Blog > Komentarze do wpisu
Czasami potrzeba kiczu

Kocham sztukę, kocham dobre malarstwo i grafikę, kocham ogólnie rzeczy piękne. Jednym z moich największych marzeń jest móc je kupować, kolekcjonować - mieć mieszkanie, z którego znikną meble z Ikei oraz im podobne, a wszystko będzie miało coś więcej niż umiarkowanie przyzwoitą jakość i funkcjonalność: będzie miało styl. Albo żeby przynajmniej wśród mebli funkcjonalnych (jestem jednak osobą praktyczną do pewnego stopnia) były akcenty prawdziwego piękna.

Niemniej to nie jest notka o projektowaniu wnętrz ani nawet o moich mieszkaniowych preferencjach czy też wciąż niezupełnie spełnionym marzeniu o byciu kolekcjonerem. To jest notka o jednej z rozlicznych okołokulturalnych afer, które wstrząsają ostatnio polską sferą publiczną i lądują na pierwszych stronach gazet, że się tak górnolotnie wyrażę.

Chodzi mianowicie o darmową książeczkę pt. "Pierwsza książka mojego dziecka", którą ministerstwo kultury wydaje po to, żeby cała Polska czytała dzieciom. Książeczka ma być rozdawana wraz z rodzajem wyprawki młodym matkom w szpitalach , na razie o ile rozumiem, rusza program pilotażowy w kilku województwach. Książeczka została zaprezentowana, a luminarze sztuki rzucili się na nią w mediach jak stado wygłodniałych psów na kość i jęło kąsać. Dobra, może daruję już sobie te marne metafory i przejdę do rzeczy. Otóż ci różni mniej lub bardziej znani i mniej lub bardziej zasłużeni na polu twórczości dla dzieci podnieśli larum, że książeczka jest be, głównie dlatego, że nie wpisuje się w wielką tradycję polskiej ilustracji książkowej, w tym dziecięcej. Bo kiedyś Szancer, a teraz standardowe obrazki: duże, oczywiste, kolorowe, koślawe.

Z dzieciństwa pamiętam, że lubiłam ilustracje Szancera, uwielbiałam też oryginalne ilustracje Kiplinga do "Takich sobie bajeczek", intrygowały mnie oryginalne ryciny z "Alicji w Krainie Czarów", choć pierwsza wersja tejże, którą czytałam, była z kolorowymi obrazkami dla dzieci (tłumaczenie Antoniego Marianowicza, ilustracje Olgi Siemaszko). Oczywiście jeśli chodzi o ilustracje - Kubuś Puchatek, Muminki. Książkowe, nie filmowe, żadne disneye i dobranocki. Płaskie, czarno-białe, a zarazem bardzo wymowne obrazki. Potem, jak miałam jakieś dwanaście lat, nie mogłam oczu oderwać od okładek Stasysa do "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Bałam się ich, fascynowały mnie, intrygowały. (Skądinąd uważam, że Stasys powinien był pozostać ilustratorem książek, a nie usiłować być wielkim artystą, ale to osobna sprawa.)

Teoretycznie zatem powinnam grać w drużynie atakujących ministerialną publikację, a tymczasem bardzo zdecydowanie nie gram. Nie gram, bo uważam, że ta książka nie jest dla dzieci takich, jakim ja byłam. Wychowanych w domu, gdzie ledwie odrosłej od ziemi istocie pokazuje się, na czym polega gra bryłą w "Akrobatce na piłce" Picassa, że odwołam się do jednego z najwcześniejszych posiadanych wspomnień; w domu, w którym w pokoju dziecinnym wisi reprodukcja Makowskiego, a w przedpokoju - Modiglianiego, a potem ogólnie zawisną abstrakcje. Nie dla dzieci od wczesnych lat przyzwyczajanych do tego, że godzinami chodzi się po muzeach - jednym z moich największych oczarowań dzieciństwa, oprócz greckich zabytków, była wizyta w muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji. Po takiej dawce Ernsta wspomniane okładki Tolkiena trzy lata później to nic trudnego. I na dodatek ze wszystkich zainteresowań Rodziców (którzy wcale nie są z wykształcenia humanistami!) akurat to, sztuka, znalazło we mnie szczególnie mocny oddźwięk.

Ta książka nie jest również przeznaczona dla dzieci z domów, w których otacza się je troską i opieką, a dbałość o wykształcenie jest co najmniej podobnie duża jak o wyżywienie i zdrowie. Z domów, w których chodzi się razem do kina czy nawet do teatru, choćby i na zgrzebnie wystawioną klasykę. Domów, w których kultura jest jakkolwiek obecna. Domów, w których na półce stoi choćby trochę książek - pamiętam, jakim szokiem był dla mnie niedawno fotoreportaż o mieszkaniach przeciętnych Polaków, przedstawiający reprezentacyjne pokoje u ludzi na przeciętnym poziomie wykształcenia i o przeciętnym stylu życia: na jednym zdjęciu z dwudziestu pięciu było widać ustawione za szybką kilka książek, chyba jakąś dekoracyjną serię!

To jest książka dla dzieci, w których domach czyta się w najlepszym razie tabloidy i ogląda się telewizyjną papkę. Albo też nawet nie robi się tych rzeczy. To nie jest książka, której potrzebują dzieci wykształciuchów ani rodziców aspirujących do wykształcenia czy udziału w życiu kulturalnym na choćby takim poziomie, na jaki pozwala lokalny Dom Kultury. A przede wszystkim to nie jest książka dla ich rodziców: jeśli w domu jest choćby tylko Sienkiewicz i Konopnicka albo też, z innej parafii, jakiś MacLean czy "Saga o ludziach lodu", to istnieje szansa, że rodzic dziecku książkę kupi i poczyta z własnej woli. Jeśli rodzic czyta Prousta, to zapewne kupi książkę o wyrafinowanych ilustracjach, jeśli tylko byle jak wydawane powieści popularne, to zapewne na jakość i styl obrazków uwagi nie zwróci (i nie mówimy tu o statystycznie nieistotnych przypadkach wyrafinowanych historyków sztuki, którzy czytają wyłącznie fantasy, z obrzydzeniem patrząc na większość jej okładek, lub rozkoszują się peerelowskim kryminałem). Ta książka nie jest dla żadnego z tych rodziców: jak już będzie w domu, to dziecko może ją obejrzy, choć pewnie część rodziców uzna, że nie ma takiej potrzeby i może odda do domu dziecka.

To jest książka dla dzieci, którym rodzice z własnej woli książek kupować nie będą i nie będą im ich czytać. Dlatego ta książka jest za darmo, dlatego jej misją jest dotrzeć do każdego domu. Dlatego w wyprawce jej towarzyszącej jest również poradnik, jak opiekować się dzieckiem i jak je szanować - znów skierowany nie do tych rodziców, którzy przez całą ciążę albo i wcześniej przygotowywali się do nowej roli, ale przede wszystkim dla tych, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Nie każdy ma obowiązek ministerialną książkę czytać - ale trzymajmy kciuki, żeby czytali ją ci, do których naprawdę jest skierowana. Światli i wybitni zapominają bowiem, że prawdziwym pierwszym odbiorcą tej publikacji nie są dzieci, ale ich rodzice. Bo to oni zadecydują, czy dziecko się z nią zapozna. Jeśli rodzic czytający już dziecku "Kubusia Puchatka" czy, z nowszych propozycji, "Julkę i Kulkę", odrzuci tę książkę z powodów estetycznych, to nikomu nie stanie się krzywda. Gorzej jeśli odrzuci ją rodzic, którego ambicje kulturalne ograniczają się w najlepszym (!) razie do lektury plotek o bieliźnie celebrytów.

Ten rodzic w większości przypadków odrzuci coś, czego sam nie będzie rozumiał i estetycznie akceptował. Jeśli jego kontakt ze sztukami wizualnymi ograniczał się do kiczowatego świętego obrazka wiszącego w rodzinnym domu albo nawet olejnego przysłowiowego jelenia na rykowisku spod Bramy Floriańskiej, to taki człowiek nie zaakceptuje wyrafinowanych, wymagających choćby trochę bardziej wyrobionego oka ilustracji. Światli i Wybitni w ministerialnej książeczce widzą zdeformowane postacie - nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym, co oni rysują, niezrozumiałą i odpychającą deformację może zobaczyć rodzic, do którego darmowa książka jest skierowana. (Nawiasem mówiąc, gdzieś w tej dyskusji przeczytałam oburzony głos, że na jednym z rysunków chłopiec wygląda jak garbaty. Nawet jeśli to nie było intencją rysownika, to może dobrze wyszło - żyjemy przecież w czasach, kiedy walka z uprzedzeniami na tle wyglądu jest jednym z naczelnych zadań państwa i edukacji...)

Wyrobionemu oku przywoływany często (i słusznie) przez Światłych i Wybitnych jako wzór ilustracji dla dzieci Jan Marcin Szancer wydaje się prosty: temat jest widoczny na pierwszy rzut oka, ilustracje nawiązują do tradycyjnego malarstwa, a zarazem wprowadzają konieczne dla odbioru przez dziecko uproszczenia. Są ładne kompozycyjnie i kolorystycznie. Ale proszę zawiesić na chwilę wytworzone przez lata obcowania ze sztuką i kulturą doświadczenie i spojrzeć na nie okiem kogoś, kto przywykł wyłącznie do prostackich zdjęć w tabloidzie, do walących po oczach jaskrawych kolorów, wielkiej czcionki i boleśnie uproszczonego przekazu, na dodatek pozbawionego treści. Taki człowiek zobaczy u Szancera, a jeszcze bardziej u wspomnianej wyżej Siemaszko, chaos, natłok postaci albo szczegółów, a ewentualnych nawiązań do innej sztuki nie będzie miał szans odczytać. Do takiego rodzica ma szanse przemówić jedynie obrazek, który może będzie toporny i schematyczny, ale zrozumiały.

Psy wiesza się również na tekście tej książeczki. Zgoda - rymy nie są z najwyższej półki, same historyjki też nie. Ale one nie są przeznaczone dla ludzi, którzy przeczytali całą bibliotekę. One są przede wszystkim dla tych, którzy z trudem przebrnęli przez podstawówkę i lektura "Zemsty" Fredry mogła być dla nich wyzwaniem ponad siły. Oni nie będą swoim dzieciom czytać Muminków, bo nie zrozumieją, o co w tym chodzi i po co tym zawracać dzieciakowi głowę. A poza tym są tam fragmenty z polskiej klasyki dziecięcej: Tuwima, Szelburg-Zarembiny.

Światli i Wybitni, jak to zwykle w Polsce bywa, nie odrobili lekcji pozytywizmu. Może dlatego, że u nas panuje kult tego dziwacznego tworu zwanego polskim romantyzmem, tych zrywów i poczucia wyższości i misji, trochę bez pomysłu na to, jak ta misja ma wyglądać, a już zupełnie bez zastanowienia, jak ją realizować w praktyce. Tymczasem ministerstwo, o dziwo, wyskoczyło z pomysłem, który spodobałby się społecznikom z ponurej drugiej połowy XIX w., kiedy romantyczne mity upadły z hukiem, a garstka rozsądnych ludzi usiłowała zacząć walkę o społeczne wykształcenie inaczej niż poprzez stawianie przed spracowanym chłopem czy robotnikiem Konradów i Kordianów, z których problemów odbiorca ów nie miał szans nic zrozumieć. Ta książka ma być nowoczesną pracą u podstaw, rekwizytem współczesnych Siłaczek. Światli i Wybitni wciąż nie otrząsnęli się z romantycznego snu, wedle którego każdy, kto zetknie się z Wielką Sztuką, musi być przez nią natychmiast porwany i zauroczony.

Tak nie jest, nigdy nie bywało i zapewne nigdy nie będzie. Największym osiągnięciem tak zwanej demokracji ateńskiej było moim skromnym zdaniem zachęcanie czy wręcz nakłanianie obywateli do uczestnictwa w życiu kulturalnym miasta. Chodzenie do teatru było finansowane przynajmniej po części z kasy państwowej, choć już same spektakle były produkowane przez osoby prywatne, dla których wygrana w teatralnych konkursach była powodem do chwały; którym w nagrodę wystawiano pomniki. Uczestnictwo w kulturze, związanej oczywiście z bardzo "świecko" traktowaną sferą sacrum, było postrzegane jako rodzaj obowiązku obywatelskiego. Późniejsze postępujące rozwarstwienie społeczne sprawiło, że kultura stała się dobrem elitarnym - różne ruchy oświeceniowe czy pozytywistyczne usiłowały to zmienić, podobnie jak usiłuje się to zmienić dziś. Rewolucja francuska pokazała, jak kolosalny potencjał, również kulturalny i intelektualny, drzemał w ludziach, którzy wcześniej nie mieli szans dostać się do elitarnych kręgów. Tyle że wedle znanych historykom statystyk poziom alfabetyzmu we Francji już w 1789 roku sięgał 50/40% (mężczyźni/kobiety) na prowincji i 90/80% w Paryżu, więc było z czego startować! Skądinąd ciekawe jest również inne zestawienie liczbowe z mniej więcej tej samej epoki: biblioteka w pałacu w Compiègne za czasów Ludwika XVI liczyła ok. 300 woluminów, za Cesarstwa – kilkanaście tysięcy...

We współczesnej Polsce teoretycznie statystyczny każdy umie czytać, bo mamy obowiązek szkolny i tak dalej. Ale od samej umiejętności czytania do czytania literatury dla przyjemności jest jeszcze daleka droga. W rewolucyjnej Francji nie każdy chłop zabierał się od razu za lekturę filozofów - to byłby materiał dla Mrożka - ale otwarcie wyższych szczebli edukacji oraz karier dla każdego, kto miał chęć, talent i życiową odwagę, owocowało tym, że w kulturze wyższej zaczęli uczestniczyć ludzie, którym wcześniej nawet by to nie przyszło do głowy. (Tu widzę potencjał na osobną notkę o elitaryzmie kultury, więc kończę historyczne dygresje).

Jakiekolwiek rozumowanie czy idee stały za decyzją stworzenia programu wspierania wczesnego czytelnictwa, jest to próba zachęcenia jak najszerszych rzesz ludzi do zmiany obyczajów. Dla dzieci z rodzin, które są realnym adresatem tego programu, ważne jest, żeby od małego być przyzwyczajanym, że sama czynność czytania jest rzeczą dobrą i przyjemną. Nie tylko ze względów poznawczych (choć oczywiście "pierwsza książka" ma jakoś tam przygotować do tego, że w szkole mamy poznawać świat), ale również ze względu na tworzenie więzi rodzinnych. Jednym z moich najmocniejszych wspomnień z dzieciństwa jest to, kiedy mając jakieś pięć lat zasadniczo czytam już sobie sama, ale wciąż skradam się do fotela, w którym siedzi (i czyta) mój Tato, w nadziei, że jednak jeszcze weźmie mnie na kolana i razem będziemy czytać "Księgę dżungli". Zawsze tak było i gdybym miała powiedzieć, co mi się kojarzy z pojęciem "dom rodzinny" czy "ciepło domu rodzinnego", to te późne wspólne lektury byłyby pierwszym skojarzeniem. Ciepłe światło lampy nad małą wnęką wciśniętą w pełen książek regał, fotel, którego peerelowski design jest teraz modnym vintagem, i wspólne przeżywanie przygód Mowgliego. Nawiasem mówiąc, większość naszego małego mieszkania (i dużego potem też) była po sufit zastawiona książkami (ta liczba wciąż rośnie) i jedną z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie było wyobrażanie sobie, co kryje się za tajemniczymi tytułami, których nie rozumiałam (pamiętam, że koszmarnie bałam się „Ubika”, natomiast czysto eufonicznie fascynował mnie i stanowił rodzaj azylu w tej zabawie „Atol Trydakny”; w moim pokoju stała głównie fantastyka, klasyka była w dużym). 

Ministerialna książka jest dla dzieci, które bez niej nie mają szans na takie wspomnienia. Dlatego jest prosta, niewyrafinowana, akceptowalna dla ludzi, którzy sami z dzieciństwa nie wynieśli poczucia, że warto wybierać się w fikcyjne magiczne krainy. Dla ludzi, którzy nie znajdą w sobie cierpliwości (a czasem i umiejętności, możliwości), żeby dziecku czytać choćby trochę bardziej skomplikowane bajki. Może warto o tym pamiętać, zanim podejmie się frontalną krytykę produktu, który mnie też wcale nie zachwyca, ale znajduję uzasadnienie dla tego, że prezentuje się tak a nie inaczej. Jest szansa, że dzieci, które zaczną przygodę z książką choćby i od niego, nie będą potem unikać szkolnej biblioteki, gdzie powoli będą się zapoznawać z coraz poważniejszą literaturą i sztuką. Może gdyby w moich szkolnych czasach istniał program wspomagania wczesnego czytelnictwa, dzieci, które nie były w stanie przebrnąć przez "Plastusiowy pamiętnik", miałyby z tym choćby minimalnie mniejszy problem. Bo było tak, że w ramach źle pojętego "wyrównywania szans" do mojej klasy, gdzie przyjęto zasadniczo dzieci już umiejące czytać, dodano nie te, których poziom inteligencji bez wyniesionych z domu umiejętności wskazywałby na to, że doskoczą do pozostałych, ale te z najcięższych patologii, same już od pierwszego roku mające poważne problemy ze zdolnościami poznawczymi, bez żadnych szans, żeby poradzić sobie z wymaganiami stawianymi reszcie klasy. To do współczesnych Doroty, Jarka i kilkorga innych, których imion nawet nie pamiętam, bo już na etapie nauczania początkowego repetowali klasy, skierowana jest ta niezbyt wysmakowana książka. Bo lepiej, żeby w późniejszym życiu sięgnęli po najprostsze i najkoszmarniej zilustrowane romansidło czy sensację, niż żeby mieli nie czytać w ogóle nic poza tabloidami. Bo od półanonimowych masówek zawsze można przejść do Rodziewiczówny, a dalej do Sienkiewicza, byle nauczyć się śledzić fabuły i przejmować losami bohaterów rozpisanymi na więcej niż dwie szpalty.

Oczywiście najgorszemu kiczowi okładek i ilustracji sama najchętniej wydałabym totalną wojnę, ale ministerialnej książeczce naprawdę daleko jeszcze do tego, co potrafią wyprodukować wydawnictwa zarówno specjalizujące się w różowych seriach czy masowej fantasy, jak i literaturze religijnej dla dzieci.

Po napisaniu tej notki znalazłam taki artykuł, który stanowi niezłą tragikomiczną ilustrację do szerszego problemu, którego ona dotyka.

wtorek, 15 kwietnia 2014, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/04/15 14:25:21
Obszerne "J'accuse" w tonacji pozytywistycznej. Można się podpisać obiema rękoma. Szkoda tylko, że komentowanie utrudnine jest przez niebieską literkę "f" wzywającą do polubienia kolektywnego w miejscu, w którym nie bywam bo i jakże.
-
2014/04/15 18:41:08
No wszystko super, ale to jest jednak regres cywilizacyjny. Bo za komuny było takich dzieci nawet więcej (patrz ogólny poziom wykształcenia społeczeństwa), a komuna oferowała im książki ilustrowane i pisane przez profesjonalistów z najwyższej półki.

Akurat 2 dni temu mój mąż wyciągnął tę książkę: mojeksiazeczki2.blox.pl/2013/06/Poznaje-swiat.html

Teraz godzisz się na to, żeby tym mniej dopieszczonym kulturalnie dzieciom rzucać ochłapy. To jest regres.
-
2014/04/16 01:16:30
@Anuszka - przecież cały czas o tym piszę, że dla mnie to nie ochłap, tylko coś, co estetycznie zrozumie pewna grupa rodziców. Nie wiem, czy za komuny było gorzej z ogólnym poziomem wykształcenia społeczeństwa, wcale nie byłabym tego pewna, bo wtedy nie było mnóstwa tego upiornego chłamu, który jest teraz i psuje gusta. Nie było tabloidów - czyli całej tej koszmarnej papki, którą czytają ci "najmniej dopieszczeni". A ludzie wychowani na tabloidach i czytający wyłącznie tabloidy nie łykną wyrafinowanych książeczek z czasów komuny. Na tym polega problem.

I ja osobiście uważam, że lepiej dać im produkt, który uznają za estetycznie zrozumiały (nie uważam, że ochłap - tam jednak nie ma błędów ortograficznych, szata graficzna jest nieciekawa, ale naprawdę lepsza od sporej części tego, co rzucają prywatne wydawnictwa) niż skazać ich dzieci na to, że nie przeczytają nic. Nawiasem mówiąc, wcale nie uważam, żeby to "Poznaję świat" było jakimś cudem, jest po prawdzie równie nijakie jak ta nowa książka, zarówno w warstwie słownej jak i ilustracyjnej, a tego sposobu narracji nie kupi współczesny niewykształcony rodzic.

-
2014/04/16 01:22:15
PS. A propos regresu: tu działa prawo Kopernika-Greshama, ale w przeciwieństwie do pieniądza, nie da się tego złego, który wyparł lepszy, zastąpić poprzez prostą reformę monetarną, w której jednym cięciem załatwiasz (przynajmniej chwilowo) problem. Tu trzeba lat, żeby z tego regresu wyjść i niestety trzeba to robić małymi kroczkami, bo nie zadekretujesz odgórnie, że od dziś wszyscy zachwycają się Szancerem, przestają kupować Super Express i rzucają się do kupowania ambitnych książek i podziwiania ambitnej sztuki. Jako fizyczka powinnaś wiedzieć, że psucie jest łatwiejsze od naprawiania ;)
-
2014/04/16 08:41:23
Jejku no. Piszesz, że za komuny prości ludzie nie mieli wokół siebie tego chłamu, który psuje gusta. A teraz mają, więc żeby dać im coś zrozumiałego dla nich, trzeba im dać więcej chłamu. Fundamentalnie nie zgadzam się. To pobrzmiewa jak inteligenckie zadzieranie nosa. Pochylimy się nad prostym ludem i damy mu to, co jest w stanie zrozumieć, ale nie więcej. Tak nie można traktować współobywateli. Nawet jeśli różni nie będą w stanie docenić różnicy między chłamem a nie-chłamem, to należy im się od państwa to samo, co inteligentom.
-
2014/04/16 10:50:53
@ należy im się od państwa to samo, co inteligentom.

Inteligentom państwo daje więcej/coś innego niż "prostemu ludowi"?
-
2014/04/18 09:06:17
Tja, słusznie. Zgodnie z doktryną drakainy, inteligent "sam się wyżywi", a państwo oferuje ochłapy prostemu ludowi. :-\
No nie, ja się na to nie zgadzam.
       

       Copyright