Blog > Komentarze do wpisu
... et circenses?

Disclaimery: 1. to jest list otwarty do władz Krakowa, a po trochu i Polski, stąd forma; 2. to jest wpis o promocji i wizerunku Krakowa i ich priorytetach, a nie o wszystkich problemach miasta, bo na czyste powietrze i infrastrukturę w regionie powinny znaleźć się pieniądze z innej puli; 3. to nie jest wpis o wyższości kultury nad sportem, tylko o tym, że znaj propocją, mocium panie oraz kijem Wisły nie zawrócisz.

Szanowni Panowie Prezydenci, Premierzy, Marszałkowie, Ministrowie, Posłowie, Radcy Miejscy i ktokolwiek jeszcze ma realny wpływ na to, jakie decyzje są podejmowane!

Kraków od najdawniejszych czasów swego istnienia był przede wszystkim miastem nauki, sztuki i kultury - lepszej lub gorszej w zależności od czasów, sytuacji politycznej, ekonomicznej i społecznej oraz koniunktury - ale nauki, sztuki i kultury. Był miastem Akademii (Krakowskiej od XIV w. i Umiejętności od XIX w.) i miastem wielkich ludzi. Kopernika, Wita Stwosza, Jana Kochanowskiego, Jana Brożka, braci Śniadeckich, Stanisława Wyspiańskiego, Heleny Modrzejewskiej, Mariana Smoluchowskiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Pendereckiego, Piotra Skrzyneckiego, Wisławy Szymborskiej... można by długo wymieniać wielkich uczonych i artystów pióra, pędzla, teatru, muzyki. To jest dziedzictwo i kapitał Krakowa.

Tymczasem od kilku lat nie dość, że traktuje się po macoszemu (by nie rzec wprost: niszczy) w naszym mieście kulturę i sztukę, że o nauce już nie wspomnę, bo jeszcze mniej medialna, to na dodatek kolejne władze z uporem godnym lepszej sprawy usiłują zrobić z Krakowa stolicę sportu. Owszem, tradycje gry w piłkę nożną sięgają tu końca XIX wieku, owszem, o futbolu pisał nawet Tadeusz Boy-Żeleński, kolejny wielki krakowianin, łączący dziedzictwo naukowe z kulturalnym. Takich lekarzy-artystów, krakowian w najlepszym znaczeniu tego słowa, mieliśmy zresztą nawet niedawno, by wspomnieć zmarłego niedawno i przedwcześnie profesora Andrzeja Szczeklika.

Dla wielu ludzi w Polsce Kraków jest stolicą i ostoją konserwatyzmu i tradycjonalizmu, z czego po części wynika ta rozpaczliwa tendencja do rozsadzania od środka naszych instytucji kultury (najlepszym przykładem jest to, co się dzieje w Teatrze Starym) i czego efektem jest również przerażająca polityka miejskich władz, na siłę starających się nadać Krakowowi (pseudo)nowoczesne oblicze poprzez organizację masowych imprez. Zapomina się przy tym, że naukowe odkrycia, których tu dokonywano, bywały nowatorskie na skalę światową, i że pomimo dominującego niekiedy w "głównym nurcie" konserwatyzmu (szkoła Tarnowskiego w XIX w., peerelowska nijakość w XX w., wreszcie okołopapieska i okołopatriotyczna nijakość w wieku XXI czyli panoszące się wszędzie dźwigaje), to tu tworzyli tacy artystyczni "rewolucjoniści" jak wspomniany już Wyspiański, a także Tadeusz Kantor czy Jerzy Nowosielski. Krakowowi po części wmawia się zacofanie i tradycjonalizm, a po części winni są też piewcy tego XIX wieku i złotych czasów Franza Josefa. Błędem jest też założenie, że tradycja i nowoczesność wzajemnie się wykluczają. W Krakowie zawsze umiano podejmować dialog z tradycją (znów przywołam Wyspiańskiego i jego zmagania z romantyzmem, ale i wielkie dokonania teatralne drugiej połowy XX w. czy krakowską szkołę krytyki literackiej z Janem Błońskim i jego prowokującymi do myślenia i przewartościowań analizami, że o Piwnicy pod Baranami nie wspomnę) i to powinniśmy kultywować. Wychodzić w nowoczesność nie odrzucając tradycji. I nie usiłując na siłę być czymś, czym nie jesteśmy.

Mam bowiem wrażenie, że jedynym istotnym i na miarę europejską wkładem Krakowa w rozwój czegokolwiek choćby śladowo związanego ze sportem (a konkretnie z "kulturą fizyczną") jest idea ogródków jordanowskich, które jednakowoż były po pierwsze dziełem dziewiętnastowiecznego lekarza, pioniera pediatrii, dr. Henryka Jordana, po drugie miały związek z kwestią propagowania zdrowego trybu życia, a nie zawodów sportowych. Niestety ta idea została następnie skutecznie pogrążona w niebycie i dopiero ostatnio zaczyna się powoli odradzać. I proszę bardzo, promujmy w Krakowie kulturę fizyczną, choć nie jestem pewna, czy oddychanie pełnymi płucami naszym smogiem to naprawdę taki dobry pomysł, więc może zajmijmy się najpierw planowaniem miasta tak, żeby mogło oddychać, czyli między innymi ochroną terenów zielonych przed zabudową - kolejną bolączką Krakowa. Ba, wypromujmy na świecie pioniera gimnastyki w szkołach, o którym chyba mało kto wie cokolwiek poza tym, że musiał istnieć, skoro zdarzają się instytucje jego imienia. To wszystko będzie miało większy sens niż próba zorganizowania tu jakichkolwiek wielkich zawodów sportowych. A może ta wewnętrzna promocja kultury fizycznej zaowocuje tym, że kiedyś także i sport w Krakowie stanie na wyższym poziomie? Bo poza wszystkim innym na to, żeby przyciągać imprezy sportowe na jakimkolwiek poziomie, musimy mieć albo rozpoznawalne w świecie lokalne kluby/drużyny, albo też pieniądze na miarę Dubaju. Chwilowo nie mamy ani jednego, ani drugiego, mamy za to sny o potędze.

Słyszałam niedawno opinię (niestety nie pamiętam jej autora), że starania o organizację olimpiady to przy całych kosztach jeden z najtańszych sposobów promocji miasta w świecie. Nie mam pojęcia, jak to wygląda z punktu widzenia finansów, ale zważywszy, że na nijakie logo wydano prawie sto tysięcy, nie byłabym aż tak entuzjastyczna. Natomiast wiem jedno: to nie jest taka promocja, jakiej Kraków potrzebuje. Kraków nie potrzebuje napływu kolejnych fal imprezowiczów ani tym bardziej entuzjastów sportów zimowych: ci pierwsi psują wizerunek miasta, dla tych drugich nie stworzymy odpowiedniej bazy nawet kosztem kompletnej dewastacji naszych gór. Powiem jeszcze jedno: Kraków wcale nie potrzebuje również tłumów bezrefleksyjnych pielgrzymów, którzy ograniczą się do siedzenia w Łagiewnikach i wycieczki do Wadowic, ewentualnie fakultatywnie zaliczą Rynek i Wawel. Oni są może mniej szkodliwi od imprezowiczów, ale mimo że zapewne będą przyjeżdżać masowo (bo oprócz sportu religia jest jedynym towarem, jaki nasze władze chcą sprzedawać), nie wypromują miasta u jego właściwego "targetu".

Kraków potrzebuje natomiast bardzo zdecydowanie napływu turystów nastawionych na zwiedzanie zabytków i muzeów, a także tych, którzy szukają naturalnych, nieskażonych wszechobecnością klubów i dyskotek krajobrazów, a te jeszcze na szczęście istnieją w pobliskich Beskidach czy w Jurze. Potrzebujemy turystów świadomych, umiejących docenić zasoby naszych muzeów, które są maleńkie w porównaniu do Paryża, Rzymu, Londynu, Wiednia czy Berlina, ale posiadają autentyczne perły (Dama z gronostajem, kolekcja waz greckich, komnaty wawelskie) i perełki (sporo naprawdę dobrych dzieł od średniowiecza po współczesność we wszystkich właściwie działach Muzeum Narodowego). Potrzebujemy tego, żeby to oni stanowili większość odwiedzających Kraków.

Problem polega bowiem nie na tym, że nie mamy potencjału, problem polega na tym, że nie umiemy go pokazać i wspomóc czyli wypromować. Bo co z tego, że kulturalny i intelektualny turysta tu przyjedzie i znajdzie piękną architekturę (tę dawną, bo ta najnowsza to kolejny dowód na skandaliczne decyzje kolejnych włodarzy miasta), dobre muzea, a do tego przyzwoitą bazę noclegową i niezłe knajpy, skoro nie znajdzie tego, co europejskie stolice kultury proponują aż z nadmiarem: wystaw, koncertów, imprez kulturalnych. Każda moja wizyta we wspomnianych wcześniej europejskich stolicach, ale i w mnóstwie innych miast, również prowincjonalnych i mniej od Krakowa zasobnych w "stacjonarne" dobra kultury, owocuje frustracją: jestem do określonej daty, biegam z wystawy na wystawę, a kilka dni po moim wyjeździe zaczynają się kolejne, które bym chętnie obejrzała, ale nie dam rady. Podobnie z muzyką i teatrem: gdyby nie bariera finansowa (zazwyczaj bez problemu dostępne są bilety znacznie powyżej moich możliwości), chodziłabym na koncerty i spektakle najchętniej codziennie. Ba, nie żałuję żadnej z takich wizyt, na które wysupłałam te funty czy eura, niezależnie od tego, czy była to opera, musical czy teatr dramatyczny.

W Krakowie tego wszystkiego nie ma, a powinno być. Bezwzględnie powinno być. Kulturalni i intelektualni ludzie powinni chcieć tu siedzieć długo i wracać, a tego nie załatwi najlepsze muzeum, bo nawet Luwr czy British Museum w końcu obejdzie się całe. Żeby wracać, trzeba być autentycznym pasjonatem (ja tak mam, są muzea i ich konkretne sale, gdzie wejdę choćby na chwilę za każdą wizytą) albo mieć inny powód, żeby znów odwiedzić miasto. Tym powodem są właśnie imprezy czasowe.

Niestety krakowska opera nie ma szans przyciągnąć miłośników tego rodzaju muzyki spoza Polski, a w przypadku większości spektakli nawet spoza Krakowa czy też Małopolski, bo zakładam, że jedna czy druga szkoła czasem zagoni młodzież do obcowania ze sztuką, niestety pozostającą na poziomie, który mało kogo zachęci do dalszych poszukiwań. Podobnie jest z teatrami: większość gra nijaki repertuar z przeznaczeniem dla lokalnego i szkolnego widza, a prowokacje dyrektora Starego wywołują raczej zażenowanie niż zainteresowanie.

O tym, że ambitna widownia jest - zarówno w samym Krakowie jak i na świecie - świadczy fakt, że jeśli już zdarzy się w Krakowie jakaś naprawdę dobra impreza kulturalna, np. koncert którejś z młodych i dobrych lokalnych orkiestr albo festiwal Opera Rara, to bilety rozchodzą się na pniu, a na znakomitych wykonawców przyjeżdżają ludzie z dalekiej zagranicy. Ba, w sumie nawet na te marne przedstawienia Opery Krakowskiej trudno dostać bilety, więc ludzkość najwyraźniej jednak chce takiej kultury!

Dobre, naprawdę ciekawe wystawy zdarzają się w Krakowie co kilka lat, no i zazwyczaj są jednak o zasięgu lokalnym, dotyczą artystów polskich, co byłoby znakomitym pomysłem, gdyby po pierwsze takich wystaw było więcej, po drugie - gdyby oprócz nich zapraszano do Krakowa wielkie wystawy z tych, które podróżują po świecie (w tym roku taką wystawą jest rocznicowa poświęcona Oktawianowi Augustowi, gromadząca setki eksponatów, ale bywają też tego rodzaju imprezy poświęcone artystom - jak wystawa Breughli, którą ściągnął do siebie w zeszłym roku Wrocław - czy wydarzeniom historycznym).

Wreszcie - nauka. Pomijając kwestię tego, że miasto powinno wspomagać zdolnych uczonych w każdym wieku niezależnie od funduszy centralnych, Kraków ma historyczne, intelektualne i kulturalne zaplecze, żeby gościć znacznie więcej międzynarodowych konferencji, niż gości. I to nie tylko takich, w których urzędnicy zobaczą jakiś mityczny zysk, czyli nastawionych na biznes czy przemysł, ale prestiżowych konferencji z nauk zarówno przyrodniczych jak i humanistycznych. Te ostatnie w wielu ośrodkach organizuje się np. równolegle z wydarzeniami kulturalnymi lub rocznicami historycznymi, co obu imprezom dodaje prestiżu i zainteresowania.

I teraz dochodzimy do trudnego punktu. Organizacja wystaw, zwłaszcza takich, gdzie trzeba ubezpieczyć arcydzieła, kosztuje bardzo dużo. Podobnie zatrudnienie choćby na krótki sezon operowy czy teatralny wybitnych wykonawców. W przypadku muzyki trzeba również zainwestować w to, żeby znakomity wykonawca miał z kim pracować, bo tu niestety działa zasada nec Hercules conta plures: wybitny śpiewak musi mieć partnerów przynajmniej dobrych, żeby całość miała sens. Wybitny dyrygent podziękuje orkiestrze, która nie umie się zgrać. W sumie również wielki aktor potrzebuje umiejącego grać i współpracować tła oraz reżysera, który rozumie tekst.

Wszystko to wymaga nakładów, zgoda. Ale podobno na obiekty sportowe, które po ewentualnych igrzyskach będą stać i straszyć pustkami oraz powoli popadać w ruinę (takiego np. toru bobslejowego nie da się wykorzystać do niczego innego niż zawody bobslejowe, a jakoś nie widzę ich jako ważnej imprezy cyklicznej w Krakowie), mają być przeznaczone prawie dwa miliardy złotych. To dość, żeby przez kilka lat organizować w Krakowie imprezy kulturalne i naukowe na naprawdę światowym poziomie, to dość, żeby również ufundować parę stypendiów i grantów dla zdolnych naukowców i artystów. Zwłaszcza że takie inwestycje zwracałyby się również przez wiele lat: przyjeżdżaliby coraz to nowi ludzie, a nie tylko grupa entuzjastów sportu na parę tygodni.

Nie oszukujmy się: z tych, którzy przyjadą na ZIO, niewielu będzie tu wracać, a zastrzyk pieniędzy, które zostawią, szybko się przeje. Inwestycja w kulturę i naukę to inwestycja na długie lata, perspektywiczna, trwała i cykliczna. I oby łącząca tradycję i nowoczesność.

A teraz jeszcze pewne wyjaśnienie: wcale a wcale nie chodzi mi o to, żeby to krakowskie życie kulturalne było wyłącznie zwrócone w przeszłość. Nie lubię Habsburgów i nie jestem wielbicielką dziewiętnastowiecznych krakowskich czy galicyjskich tradycji, choć jakoś tam się z nich wywodzę. Wielkich krakowskich artystów lubię mniej lub bardziej (choć wymieniałam raczej tych, których bardziej), ale staram się nie odmawiać im wielkości i szanować ich dokonania. To jednak nie znaczy, że nie chcę tu ludzi nowych i z pomysłami, nawet obrazoburców. Niech odbędzie się tu wielka wystawa wideonstalacji zaraz po wystawie średniowiecznych kafli (oba tematy nie interesują mnie wcale albo śladowo), ale niech obie mają rozmach i sprowadzą dzieła na światowym poziomie - żeby ludzie chcieli tu przyjechać specjalnie po to, żeby takie wystawy zobaczyć. Niech młodzi reżyserzy wystawiają nowe, odważne wizje klasyki, ale niech oni najpierw zrozumieją teksty, które chcą inscenizować. Bo na razie to mamy bunt na poziomie przedszkola i obrażalstwo, a nie twórczy dialog z tradycją (tak, w tym momencie piję do teatru).

Postawmy na wydarzenia ciekawe, twórcze, takie, na jakie zasługuje miasto z potencjałem i tradycją. Ta tradycja to przecież nie tylko to, co było, to również pewne przyzwyczajenia: do jednych miast jedzie się po strawę kulturalną, do innych po emocje sportowe, do innych, żeby kupować najnowsze markowe ciuchy, do jeszcze innych, żeby grzać się w słońcu na plaży. Zmienianie tego porządku to zawracanie Wisły, czy dowolnej innej rzeki, kijem. I na dodatek populistyczna fanaberia, na którą nas nie stać. Co gorsza, przepraszam za to, co powiem, ale to robienie na siłę z Krakowa stolicy sportu przypomina mi robienie z Krakowa na siłę stolicy przemysłu w latach '50 XX wieku. Różnica jest taka, że wtedy chodziło o ideologię, a dziś chodzi o pieniądze. Kraków ma zabytki, a nie ma olimpijskich stadionów. Wykorzystajmy to, co mamy. Organizujmy fajne zawody na posiadanych obiektach i jednocześnie wykorzystujmy w pełni potencjał kulturalny. Takie miasto będzie żyło, bo ludzie, którzy do niego przyjadą, też pójdą do kawiarni i klubu, ale może nie tylko po to, żeby pić najtańsze piwo w Europie, jak reklamował się Kraków w gazetce pewnej linii lotniczej i to wcale nie tej najtańszej.

A zatem, drodzy decydenci, zastanówcie się, póki jeszcze jest czas, żeby te pieniądze wydać rozsądnie i zgodnie z tym, czym Kraków powinien być. Promujmy Kraków w świecie cytatami z naszych wielkich pisarzy i poetów, promujmy go zabytkami i dziełami sztuki (była kiedyś taka reklama Pragi, podobno bardzo skuteczna, pamiętam ją z londyńskiego metra), promujmy go imprezami nastawionymi na nowoczesność, ale nie tę z najniższej masowej półki, na dodatek zaściankowej, bo tylko na taką "nas stać". Przyciągnijmy tu śmietankę turystów z Europy i świata - i przekonajmy ją, że do Krakowa warto wracać, bo ciągle dzieje się tu coś ciekawego. Wszyscy na tym zyskamy znacznie więcej niż na jednorazowych i niepewnych igrzyskach.

Z poważaniem,
Nowoczesna Krakauerka z dziada pradziada

Wyspiański

PS. Nie jestem przeciwna sportowi. Po prostu uważam, że Krakowa nie stać na inwestycje, z którymi potem nikt nie wie, co zrobić, które niszczeją,  bo nie wiadomo, kto ma je zagospodarować, a nie ma pieniędzy, żeby je wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem (patrz: kwestia stadionów). Na organizowanie sensownych imprez sportowych wystarczy zmodernizować istniejące obiekty, właszcza że tradycje sportowe są w regionie, choćby w Nowym Targu, zainwestujmy więc w szybką kolej, niech wielbiciel sportu mieszkający w Krakowie dojedzie tam w niecałą godzinę na zawody. W ten sposób wypromujemy dodatkowo region, a wilk będzie syty i owca cała. Tylko nie oszukujmy się, że w Tatrach i Beskidach zrobimy ośrodki sportowe na miarę Alp. Poza wszystkim szkoda Tatr i ich przyrody, za małe są.

wtorek, 25 marca 2014, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/03/25 14:46:18
Zgadzam się z Tobą, Agnieszko, w 100%!
-
2014/03/25 15:33:27
Mówił inteligent do pazernych ignorantów.
-
Gość: Tobi, *.208.148.19.getinternet.no
2014/03/25 17:08:24
Większych bzdur dawno nie czytałem!
-
2014/03/25 17:16:20
@Tobi - szanuję Twoje zdanie, ale fajnie by było, gdybyś podparł je konkretami, żeby można było podyskutować. Jak się z kimś nie zgadza, to w sumie warto powiedzieć, dlaczego...
-
2014/03/26 09:44:44
Ninedin napisała, że to notka do dyskusji, ale z czym tu dyskutować?
Raczej powielić i rozesłać, bez szczególnej nadziei, że cokolwiek trafi do pustych głów.
-
Gość: panantoniny, 192.166.203.*
2014/03/26 19:19:04
Jeżeli chodzi o sport, dzieje się ostatnio coś niezwykłego. Nagle narodowym sportem Polaków okazało się bieganie. W ostatnią niedzielę w półmaratonie wzięło udział ok. 3000 zawodników. W maratonach startuje jeszcze więcej - miejscowych i nie tylko. Wspominam o tym dlatego, że masowe imprezy sportowe poza promocją miasta mają na celu promocję sportu, zdrowego stylu życia i różne takie rzeczy. Imprezy biegowe mają tę przewagę nad olimpiadami, że są (dosłownie) kilka tysięcy razy tańsze, a przy tym bezpretensjonalne, więc przyczyniają się do kreowania wizerunku miasta jako miejsca sympatycznego, na ludzką miarę (Kraków do tego może aspirować, a do bycia czymkolwiek więcej - niestety nie). Żeby jednak promować bieganie przydałoby się parę inwestycji, na przykład takich, na jakie zdobyły się Myślenice. Otóż na trasach, po których biegają ludzie w czasie treningu należy umieścić tablice z długościami odcinków (np. co 400 metrów, jak w Myślenicach). Czegoś takiego brakuje na bulwarach wiślanych i wokół Błoń. Koszt? Minimalny. Pomoc w treningu - ogromna. Niestety nikt na to w Krakowie jeszcze nie wpadł. Widocznie władze miasta wyobrażają sobie, że warto inwestować wyłącznie w rzeczy oszałamiająco wielkie, jak gdyby małych nikt nie zauważał.
-
2014/03/26 21:41:33
Szanowna Pani!

1) Nic nie wskazuje na to, by Kraków "od najdawniejszych czasów swego istnienia był przede wszystkim miastem nauki, sztuki i kultury". Źródła etnologiczne mówią natomiast o skrajnej ksenofobii (księżniczka Wanda) i robieniu siary (szewczyk Skuba), a wczesne źródła historyczne o wybitnej kłótliwości, nieużywaniu łaźni, gorliwości rolniczej i bezpruderyjności panien (Ibrahim ibn Jakub). To jest nasze prawdziwe dziedzictwo; natomiast zawłaszczanie torunian, czarnolesian czy norymberczyków jest właśnie rozpaczliwą próbą bycia na siłę tym, czym nie jesteśmy.

2) To ksenofobia, zacofanie i rozpaczliwa chęć prezentowania się jako miasto nauki-kultury-sztuki nie pozwala nam w pełni wykorzystać sportowego potencjału drzemiącego w Parku Jordana. Nazwisko Jordan jest doskonale znane na całym świecie każdemu, kto choć trochę interesuje się sportem. Gdyby Kraków przestał rozpaczliwie się nadymać na naukę-kulturę-sztukę, łatwo stałby się mekką wielbicieli koszykówki i NBA, że o hipsterstwie nie wspomnę (mieliśmy Park imienia Jordana zanim założono Chicago Bulls).

3) Nie jest prawdą, że Kraków nie organizuje koncertów czy imprez kulturalnych. Podczas ostatniego Sylwestra na Rynku bawiły się rzesze Krakowian na koncercie takich artystów jak Tatiana Okupnik, zespół muzyczny Feel, finaliści i uczestnicy "X Factor" i "Mam Talent". A o północy publiczność podziwiała pokaz laserowy. Natomiast takie imprezy kulturalne jak Festiwal Pierogów czy studenckie Juvenalia już głęboko zakorzeniły się w mentalności wszystkich miłośników dobrej zabawy i konsumpcji.

Ze sportowym pozdrowieniem:
Pooo-lskabiałoczee-eerwoni, Poooo-lskaaabiałoczee-eerwoni,
Pooo-lskabiałoczee-eerwoni, Poooo-lskaaabiałoczee-eerwoni!
-
Gość: janbar22, *.wam.com.pl
2014/03/27 08:04:33
"Kijem Wisły nie zawrócisz" - podobnie jak rozlanej po Internecie wszechogarniającej głupoty i zaiste owczego pędu internautów w temacie Igrzysk. W tym wszystkim nie idzie przecież, w sumie, o Kraków (jedynie) a o cały region, który będzie coraz słabszy, jeśli nie dostanie zastrzyku w postaci inwestycji i porządnej (super porządnej)promocji i reklamy. Pominę bzdury ("Gazeta") mówiące, że Igrzyska zablokują budowę dróg, bo tego już nie warto komentować. Ale brak jakiejkolwiek wizji krytykujących - bo w sumie jest nam tak fajnie, że lepiej nie robić odważnych kroków, lepiej posadzić kwiatki to tu to tam - jest bardzo przygnębiający. Kraków był i będzie sercem kultury polskiej, ale żeby stał się również prawdziwą metropolią potrzeba bardzo dużego zastrzyku nowej energii i pomysłów, a przede wszystkim WIZJI i ODWAGI. A tego, jak niestety widać, już polakom brakuje.
-
2014/03/27 17:58:36
Kraków drugim Sarajewem. A maskotką igrzysk będzie mały pluszowy Kopiec Kościuszki.
-
2014/03/28 01:18:29
Olimpiada w Krakowie jest w mojej ocenie tak samo chorym i megalomańskim pomysłem, jak autostrada przez Zwardoń. Ten drugi jest już w nieodwracalnej fazie, obawiam się, że i pierwszy zostanie przeforsowany.
-
2014/03/28 02:28:28
@dr_bloger Autostrada przez Zwardoń??? Jeżeli gdzieś by się przydała, to przez Chyżne, ale widocznie ktoś wie lepiej...

@zupełnie.bezstronny - jeśli źródła etnologiczno-archeologiczne mają cokolwiek do powiedzenia na temat Wandy, to głównie tyle, że ta legenda, zapisana u Kadłubka (który etnologiem wprawdzie nie był, ale bajkopisarzem całkiem niezłym, więc do kulturalnego Krakowa doskonale pasował), jest prawdopodobnie odbiciem trackiego mitu związanego z boginią Bendis, tracką odpowiedniczką Artemidy. Pozdrawiam.
-
2014/03/28 16:48:31
(dziękuję!)

... co więcej, krakowska ksenofobia była legendarną już w średniowieczu, a jeśli idzie o tych osławionych artystów (mniejsza, że przybieranych), to niektórzy - jeśli przyjrzeć się im dokładniej - okazują się być nawet nie tyle zwykłymi epigonami, ile wręcz epigonami epigonów.

Wincenty, Wincenty,
miał dwie lewe pięty!

-
2014/03/28 17:04:05
Jeśli przybieranych, to tym lepiej - znaczy to, że moja teza o przyciąganiu tu ludzi kultury i ludzi zainteresowanych kulturą, jest prawdziwa...

A ksenofobia... zważywszy, że mieszczaństwo w Polsce zasadniczo w ogóle w niewielkim stopniu bywało polskie, teza o ksenofobii brzmi nieco egzotycznie. Nie sądzę też, żeby pod względem niechęci do obcych średniowieczny Kraków odbiegał od normy europejskiej. Ale o źródła poproszę.
-
2014/03/28 17:47:22
@ o źródła poproszę

Próbowałem przeciągnąć groteskę swojego wcześniejszego postu adaptując Pani odpowiedź
[ksenofobiczna Wanda + legenda o Wandzie u Kadłubka = legendarna ksenofobia w średniowieczu; podobnież:
Kraków nieartystyczny + Kadłubek modyfikuje przetworzony mit = Kadłubek epigonem epigonów], to w ogóle nie było na poważnie.
Przepraszam (teraz już poważnie) za rozbrykanie.
       

       Copyright