Blog > Komentarze do wpisu
Drakaina czyta książki

Szanowni czytelnicy, proszę się nie lękać: nie ogłaszam powstania nowego bloga. Ale zapoznałam się ostatnio z kilkoma książkami, z czego jedna była czytana pod przymusem (tłumaczenia), a pozostałe z własnej woli, i te zupełnie różne od siebie lektury natchnęły mnie do ponarzekania sobie na pewne rzeczy, których w literaturze nie lubię. Tej tłumaczonej (czy też tłumęczonej, jak to przez przypadek nazwałam w komputerze i przyjęło się dla tego rodzaju roboty) nie będę z nazwiska i tytułu wymieniać, natomiast te czytane (choć kiedyś również tłumaczyłam jeden tom) to kryminały niejakiej Patricii Cornwell.

Teoretycznie wszystko te książki dzieli: jedna (1) czytana w trakcie tłumaczenia, pozostałe (2) dobrowolnie; jedna fantasy dla dzieci, pozostałe - ponure kryminały dla zdecydowanie dorosłych; jedną dość od początku znielubiłam, pozostałe kiedyś zdecydowanie lubiłam; jedna z fabułą prostą jak budowa cepa i to prymitywnego, pozostałe - z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji. Niemniej nagle odkryłam wspólny mianownik: wszystkie mnie irytują i to głównie kreacją bohaterów. A także pewnymi rozwiązaniami fabularnymi. Postanowiłam pokusić się o małe porównanie.

Sytuacja fabularna

(1) Małe królestwo jest zagrożone inwazją dużego i bardzo złego imperium. Stary król ginie na początku akcji, na tron wstępuje jego czternastoletnia córka, która następnie musi bronić tegoż królestwa przez straszliwym wrogiem, pozyskawszy uprzednio chwilami dziwacznych, ale bardzo potężnych sojuszników. Królowa toczy kolejne bitwy, długo czeka na obiecaną pomoc sprzymierzeńców, pod koniec staje do pojedynku z głównodowodzącym Złych, który to pojedynek oczywiście wygrywa, po drodze ucinając Złemu kawałek ręki.

(2) Kay Scarpetta została głównym lekarzem sądowym w stanie Wirginia po śmierci swojego poprzednika i odkąd objęła urząd boryka się z nieustannymi utrudnieniami i szykanami wobec siebie i swojego biura: prześladuje ją albo jakaś agenda rządowa, albo np. bardzo zły prawnik. Scarpetta posiada jednak sprzymierzeńców na podobnie wysokich stanowiskach, a ponadto wierną gromadkę nieco dziwacznych pomocników zatrudnionych w policji i innych służbach, którzy zawsze w końcu nadejdą jej z pomocą. Na zakończenie wielu tomów swoich przygód staje oko w oko z głównym Złym, który nastaje na jej życie.

Bohaterowie - pozytywni

(1) Po pierwsze księżniczka, potem królowa. Jest drobna i niewysoka, ale mimo to nie tylko dzielna, ale również bardzo silna i w walce dorównuje najpotężniejszym wojownikom (większość życia poświęciła na ćwiczenie walki mieczami, toporami i czym tam jeszcze; innych lekcji może wprawdzie nie lubiła, ale i tak jest świetnie wykształcona, bo uczył ją znakomity uczony z dalekich krajów); okazuje się również mądrą władczynią od pierwszego dnia. Ma ponadto Straszliwe Problemy Moralne i nieustające wrażenie, że nie ma szans wygrać wojny. Jest dobra i opiekuńcza dla swojego ludu, ale jak się do kogoś odezwie, to ciarki człowieka przechodzą: autor chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest najzwyczajniej pod słońcem wredna, czepialska i egocentryczna. Pomimo to wszyscy ją kochają, szanują i podziwiają. Wszyscy również bez słowa akceptują, iż jej głównym doradcą (a w perspektywie dalszych tomów również mężem) zostaje o rok starszy syn leśnej wiedźmy. Niezwykle mądry i wykształcony, mimo że od dobrych kilku lat mieszka sam w leśnej jaskini. Drugim doradcą jest wspomniany uczony, który oczywiście zna się na wszystkim. Żaden z dwójki doradców nie ma doświadczenia na dworze, ale w sumie jest ono niepotrzebne, bo w dobrym królestwie nie ma intryg, więc nikt się nie czepia, że nie nadają się do swojej roli. Żołnierze małego królestwa są dzielni, waleczni i bezwzględnie uczciwi, czym nadrabiają braki w wyszkoleniu. Sojusznicy są dostojni i szlachetni, nawet jeśli czasem trochę samolubni. Ale w końcu widzą powszechne dobro w perspektywie.

(2) Kay Scarpetta jest kobietą (wielkiego) sukcesu w Typowo Męskim Świecie. Jak sama twierdzi, już w dzieciństwie była genialna i przerastała rówieśników wiedza oraz inteligencją; ponadto w wieku lat 15 postanowiła zostać lekarzem w świecie, w którym kobiety zostawały co najwyżej sekretarkami (nawiasem mówiąc, studiowała w latach '70 w USA, rzecz nie dzieje się w wiktoriańskiej Anglii). Ma stałych współpracowników: genialnego policjanta-dziwaka o manierach prostaka oraz siostrzenicę, która już w wieku dziesięciu lat jest geniuszem komputerowym, a potem, niedługo po dwudziestce, superagentką różnych kolejnych rządowych agend. Oboje ci współpracownicy mają ewidentne problemy osobowościowe i każdy normalny człowiek wywaliłby ich na zbity pysk z takiej pracy, jaką wykonują, ale wszelkie takie próby spełzają na niczym. Scarpettę otacza ponadto cały sztab podwykonawców w jej biurze: specjalistów od wszelkich możliwych dziedzin medycyny sądowej i kryminalistyki, którzy właściwie nigdy nie popełniają błędów. Są również sojusznicy w rządowych agendach i lokalnym, stanowym rządzie - najczęściej są to niezwykle przystojni mężczyźni, rzadziej twarde kobiety torujące sobie pomimo przeszkód drogę w męskim świecie. Dodajmy, że dla większości tych przystojniaków, nawet jeśli mają 20 lat, ponadczterdziestoletnia Scarpetta jest niezwykle atrakcyjna. Kochają ją i podziwiają ogólnie wszyscy, jeśli nie liczyć tego, że czarne charaktery wyjątkowo jej nienawidzą. Bohaterka przedstawia samą siebie (narracja pierwszoosobowa) jako ciepłą i wyrozumiałą dla ludzi, ale dialogi niestety temu przeczą: Kay Scarpetta jest wyjątkowo wrednym babsztylem, traktuje wszystkich z góry albo protekcjonalnie, i niestety bardzo po niej widać, że tak naprawdę jest typowo nowobogacka.

Bohaterowie - negatywni

(1) Główny Zły jest tak zły, że bardziej złym się być nie da, jest bowiem szalony i okrutny (o tym dowiadujemy się pod koniec książki, ma to być w założeniu twist), wojny prowadzi nie zważając na koszty, no i szczerze nienawidzi przede wszystkim głównej bohaterki. Największym problemem są jednak nieustanne deklaracje autora, że jest on genialnym strategiem, który nie przegrywa wojen, ma olśniewająco inteligentne pomysły, a armia kocha go jak ojca. Armia, dodajmy, jest najbardziej zdyscyplinowana na świecie i do tego jest jak legiony rzymskie pod jeszcze jednym względem: pod względem liczebności jest nieskończona. Fajnie, niech jej będzie. Tylko że jak już widzimy tę genialną i niepokonaną armię w działaniu, to nawet dziecko w przedszkolu zauważy, że jej dowódcy popełniają same taktyczne i strategiczne błędy, a legiony umieją się głównie wycofywać w szyku. Wielki głównodowodzący nie dość, że pod względem braku zmysłu taktycznego nie różni się zasadniczo od swoich podwładnych, to na dodatek nie ma cienia szacunku dla swoich oficerów, karze z wyjątkowym okrucieństwem za najmniejszą przewinę, a legiony są dla niego wyłącznie mięsem armatnim. Jednym słowem: nie sposób zrozumieć, jakim cudem utrzymał się na swoim stanowisku ponad dwadzieścia lat - armia powinna była go rozszarpać dawno temu, niezależnie od liczby wygranych bitew.

(2) Każda powieść Cornwell ma Głównego Złego, którego oczywiście nie znamy od początku, bo to w końcu kryminały z suspensem i mniej lub bardziej seryjnym mordercą w tle. Nie spotyka się tu zatem kogoś, kto po prostu jest przestępcą: nie, on musi być skrajnym psychopatą, najlepiej z rzadkim schorzeniem, żeby można go było łatwiej przyszpilić, kiedy już nadejdzie czas na ostateczny przebłysk geniuszu głównej bohaterki. Obowiązkowo jest również szpetny lub przynajmniej skrajnie nieciekawy. I do tego wszystkiego najczęściej jest geniuszem zbrodni o ponadprzeciętnym IQ, który wodzi bohaterów za nos przez kilkaset stron, ale zarazem jest szaleńcem. Na tym jednak nie koniec czarnych charakterów, bo w serii o skomplikowanej fabule Zło jest rozpisane na kilka głosów: oprócz psychopatycznych morderców (których populacja w Richmond wystarczyłaby na całą kulę ziemską) mamy tu również geniuszy zbrodni ukrytych na rozmaitych wysokich lub lukratywnych stanowiskach. O ile psychopata tygodnia tomu zaczyna czyhać na Scarpettę dopiero jak uświadomi sobie, kto jest jego głównym wrogiem wśród śledczych, o tyle ci ukryci Źli nienawidzą jej od samego początku i zazwyczaj mieszają w śledztwie, żeby jej zaszkodzić i usunąć ją z urzędu. Najczęściej są to mężczyźni nienawidzący kobiet sukcesu, ewentualnie kobiety sukcesu, które przeszły na ciemną stronę mocy.

Fabuła

(1) Fabuła jest prościutka, choć momentami trudno się w niej dopatrzeć logiki. Główną rolę odgrywa w niej stolica królestwa, która została w stu procentach ewakuowana w środku zimy, a jej ludność bez problemu została przyjęta przez znacznie mniejsze miasto w wasalnym kraiku; ten następnie nie ma również problemów z aprowizacją całej armii, która jak już doszła na tę północ, brnąc przez śniegi, to wraca na południe, żeby bronić opuszczonej sto stron wcześniej stolicy, w międzyczasie - trwającym kilka tygodni - wyszkoliwszy pospolite ruszenie na elitarną jednostkę. Natomiast wszystkie klisze opisane powyżej mają rzecz jasna swoje przyczyny: główną jest to, że dobrzy bohaterowie muszą w końcu pokonać Imperium Zła. Cóż z tego, że jego armia liczy w końcu około półtora miliona, a ich chyba poniżej sto tysięcy w porywach, cóż z tego, że Źli mają armaty i muszkiety, a także sześciometrowe piki, a Dobrzy łuki, balisty i dość nieokreślone miecze! Armaty rozwala się przy pomocy balist, a muszkieterów wystrzela z łuków, ponieważ oni zasadniczo strzelają równie celnie jak szturmowcy, nomen omen, Imperium. A potem całą tę ogromną armię wycina się w pień za pomocą gadających lampartów o futrze tak gęstym, że kule w nim grzęzną.

(2) Fabuły teoretycznie są tu mocniejszą stroną: skomplikowane, nieoczywiste, ze zwrotami akcji. Ale jak się przeczyta kilka książek, pojawia się schemat: straszliwa zbrodnia nęka miasto Richmond, Kay Scarpetta, która powinna głównie przeprowadzić sekcję i wskazać przyczynę śmierci, prowadzi śledztwo w towarzystwie swoich niedostosowanych społecznie współpracowników oraz dzięki pomocy wysoko postawionych przyjaciół, którzy biorą się dość z powietrza. Na dodatek czasami konkretne rozwiązania wołają o pomstę do nieba: dzielna ekipa zakłada nagle (słusznie), że być przestępca wybiera swoje ofiary nie po wyglądzie, ale po głosie. Mają dane dotyczące dwóch zamordowanych kobiet, ale nikt nie pofatyguje się sprawdzić pozostałych przypadków. Albo: ofiara znana jest z wzywania policji w obawie o swoje życie, ale nigdy nie poda żadnych szczegółów stalkingu, ba, policja może spokojnie podejrzewać, że są to konfabulacje. Ale wystarczy jedno stwierdzenie Scarpetty, że ofiara zawsze dzwoniła po otrzymaniu (niczym w materiale dowodowym niepotwierdzonych) gróźb, i wszyscy przyjmują tę wersję, do której uprzednio byli nastawieni sceptycznie.

Prawdopodobieństwo, motywacje i sprawy pokrewne

(1) Trochę już było przy okazji fabuły. Dodajmy do tego łatwość, z jaką główna bohaterka przekonuje różne magiczne istoty, które zasadniczo albo nie lubią ludzi, albo nigdy wcześniej ich nie widziały, do udzielenia jej pomocy w wojnie. Po prostu jedzie do kolejnych krajów, rozmawia z odpowiednim władcą i już. Z kolei kiedy po drugiej stronie zdarzy się ktoś, kto wydaje się myśleć i nie być zwolennikiem twardej imperialnej linii, nic z takiego wątku nie wynika. Do tego mało prawdopodobne postacie: drobniutka dziewczyna wymachująca regularnym toporem bojowym lepiej od weteranów, wielce wykształcony (również w tamtejszej łacinie, bo Imperium Zła jest wzorowane na Rzymie) chłopak wychowany w lesie bez książek, wreszcie przemądre i prastare, i mówiące językiem dobrego małego królestwa (a nie na przykład po łacinie), i majestatyczne... kiciusie. No bo jak inaczej określić te wielkie śnieżne lamparty, do których w bitwie tuli się bohaterka? Jest w niej również wątek eko i new-age: nasze dobre królestwo nigdy nie walczy inaczej niż w obronie własnej, korzysta z natury tyle ile potrzebuje, i oddaje spory kawał swoich ziem legendarnym władcom dzikich puszcz. Są też wilkołaki i wampiry i paradoksalnie miałyby one szanse być najciekawsze, bo przynajmniej parę drobiazgów z nimi związanych ma jakiś tam sens.

(2) Pomijając nagromadzenie potwornych zbrodni w Richmond, Wirginia, pomijając wszystkoizm głównej bohaterki oraz przymykanie przez służby mundurowe oczu na nieustanną niesubordynację jej głównych pomagierów, irytujący jest też czarno-biały obraz świata, w którym na dodatek chyba dość bezwiednie mamy przekonanie, że dobro jest piękne, a zło brzydkie. I że światem oraz zachowaniem ludzi rządzą proste związki przyczynowo-skutkowe. Otyły chłopak, który kiedyś zbłaźnił się przed ulubioną pisarką, zostaje bezwzględnym prawnikiem, który pod płaszczykiem reprezentowania pisarzy i innych artystów, tak naprawdę ich niszczy. Do tego mnożenie elementów, które mają przedstawiać złych w świetle tak złym, że bardziej się nie da. Jakby było mało, że psychopata cierpi na najrzadszą odmianę bardzo rzadkiej choroby genetycznej, to jeszcze musi on być odrzuconym i trzymanym w piwnicy dzieckiem niezwykle bogatej rodziny, która nie dość, że trzęsie niezwykle potężnym międzynarodowym kartelem, to na dodatek od średniowiecza mieszka w ponurej rezydencji na Wyspie św. Ludwika w Paryżu. Poza tym po złej stronie są wyłącznie źli: nie ma skruszonych, nie ma takich, którzy chcą pomóc. Scarpetta jest jak szeryf w klasycznym westernie: może co najwyżej liczyć na wiernych druhów, których źli będą usiłowali usunąć.

Deklaratywność

Wyróżniłam to, nie dzieląc już na punkty. O deklaratywności w (1) wspomniałam przy okazji czarnych charakterów: mamy wyłącznie słowo autora na to, że Główny Zły jest militarnym geniuszem, a na dodatek wszystko, co robi, zdaje się bardzo wyraźnie przeczyć temu przekonaniu, do tego stopnia, że mam wrażenie, iż autorowi udało się to wmówić głównie temuż bohaterowi, który w związku z tym jest nieco zaskoczony, że na koniec autor kazał mu wojnę przegrać, w dodatku wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Deklaratywność w (2) polega głównie na tym, że bohaterka, snująca swoją pierwszoosobową narrację, mówi nam na przykład o swoich wyrafinowanych gustach zarówno kulturalnych jak i gastronomicznych. Niestety chodzi po prostu "do opery", a gotuje głównie pizzę i spaghetti i to takie, z którym nawet ja bym sobie poradziła (a N świadkiem, że miewam problemy z odgrzaniem pierogów). Deklaratywność dotyczy również często charakterów postaci (w obu przypadkach zresztą): czytamy dużo o tym, jacy różni bohaterowie są ciepli i dobrzy, ale z dialogów i działań nijak to nie wynika... Specyficznym rodzajem deklaratywności jest też coś, co bym nazwała "brakiem konsekwencji" i nie chodzi mi tu o absurdy fabularne. Chodzi mi o to, że obie bohaterki nie odczuwają konsekwencji tego, co przeżywają. Czternastoletnia królowa (1) widziała wojnę w jej wyjątkowo okrutnym wydaniu (tak nam się w każdym razie mówi), straciła sporo bliskich, odbyła podróż na biegun w poszukiwaniu sojuszników, a jej ukochany omal nie umarł - ale nie  niedługo po odniesionym zwycięstwie jest znów wesołą i beztroską dziewczyną, która nie może się doczekać przybycia na święta króla śnieżnych panter, który będzie przy kominku opowiadał o wojnach z trollami. Kay Scarpetta (2) nie dość, że zawodowo styka się z najstraszliwszymi zbrodniami i na co dzień przeprowadza najtrudniejsze autopsje, nie dość, że jej ukochana siostrzenica (ta genialna) non stop pakuje się w kłopoty, to jeszcze na dodatek zazwyczaj znajduje się na celowniku psychopaty, nie mówiąc już o prześladowaniach ze strony wszelkich nieuczciwych lokalnych polityków, ale w zasadzie nie potrzebuje pomocy psychologa, radośnie oddaje się kolejnym romansom, gotowaniu spaghetti i utrzymywaniu w nieskazitelnym stanie swojego eleganckiego domu na przedmieściu.

Wszystkie złe książki świata?

Może aż tak źle nie jest. A może jest źle, ale to nijak nie wpływa na poczytność, ba, nawet na przyjemność czerpaną z lektury? Numer (2) to bardzo popularna seria, co więcej - te powieści naprawdę wciągają i ma się ochotę je doczytać do końca. Numerowi (1) wróżę wielki sukces u docelowego czytelnika (młodsi nastolatkowie), którym ja chyba nigdy nie byłam, nawet w odpowiednim wieku metrykalnym. Pal diabli, że w wieku tych około 11 lat przeczytałam "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, "Diunę" Herberta i "Józefa i jego braci" Manna - wszystko to były książki podebrane Rodzicom, jak już wyczytałam do końca własne zapasy na wakacjach. Ważniejsze jest chyba to, że nigdy nie zachwyciłam się Narnią, której fabuła wydała mi się prostacka, a bohaterowie nudni. A (1) ma wiele narniowatych cech, z zacięciem new-age'owym zamiast chrześcijańskiego. To, że nadal czytam (2) wynika zapewne z tego, że mam specyficzny rodzaj choroby dennej: bardzo rzadko zdarza mi się zostawić nieobejrzany do końca film czy serial albo niedoczytaną książkę. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, kiedy coś poważnego przerwie mi oglądanie lub lekturę, a następnie dojdę do wniosku, że nie ciągnie mnie do powrotu. Ale i tak czasem wracam...

Poza tym w obu przypadkach znam gorsze książki. Kiedyś razem z N znęcałyśmy się nad nimi (oraz nad złymi tłumaczeniami) na specjalnej stronie, która wówczas dość szybko zdechła, potem przeniosła się na równie zdechły blog, bo trochę wyprzedziłyśmy epokę: moda na podobne krytyczne podejście podobno nadeszła niedawno. Znam również gorsze książki z własnej praktyki przekładowej - tłumaczyłam na przykład marne klony "Zmierzchu", gdzie do wszystkiego, co opisałam powyżej dochodzi jeszcze absolutnie nieznośny poziom sentymentalizmu i wzniosłości.

Niemniej uznałam liczbę analogii pomiędzy książkami znajdującymi się teoretycznie na dwóch czytelniczych biegunach za na tyle zabawną, żeby sobie to opisać. Zwerbalizować, co mnie w nich irytuje. I ten ostatni punkt, deklaratywność, jest chyba najważniejszy. Nie chodzi mi nawet o to, co wielu recenzentom na Goodreads: że pewne rzeczy są opisywane, a nie pokazywane w działaniu. Chodzi mi raczej o tę ewidentną nieświadomość pisarzy, że ich wychuchane i ukochane postacie są zupełnie inne, niż im się wydaje. I o to, że dbałość o szczegół nie oznacza (2) bardzo dokładnych opisów. Szczegół ma mieć jeszcze jakieś znaczenie. A wydarzenia muszą kształtować bohaterów - nie wystarczy, żeby były wspomnieniami w kolejnym tomie ((1) to też seria).

Pozwolę sobie na przywołanie jednej z moich ulubionych scen z książki, którą kocham, mimo że jest de facto pastiszem fantasy, z niemalże otwarcie deklarowanymi cechami gatunku: typowymi postaciami o przypisanych rolach w fabule, z akcją, która dosłownie prowadzi bohaterów po mapie całego znanego świata. Jest to "Belgariada" Davida Eddingsa. W czwartym tomie jest taki epizod, kiedy żyjąca na bagnach wiedźma prosi potężnego czarodzieja o obdarowanie darem mowy inteligentnych zwierzątek, które są jej jedynymi towarzyszami. Jest to jej cena za "odczarowanie" bagien, żeby bohaterowie zdołali się z nich wydostać. Epizod ten skupia się na dyskusji o konsekwencjach tak poważnej ingerencji w inteligencję, postrzeganie świata i w sumie istotę owych stworzeń. Odebrania im niewinności. Kiedy bohaterowie odchodzą, czytelnik widzi, że coś tam się już zaczęło zmieniać, kiedy fenlingi nieporadnie wymawiają pierwsze słowa, które znają ze słyszenia (żyły w towarzystwie wiedźmy). I to jest taki właśnie dodbany drobiazg. Nie przywołuję go na darmo ani przypadkiem: w (1) mamy mówiące koty. Tysiące lat minęły, odkąd jakieś niezbyt jasno określone najwyższe bóstwo obdarzyło je mową (ewidentnie od razu artykułowaną i to w języku małego królestwa głównej bohaterki), ponieważ uznało je za podobną koronę stworzenia jak człowieka. Po tych tysiącach lat koty są nadal kotami, a ich jedyną zdobyczą cywilizacyjną jest dość specyficzny parlamentaryzm, w którym zgromadzenie głosuje przez aklamację (a raczej ryczenie), a król i tak właściwie narzuca mu swoją wolę. Na właśnie takie rozwiązania literackie wyrażam zdecydowaną niezgodę.

Fontainebleau

czwartek, 10 kwietnia 2014, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Nikodem Konstanty, *.stalowa.pilicka.pl
2014/04/11 09:14:18
Ostatnio zetknąłem się z wątkiem nieśmiertelnych elfów, które jednak poległy w nierównej walce z ludźmi.
Pomału uczę się porzucać książki, które po pierwszych (n-nastu/n-dziesięciu) stronach jednak nie chwytają. To jak z jedzeniem, czasem trzeba po prostu zjeść, ale jak coś jest przypalone, nie warto się zmuszać... "Portret artysty" J. Hellera okazał się dla mnie pomyłką, pomimo mojego zachwytu dla "Namaluj to" - jakkolwiek odległe było od prawdy historycznej Aten czy Niderlandów.
Pomimo tego, że scribere necesse est, wielu powinno to czynić jedynie w cichości swej szuflady. Jeśli jednak ktoś już coś napisał, niewątpliwie miał potem epizod poczucia, że oto ludzkość uparcie nie zamierza odkryć w nim kolejnego Tolkiena/Verne/Doyle'a czy Konopnicką. Oraz równie silnego poczucia, że ta oto ludzkość po raz kolejny się myli...
-
2014/04/11 11:27:24
W sumie masz rację, ja bym też tak chciała - dlatego świadomie mówię o swojej chorobie dennej ;) A swoją drogą niedawne awantury o płace dla pisarzy dość pokazały, że każdy kto wydał książkę, która została choćby śladowo zauważona, chciałby być od razu stawiany na piedestale i hołubiony... Tymczasem ogromna większość produkcji literackiej jest w najlepszym razie właśnie tym, produkcją literacką, nawet jeśli autorowi wydaje się, że rany swoje światu pokazał albo też stworzył dzieło niepowtarzalnego geniuszu.
-
Gość: old-wolf, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/04/13 00:03:27
"artysta uzewnętrznia swoje wnętrze" -- no i to by było na tyle
       

       Copyright