Blog > Komentarze do wpisu
Ołówkiem! Ołówkiem!

Czasem przychodzi taki moment, kiedy notka sama się narzuca. Ma się już w szkicach kilka ważniejszych, subiektywnie ciekawszych, a coś wyzwala konieczność postukania w klawiaturę. Czymś takim było dla mnie właśnie teraz napisanie komentarza pod kolejnym zestawem zdjęć zapodanych mi przez poczytny i siłą rozpędu opiniotwórczy portal, który pomimo postępującego zjazdu w dół* pozostaje nadal głównym, który czytam jako informacyjny.

Portal ten od czasu do czasu klawiaturą swoich redaktorów, a może przysłowiowych już wręcz stażystów, zachłystuje się kolejnymi wytworami osób o mniejszym lub większym talencie artystycznym. Niedawno ku mojej zgrozie była to ładna Rosjanka rysująca ołówkiem (jeśli to jeszcze da się wyguglać, to zobaczcie koniecznie zachwyt autora nad tym, że ktoś rysuje ołówkiem!!!) portrety piłkarzy. Rysunki te (ołówkiem! ołówkiem!) określone były, jeśli mnie pamięć nie myli, jako "niesamowite".

Chciałabym teraz przybrać pozę Myśliciela Rodina i napisać, że spędziłam nad tym zjawiskiem długie godziny, aż napisałam komentarz, jaki tam napisałam. Nie pamiętam go w szczegółach, ale było o tym, że z dwuwymiarowych fotografii takie rysunki (także ołówkiem! ołówkiem! ... zaraz, w sumie ołówkiem to nawet w tym przypadku najłatwiej...) potrafi wykonać każdy, kogo natura nie obdarzyła kompletnym brakiem przełożenia oko-ręka. Sama w liceum będąc, wykonałam równie niesamowity rysunek (ołówkiem! ołówkiem!), przedstawiający, żeby było zabawniej, piłkarza. Pamiętam, że był reprezentantem Niemiec i w zasadzie tyle, bo od tamtych czasów moje zainteresowanie sportem zmalało o jakieś 99%, więc nawet nie będe usiłowała sobie przypomnieć, jak się nazywał. Nie bardzo też wiem, dlaczego go narysowałam (pozwolę sobie zauważyć, że ołówkiem, bo to takie ekscytujące i niesamowite), zwłaszcza że w kopercie z próbami rysunkowymi z tamtych czasów jest również katedra na oko w Reims, kilka smoków oraz zamków z okładek książek fantasy.

To był ten czas, kiedy przekonałam się, że odrysować z dwuwymiarowego modelu mogę w zasadzie cokolwiek, ale mam oczywiście problemy z modelem trójwymiarowym (martwe natury były zasadniczo granicą realnego sukcesu, choć raz, jak w ramach robienia różnych dziwnych rzeczy w życiu pobierałam nauki u koleżanki po ASP, zdołałam stworzyć autoportret mający jakieś cechy autoportretu), nie mówiąc już o rysowaniu z wyobraźni. Do dziś nie zapomnę koleżanki, z którą siedziałam w ławce, i która w ramach bazgrania w zeszycie rysowała od niechcenia  a to konie, a to hobbitów. (Dodam może na wszelki wypadek, że było to wiele lat przed filmami według Tolkiena, a ona rysowała ołówkiem. Czasem też długopisem, a wierzcie mi, że jest to technika znacznie mniej wdzięczna do tego typu rysunków. I jakichkolwiek innych - spróbujcie cieniować długopisem  - więc może gdyby Rosjanka imieniem Daria osiągała w piłkarskim portrecie długipisem to, co osiąga ołówkiem (!!!), byłabym w stanie wykrzesać z siebie nieco więcej entuzjazmu dla jej twórczości.)

Bodźcem do zamiany komentarzy na notkę okazał się jednak pokaz inny, w sumie znacznie lepszy. Zapewne właśnie dlatego - bo tego, co rysuje wspomniana Daria, nijak nie nazwałabym sztuką, ma to bowiem z nią mniej więcej tyle wspólnego co rysunki tych ludzików, co na całym świecie w ultraturystycznych miejscach produkują w pięć minut karykatury. Jedyna różnica jest taka, że oni to robią już całkowicie sztampowo i mechanicznie. A to, co mnie do notki popchnęło, technicznie jest znacznie lepsze.

Były to zdjęcia człowieka o pseudonimie (?) Guigurui, który na instagramie (? opiniotwórczy portal nie podaje niestety zbyt wielu konkretnych informacji) zasłynął zdjęciami kałuż.

Na początek, ponieważ lubię symetrie i harmonie, przytoczę ton, jakim wybór tych zdjęć został nam przedstawiony (tym razem jest to cytat, bo mam to pod ręką): "Są naprawdę niesamowite! I to w dodatku zwykłą KOMÓRKĄ." (Cytując typowe teksty prasowe: pisownia oryginału.)

Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na nadużycia wobec przymiotnika "niesamowity" - w moim osobistym słowniku dotyczącym sztuki pasowałby on do twórczości, powiedzmy, Franza von Stucka, Paula Delvaux czy Maxa Ernsta (a już niekoniecznie Dalego, który surrealizm ulukrował), ale załóżmy - in dubio pro reo - że chodzi tu o potoczne zastosowanie tego przymiotnika. Może zresztą wynajdywaniem netowych "niesamowitości" (ołówkiem! komórką!) zajmuje się ten sam przysłowiowy stażysta, którego słownik w kontekście sztuki różni się od mojego w stopniu podobnym co nasze definicje sztuki.

A teraz zdjęcia. Są ładne. Są dobrze skomponowane i jest mi obojętne, czy autor łapie kadr od razu komórką (!!!), czy też przycina go w domu przed wrzuceniem na portal - liczy się efekt końcowy, a kadry są eleganckie, choć w większości nie jakoś porażająco oryginalne. Nie lubię barwnych efektów instagrama, nudzą mnie te przybrudzenia łączone z rozjaskrawieniami, że się tak wyrażę, ale to akurat moda. W dziejach sztuki bez trudu wskazałabym malarzy, których maniera kolorystyczna odpowiada mi bardziej lub mniej, więc tu spuszczę zasłonę de gustibus.

I właściwie to by było na tyle. Doklikałam się do końca dwudziestoczteroodłsonowego pokazu trochę z rozpędu, bo w jego połowie poczułam znużenie. Pewnie, może być Kanada, może być Londyn, może być wąska ulica i wysoka wieża, może być zabawa z perspektywą pt. duże dziecko na pierwszym planie i pozornie mały budynek na drugim. Zieeew. To akurat robią teraz wszyscy, kałuża wiele tu nie wnosi.

Brakło mi w tych zdjęciach czegokolwiek poza eleganckim, poprawnym kadrowaniem i powtarzanym w kółko pomysłem. Urozmaicenie? Raz kałuża jest rozmazana, a realny krajobraz bardzo ostry, a raz oba plany są ostre. (Przypomnijmy: Komórką! Zwykłą komórką! Zaraz zaraz, drogi stażysto, zaczynam się zastanawiać, czy wiesz, co znaczy "zwykła komórka", czy może jesteś i na to już za młody? Albowiem raczej nie jest to zwykła komórka, jaką uparcie posiada na przykład nadal moja Mama, wierna małym starym nokiom, które mają już jednakowoż aparaty, ale zapewne jednak jakiś smart-aj-fon wyposażony w aparat o parametrach nieustępujących kompaktom z co najmniej średniej półki.)

Ogólnie mam problem z fotografią jako sztuką, ale paradoksalnie ten pokaz pozwolił mi nieco lepiej zrozumieć, gdzie leży granica. W tych zdjęciach, formalnie poprawnych, technicznie bez zarzutu, operujących jakimś tam pomysłem kompozycyjnym, brakło mi tego wszystkiego, czym zachwyca się autor komentarza: "spojrzenia na świat z zupełnie innej strony", "magicznego równoległego świata, który tak naprawdę leży pod naszymi nogami". Szukałam na przykład tych choćby pięciu szczegółów, które różnią oba plany, a które wprowadzałyby jakiś niepokój albo zagadkę w te zdjęcia. Ale nie: w ogromnej większości dostajemy po prostu idealne odbicie. Czasem zdarzy się, że kadrowanie jest takie, że mamy w obu częściach cały obraz, a raz - w jednej jest obcięty. Często odbicie znajduje się na górze, a realny obraz na dole.

Napisałam już, że w liceum narysowałam piłkarza, prawda? Otóż problem w tym, że takich zdjęć (no dobrze, nie komórką!) też zrobiłam krocie. Odbić w kałużach, w fosie, w dowolnym innym zbiorniku wodnym. I nie tylko ja. Myślę, że jest to odruch, przed którym mało kto umie się powstrzymać, jeśli lubi robić zdjęcia. N na przykład robi świetne zdjęcia w kałużach, śmiem twierdzić, że często lepsze, niż promowany "artysta" komórkowy. W dodatku N robi te swoje zdjęcia aparacikami raczej z niższej półki kompaktów, poniżej tego, co zapewne ma w swojej komórce Guigurui, a co dowodzi starej prawdy, że bardziej liczy się fotograf, niż sprzęt.

Chciałam na koniec dać jakiś mądry wniosek dotyczący sensu sztuki. Ale napisałam już dużo, a czuję się nieco bezradna. Pozwolę sobie może zamiast tego zacytować kawałek własnego komentarza pod tamtym pokazem zdjęć:" Chyba nadszedł czas zadania ponownie wielkich pytań o to, czym jest sztuka i jakie są jej wyznaczniki i granice. O oryginalność, inwencję, trzymanie się prawideł i w ogóle sensowność ich istnienia. A może czy sztuka jeszcze w ogóle istnieje."

I dodam jeszcze jedno: przy wszystkich różnicach jest to podobne psucie oglądu sztuki jak opisywana przeze mnie ponad rok temu grafomania przekładowa. Różnica jest taka (przyznam, fundamentalna), że tłumacz-grafoman psuje opinię o oryginalnym poecie i nadal uważam, że to zbrodnia kulturalna, podczas gdy sam autor obrazków/fotografii jeszcze wiele nie psuje. Psuje dopiero ten, kto twórczość daleką od sztuki sztuką nazywa i ludowi do wierzenia, że to coś niezwykłego podaje. Szkoda społeczna - zatracanie umiejętności rozpoznawania tego, co wartościowe artystycznie - jest jednak podobna. (I tu już całkiem na marginesie dodam, że jeszcze znacznie większa szkoda jest, kiedy renomowane wydawnictwo wydaje ostateczny literacki chłam, co ma miejsce w moim mieście, ale to całkiem osobny temat.)

 Rzym w kałuży

 * Ostatnia wpadka była dość bolesna: w arcyciekawym wywiadzie z Marcinem Królem padły słowa o tym, że problemy współćzesnej ludzkości z myśleniem przejawiają się między innymi tym, że nikt już w mediach [elektronicznych] nie opublikuje dłuższego tekstu, nie przerywając go filmikami, linkami, zdjęciami. Tekst wywiadu był poszatkowany siedmioma filmikami, w najlepszym razie luźno związanymi z treścią rozmowy...

PS. Dzięki własnemu profilowi na portalu dotarłam do Darii, ale ostrzegam, że oglądacie na własną odpowiedzialność. Kałuże tutaj.

Natomiast ponieważ też robię sobie na boku projekty fotograficzne, ilustrujące kilka moich fascynacji, to pozwalam sobie tu wkleić do nich link. Ponieważ nie są na instagramie ani innym poczytnym portalu, to pozostają sobie niezauważone, tematyka pewnie nie jest "niesamowita", a środki techniczne takie zwyczajne, żadne tam ołówki czy komórki... (Ołówkiem, nawiasem mówiac, wykonałam ostatnio przerysy do książki, którą właśnie wydaję, ale też pewnie nie zyska to uznania i etykiety niesamowitości, bo książka niskonakładowa.)

 

niedziela, 14 lutego 2016, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2016/02/17 23:09:17
Napisałaś? Naprawdę?
Niesamowite.
-
2016/02/18 15:57:44
No więc ja absolutnie nie twierdzę, że jest to wielka i przełomowa sztuka, ale z takich sensacji (rysowanych ołówkiem, między innymi) to ja z przyjemnością, owszem, oglądam trójwymiarowe rysunki Stefana Pabsta.
-
2016/02/19 03:23:22
Dawniej (mam na myśli prawdziwe dawniej, a nie przedwczoraj) fotografia była rzemiosłem. Fotograf, jak każdy rzemieślnik, miał swój warsztat pracy, trochę z pogranicza pracowni alchemicznej (ciemnia, odczynniki). Same aparaty fotograficzne były nie dość, że drogie, to jeszcze wymagały skomplikowanej obsługi. I proporcje artystów do solidnych rzemieślników były dokładnie takie same, jak w innych branżach.

Dzisiaj? Cóż, dzisiaj każdy ma komórkę w telefonie, więc nolens-volens jest fotografem. Upadek tego rzemiosła, odwrotnie do wielu innych, wynika z jego nadmiernego upowszechnienia.
-
2016/02/19 10:22:33
@tentelemach :)

@ninedin - ja konkretnie najbardziej te jego zwierzęta, a jeszcze fajniejsze są filmiki, jak to powstaje (co to mi je pokazałaś kiedyś). Nie podobają mi się jego twarze ludzkie (portrety?), bo za mało tu efektu trójwymiarowości, a za dużo niestety kiczowatej estetyki. Węża i pająka znałam wcześniej, gołąb mnie zauroczył, może by ten pan namalował mi jakieś koty czy łasice, co bym je na balkonowe gołębie wystawiła?

@babilas - jako potomkini fotografów-rzemieślników w pełni się zgadzam. Dziadek, a tym bardziej Prababcia, nie byli artystami fotografikami, byli praktykami fotografii użytkowej, ale dzięki temu np. zdjęcia robione w plenerze rodzinie przed wojną i tuż po wojnie przez Dziadka są zazwyczaj o niebo lepsze od przeciętnej owych czasów, bo są dobrze skadrowane, naświetlone itd. W jakiś sposób artystyczne zdjęcia robił mój Tato (wżeniony w fotografów zresztą, nie kolejne pokolenie) - czarno-białą fotografię tatrzańską i ogólnie krajobrazową, którą potem oczywiście sam obrabiał w ciemni, nie ukrywając przy tym zresztą fascynacji Edwardem Hartwigiem głównie. (O, o, o! To była dla mnie w dzieciństwie ikona fotografii artystycznej i pozostaje nią do dziś, znacznie bardziej niż portreciści.) Odkąd Tato ma cyfrówkę, to po prostu robi zdjęcia... Ja usiłuję czasem jakiś projekcik okołoartystyczny, ale przesiadka z ciemni na obróbkę cyfrową odbiera połowę magii. Przede wszystkim przez to, że jak cokolwiek z efektami wymyślisz źle, to zaczynasz od nowa bezboleśnie i szybko, a czasem nawet wystarczy cofnąć się o parę kroków. To zwalnia z odpowiedzialności i myślenia.

A tak nawiasem mówiąc to cała sztuka kiedyś była rzemiosłem i może w sumie o tym kiedyś napiszę, bo to uderza w pewne sedno - jeśli nie wyuczysz się rzemiosła i przede wszystkim szacunku dla niego, nawet jeśli chcesz następnie odrzucić jego prawidła, to masz małe szanse być artystą...
       

       Copyright