Blog > Komentarze do wpisu
Płot a sprawa polska

Historia dziewczynki rysującej kredą po chodniku i reakcji współmieszkańców osiedla poruszyła internety. Pomijając bezsensowną formę reakcji mieszkańców i mój ambiwalentny stosunek do całej sprawy (zarówno zdarzenia jak i masowej reakcji na nie), tym, co oczywiście mnie uderzyło, była kolejna bezmyślna i bezrefleksyjna fala hejtu na "grodzone osiedla".

To hasło stało się wytrychem do pokazywania chorób toczących współczesne społeczeństwa, ale jak zwykle u nas wylewa się dziecko z kąpielą oraz usiłuje leczyć objawy, pomijając przyczyny. To nic nie da. Milion artykułów w mediach wszelakich nie sprawi, że ludzie zaczną czuć się bezpiecznie i wspólnotowo na tyle, żeby nie chcieć odgradzać się od zagrożeń albo po prostu bałaganu. Przyczyna bowiem jest taka, że jak komuna (a może i zabory, serio) zniszczyła u nas poczucie dobra wspólnego, pozostawiając jedynie fantom (jakże bolesny i patologiczny) wspólnotowości na poziomie narodowej abstrakcji. Komuna przyzwyczaiła nas do tego, że tym, co nie prywatne, "zajmuje się" państwo - czyli nikt. I jak menele albo chuligani zniszczą, to ktoś ma naprawić. Że nie naprawi? No to nie naprawi. Przewróciło się, niech leży. Przestrzeń publiczna jest ciągle w Polsce przestrzenią niczyją i jakkolwiek mam wrażenie, że to się zmienia, to ta zmiana zachodzi bardzo powolutku i kulawo, bo jednak wiele inicjatyw obywatelskich pada ofiarą wandalizmu i potem nie ma już środków, żeby naprawić szkody.

Powiem szczerze: kiedy ponad dziesięć lat temu kupowałam mieszkanie, celowo wybrałam takie, które jest w bloku z bramą, garażem i portierem. Nie jest to osiedle, blok jest pojedynczy i w sumie kształtem oraz układem bardziej przypomina dawne kamienice, niż cokolwiek innego, tyle że stoi sobie wolno, w otwartej przestrzeni, a nie zabudowie ciągłej. Ale teren jest ogrodzony, są furtki i otwierana na pilota brama wjazdowa. Jest też ogródek, w którym stoi niezdemolowana altanka i fontanna z niepobazgraną i nie rozbitą kamienną figurką. Od razu powiem jeszcze jedno: to nie jest luksusowy blok, większość mieszkań to typowa deweloperka: poniżej 55 m2, sporo wynajmowanych. Mieszkańcy są zwykłymi ludźmi, a metr kwadratowy, jak na prawie centrum dużego miasta był w bardzo przystępnej cenie.

Dlaczego tak wybrałam? Bo miałam dość. Przez lata mieszkałam z rodzicami w szacownej kamienicy będącej własnością uniwersytetu. Jak miałam osiemnaście lat, zostałam tam napadnięta przez zboczeńca (bo tak, bez ogródek się to wówczas nazywało), kilka lat później bardzo bliską mi osobę jakieś bandziory zrzuciły ze schodów, kradnąc jej torebkę. Do samochodu stojącego pod domem włamywano mi się po radio albo po nic, kilka razy wyrwano mi lusterko, raz stłuczono szybę. Podobnie z samochodami rodziców i sąsiadów. (To akurat nieco się ostatnio uspokoiło, po części dlatego, że radia nie nadają się już do montażu do innego samochodu, ale drugi ze wspomnianych napadów na klatce schodowej miał miejsce stosunkowo niedawno.)

A ja chciałam mieć spokój. Wracać do domu o dowolnej porze dnia i nocy bez lęku, który po latach we mnie pozostał, że ktoś wejdzie za mną do klatki i niewinnie rozpocznie rozmowę, ktora przerodzi się w coś zupełnie innego. Tu, gdzie mieszkam, też ktoś może oczywiście wejść - to nie ten typ portierni, gdzie goście się legitymują, aczkolwiek byłam u koleżanki w takim domu i mnie to osobiście nie przeszkadza. Ale samo to, że ktoś jest i potencjalnie obserwuje, i że nad bramką jest kamera przemysłowa, odstraszy takich przypadkowych pomniejszych napastników, jak ten, który zaatakował mnie w otwartej klatce bez żadnych zabezpieczeń. A poza tym - cóż, poczucie, że w przypadku obu napadów w kamienicy moich rodziców policja rozłożyła ręce, bo sprawcy byli naprawdę niewykrywalni, i im wszystkim uszło to na sucho, jest frustrujące.

Mój blok nie jest idealny - zdarzali się okropni sąsiedzi, ale plusem obecności portiera jest też to, że można go poprosić o zwrócenie uwagi hałasującym po nocy, zanim w desperacji zadzwoni się po policję. Z kolei natrętnych akwizytorów można odesłać do dzwonienia na portiernię - w efekcie mamy tu bardzo mało makulatury w postaci ulotek.

Wbrew temu, co wmawiają nam czasem media, takie bloki jak mój, podobnie jak osiedla z bramami i terenem prywatnym oraz tabliczkami o tym informującymi, istnieją na całym świecie i nie zawsze są zamieszkane wyłącznie przez nowobogackich. Myślę, że te, które widziałam w wielu wielkich miastach Europy, są zamieszkane głównie przez takich zwykłych obywateli jak ja i moi sąsiedzi. U mnie mieszkają uniwersyteccy profesorowie (co najmniej dwóch), ale i agenci ubezpieczeniowi, właścicielka biura nieruchomości, inżynierowie i nauczyciele. Samochody są w najlepszym wypadku ze średniej półki cenowej.

Wróćmy jednak od szczegółów do ogółu. To, że ludzie zamykają swoją przestrzeń prywatną, jest wynikiem degradacji przestrzeni publicznej. W wielkich miastach Europy ta ostatnia posiada zazwyczaj większe niż w Polsce enklawy, ale jest tam też więcej miejsc niebezpiecznych. W większości tych miast granice są dość powszechnie znane, a przenikanie się stref ograniczone - choć to akurat się zmienia i stąd zapewne coraz więcej domów czy osiedli zamyka się od zewnątrz. Jak lata temu byłam na stypendium w Oksfordzie, znajoma z college'u zabrała mnie do swojego domku na przedmieściu - zostawiła na ulicy niezamknięty samochód z otwartymi oknami, dom zamykała na jeden zwykły zatrzask typu Yale. Nie jestem pewna, czy dalej tak robi.

Teraz pytanie do tych wszystkich, którzy tak ochoczo podchwycili hasło "grodzonych osiedli" i hejtują je, że hej. Czy kogoś dziwi, że ogradzamy teren, na którym znajdują się wolnostojące domy jednorodzinne? Albo i takież w zabudowie szeregowej? Zamykamy również nasze mieszkania, nikt nie podnosi rwetesu o zamknięte na klucz i zaopatrzone w domofon klatki schodowe w blokach. Dlaczego zatem akurat ogrodzenie osiedla czy terenu wokół bloku budzi takie emocje? To wszystko służy może izolacji w niewielkim odsetku osiedli, tych naprawdę dla nowobogackich, ale myślę, że w ogromnej większości przypadków jest jak u mnie: dla bezpieczeństwa i zachowania porządku. Czasem nieco mniejsze zabezpieczenia służą uniemożliwieniu wjazdu samochodom innym niż mieszkańców - bo w mieście brakuje miejsc postojowych, a mieszkańcy bloku mogą sobie zamknąć swój teren, w przeciwieństwie do tych, którzy mieszkają w centrum miast i parkują na ulicach (za co jak na ironię płacą abonament, w przeciwieństwie do blokowiczów...)

A na koniec apel do mediów: zamiast podsycać podziały i wzbudzać hejt, może by tak zająć się przyczyną i prawdziwą chorobą, czyli wspomnianą degradacją przestrzeni publicznej? Jeśli ludzie poczują, że publiczna znaczy należąca do wszystkich, zaczną ją szanować tak samo jak prywatną. Na razie rozziew między tymi dwiema sferami naszego życia jest tak ogromny, że chronimy to prywatne - nawet jeśli prywatność jest rozłożona na mieszkańców bloku czy osiedla, co nadal pozostaje policzalne i przez to nie anonimowe, nie rozmyte - i odgradzamy je od publicznego czyli niczyjego.

Jeśli ten sposób myślenia się nie zmieni - a nie zmieni się bez inicjatyw i akcji, które nauczą ludzi współodpowiedzialności za publiczne - prywatne będzie stało w opozycji do publicznego, zamiast stanowić jego nieco bardziej intymne przedłużenie.


niedziela, 09 października 2016, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2016/10/09 11:31:40
W nawiązaniu wpisu: to co mnie za pierwszą wizytą (ponad ćwierćwiecze temu) zaszokowało w Stanach, to brak absolutny płotów, zarówno tych odgradzających domki od ulicy, jak i od sąsiadów. Nie mogłem też pojąć, jak to jest że kurier pod nieobecność domowników zostawia paczkę na podjeździe czy przed progiem i nikt jej w międzyczasie nie ukradnie.

W nawiązaniu do zdjęcia: kolega opowiadał mi, że (rzecz się działa również w USA) którymś razem, gdy nawigacja wprowadziła go w błąd, zamiast zawracać na wąskiej ulicy, zdecydował się wjechać na czyjś teren i zakręcić na tym okrągłym podjeździe pod domem. Został przywitany przez uzbrojonego w strzelbę właściciela radą, aby nie próbował tego manewru w przyszłości. A rzecz nie działa się w Teksasie, tylko w Pennsylvanii.
-
2016/10/10 01:08:29
Ciekawe, jak jest teraz w USA... Mnie tam jeszcze nie było, ale z opowieści znajomych moich rodziców, posiadających tam potomstwo z mojego pokolenia, zapamiętałam (zamożne) kondominia, które funkcjonują jak nasze "grodzone osiedla", choć mam wrażenie, że model raczej "mój", niż "nowobogacki". To pewnie też zależy od stanu, regionu, konkretnego miejsca.

Z kolei historie podobne do Twojej drugiej słyszałam również o Wielkiej Brytanii - że jak sobie idziesz na spacer po okolicznych wzgórzach, to tabliczki "no trespassing" są absolutną świętością i należy naprawdę nie włazić. Nie wiem, czym to grozi, może jedynie ostracyzmem społecznym, a może doprowadzeniem na policję, bo może jednak nie zastrzeleniem, choć w sezonie myśliwskim można wejść komuś pod lufę niechcący...
       

       Copyright