Blog > Komentarze do wpisu
Wolność, równość i wyższe wykształcenie

Przez blogosferę oraz media społecznościowe przetacza się dyskusja o serii artykułów (bo reportażami trudno to nazwać) poświęconych wyzyskowi i strasznej sytuacji ludzi a to pracujących w polskim Amazonie, a to w szatni [linkuję, bo do tego będę się odnosić dalej]. Bohaterowie tych artykułów mają jedną cechę wspólną (która, nawiasem mówiąc, każe mi wierzyć, przynajmniej częściowo, w spiskową teorię głoszoną przez blogerkę tattwę, że są to postacie w jakiejś mierze powstające w głowach dziennikarzy): mają mianowicie poczucie, że im się należy coś więcej niż praca, którą dostali. Poczucie niepoparte w obu przypadkach żadnymi konkretami (dlatego, między innymi, teksty im poświęcone nie są reportażami), dlaczego konkretnie miałoby im się coś należeć.

Poczucie, że należy się nam coś więcej od tego, co życie samo przynosi,  może być bardzo twórcze, jeśli przeradza się w zdrową ambicję, która popycha nas do działania na rzecz poprawy tego życia. Działania realnego czyli, nie bójmy się tego słowa: wysiłku. Niewątpliwie znacznie łatwiej jest jednak usiąść na kanapie i roszczeniowo narzekać w nadziei, że może społeczeństwo (pracodawca, państwo) przerażone wizją łatki wstrętnego burżuja, jaka może mu zostać przypięta, samo wyciągnie do nas rękę i zaoferuje nam te kokosy za sam fakt tego, jacy wspaniali jesteśmy. Wspaniali, bo bieganie między półkami nas nie satysfakcjonuje zawodowo. Wspaniali, bo coś tam kiedyś studiowaliśmy.

Otóż pretensje te oparte są na specyficznej odmianie egalitaryzmu - przekonaniu, że skoro np. poszliśmy na wyższe studia, to po ich skończeniu coś konkretnego powinniśmy dostać (niestety nie wiedzę, jak wynika z wypowiedzi niezadowolonych, ale głównie pensję odpowiedniej wysokości i/lub pracę zagwarantowaną przez państwo, jeśli nie załapiemy się do sektora prywatnego, a konkretnie takiego, który zapłaci nam zgodnie z naszymi oczekiwaniami za niezbyt ciężkie obowiązki). Koncepcja ta zasadza się na przekonaniu tyleż prawdziwym, co fałszywym. Mianowicie, że skoro wszyscy ludzie są równi, to dlaczego, u diabła, niektórzy są jednak równiejsi? (Znaczy: wiedzie im się lepiej.)

Jestem całkowicie przekonana, że absolutnym fundamentem naszej współczesnej cywilizacji jest pierwszy artykuł "Deklaracji praw człowieka i obywatela" z roku 1789 - "Ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi wobec prawa."* Od tego się na poważnie zaczęło i wszelkie prawa człowieka formułowane później na tym się zasadzają. Ba, mam wrażenie, że lepiej takiej absolutnej podstawy nie da się sformułować. Chciałabym tylko nieśmiało zwrócić uwagę, że w tym pierwszym przykazaniu równości mowa jest o tym, że ludzie są równi wobec prawa - czyli prawo powinno im gwarantować równe szanse - a nie, że są tacy sami czyli mogą to samo osiągnąć.

Tymczasem populistyczny egalitaryzm - bo za taki uważam między innymi wspomniane publikacje oraz koncepcję społeczną opisaną dwa akapity wyżej - usiłuje nam wmówić, że równość oznacza "każdemu po równo", niezależnie od jego wkładu w wykorzystanie tego, co daje mu równość wobec prawa. Pozwolę sobie przypomnieć, że drugie zdanie owego pierwszego artykułu brzmiało: " Różnice społeczne mogą się opierać tylko na użyteczności wobec społeczeństwa"*. 

[Dygresja: pomińmy, proszę, kontekst historyczny, nie spierajmy się w potencjalnych komentarzach o rewolucję i jej koleje (chyba że twórczo, mnie to bardzo interesuje, ale to jednak offtopic), a także przystawalność sformułowań "Deklaracji" do konkretów różnych epok - potraktujmy ten tekst, a konkretnie ten jego fragment, jako idealną wizję i fundament cywilizacyjny właśnie, bo jako to go tu przywołuję.]

Ponieważ komunizm najwyraźniej nie jest cechą przyrodzoną ludzkości, mamy w każdym społeczeństwie grupę ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na dowolny status społeczny - w sensie tego, co mogą dać same pieniądze (pewnych elementów statusu nie da się kupić) - ponieważ po prostu odziedziczyli dostatecznie dużą fortunę. Próby likwidacji tego stanu są z góry skazane na niepowodzenie, bo nawet jeśli wytniemy w pień całą arystokrację/burżuazję albo też pogonimy obszarników na daleką północ i rozdzielimy ich ziemie pomiędzy chłopów i proletariuszy, to w tym, co pozostało, zacznie się na nowo wykształcać elita finansowa - znów, podobnie jak w odległym średniowieczu, w którym rodziły się nowożytne majątki, znajdzie się te kilka procent ludzi bardziej zaradnych i przedsiębiorczych, którzy najpierw choćby i ograniczonymi środkami dozwolonymi przez restrykcyjne prawo zaczną gromadzić dobra i wybijać się w społeczności, a potem osiągną na tyle wpływów, żeby zasady własności zmienić. [Nawiasem mówiąc, oligarcha wcale nie znaczy "człowiek bogaty" czy nic w ten deseń, ale to osobna sprawa.] A wszystko dlatego, że nawet w systemie istotnie gwarantującym prawnie równy start i równe możliwości, nie wyprodukuje się dekretami i deklaracjami ludzi, którzy tak samo będą potrafili z tego skorzystać i dojść do tych samych osiągnięć. Możliwości to możliwości (przepraszam za tautologię), a nie gwarancja określonego rezultatu. To ostatnie zależy od nas. Od nas bardzo od siebie różnych.

Może jeszcze wyraźniej - zwłaszcza w kontekście roszczeń związanych z faktem ukończenia studiów - ilustruje to przykład intelektu. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo byli równi wobec prawa i choćby nie wiem jak było to przez państwo i społeczeństwo realizowane, nie sprawimy, że wszyscy będą intelektualnie tacy sami ("równi"), tak samo jak nie wyrównamy sprawności fizycznej najlepszym programem upowszechniania sportu. Nie zagwarantuje tego najlepszy system edukacyjny ani żadne pieniądze - po prostu ludzie mają zróżnicowany poziom inteligencji i idealny system mógłby co najwyżej dać wszystkim gwarancję tego, że rozwiną swój potencjał zgodnie z tym, jaki on jest. Co więcej, gdyby nawet populacja składała się z samych przysłowiowych Einsteinów, to zgodnie z najprostszym prawem ekonomii ("zasada Pareto") w tej populacji znalazłoby się znów te 20% zdecydowanie bardziej inteligentnych i następnie w ich obrębie jakieś 5% wybitnych. A przeciętny Einstein pracowałby na taśmie (albo w Amazonie, albo w szatni), bo należałby właśnie do przeciętnej. Społeczeństwa identycznych jednostek (lub ich kilku grup, o osobnikach identycznych w każdej z nich) istnieją - na szczęście! - jedynie w antyutopiach. I zadanie domowe dla zwolenników populistycznego egalitaryzmu - dlaczego ten typ literatury nazwaliśmy antyutopiami?

Najłatwiej jest mi oczywiście pisać o kwestii studiów wyższych i związanych z nimi oczekiwań, ponieważ jest to coś, z czym mam na co dzień do czynienia. Uważam za karygodną pomyłkę popełnioną nie wiem, w którym konkretnie momencie naszych najnowszych dziejów (proszę o ewentualne uwagi precyzujące w komentarzach), postawienie na masowość wyższego wykształcenia o charakterze akademickim. Czyli posłanie większości absolwentów szkół średnich na uniwersytety, a raczej zmuszenie uniwersytetów do przyjmowania zdecydowanie za dużej liczby studentów i uzależnienie de facto od tego bytu finansowego uczelni. Spowodowało to nie tylko spospolitowanie wykształcenia akademickiego, drastyczny spadek jego prestiżu i poziomu, zmianę programów studiów na idiotyczne i niczemu nie służące (ani zawodowe, ani akademickie), ale również sprawiło, że nieźle funkcjonujące dotychczas Akademie, Politechniki i Wyższe Szkoły zamiast walczyć o prestiż wykształcenia wyższego zawodowego zaczęły się masowo przemianowywać na uniwersytety oraz, w związku z tym właśnie, dołączać do swoich zawodowych profili kierunki nijak się do nich niemające (np. Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, która o dziwo utrzymała tradycyjną nazwę, posiada obecnie Wydział Humanistyczny, kształcący m.in. psychologów).

Zmiany powinny były pójść inaczej: ku dowartościowaniu, finansowemu i kadrowemu, najlepszych wyższych szkół zawodowych (i tworzeniu nowych na podobnym poziomie), co pozwoliłoby na zwiększenie prestiżu takich profesji jak nauczyciel czy urzędnik państwowy, a ludziom rozważającym taką karierę życiową dałoby solidne podstawy zawodowe. Co więcej, państwo mogłoby w dużej mierze gwarantować ich absolwentom pracę, której wzrastający prestiż miałby szanse przełożyć się na finanse (model Grandes Écoles francuskich). Uniwersytetom zaś - zaledwie kilkunastu w kraju, o wyraźnie zróżnicowanym prestiżu, ale i możliwości podnoszenia poziomu - należało pozostawić kształcenie akademickie: ludzi, którzy albo studiują dla przyjemności zdobywania wiedzy niekoniecznie praktycznej i nie wiążą z wybranym kierunkiem ambicji zawodowych (model najlepszych uniwersytetów angielskich), albo też zamierzają kontynuować karierę naukową. Taka edukacja pierwszej grupie zapewniałaby rozwój intelektualny i start do dość dowolnej pracy niewymagającej konkretnych umiejętności na samym starcie, tym drugim - oczywiście ścieżkę kariery. Taka sytuacja uratowałaby może również humanistykę polską (tę najbardziej humanistyczną i "niepraktyczną"), która w obecnym systemie zepchnięta jest na margines marginesów.

Niestety w efekcie tego kierunku, w jakim poszła reforma szkolnictwa wyższego, mamy teraz walący się na łeb na szyję autorytet i poziom niedofinansowanych uniwersytetów, tłum uczelni niewiedzących tak naprawdę czym są ("uniwersytetów" pedagogicznych, ekonomicznych, technicznych, rolniczych czy medycznych), oraz całkowity brak wyższego szkolnictwa zawodowego na jakimkolwiek sensownym poziomie - bo w tę zaniedbaną niszę wkroczyły mnożące się na potęgę (i nierzadko nagle znikające) pseudoszkoły byleczego, kuszące rzekomym przygotowaniem do konkretnego zawodu.

Drugim efektem tego systemu jest przekonanie każdego absolwenta, że ukończone przez niego studia są pełnowartościowym produktem, który - co więcej - stanowi przepustkę do lepszego świata. A tymczasem 80% tych absolwentów (bo załóżmy nawet, że wszyscy jakoś kończą te studia) nie jest do niczego przygotowana, bo nie da się do niczego przygotować tłumu, w którym przeważają osobniki niezainteresowane niczym poza uzyskaniem dyplomu. Na dodatek w sytuacji, kiedy oblanie studenta i wyrzucenie go ze studiów ma wymierne skutki finansowe. Dopóki to się nie zmieni, postawa roszczeniowa spod znaku "studiowałem, a teraz pracuję w szatni, to niesprawiedliwe, wyjeżdżam" nie zniknie. Wykształcenie akademickie, zwłaszcza jeśli się przez nie przebrnęło na trójach otrzymywanych dlatego, że uczelnia bała się stracić finansowanie, nie jest przepustką do niczego. I używanie go jako argumentu w płaczliwych artykułach o strasznym życiu jest najzwyczajniej pod słońcem nieuczciwością i żerowaniem na populistycznym egalitaryzmie.

A zatem sorry, Dominiko z inkryminowanego artykułu, niezależnie od tego, czy jesteś prawdziwa czy fikcyjna, absolwent absolwentowi nierówny, nawet jeśli przebrnął przez trudny kierunek. (Nawiasem mówiąc, odnośnie tego konkretnego artykułu: akurat na neurobiologii publikacje można mieć bardzo prosto - opiekun pracy magisterskiej, jeśli jest człowiekiem uczciwym i rzetelnym, dopisze do swojej pracy wszystkich doktorantów i magistrantów, którzy brali udział w badaniach.) Jeśli to, że studia skończył, naprawdę go czegoś - czegokolwiek - nauczyło, to powinien wiedzieć, że teraz jego życie jest w jego rękach. Może wyjechać do Norwegii i tam pracować w szatni za nieco lepsze pieniądze. Może próbować jednak znaleźć pracę w swoim zawodzie albo na jego obrzeżach. Może zacisnąć zęby i próbować spełniać swoje marzenia, które popchnęły go na studia - jeśli takowe marzenia istniały. Jeśli naprawdę ma się marzenia i zdrowe ambicje, to mało co z rzeczy powszednich jest w stanie człowieka zniechęcić do ich realizacji. Tylko, jak już wspomniałam, do realizacji ambicji potrzebny jest jeden element: minimum wysiłku.

***

Pozwoliłam sobie o tym wszystkim napisać, ponieważ problem frustracji tym, jak pewne rzeczy działają w Polsce, znam aż za dobrze. Być może zdobędę się kiedyś na notkę coming-outową w kwestii tego, jak wygląda życie człowieka, który postanowił zmienić swoje życie, skończyć drugie studia po doktoracie z pierwszych, a następnie napisać drugi doktorat i robić karierę naukową w drugiej dziedzinie. I wpadł w dziurę prawną, a co za tym idzie finansową, bo polskie regulacje dotyczące finansowania nauki takiej sytuacji nie przewidują. Polskie prawo najwyraźniej nie przewiduje, że dla ludzi niezadowolonych z dotychczasowego życia oprócz drogi narzekania albo marzenia o wcześniejszej emeryturze, może też być droga działania. Dziennikarze też tego nie przewidują, bo moje dobijanie się do mediów w sprawie, wydawałoby się, pozytywnej: pokazania ludziom, że można walczyć z syndromem wypalenia lub błędnymi decyzjami życiowymi, a nie tylko się poddawać, oraz w kwestii dostrzeżenia przez prawo osób o nietypowych życiorysach, nie przyniosło żadnych skutków. Dlatego takie teksty jak ten o "Dominice" sprawiają, że mała gilotynka mi się w kieszeni otwiera (by pozostać w klimatach).

Place de la Bastille

* "Les hommes naissent et demeurent libres et égaux en droits. Les distinctions sociales ne peuvent être fondées que sur l'utilité commune."

piątek, 05 grudnia 2014, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
pfg
2014/12/07 23:03:04
Och, wiele spraw...

1. Zasada Pareta. Włoskie nazwiska kończące się na -o odmieniają się. Jużeśmy o tym rozmawiali. I przypominam, że sama obiecywałaś mi pożyczyć Tassa. Tasso tak, bo to poeta, Pareto nie, bo to ekonomista? Bądźcie przeklęci, humaniści.

2. Nie jestem pewien, czy zasada Pareta, czyli rozkłady potęgowe (w odróżnieniu od rozkladu normalnego, gaussowskiego), dobrze opisują rozkład zdolności. Możliwe, że tak - nie wiem. Ale nawet jeśli tak, twierdzenie, że rozkład indywidualnych zdolności można wytłumaczyć za pomocą "najprostszego prawa ekonomii", wydaje mi się pewnym nadużyciem. Lub przesadnym skrótem myślowym.

3. Trudno mi wskazać pierwszy moment, pierwszy akt prawny, uzależniający finansowanie uczelni państwowych od liczby nauczanych studentów. *Wydaje mi się*, że pierwszym takim przepisem była "formuła Białasa" (tak, tak) z pierwszej połowy lat '90. Rzecz w tym, że wtedy w fiansowaiu uczelni panowało kompletne bezhołowie, bałagan, uznaniowość i walka rozmaitych lobbies. Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, której wówczas przewodniczył prof. Andrzej Białas, chciała to jakoś ucywilizować, więc zaproponowała wzór uwzględniający liczbę studentów i "kosztochłonność" poszczególnych kierunków, a ministerstwo ją przyjęło. Sama formuła była później wielokrotnie zmieniana (ale na przykład zasada, że studenci pierwszego roku liczą się z czynnikiem 1/2 przetrwała), prawie nikt już nie pamięta o jej pochodzeniu, ale zasada została.

Natomiast kiedy zaczął się trend "wypychania" ludzi na studia, tego nie wiem. Ja od kilku lat głoszę tezę, że społeczną funkcją studiów w Polsce, zwłaszcza na uchodzących za łatwe kierunkach masowych, jest ukrywanie bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich. Nikt tego w ten sposób nie planował, ale gdy okazało się, że tak to działa, wszystkie istotne siły w Polsce, a już zwłaszcza finansujące studia MNiSW *oraz* walczące z bezrobociem MPiPS, będą się starały ten stan rzeczy zachować. Ze wszystkimi zlymi skutkami dla poziomu szkolnictwa wyższego.

4. Gdzie tam nam do Grande Ecoles. Nie ta liga, nie te progi, nie ten diapazon.

5. Wydaje się, że od jakichś dwóch lat do opinii społecznej, via media, przebija się świadomość, że studia studiom nierówne. Że nie każdy dyplom oznacza to samo. To może być akcja skierowana przede wszystkim przeciwko prywatnym Wyższym Szkołom Pobierania Czesnego (niż demograficzny, niektóre panstwowe uczelnie cienko przędą z braku studentów), ale sytuacja jednak się zmienia. Wiedza, że dotychczasowy model szkolnictwa wyższego - bieda-uczelnia w każdym powiecie - zupełnie się nie sprawdził, staje się coraz bardzie powszechna. Z drugiej strony wciąż brakuje weryfikacji rynkowej jakości dyplomów: na wiele stanowisk trzeba spełnić wymóg formalny, posiadać dyplom świadczący o "wykształceniu wyższym", a czy będzie to dyplom zarządzania w turystyce na WSPCz, czy matematyki na UW, nie ma znaczenia.

6. Sam się zastanawiałem, czy "Dominika" jest postacią rzeczywistą, czy wymyśloną. Neurobiologia i pracje w szatni? Nieee, to niemożliwe! Z drugiej strony u nas, na UJ, neurobiologia jest takim, jak by to ująć, kierunkiem studiów na BiNoZie wabiących kandydatów atrakcyjną nazwą (kłopoty z rekrutacją na tradycyjną biologię, wewnętrzna konkurencja w postaci BBB and all that jazz). Lecz cóż oprócz nazwy? Owszem, *są* tam ludzie mądrzy i ambitni, ale nie wszyscy tacy są. Rozkład Pareta?
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2014/12/08 00:43:59
Dużo by pisać, a chwilowo mam inne sprawy na głowie - może wrócę do tego później. Na razie tylko zaznaczę, że nie sposób rozważać całej tej sytuacji w oderwaniu od ogólnoświatowego problemu znikania miejsc pracy (pisał o tym już jakiś czas temu np. Rifkin, teraz temat stał się dość modny). A skoro tak, to doraźnie w interesie większości społeczeństwa jest zniszczenie porządnego wyższego wykształacenia (i w ogóle jakiejkolwiek porządnej edukacji), bo takowa z natury rzeczy jest dostępna, choćby ze względu na rozkład wrodzonych uzdolnień, tylko dla stosunkowo wąskiej grupy osób, którym dałaby miażdżącą przewagę konkurencyjną w walce o kurczący się rynek dobrej pracy. Jeśli uzdolnieni dostaną tę pracę, to radykalnie zmniejszy to szanse moje, moich krewnych i przyjaciół. Rzecz jasna ja, krewni i przyjaciele możemy być akurat z tych uzdolnionych, ale na ogół trzeźwy osąd sytuacji każe ocenić, że to nie ten przypadek. A skoro nie da się instytucji szkoły, biblioteki, księgarni czy uniwersytetu z miejsca całkowicie skasować (na razie, bo społeczny instynkt samozachowawczy słabnie i nastawienie w tej sprawie niedługo raczej się zmieni), to trzeba je zamienić w wydmuszkę. I to właśnie się dzieje, zresztą nie tylko w Polsce. Po kawałku, po malutku, ale nieubłaganie. Długofalowo oczywiście skutki społeczne są fatalne, lecz przy konflikcie doraźnych impulsów z przesłankami wymagającymi perspektywy liczonej w dekadach zwykle wygrywają te pierwsze. I będą wygrywać coraz częściej, nie bez związku z kasowaniem bibliotek i degrengoladą edukacji. A najlepszym alibi dla tego niszczycielskiego procesu jest osławiona "użyteczność dla społeczeństwa" (której rzekomy brak przy każdej rewolucji okazuje się świetnym pretekstem do likwidacji przeciwników ideowych), u nas najczęściej występująca pod płaszczykiem troski o pieniądze podatnika. Od dawna twierdzę, że nie ma niczego bardziej nieopłacalnego niż fetyszyzacja opłacalności i prostacko pojmowanego utylitaryzmu.

Co nie oznacza, że chciałbym jakoś twardo polemizować z blogowym wpisem Drakainy, ze zdecydowaną większością jego tez zasadniczo się zgadzam. Tylko że ja widzę w opisanej tam roszczeniowej tendencji głównie rozpaczliwą i skazaną na klęskę walkę o przetrwanie, a nie samo zepsucie. Kurt Vonnegut Jr. ładnie opisał cel, ku któremu zmierzamy, w antyutopijnym opowiadanku "Harrison Bergeron".
-
2014/12/08 00:55:50
@pfg - dzięki za autentycznie fantastyczny komentarz :) Nie będę na wszystko odpowiadać, bo uzupełniłeś mój felietonik (tak, Pareto skrót myślowy, zgoda ;) ) merytorycznie po prostu idealnie. Z punktem 4 oczywiście się zgadzam, ale pomarzyć można...

A w kwestii odmiany (Pareto): zgoda, powinno być odmieniane. Ale mam wrażenie, że to kwestia uzusu, niestety. Wiem, gugle to nie Bralczyk, ale w guglach przeważa bez odmiany. A niestety nie ma też absolutnej zasady - mówimy istotnie Tassa, ale kiedyś mówiliśmy też Danta, ale już nie mówimy (tak, inna końcówka, tak). Inne historyczne nazwiska też mi idą z odmianą, fakt. Akurat dziś słuchałam Paisiella (naprawdę). Może więc po prostu przez to, że ktoś mało douczony napisał raz "zasada Pareto" to się tak przyjęło?

Tego Tassa chcesz dalej? Mogłabym podesłać przez Tatę w piątek, jeśli jest nadal gdzieś na wierzchu (parę dni temu go widziałam, ale nie wiem, w którym rządku książek).
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2014/12/08 01:29:05
@słownikowa odmiana włoskich nazwisk a uzus

W naukach ścisłych też różnie z tym bywa. Wprawdzie forma dopełniacza "Toricellego" nie jest kwestionowana, ale już w pojedynku pomiędzy "Bernoulliego" i słownikowo poprawnym "Bernoullego" wygrywa raczej - chyba także w encyklopediach i podręcznikach akademickich - opcja niby błędna.
-
pfg
2014/12/08 09:01:23
@drakaina - cóż, kiedyś chciałbym "Jerozolimę wyzwoloną" przeczytać, ale obawiam się, że w przewidywalnej przyszłości nie będę miał czasu :-(
-
2014/12/12 16:59:12
Wydział Humanistyczny AGH nie do końca do niej nie pasuje. Tj. owszem to nie jest wydział techniczny ale kształci takich humanistów, którzy wykorzystują w swoich badaniach metody statystyczne i właściwie stoją na pogranczu nauk humanistycznych, przyrodniczych i inżynierii - socjologów, psychologów. Myślę, że dobrze zrobiło AGH pod tym względem.
-
2014/12/13 01:32:47
Myślę, że AGH zrobiło po prostu pragmatycznie - jest taki pęd na te studia (po czym płacz i zgrzytanie zębów, bo nie ma po nich wymarzonej pracy), że gdziekolwiek je otworzą, to ludzkość i tak na nie pogna. A przecież tych metod uczy się na każdej socjologii i psychologii, ba statystykę miałam na archeologii, bo dla hardkorowej archeologii to podstawa. Nadal jednak uważam, że reperowanie przez uczelnie techniczne stanu posiadania studentów otwieraniem kierunków humanistycznych jest trochę... dziwaczne?
-
pfg
2014/12/13 16:32:24
Problem AGH polega na czymś innym: Chcieliby zostać uniwersytetem-uniwersytetem, a nie uniwersytetem przymiotnikowym, technicznym. Do tego potrzebują studiów i uprawnień akademickich ze społ-humów. No i tyle. Nawiasem mówiąc, paru znajomych z UJ stwierdziło, że poziom naukowy tego wydziału wcale nie jest wiele gorszy, jeśli w ogóle, od poziomu analogicznych dyscyplin na UJ.

AGH ma przy tym wydział i studia z fizyki czy matematyki. To też nie są dyscypliny techniczne. Zdaje się zresztą, że podział na uczelnie nie-techniczne i techniczne to kolejna osobliwość kontynentalnej organizacji nauki, obca krajom anglosaskim. Akurat w tym wypadku nie widzę jakichś ważnych powodów, aby ją utrzymywać.
-
2014/12/15 17:34:59
Jejku, ale mnie wkurzyłaś.

Nic tak nie koreluje z zadowoleniem z życia jak współczynnik Giniego. Poczucie niezadowolenia w dużej mierze nie bierze się z zawyżonych oczekiwań, tylko właśnie dysproporcji w dochodach -- które mierzy się współczynnikiem Giniego. Dlatego szatniarka w Danii jest szczęśliwsza niż szatniarka w Polsce: bo nie dość, że nie dostaje głodowej pensji, to jeszcze nie dostaje po oczach nieproporcjonalnym bogactwem innych.

Dlaczego piszę nieproporcjonalnym? Bo generalnie Twój wywód sprowadza się do niemal korwinistycznego przekonania, że ludzie po prostu zarabiają tyle, na ile zasługują. Nie dostała pracy po neurobiologii? No to widać szatniarka to dla niej właściwy zawód, doróbmy szatniarstwu prestiżu, to się studentka nie będzie frustrować (nb ładnie przepłynęłaś od przykładu z szatniarką pracującą po studiach za tysiąć pinćset zeta do prestiżu nauczyciela i urzędnika państwowego).

Tymczasem ja zwyczajnie nie wierzę, że ludzie aż tak się różnią, jak ich pensje. Czego najlepszym dowodem jest to, że sąsiadujące ze sobą kraje o bardzo podobnych populacjach i podobnym wykształceniu potrafią mieć tak różne indeksy Giniego.

Nie wierzę, że menedżer w jakimś korpo tysiąc razy lepiej niż Ty pracuje, umie i potrafi, skoro zarabia od Ciebie tysiąc razy więcej (a zarabia). Albo że Ty jesteś od niego tysiąc razy mniej potrzebna albo tysiąc razy łatwiejsza do zastąpienia. Nie wierzę, że szatniarka po neurobiologii to nie jest marnowanie potencjału intelektualnego, jaka ona by nie była.

Powiedz mi, jaka jest górna granica dochodów naukowca w Polsce? Takiego top, crme de la crme, kobiety, która całe życie, cały swój niebagatelny intelekt i wolny czas poświęciła swojej pracy naukowej? I jak się ma do dochodów biznesmenów, aktorów i piłkarzy? I powiedz, nie wkurza Cię to? Czy piłkarze lepiej pracują niż naukowcy? Więcej? Ciężej? Mają większe zdolności? Są bardziej potrzebni? Bardziej się poświęcają?

Tysiąc razy bardziej?

Ludzie są pod względem swoich motywacji, umiejętności i wiedzy o wiele bardziej podobni, niż to sobie wmawiamy. Zarazem szczęście odgrywa w życiu człowieka o wiele większą rolę, niż nam się wydaje, bo nie lubimy wierzyć w przypadek. Każdy, kto odniósł sukces, chętnie zdradzi Ci jego receptę: jeden powie o ciężkiej pracy, inny o swoim podejściu do ludzi, jeszcze trzeci o intuicji. I tylko czasem ktoś powie o tym, że przede wszystkim, to miał jeszcze szczęście.

Innymi słowy, wierzę w wizję świata z Trading places, a nie z Atlas shrugged.

Wołanie o równość w tej sytuacji wydaje mi się jak najbardziej uzasadnione. Oczywiście, nie wierzę w rewolucje. Ale wierzę w Wypięcie się, Strząśnięcie Prochu z Sandałów i Wyjazd w Przyjemniejsze Miejsce. Mam zatem wysoką opinię o Dominice: bo wyjeżdżając do kraju o niskim współczynniku Giniego, wybrała właściwie, dowodząc tym samym przytomności umysłu.
-
2014/12/15 17:41:26
P.S. po pierwsze, mamy rok 2014, a blox najwyraźniej nie potrafi zrozumieć e grave.

Po drugie, nie odniosłem się do tego, co piszesz na temat uczelni i uczelni technicznych, bo w gruncie rzeczy się zgadzam. Z tym, że nie odnosiłaś się do żalów dziewczyny z wyższym wykształceniem, która zamiast pracy na uczelni, dostała pracę jako technolog żywieniowy w dużej sieci supermarketów, tylko dziewczyny, która po studiach dostała pracę szatniarki za tysiąc pińćset.
-
2014/12/16 02:48:23
January - na pocieszenie: ja wcake nie myślę tak, jak to (nad)interpretujesz. (Przede wszystkim nie uważam, że praktyka zarobków jest odbiciem wartości pracy.) Nie zauważyłeś, że wkurzają mnie głównie artykuły prasowe, które nie piszą tego wszystkiego, co Ty piszesz? Tylko tworzą jakieś takie ckliwe niby biogramy, może pozbierane z kilku znajomych, może całkiem wymyślone, może raz za czas prawdziwe (sama znam kilka osób, które gdyby je opisać w powieści, zostałyby uznane za nieprawdopodobne, a jednak istnieją).

Wkurza mnie retoryka tych tekstów: te okrągłe zdania o "publikacjach", które mają zrobić wrażenie na osobie nieznającej środowiska akademickiego, ale na mnie wrażenia nie robią. I te postawy "zna swoją wartość" - niestety mam zbyt dużo do czynienia ze studentami, którzy też "znają swoją wartość", a potem są bardzo zdziwieni, kiedy ich enuncjacje egzaminacyjne i seminaryjne nie są oceniane na miarę ich wyobrażenia o wartości. Dlatego nie kupuję tego, że ktoś, kto naprawdę był świetnie się zapowiadającym studentem, nie ma innej możliwości niż praca szatniarki - i sam na siebie tego jakoś nie sprowadził albo nie miał jakiegoś dramatycznego wydarzenia w życiu. (Tak, znam przykład absolutnie genialnej studentki o talentach i niegdyś ambicjach akademickich, która w wieku nieco ponad 30 lat mogłaby mieć habilitację, ale już chyba od ponad 10 lat usiłuje skończyć jakikolwiek etap studiów - bo od kilku lat angażuje się w coraz bardziej radykalne ruchy i poświęca tej działalności większość czasu.)

Zgadzam się, oczywiście, że szatniarka w zamożnym i dobrze funkcjonującym zapewne ma w sumie fajniej, bo ogólnie tam jest fajniej (z tą dysproporcją to już nie byłabym pewna, choć może istotnie jak się ma poczucie, że ma się sensowne zarobki, to ci miliarderzy w prywatnych samolotach może trochę mniej bolą). I nie mam pretensji do nikogo, kto tam wyjeżdża - sama to rozważam, gdybym dostała postdoka. Mam pretensje do mediów za sianie tego mitu, że mamy społeczeństwo zapoznanych geniuszy (wszyscy bohaterowie tych tekstów byli świetnymi studentami - to dlaczego średni poziom studentów jest tragiczny?), których tłumi straszliwy system. Mamy, jak wszyscy, społeczeństwo przeciętniaków, a prawie wszyscy za wyjątkiem dyrektorów korpo i jeszcze paru zawodów (np. adwokatów, ale znalazłoby się jeszcze trochę) zarabiają za mało, zwłaszcza w stosunku do zachodu.

Niemniej nadal uważam, że adiunkt z doktoratem (czy nauczyciel, pielęgniarka, a nawet urzędnik niskiego stopnia) zarabiający 2000 jest większym skandalem niż szatniarka zarabiająca 1500. Wszyscy powinni zarabiać odpowiednio więcej, żeby poziom życia stał się znośny, ale skandaliczne to są głównie pensje "inteligenckiej budżetówki". Czyli tak naprawdę absolutnie zgadzam się dokładnie z Twoją tezą: że zarobki sportowców, korpodyrektorów itd. są skandalicznie wysokie, zwłaszcza w porównaniu z zarobkami innych. A mnie to oczywiście wkurza na maksa, bo muszę zarabiać tłumaczeniami na własną karierę naukową, ale to osobna sprawa, może na osobny wpis.

Skądinąd mam obecnie fryzjerkę Francuzkę (rodowitą, żadne związki z Polską), która jest przeszczęśliwa, że dostała tu umowę na czas nieokreślony, choć jestem pewna, że u siebie zarabiałaby więcej oraz nie musiałaby inwestować w naukę rąbniętego języka - więc jak widać wszystko bywa względne...

PS. "Dominika" nie jest naukowcem. Ona jedynie skończyła studia - choć nawet tego, nie jesteśmy pewni, bo forma czasownika, jak zauważyła tattwa, sugeruje jedynie, że studiowała.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2014/12/16 12:39:55
Ludzi najbardziej unieszczęśliwia i paraliżuje niepewność, a zwłaszcza lęk pozbawiony konkretnej przyczyny i poczucie osobistej odpowiedzialności za dotykające nas nieszczęścia. Oczywiście różne obawy zawsze nam towarzyszyły, ale przynajmniej wiadomo było, czego należy się bać (choroba, wojna, nieurodzaj i głód na przednówku, knowania masonów i cyklistów) i o co, wzorem Hioba, wnosić ewentualne interpelacje do Wyższej Instancji.

Teraz tych upostaciowionych zagrożeń jest jakby mniej, ale za to za pojedynczego ludzkiego żywota świat zmienia się bardziej niż niegdyś przez stulecia i nikt nie jest w stanie przewidzieć kierunku zmian. A jednocześnie człowiekowi częściej wkłada się do głowy, że jest panem własnego losu i że jeśli np. traci pracę i nie może znaleźć innej, to najpewniej sam jest sobie winny. Nic dziwnego, że coraz więcej ludzi reaguje na to wyuczoną bezradnością. Dla społeczeństw umasowienie i utrwalenie takiej postawy jest tragedią, ale dla wielu jednostek to ostatni dostępny psychiczny mechanizm obronny. Wzorzec postępowania "ucieknę za granicę, nie może przecież wszędzie być tak źle, jak u nas" jest jeszcze jednym z lepszych, bo przynajmniej stanowi wyraz jakiejś aktywności i nadziei - nawet jeśli część uciekinierów poniesie na Zachodzie klęskę (bo przed samymi sobą uciec nie zdołają), to jednak inni w nowych warunkach, w dostatniejszym - a często i przyjaźniejszym - świecie jakoś sobie poradzą.

Jeśli widzę coś zdecydowanie nowego w postawach obecnych studentów, w porównaniu z ich poprzednikami sprzed pięciu-dziesięciu lat, to jest to właśnie jakieś dziwne przemieszanie buty i lęku.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2014/12/16 21:04:15
PS. Coś mi mówiło, że już kiedyś zetknąłem się z większą dawką takiej studenckiej arogancji podszytej przeraźliwym lękiem, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach. I nagle zrozumiałem, dlaczego miałem kłopot z pamięcią: bo to nie byli polscy studenci, tylko uczestnicy zajęć, które prowadziłem przez ponad dziesięciu laty na zapyziałej amerykańskiej prowincji. Tak, tak, w najlepszym z ustrojów, w czasach prosperity, gdy nikomu jeszcze nie śniło się o krachu obligacyjnym, zagrożeniu systemu finansowego i spadku poziomu zatrudnienia, studenci byli już tacy jak u nas teraz (no, może jednak jak u nas za kolejne pięć lat, w Polsce wciąż nie mamy roszczeniowości i paniki, które tam widziałem). Ciekawe, czy to akcydentalna, jednostkowa obserwacja, czy jakaś głębsza prawidłowość.
-
2014/12/28 16:44:42
@pfg - rany boskie - pod Twoim komentarzem mógłbym się podpisać! Pawle może ty pisz tylko tu, bo na Twoim blogu piszesz zupełnie inne rzeczy!
@Gość: x, ip-78-30-83-122.free.aero2.net.pl 2014/12/08 00:43:59 "Dużo by pisać, a chwilowo mam inne sprawy na głowie - może wrócę do tego później. Na razie tylko zaznaczę, że nie sposób rozważać całej tej sytuacji w oderwaniu od ogólnoświatowego problemu znikania miejsc pracy (pisał o tym już jakiś czas temu np. Rifkin, teraz temat stał się dość modny). " - o tak! W Chinach pracują wyłącznie roboty, w Polsce tez tak będzie. Co za bzdura! Miejsc pracy to może i ubywa w USA, bo te ich Zbuntowane Atlasy wybrały optymalizację podatkową, i Niewidzialną Rękę Rynku która wkłada pieniądze z niewolniczej pracy do ich kieszeni, w miejsce międzyludzkiej solidarności. Ich liczba natomiast rośnie tam gdzie jest tania siła robocza - także i w Polsce, która dla zagranicznego kapitału jest miejscem fantastycznych zysków i rajem podatkowym. Krajem który wyprzedaje wszystko byle tylko persony w rodzaju Radka Sikorskiego miały winko za 8 stówek fundowane z publicznych pieniędzy. Problem nie w tym że złodzieje u władzy, nie w tym że nie budujemy podwalin trwałego wzrostu, a w ekonomii panuje bzdurna ideologia promująca eksport w miejsce popytu wewnętrznego ( i to ona powoduje wzrost nierówności i wysokie bezrobocie przy niskich zarobkach ). Problem w tym że lumpeninteligencja tego kraju zamiast walczyć o normalne związki zawodowe, o utrzymanie zdobyczy cywilizacji jak: transport publiczny, racjonalna zabudowa miast, żłobki, przedszkola, szkoły, transport publiczny, sprawna służba zdrowia i społeczną wspólnotę majątkową w rodzaju Lasów Państwowych, onanizuje sie tym, ze pracę kradną nam roboty i jest jak w USA. "Polska wytwórnia amerykańskich złudzeń narodowych." Nie jest jak w Ameryce. Jest jak w Turcji. Tylko elity wolą tego nie widzieć.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2014/12/30 13:28:16
@Kakaz

To, że jest jak w Turcji, nie przeczy temu, że jest jak w USA. Stany Zjednoczone to wielki kraj z ogromnymi nierównościami społecznymi, jest tam miejsce na wszystkie odcienie biedy, zacofania i wyzysku. Na przykład polskie szkolnictwo wyższe, choć ministerstwo lubi nas tęsknie i bezsensownie przyrównywać do różnych harwardów (oczywiście głównie po to, by wytknąć polskim naukowcom nieudolność - ministerstwo tak się przecież stara, a oni wciąż w tyle!), różniących się od nas o całe rzędy wielkości zarówno poziomem finansowania, jak i liczbą studentów, których trzeba wyedukować, dużo rozsądniej można porównywać z prowincjonalnymi college'ami z amerykańskiego zadupia. I tam wszystko się znacznie lepiej zgadza: marni i roszczeniowi studenci, dla których ważniejszy jest papierek niż wiedza, słabo publikująca kadra bez pewności zatrudnienia, dosyć nędzne wynagrodzenia, załamania nerwowe, niekiedy samobójstwa etc.

A stopniowe znikanie dobrych, stabilnych miejsc pracy jest faktem, dotknie - i już dotyka - i Chin, i Polski, tylko trochę przesunięte w czasie w porównaniu z USA (bo i postęp technologiczny dociera do nas z opóźnieniem). Nie czerpię z tej obserwacji żadnej podejrzanej rozkoszy, a nawet zgadzam się z Tobą, że jedyną dobrą odpowiedzią jest odbudowa solidaryzmu społecznego, zanim doprowadzimy do skrajnej polaryzacji na wzór amerykański. Ale nic tu nie pomoże udawanie, że rynek pracy w zasadzie nie różni się od dziewiętnastowiecznego i wystarczy garść standardowych socjaldemokratycznych zaklęć, by zaradzić problemom. Nie wystarczy, bo problemy są i będą zupełnie inne niż kiedyś.
-
2014/12/31 11:39:24
@x -"To, że jest jak w Turcji, nie przeczy temu, że jest jak w USA." - o to jest kompletnie inna diagnoza! Jak wychodzi na scenę Rostowski, Sikorski albo nawet Paweł Góra, i mówi: "w Polsce, tak jak w USA ubywa miejsc pracy" - to audytorium wstaje i z uśmiechem na ustach zrywa się i bije mu brawo na stojąco! Nareszcie - jest w Polsce jak USA, a nawet bardziej! O take Polske...
Natomiast jak kakaz wychodzi i mówi: "u nas ledwie jest jak w Turcji, tylko że gorzej, bo państwo mniej świeckie" - to rozlega sie buczenie, buuuu, bo my po pierwsze nie o take polske, a po drugie jak to? Murzyńskość to ruch literacki i od biedy Polacy mogą byc murzyńscy na gruncie literatury, ale przecież w gospodarce? Tygrys Europy, awangarda demokracji, jeszcze wczoraj rzuciliśmy całą Rosję na kolana, rubel im leci na łeb na szyje - czyja to zasługa? Nas! Polaków rzecz jasna! I amerykanów którym dobrze doradzamy! Turcja to nie dosyć że średniowieczny islam i kebapy to jeszcze naród mało bohaterski i azjatycki!
       

       Copyright