Blog > Komentarze do wpisu
Citior altior fortior. Mane tekel fares?

Czytając o tym, że europejskie miasta nie chcą olimpiady zimowej (ja też jej nie chciałam w Krakowie i okolicach) i że zapewne w związku z tym zostanie ona zorganizowana w Chinach, Rosji albo Kazachstanie, zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest tak, że igrzyska olimpijskie zjadły właśnie na naszych oczach własny ogon i stały się dla krajów, w których społeczeństwo ma coś do powiedzenia, imprezą od strony organizacji nieatrakcyjną? No bo co? Na parę dni zabawy, która jest interesująca dla jakiegoś tam, może i sporego, odsetka ludzkości, mamy wydać mnóstwo pieniędzy z naszej kasy; część się oczywiście zwróci, ale my pozostaniemy potem z obiektami, których nie da się do niczego sensownego wykorzystywać i które są wspaniałymi pomnikami marnotrawstwa pieniędzy.

Ewidentnie coraz więcej ludzi tak właśnie myśli, Oslo jest właśnie podzielone na zwolenników, którzy liczą na to, że rezygnacja Krakowa da im szansę, i przeciwników, którzy liczą na to, że komitet olimpijski, rozochocony putinowskim pokazem bogactwa i rozmachu (Soczi), wybierze kraj, który będzie podobnie szastał pieniędzmi. Czyli, nie oszukujmy się, kraj, w którym przeciętnemu obywatelowi żyje się gorzej niż w Polsce (o Norwegii już nie wspomnę), ale za to władza ma pełną kontrolę nad budżetem i choćby metodą zastaw się, a postaw się, wystawne igrzyska zorganizuje. Co z tego, że chleba zabraknie? Zawsze można jeść ciastka, których trochę zapewne zostanie w kioskach po zakończeniu olimpiady. Na dodatek mała szansa, że w którymś z kandydujących krajów lud ruszy ścinać głowy marnotrawcom państwowych pieniędzy,

Wróćmy jednak do zjedzonego przez olimpiadę własnego ogona. Otóż kiedyś do jej zorganizowania wystarczał - w przypadku zimowej - dobry stok narciarski (a i to niekoniecznie, bo narciarstwo alpejskie weszło do programu dopiero w 1936 roku), trasa biegowa i skocznia oraz jedna hala dla wszystkich dyscyplin łyżwiarskich. Tyle. I na tyle to może sobie pozwolić każde miasto, w którym pada śnieg. Jeśli dołożyć narciarstwo alpejskie, to każde, w którego pobliżu są góry. Po wojnie liczba dyscyplin powoli rosła, w latach '90 przekroczyła pięćdziesiąt, a w tym roku w Soczi było ich 98. Oczywiście większość z nich nadal wymaga stoku narciarskiego, trasy biegowej, skoczni albo hali, ale trzeba liczbę tych miejsc dodatkowo przemnożyć, bo w każdej dyscyplinie jest teraz kilka konkurencji (w porywach nawet 12), a wszystko to trzeba upchnąć w stosunkowo krótkim czasie (około dwóch tygodni), żeby widz się nie znudził. Na w sumie dwadzieścia konkurencji alpejskich i snowboardowych trzeba sporo więcej niż jednego dobrego stoku (co dla każdego trzeźwo myślącego z góry dyskwalifikuje Tatry), a do tego jeszcze dochodzą dziwactwa w rodzaju "narciarstwa dowolnego".

W ramach tego ostatniego, jak informuje wikipedia, z której garściami tu korzystam, bo przecież sama z siebie tego wszystkiego nie wiem, istniało nawet coś, co się nazywało "balet na nartach", ale na szczęście jest to "dyscyplina obecnie już nie uprawiana", a "głównym powodem było niewłączenie jej do oficjalnego programu igrzysk olimpijskich". Ktoś się może oburzy, ale dla mnie to obrazuje pewne dziwaczne zjawisko: nie uprawia się już sportu dla uprawiania sportu, ale po to, żeby zabłysnąć (i, nie oszukujmy się, zarobić). Podejrzewam ponuro, że balet na nartach (że oksymoron prawie że? no trudno) uprawiali ludzie, którzy nie mieliby szans wybić się w tradycyjnych dyscyplinach, a mieli na tyle samozaparcia, żeby nauczyć się tańczyć na nartach, cokolwiek to oznacza. Fajnie, super, jestem za propagowaniem tańca na nartach, bo i taniec i narty są fajne. Tylko, na litość wszystkich bogów oraz górskich koboldów, co to ma wspólnego z olimpiadą? W sumie w tym przypadku komitet ewidentnie myślał podobnie jak ja, więc nie powinnam się czepiać, ale i tak "narciarstwo dowolne" ma dziesięć konkurencji, w tym podobno osobno jazdę po muldach i jazdę po muldach podwójnych.

To wszystko na pewno jest bardzo sympatyczne - z lat, kiedy na nartach jeździłam, pamiętam, że jazda po muldach może być niezłą zabawą - ale czy to znaczy, że musi od razu być dyscypliną olimpijską? Zastrzegam się przy tym, że nie miałabym nic przeciwko organizowaniu corocznych mistrzostw świata w jeździe po dowolnej liczbie muld w stu kategoriach, a nawet w balecie na nartach, ale najlepiej zawsze w tym samym miejscu, gdzie będą mieli możliwości i umiejętności szybkiego, sprawnego i niedrogiego zorganizowania odpowiednich warunków. Uczciwie przyznam również, że dokładnie te same uczucia żywię do sporej części dyscyplin letnich (wzrost od 43 w 1896, co już było kilkanaście razy większą liczbą od igrzysk starożytnych, do 302 w 2012, a w 2016 znów coś dochodzi). Na czele stawki jest tu dla mnie siatkówka plażowa oraz pływanie synchroniczne, a jakkolwiek pojmuję komercyjny argument "bo faceci lubią to oglądać", tak oczywiście nie zmienia to mojej opinii w kwestii sensowności tych miłych zapewne zabaw jako dyscyplin olimpijskich.

Tak, przyznaję, jestem pod tym względem tradycjonalistką. Uważam, że akurat igrzyska olimpijskie powinny mieć jakiś związek ze swoją najdawniejszą tradycją. Ideę już dawno szlag trafił, tradycyjne dyscypliny tracą popularność, bo są niemedialne, fair play musi być sprawdzane za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych testów medycznych (a w Olimpii za straszak robiły specjalne pomniki nieuczciwych zawodników, rodzaj alei hańby) i w sumie mleko jest już tak dawno rozlane, że wsiąkło w glebę i nic go nie uratuje, ale jakoś tak mi - nawet nie żal, bo w sumie sport obchodzi mnie dość marginalnie. W dzieciństwie lubiłam np. pooglądać turniej czterech skoczni, był podobnym zimowym rytuałem jak koncert noworoczny z Wiednia, zdarzało mi się też oglądać narciarstwo alpejskie. Ale to ostatnie, odkąd zjazd stał się dyscypliną mającą więcej wspólnego z kurczowym trzymaniem się sztucznie oblodzonego stoku niż doświadczeniem narciarza-amatora, przestało mnie bawić, przestało interesować. Podobnie mierzenie czasu w ułamkach ułamków sekund i walka o te ułamki - czyli takie "kawałki" czasu, których upływ dla człowieka jest w ogóle niepostrzegalny, a w każdych normalnych sytuacjach biegacze mieliby pierwsze miejsce ex aequo - odbiera mi przyjemność oglądania zawodów lekkoatletycznych.

Moim skromnym zdaniem upadła także ta idea, że ma być szybciej i wyżej: w sytuacji, kiedy zmiana rekordu o minutę, a nawet sekundę, o metr czy nawet centymetr jest ewidentnie fizjologiczne niemożliwa - uważam liczenie tych ułamków sekund i ułamków milimetrów za jakiś absurd (dla przykładu: odkąd w 1968 roku po raz pierwszy zastosowano elektroniczny pomiar czasu, do roku 2009, rekord świata w biegu na 100 m mężczyzn zmienił się o 0,37 sekundy). Wiem, wiem, sportowcom na tym zależy, ale jesteśmy tylko o krok od tego, żeby obudować ich całych elektroniką i jak w kostkowych grach fabularnych liczyć modyfikatory w zależności od np. tego, jak na kogo wiał wiatr, bo lada moment na zwykłe rekordy będzie trudno liczyć, a publiczność chce atrakcji.

I to wszystko, cała ta oprawa kilkuset dyscyplin, które potrzebują obiektów, ale i sprzętu do mierzenia czasów i odległości, które obstawione są dodatkowo setkami zupełnie do niczego niepotrzebnych ludzi, wykonujących jakieś magiczno-korporacyjne działania wokół zawodników i drużyn, wszystko to sprawia, że coraz mniej państw starego świata ma ochotę inwestować w dwa tygodnie zabawy dla publiczności niekoniecznie miejscowej, a coraz bardziej również dla tych ludzi, których stać na bilety. Tak naprawdę na zabawę dla znacznie większej liczby ludzi przed telewizorami, którzy wcale nie zainteresują się promocją miasta czy regionu wtykaną im w przerwach między zawodami z jednej strony, a reklamami z drugiej. Oni w tym czasie idą sobie zrobić kanapki albo wyjąć kolejne piwo z lodówki.

Zapewne rozdmuchane olimpiady z rozmnożonymi jak króliki Lejzorka dyscyplinami (wiem, królików nie było, ale z mojego skromnego punktu widzenia co najmniej połowy tych dyscyplin jako odrębnych też mogłoby nie być) utrzymają się jeszcze przez parę sezonów, dopóki znajdą się państwa (od pewnego momentu zapewne wyłącznie w miarę zamożne dyktatury) skłonne wydać na nie ciężkie miliony. Nie wiem, czy jest szansa, że organizację wszystkich igrzysk przejmie w końcu Arabia Saudyjska na zmianę ze Zjednoczonymi Emiratami - bo chyba tylko tam bogactwo utrzyma się na odpowiednim poziomie, żeby finansować olimpijskie szaleństwo (byłoby ich stać, jak sądzę, nawet na klimatyzowaną halę z czterema skoczniami włącznie z mamucią i sztucznym śniegiem). Problem w tym, że szejkowie wykazują nikłe (a może nawet żadne, nie śledzę kandydatur) zainteresowanie akurat tym sposobem promowania swojego regionu i przepuszczania bajkowego bogactwa. Co skądinąd powinno dać do myślenia tym strategicznym geniuszom, którzy uważają, że ogromne wydatki dadzą jakieś wymierne korzyści.

Niestety jeszcze bardziej niż w olimpiady w bogatych krajach arabskich nie wierzę w to, co byłoby dla mnie naprawdę satysfakcjonujące: powrót do sportu, który byłby naprawdę dla każdego. Pewne progi zostały przekroczone, pewne standardy ustalone, prawdziwi (de facto a nie de iure, tacy, którzy naprawdę żyją z czego innego) amatorzy liczą się już wyłącznie w kilku dyscyplinach (w tym nieolimpijskich jak brydż i szachy, skądinąd jedyne dwa sporty, gdzie zdarzyło mi się mierzyć z ludźmi mającymi tytuły mistrzowskie i czerpać z tego jakąś satysfakcję i to wcale nie dlatego, że byłam blisko ich poziomu, o, bynajmniej). Na dodatek w grę wchodzą tak niebotyczne pieniądze - i to wcale nie tylko dla zawodników, ale przede wszystkim dla tych setek korpomagików z ich obstawy oraz dla "działaczy" - że powrót do normalności nie nastąpi.

Tylko że w świecie, gdzie coraz więcej ludzi aspiruje do wyższego niż posiadają poziomu życia i chce na ten cel przeznaczać zarówno prywatne jak i publiczne pieniądze, w świecie, gdzie coraz więcej ludzi zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju marnotrawstwo, w świecie, gdzie ludzi zaczyna irytować fundowanie wspaniałego życia efemerycznym celebrytom - taka rozdmuchana impreza zacznie tracić prestiż, jeśli nie będzie chętnych do jej organizowania, a ci, którzy pozostaną na placu boju, będą dla wielu co najmniej kontrowersyjni. Bojkoty z powodów politycznych już się przecież zdarzały.

PS. Najzabawniejsza reakcja, jaką przeczytałam po ogłoszeniu rezygnacji Krakowa z kandydowania, była taka, że (jacyś) Słowacy mieli się wyrazić, że pozbawiono ich "wielkiego historycznego wydarzenia". Otóż pozwolę sobie zauważyć, że odbywająca się regularnie co cztery lata popularna impreza moim skromnym zdaniem nie mieści się w definicji wydarzenia historycznego, że o wielkim już nie wspomnę, ale może jakaś dziwna jestem.

wtorek, 27 maja 2014, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
pfg
2014/05/27 13:04:52
No coś podobnego, jak można być tak źle poinformowanym!

W skokach narciarskich już mierzy się wiatr oddziałujący na każdego zawodnika i stosownie do tego koryguje się wynik. W sportach letnich - w biegach sprinterskich i skokach w dal - ewentualny rekord nie zostanie uznany, jeśli zawodnikowi w plecy wiał wiatr o sile przekraczającej wartość ściśle określoną w przepisach; na szczęście (na razie?) nie odbiera się zwycięstwa w zawodach. Szejkowie? Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 2018 odbędą się w Katarze. W Dubaju jak najbardziej już jest kryty stok narciarski. Do olimpiady, jednej bądź drugiej, jednej i drugiej, tylko krok.

A poza tym masz rację: Igrzyska zjadły swój własny ogon, podobnie zresztą jak cała masa innych "wielkich wydarzeń sportowych", z mistrzostwami świata w piłce nożnej na czele. Właściwym miejscem do ich rozgrywania stają się bardzo bogate kraje, które nie licząc się ze zdaniem i potrzebami obywateli, chcą przez chwilę olśnić świat swoimi oszałamiającymi skarbami i możliwościami. Albo igrzyska radykalnie się zdekomercjalizują (raczej na to nie liczę), albo stanie się z nimi to, co z festiwalami Eurowizji: Kiedyś śpiewano tam dobre piosenki, dziś impreza dalej się odbywa, niby jest ważna, ale mało kto ją ogląda, muzyka nie liczy się zupełnie, a do rangi sporu fundamentalnego urasta to, czy wygrać powinny cycate dziewuchy, czy też raczej chłop udający kobietę z brodą.
-
2014/05/27 13:18:56
O, dzięki: nie miałam czasu ani ochoty robić aż tak dokładnego researchu :)
-
2014/05/30 09:15:59
Podoba mi sie ten wpis, z tym że sądzę, iż utyskując na komercjalizację igrzysk, nie powinno się zaledwie pozostać na etapie prychnięcia na zagadnienie z wyższością. Igrzyska, jak żaden inny przykład, bo rozgrywają się w świetle monitorów, pokazują jak działa prywatny biznes we współczesnym świecie. Po pierwsze organizacja igrzysk wymaga słabości demokracji i chorego przedstawicielstwa politycznego. Jest tak, gdyż igrzyska jako przedsięwzięcie prywatnej spółki - MKiOL - podobnie jak Mistrzostwa w Piłce Nożnej - UEFA - sa zwyczajnie skokiem na publiczne pieniądze. Wymyśla sie medialnie użyteczny cel - "święto sportu" - po czym zawiera się układ z lokalnymi politykami by zadłużyli swój kraj w celu wyprowadzenia z niego olbrzymich ilości pieniędzy. Można przy tej okazji zalegalizować każdy zysk, a ciśnienie na organizację tego typu imprez wskazuje że spodziewam się iż znaczna cześć pieniędzy które wówczas wypływają na światło dzienne jest wprost nielegalna ( broń, narkotyki, korupcja). Instytucję jak MKiOL i UEFA żądają abolicji podatkowej, co znacząco skrywa szczegóły księgowe operacji która tym samym nie podlega audytowi żadnej wiarygodnej instytucji ( przecież nikt chyba nie sądzi że Arthur Andersen to był wypadek...) niezwiązanej z organizatorami. Odmówienie abolicji podatkowej obecnie jest równoważne z wycofaniem sie z organizacji imprezy!
Co więcej - by dodatkowo wyciągnąć więcej kasy - zawiesza się swobody obywatelskie, często zmieniając ustawy w interesie prywatnych podmiotów, i bez konsultacji społecznych - na przykład w wypadku EUR2012 zmieniono w Polsce ustawę o zgromadzeniach publicznych tak by na stadion nie wolno było wnosić pewnego rodzaju aparatów telefonicznych i fotograficznych.

Lista tego typu kuriozów jest znacznie dłuższa, generalnie jednak w krajach w których partycypacja społeczna we władzy jest duża a politycy liczą sie z wyborcami - olimpiad nie udaje sie organizować.

Co do skutków powstałych po imprezie - widać wyraźnie jaka to kopalnia pieniędzy taki Stadion Narodowy. Dla kilku złodziei z Warszawy była to najlepsza inwestycja od lat, dla setek tysięcy żyjących z największego bazaru Europy który zniszczono - tragedia biznesowa. Zlikwidowano więc naturalny rozsadnik drobnego handlu ( który pewnie nie raz prowadził do rozwoju powstałych na dawnym Stadionie - Straganie firm) a zbudowano piec do palenia kasy publicznej. I to jest Mis którym otwieramy oczy niedowiarkom, a obecnie już wiemy jak wygląda protokół zniszczenia....
-
2014/05/30 15:46:55
Dzięki za fachowe dopowiedzenie tego, co intuicyjnie zasygnalizowałam tymi uwagami o dyktaturach. Nie znam się na ekonomii ani prawie, nie śledzę szczegółów sportowego życia, ale prosta obserwacja, kto zostaje na placu boju oprócz niezbyt chętnego Oslo sprawiła, że w ogóle napisałam tę notkę :)
-
2014/05/30 16:23:54
@drakaina - cóż, czy ja wiem czy mówimy tu o dyktaturach? Mówimy raczej o państwach, jak Polska ( przecież było EURO2012), przeżartych takimi czy innymi formami korupcji. Uruchomienie takiej imprezy, jej realizacja, wymaga przecież wdawani publicznych pieniędzy nie tylko na "inwestycje" w te wszystkie stadiony ale i na sianie kłamstw o tym, ze to sie opłaca. To są zintegrowane działania i nie są one możliwe do przeprowadzenia w prawidłowo funkcjonujących społeczeństwach demokratycznych, w których obowiązkiem rządzących jest dobrostan szerokich grupo społecznych, a nie na wpół legalna defraudacja środków publicznych na budowanie Misiów.

Warto przy tym zauważyć, że pierwszym udanym zrywem demokratycznym w Polsce od lat 90-tych była sprawa ACTA, i że z wolna i z wolna, pomimo woli polityków, pomimo ich manipulacji ( Tusk nie zgodził sie na wprowadzenie Open Government w Polsce, za PiS służby uzyskiwały informacje od operatorów telekomunikacyjnych w tempie właściwym krajom policyjnym, Za Millera Polska stałą sie jedyną Izbą Tortur w Europie), demokracja zaczyna wreszcie w Polsce odnosić sukcesy. Referendum, takie jak w Krakowie wskazuje że albo czekają nas poważne niepokoje społeczne ( bo władza nie zechce dzielić sie władzą)co jednak mało prawdopodobne, albo prędzej czy później cała ta hałastra zostanie zmyta a jej miejsce zajmą politycy dbający o to co ważne, o interes Polski a nie Myszki Miki ( jak Zdrojewski)...
-
2014/05/30 17:20:57
No właśnie, u nas się już zmienia, akurat pod tym względem dryfujemy nieśmiało ku cywilizacji politycznej - nawet Majchrowski w końcu się ugiął i sprawa ZIO w Krakowie ostatecznie upadła. Nauczyliśmy się jako społeczeństwo trochę na tym Euro, że to gra niewarta świeczki. I lada moment na placu boju zostaną głównie kraje, gdzie "władza ma pełną kontrolę nad budżetem", a to dotyczy głównie ustrojów, które choćby i miały pozory demokracji (jak Rosja), to bliżej im do dyktatur. Nie używam tego słowa w dokładnym politologicznym rozumieniu, oczywiście. Pisałam już oryginalnie, że tam, gdzie społeczeństwo ma coś do powiedzenia, idee organizacji wielkich imprez sportowych padają...
       

       Copyright