bohatersko zostaje we Francji, pożegnawszy wszystkich bliskich, którzy udali się na emigrację. No dobra, można by i tak, bo w końcu akurat oni zwiali dość późno i nieudacznie, tylko że bohaterowie tego filmidła nijak zadatków na heroiczną parę, która pozostaje wierna jakimkolwiek ideałom, nie mają - ba, oni w tym filmie żywcem nie mają żadnych ideałów. Nie są nawet bezgranicznie oddani idei etykiety, noblesse oblige czy czegoś w tym rodzaju. Są przez cały czas parą rozwydrzonych i rozpuszczonych nastolatków (przypomnijmy, że kiedy kończy się film, oboje mają około czterdziestki), a scena, w której pomimo rozgrywającej się za ich oknami rewolucji jedzą najspokojniej pod słońcem dworskie śniadanie - w zamierzeniu chyba mająca robić za tę wierność ideałom - jest ilustracją popisowej wręcz arogancji.

Tak, to mógł być dobry film o ludziach władzy, którzy tańczą sobie w najlepsze na tonącym Titanicu (wybaczcie tę wariację na temat oklepanej metafory nawy państwowej). Ale na to musiałby on być zrobiony na podstawie innej książki, z innym scenarzystą, reżyserem, no i koniecznie inną obsadą. Autorka kostiumów może zostać. Wedle informacji w paryskiej Conciergerie (gdzie i nasza bohaterka spędziła nieco czasu, a za Restauracji wystawiono jej tam nawet kaplicę) Trybunał Rewolucyjny skazywał na śmierć tylko pięć procent sądzonych, więc i my postąpmy łaskawie wobec osoby, która sprawiła, że na tę nieziemską nudę przynajmniej czasami dało się patrzeć. Nawiasem mówiąc, skoro już o Trybunale mowa: skoro Sofia C. chciała zrobić film o sztywnych obyczajach dworskich, o strasznym świecie, który tłamsi wrażliwe kwiatuszki, to czemu u diabła nie zamknęła tego klamrą, w której pokazałaby, że ten idealizowany przez bohaterkę (tak, obawiam się, że dopisuję filmowi i postaci coś, czego w nich nie ma) austriacki dwór wcale nie był lepszy i nie upomniał się o aresztowaną arcyksiężniczkę, na co ponoć po cichu liczyli rewolucjoniści, mający nadzieję, że kupią sobie w ten sposób pokój z Austrią.

Tak, muszę powiedzieć jeszcze jedno. Uważam, że ten film jest nie tylko głupi, nudny i pretensjonalny. Uważam, że on jest przede wszystkim arogancki i niesmaczny. Zgadzam się, że kino jest sztuką, a twórca ma prawo do swoich wizji oraz do lubienia lub nielubienia swoich bohaterów. Jest jednak pewna cienka granica, za którą traktowanie faktów z totalną dezynwolturą, sprawiającą na dodatek wrażenie całkowitej ignorancji, staje się niesmaczne właśnie. Może to jest kwestia tego, że Sofia Coppola nie pozostawia widzowi pola do refleksji nad portretowaną postacią? Widziałam przecież sporo ahistorycznych filmów oraz filmy, w których niekoniecznie lubiane przeze mnie postacie są pokazane z odautorską sympatią lub na odwrót. Żaden jednak nie pozostawił we mnie tego uczucia niesmaku, co Maria Antonina Sofii Coppoli. Aleksander Stone'a zeźlił mnie lekceważącym stosunkiem do anachronizmów, paskudnymi fryzurami i makijażem, ale głównie jednak mnie niemożebnie znudził. Obejrzane wczoraj filmidło ukazało mi zupełnie nowe obszary twórczej arogancji, ale i indolencji.

Nie, nie jest tak, że odmawiam autorce lubienia późnych Burbonów oraz Habsburgów en masse (choć uważam, że portret Józefa II jest zdecydowanie lepszy w okropnie poza tym zestarzałym Amadeuszu). Nie rozumiem, ale jej prawo. Sęk w tym, że nawet lubiąc tytułową bohaterkę i współczując jej, można by zapytać, opowiadając jej historię, jak to się stało, że uwielbiana przez kilka pierwszych lat żona następcy tronu zaczęła budzić wśród swoich poddanych tak skrajnie negatywne uczucia, że tłum najchętniej by ją rozszarpał. Co zabawne, to jest w tym filmie - patrząc na Kirsten D. w tej roli naprawdę ma się ochotę bohaterkę ukatrupić. Niestety, nie jest to autorska intencja.

I jeszcze jedno Nie. W kwestii zakończenia, o którym wspomniałam na początku notki. Ten żyrandol roztrzaskany na posadzce małżeńskiej komnaty. To zamknięcie otwarte z powozami odjeżdżającymi w stronę Varennes. Nie, to nie jest jedna z tych opowieści z otwartym zakończeniem, które prowokują myśl, marzenie, że może ten jeden raz historia potoczy się inaczej i wszyscy przeżyją. Nie, nie i jeszcze raz nie. Historia opowiedziana przez Sofię C. wywołuje, we mnie w każdym razie, jedynie reakcję Królowej Kier: Uciąć jej głowę! Jak najszybciej! Niech już będzie na full ahistorycznie!


niedziela, 13 października 2013, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/10/13 11:24:23
No więc ja mam wrażenie, że SC nie tyle Marię Antoninę idealizuje, co raczej mówi: "Zobaczcie, ona jest taka zwykła, taka jak my; ot, zamożna znudzona nieszczęśliwa dziewczyna, która próbuje złapać trochę szczęścia, zwykła - nie taka, co zacznie szukać tego szczęścia w pracy naukowej, w prowadzeniu intelektualnego salonu, w podróżach po biegunie, tylko taka, która się będzie bawić i tańczyć i kupować buty na poprawę humoru, jak panie z Seksu w wielkim mieście. Kobiety - nieszczęśliwe w życiu kobiety, starające się jakoś to życie ułożyć - są i zawsze były takie same, takie jak ona".

No tylko że ja nie rozumiem, i mam o tym notkę.
-
pfg
2013/10/13 11:32:21
Jerzy VI, nie V. Nazywanie jego żony "królową matką" tez jest nieco anachroniczne, bo wówczas była królową, kropka. Skąd inąd decyzja pary królewskiej, aby pozostać w Londynie, była bardzo dobrze odbierana przez brytyjską opinię publiczną, więc nie widzę powodów, aby się z tego naigrawać.

Ciekawostka: po śmierci Jerzego VI Wielka Brytania miała przez mniej więcej rok trzy królowe: obecną krolową Elżbietę, panującą, jej matkę Elżbietę, znaną od tego czasu jako Królowa Matka, oraz jej babkę Marię, wdowę po Jerzym V, posługującą się tytułem królowej wdowy (The Dowager Queen).
-
2013/10/13 11:35:48
Ale ja myślę, że autorka wpisu się nie naigrawa, jeżeli mogę tutaj przez moment porobić za adwokata - a jeżeli tak, to nie z odważnej decyzji brytyjskiej rodziny królewskiej, tylko z tego, że autorka filmu stylizuje na tę decyzję zachowanie Marii Antoniny i Ludwika XVI podczas rewolucji, co mnie się też wydaje lekko, jakby... historycznie niestosowne? Przynajmniej ja tak jej uwagi odebrałam....
-
pfg
2013/10/13 11:49:15
No, może tak być. Wycofuję się z zarzutu naigrawania.
-
2013/10/13 11:56:14
@pfg - nie naigrawam się, absolutnie, wręcz przeciwnie - uważam za niesmaczne robienie takiej analogii do prawdziwie bohaterskiej postawy akurat w tym filmie. Numerek Jerzego poprawiam, niestety moja klawiatura dożywa swoich dni i o ile coś mi nie podkreśla błędów, mogą wyjść dowolne literówki :)

Co do Królowej Matki - specjalnie napisałam wielkimi literami, bo właściwie przez całe moje życie jako taką ją znałam... Wielkie litery podkreślają, że chodzi o konkretną osobę.
-
2013/10/13 15:40:20
Już myślałem, że jakiś nowy film o Marii Antoninie, a tu archiwalia Panie oglądają...
Myśmy też widzieli, ale w minionej dekadzie. Jako spin-off, w nawiązaniu do zainteresowań operowych, krótki tekścik.
-
2013/10/13 18:04:00
Hihi, archiwalia to dopiero będą, jak się Agnieszka zabierze za recenzowanie filmów związanych z jej ostatnimi historycznymi zainteresowaniami.... dominować będą lata 40. i 50., podejrzewam :)
-
2013/10/15 09:50:59
Ta recenzja tylko udaje intelektualną, a tak naprawdę składa się z lubie, nie lubię, plus masa pretensji o prawdę historyczną i Dlaczego Ona nam każe lubić tę przeklętą Marię Antoninę. Po pierwsze od kiedy rezysera ocenia sie po intencjach, a może co autor mial na myśli, jak w szkółce? Do tego autorka robi z reżyserki idiotkę, gdzie tu dobra wola? Dlaczego uzależniać odbiór filmu od tego, czy lubię czy nie lubię główną bohaterkę, a albo od tego, czy jej współczuję, do tego autorce tego bloga jest obce coś takiego jak konwencja, przecież realizm tez jest konwencją, ważne jest po co ma byc realistycznie lub nie. Autorka nie wie, za to chciałaby, żeby ten film był jak Bóg przykazał, wierny historycznie, kogo ma potępić potępii, kogo ma gloryfikować to gloryfikuje. Tyle, że w tym filmie trzeba trochę się natrudzić, bo to jest gra> z jednej strony mamy pustą królową, która się bawi, z drugiej mamy królową, która jest człowiekiem, potrafi cierpieć zakochać itd. ale z drugiej strony zaczynają się nam nasuwać pytania przecież ta bieda, lud francuski rewolucja i te nieszczesne ciastka (cała śmieszność tego powiedzenia polega na tym, że Ona MOGŁA tak powiedzieć, a że nie pwoeidziała to inna sprawa.), więc na ile jest tam jej odpowiedzialności, na ile ona zawiniła, na ile byla postacią z historii, a nie postacią, ktora mogła się wznieść (w jakims stopniu to moralny szantaż, o którym pisał NIetzsche, kiedy wymaga się, żeby wilk był owcą i a propos potępienia tej głupoty czy teraz nas dziwi, że różni ekonomisci radzą biednym bez perspekty zakładać firmy jednoosobwe, bo przecież każdy możę być milionerem? oni też nie widzą, powinni, ale nie chcą? nie mogą? Maria Antonina miała nawet mniej okazji, żeby zrozumieć biedę) do tego te krowy wymyte i nic dziwnego, po co miaąłby sobie zawracać glowę brudem (Czartoryskie tez miały modelowe wsie), można się też zastanowić nad tym w jaki sposób my działąmy, czy mamy prawo jej współczuć, czy ktoś nami manipulje, że jej współczujemy, zamaist tego autorka chciałaby banalnego filmu o tym, jaką Maria Antonia była zepsutą dziewuchą. Zresztą współczuć też mozna bardziej etycznie> nie sentymentalnie, bo ona była jak inne, bo przecież nie była, była królową, a bardziej w sensie tragicznym, była zepsuta i pusta, ale jakie było prawdopodobieńśtwo, że będzie inaczej. Nawet, jeśli się ktoś nie zgadza z tymi wywodami, są one bardziej ciekawe niż dyskusja o tym, jakie były intencje, czy Marię Antoninę lubimy i gdzie jest historia.
-
2013/10/15 16:29:53
@tjaryma6

1) To nie jest recenzja, to jest felieton. To w ogóle jest blog felietonistyczny, a nie recenzencki. Felietony niekiedy zawierają elementy recenzji - trudno inaczej formułować myśli, kiedy się pisze o konkretnym dziele. Ale w felietonie autorka może sobie lubić, nie lubić, przejmować się konwencją, nie przejmować i w ogóle pisać całkiem subiektywnie. A subiektywnie tego filmu nie znosi. Podobnie jak Marii Antoniny. I tyle w kwestii "recenzji udającej intelektualną", bo - patrz pierwsze zdanie tego punktu.

2) Autorka wcale nie chce, żeby ten film był koniecznie historycznie wierny. Autorka chce jednakowoż, żeby ten film się zdecydował, czy rzecz jest historyczna, czy też dzieje się w Generic Fantasylandzie (courtesy Ninedin), bo czegoś pośrodku autorka najzwyczajniej nie lubi, a pisze o tym, bo - patrz punkt 1.

3) Autorka czepia się intencji reżyserki, bo po pierwsze punkt 1, po drugie - jej subiektywne zdanie jest takie, że intencja reżyserki rozmija się z uczuciami, jakie postacie w widzu (konkretnym: autorce) wywołują. Autorka, co więcej, ma wrażenie, że to właśnie dość dobitnie napisała. Może warto czasem jednak podumać o intencjach?

4) Metoda argumentacji oparta w tym przypadku o zakamuflowaną krytykę ekonomistów oraz Czartoryskich (którzy są też źli, choć nie pojawiają się w notce) jest oczywiście znana retoryce, ale autorka również zna się co nieco na retoryce, więc odpowie, że takie straw many są - jak zwykle straw many - chybione. Autorka nie jest wielbicielką ani współczesnych ekonomistów radzących zakładać jednoosobowe firmy (autorce też to radzono w ramach działalności przekładowej), ani Czartoryskich. Może się w związku z tym jedynie uznać, że wcale nie są oni wszyscy jakoś zasadniczo mądrzy ani dobrzy. I tyle. Sorry.
-
2013/10/15 16:44:49
OK to jest felieton, tyle, że lubię, nie lubię nie jest intersubiektywne (chyba że ktoś podziela od razu Twoje zdanie, wtedy to jest fanowanie, jeśli nie, nie da się kogoś takiego w ten sposób przekonać, dlatego o gustach się nie dyskutuje), dobre, niedobre już jest intersubiektywne, i o tym już można dyskutowac.
-
2013/10/15 17:11:00
Moim skromnym zdaniem "dobre - niedobre", zwłaszcza w ujęciu potocznym, nie jest obiektywne/intersubiektywne, ponieważ nie da się tym kategoriom przyporządkować obiektywnych wzorców. Nie ma zadanych warunków, które dzieło sztuki, dowolnej, musi spełnić, żeby być "dobrym", chyba że taka ocena ma mieć wyłącznie charakter warsztatowy. Natomiast kiedy w subiektywnej formie wypowiedzi (a tak naprawdę subiektywny jest zarówno felieton, jak i recenzja - z tym że ta ostatnia powinna subiektywizm tonować, ale przecież go nie wyrzuci; jeśli to zrobi, będzie relacją a nie recenzją) mówimy "jest dobre", to zazwyczaj mamy na myśli "mi się podoba". Ale to osobna sprawa, na długą rozprawę, obawiam się.

Z konkretów: dla mnie argument dotyczący tego konkretnego filmu, że "w tym filmie trzeba trochę się natrudzić, bo to jest gra> z jednej strony mamy pustą królową, która się bawi, z drugiej mamy królową, która jest człowiekiem, potrafi cierpieć zakochać itd. ale z drugiej strony zaczynają się nam nasuwać pytania przecież ta bieda, lud francuski rewolucja i te nieszczesne ciastka" do mnie zupełnie nie przemawia, bo tego właśnie w tym filmie nie widzę. Do dwóch możliwości wymienionych w poprzednim komentarzu (moim), czyli filmu historycznego i bajki osadzonej w GF, dorzucam trzeci: naprawdę ironiczne dzieło, które od początku do końca bierze całą historię w nawias czarnego piaru albo złotej legendy. Proszę bardzo. Wtedy może nawet ta muzyka z innego wymiaru by mnie mniej drażniła. Nie gwarantuję, że by mi się spodobało, ale może przynajmniej formalnie byłabym w stanie docenić coś więcej niż kostiumy i kilka ujęć.
-
2013/10/15 17:29:24
@ Drakaina

ja się trochę zastanawiam, czy Sofia Coppola nie mierzyła do pewnego stopnia w coś podobnego: w pokazanie tej całej historii wyłącznie z punktu widzenia Marii Antoniny. To jest jedyne, co by - dla mnie - tłumaczyło brak pokazania czegokolwiek poza rodziną królewską i Wersalem, brak Francji, ludu, ulic Paryża - czegokolwiek, poza przebitkami i scenami ze stadem potworów. To by się tłumaczyło _wyłącznie_ narracją z punktu widzenia. To by też np. wyjaśniało lekko dziwaczne przebitki z hrabią Felsenem na białym koniu na polu bitwy - nie rzeczywistość, tylko to, jak MA wyobraża sobie wojnę.
Ale jeżeli tak, to wyszło moim zdaniem średniawo, bo jak dla-mnie-jako-widza nieprzekonująco. Ale to jest też, niestety, subiektywne :)
       

       Copyright