Blog > Komentarze do wpisu
A kto to jest ten Penderecki?

Mam wrażenie, że pytanie to w tytule postawione tak śmiało zadaliby mi redaktorzy większości polskich mediów. Wnioskuję tak na podstawie prostej obserwacji: po tym, jak z "Faktów" TVN, podsłuchiwanych podczas wizyty u rodziców, dowiedziałam się o nagrodzie Grammy, którą wczoraj dostał Krzysztof Penderecki za płytę, na której dyryguje własnymi utworami, nie znalazłam tej informacji na pierwszej stronie żadnego polskiego portalu informacyjnego.

Owszem, w ogólnych artykułach o wczorajszej gali znajdują się lakoniczne wzmianki. I nie dziwi mnie, że "muzyka.onet" pisze jedynie tyle: "Warto wspomnieć, że wśród wyróżnionych znalazł się także polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Amerykańska nagroda przemysłu muzycznego Grammy trafiła do Polaka za płytę Penderecki conducts Penderecki, vol. 1 wydaną przez Warner Classics". Bardziej smuci, że niegdyś opiniotwórczy portal gazeta.pl, a co gorsza również pretendująca nadal do bycia medium ambitnym wyborcza.pl też przegapiły tę okazję.

Tym jednakowoż, co smuci naprawdę, jest fakt, że znalazło się tam miejsce dla newsów tak porażających jak przekąski skoczków narciarskich oraz to, że jakaś pani (nazwiska nie pomnę, a news w ciągu kilku godzin został wyparty przez inne) nie pojawiła się w jakimś programie. Co więcej, jestem przekonana, że gdyby polska trenerka fitness, które mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiła na okładkę jakiegoś branżowego pisemka w Ameryce, to news byłby jako pierwszy i najważniejszy, o ile gdzieś by nie nastąpił wybuch jądrowy albo zamach terrorystyczny.

A o Pendereckim nic. Powiem tak: to nie jest mój ulubiony kompozytor, choć zarazem jest to jedyny kompozytor, którego aż dwa dzieła słyszałam na żywo na europejskich prapremierach (jedna, Credo, była chyba w ogóle światowa). Ale z całym szacunkiem dla skoczków narciarskich oraz bez szacunku dla sztucznie rozdymanej sławy prężących mięśnie płaskich brzuchów pań od fitness, Krzysztof Penderecki zrobił dla Polski jako jej nieformalny ambasador na świecie znacznie więcej, niż oni wszyscy razem wzięci. Poza wszystkim jest to sława i wartość nieprzemijająca, obecność trwająca już ponad pół wieku, podczas gdy nawet najbardziej utytułowani sportowcy to jednak gwiazdy sezonowe i tak jak kilka(naście?) lat temu największą gwiazdą był Małysz, tak teraz jest inny (nawet nie wiem, który konkretnie, bo dużo się ich zrobiło), a moda na fitness zapewne zostanie wkrótce wyparta przez coś zupełnie nowego i o tych wszystkich jej gwiazdkach nawet internet zapomni.

A muzyka przetrwa. I wielka szkoda, że tych naprawdę wielkich i odnoszących ogromne sukcesy Polaków w ogóle się nie fetuje, ba, nawet nie zauważa. Podam jeszcze jeden przykład również muzyczny, tym razem z bardziej mojego fanowskiego podwórka. Jedyną polską śpiewaczką operową, z jaką media czasem zrobią wywiad i będą ochać i achać, jest Aleksandra Kurzak, która jako sopran jest bardzo przeciętna, a na dodatek polskie media robiły stosunkowo niedawno szum z okazji jej małżeństwa z gwiazdą opery bardzo przebrzmiałą, Roberto Alagną, który głos i swoje kilka minut miał kilkadziesiąt już lat temu, a ostatnio nie da się go słuchać. Tymczasem taki Piotr Beczała zebrał ostatnio fantastyczne recenzje za wielki i ryzykowny krok w karierze - zaśpiewanie, na razie w Dreźnie, tytułowej partii w Lohengrinie Wagnera. Dla kogoś, kto do niedawna specjalizował się - ze znakomitymi wynikami zresztą - w Mozarcie, operze włoskiej bez Pucciniego czy Czajkowskim, jest to bardzo poważna decyzja i spore ryzyko. Wyszło fantastycznie i jemu, i również debiutującej w tym repertuarze Annie Netrebko - dzięki YouTube widziałam, słyszałam, więc wiem, a recenzje poczytałam.

I co? Ktokolwiek o tym napisał? Nie. Za to nie ma dnia, żeby media nie zasypywały nas informacjami o pseudo celebrytkach, blogerkach i innych efemerydach, które tu przyszły, tam nie przyszły, wyszły na spacer, pokazały albo nie pokazały dziecko, nową kreację albo za dużo tyłka. Trochę wstyd.

Fama

wtorek, 14 lutego 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/02/14 19:53:45
Czekaj, było na pierwszej stronie, choć nie jako główna wiadomość na gazeta.pl i na wirtualnej.polsce. Czy na onecie? Nie wiem. Poza tym to nie pierwsza Grammy dla Pendereckiego. No, o tym to już nie napisali, bo przeciętni redaktorzy internetowi tego nie wiedzą ;-) A w tym roku kandydował jeszcze "Król Roger" z Mariuszem Kwietniem w kategorii opery, ale niestety, nie wygrał.
-
Gość: Malgowilk, *.cgn.dynamic.surfer.at
2017/02/15 06:43:19
A Beczała to chyba regularnie w Operze wiedeńskiej śpiewa. Tutaj na szczęście to, co robią śpiewacy operowi, jest komentowane nawet w prasie bulwarowej.
-
pfg
2017/02/15 09:49:25
Penderecki? To taki znajomy Twoich rodziców :-)

Ja żadnych prawykonań nie słyszałem, w ogóle Pendereckiego dyrygującego na żywo widziałem tylko raz - koncert był taki sobie, ale publiczność waliła drzwiami i oknami z uwagi na osobę Krzysztofa Pendereckiego - ale ja nie o tym. Muzyka przetrwa, piszesz. Czy ja wiem? Jeżeli nasza kultura przetrwa, to przetrwa i muzyka, w tym muzyka Pendereckiego - ale jako fenomen niszowy, którego znaczenia bym nie przeceniał. Kultura "wysoka" znaczy coraz mniej. Inwazja sportowców, piosenkarek, trenerek fitness i innych celebrytów, o których za dziesięć, najwyżej kilkanaście lat prawie nikt nie będzie pamiętał, na masową wyobraźnię i kulturę popularną o tym świadczy. I nie, nie ma sprzeczności z tym, że na koncert z udziałem Pendereckiego publiczność "wali drzwiami i oknami". Na koncert Beyonce przyszłoby ich sto razy więcej. Penderecki... Pomińmy większość świata, ograniczmy się do kilkuset milionów współczesnych Europejczyków. Ilu z nich słyszało Bacha? Większość być może słyszała o Bachu, ale jaka część naprawdę słuchała jego muzyki? A Wagnera?!
-
2017/02/15 10:34:18
@kolewoczy - "było na pierwszej stronie", w takim razie może było, ale chyba krócej niż notka o pani, której nazwisko widziałam po raz pierwszy w życiu, a która "nie pojawiła się w DD..." (dalszych liter skrótu nie pamiętam...), ponieważ zaglądałam regularnie właśnie po to, żeby sprawdzić, czy jest... Co zasadniczo potwierdza moją tezę ;) "choć nie jako główna wiadomość", a szkoda...

A poza tym tak, "Króla Rogera" żal, a po prawdzie obejrzałabym Kwietnia w czymś, co nie byłoby reżyserowane przez Warlikowskiego i nie zawierało myszy. Pisałam chyba kiedyś o tym tu albo gdzie indziej...

@malgowilk - Beczała na pewno regularnie śpiewa w Zurichu, może i w Wiedniu? Mniej spektakli stamtąd oglądam, ale chętnie bym się przekonała naocznie ;) Skądinąd mam nadzieję, że do zobaczenia w tymże Wiedniu...

@pfg - nie trafiłeś ;) Rodzice KP znają słabo, parę razy spotkali u wspólnych znajomych, z całych rodzin najbliżej to ja się w dawnych czasach znałam z "Łukaszem P., synem krakowskiego kompozytora", że zacytuję plotkarskie media...
-
2017/02/15 10:40:42
I osobno wypowiem się na temat bardziej poważnej części komentarza @pfg

Otóż nadal utrzymuję, że muzyka przetrwa. Bach przetrwał, mimo że na jakiś czas o nim zapomniano, jak o całym baroku, podobnie Wagner czy inny Berlioz, mimo że zna ich niewielki procent ludności kuli ziemskiej. Ale właśnie nie o to chodzi: większość zawsze będzie wolała taki czy inny pop, ale co z tego? Prawdziwa wartość nie zostanie całkiem zapomniana, podczas gdy te efemeryczne przeminą.

A co do tego, czy gwarantem niezapomnienia jest przetrwanie naszej (jak rozumiem, europejskiej czy europejsko-amerykańskiej, zachodniej czy jak ją nazwiesz?) kultury, to akurat byłabym dobrej myśli. W ramach operowej hipstery słuchamy/oglądamy z N ostatnio sporo spektali z Chin i Korei, zwłaszcza w obsadach wyłącznie z tych krajów. Miłość, jaką zapałali mieszkańcy Azji, do europejskiej muzyki i to, jak coraz lepiej ją rozumieją, akurat tej dziedzinie kultury europejskiej gwarantuje przetrwanie...

Aha, byłabym zapomniała: Penderecki jako dyrygent czego innego, niż Penderecki, też mnie nie zachwyca.
-
2017/02/16 03:15:52
Moja droga Drakaino,

Twoje przekonanie, üe muzyka przetrwa jest budujące i wzruszające, jednakże jak uzasadnienie obarczone jest nader popularnym błędem poznawczym. Ze zbioru twórców muzyki N wybierasz element n (w tym przypadku ze zbioru kompozytorów barokowych wybierasz Bacha) i przywołując ten znany wszystkim przypadek formułujesz twierdzenie.
Gdyby Bach nie przetrwał to zapewne przywołałabyś Hendla. Albo Telemanna. Kogoś innego, kto wraz z dziełem przetrwał.
Problem w tym, że nie wiemy nic o tych, którzy nie przetrwali, nawet nie podejrzewamy ich istnienia bo i jak? Nie potrafimy ani oszacować ich liczby, ani ocenić wartości tego co (być może niesłusznie) uległo zapomnieniu.
Innymi słowy porównujesz świat zapomniany (który umyka naszej ocenie) ze światem zapamiętanym. I wyciągasz wnioski dotyczące "muzyki".
Chciałbym bardzo aby było tak jak sądzisz, ale zdrowy rozsądek nakazuje nie wykluczać prawdopodobieństwa odmiennego scenariusza: pośród niezliczonej mnogości zachowały się jedynie przypadkowe okruchy. Nazywamy je "muzyką". Może zmienilibyśmy zdanie gdybyśmy wiedzieli co straciliśmy?

Legenda głosi, że Mendelsohn-Bertholdy odkrył partytury JSB u lipskiego rzeźnika, który zawijał w nie wędliny dla klientów.
Ciekawe jak długo to robił przed wizytą Mendelsohna-Bertholdy'ego, nieprawdaż?
-
2017/02/16 15:15:52
Tentelemachu,

zasadniczo masz oczywiście rację. Ale mam wrażenie jednakowoż, że nie w kontekście tego konkretnego felietonu czy też dyskusji pod nim. Oczywiście, jest cała rzesza kompozytorów, o których świat zapomniał, podobnie jak dzieł, o których takoż (choć np. niejaka Cecilia Bartoli niestrudzenie wyciąga z lamusa owe zapomniane opery - czy statystyczny meloman jest szczęśliwszy z powodu wysłuchania "Clary" Halevy'ego? Nie wiem, ja zapewne nie byłabym nieszczęśliwsza nie wysłuchawszy - ale wysłuchałam, bez szczególnych emocji w którąkolwiek stronę - bo i jego sztandarowa "Żydówka" jest dla mnie niemiłosiernie nudna, jeśli nie liczyć jednej arii). I właśnie o tym mowa: statystycznie przetrwa próbę czasu to, co naprawdę cenne. Plus oczywiście trochę rzeczy przypadkowych. A może z kolei kilka arcydzieł zrządzeniem losu pozostanie w lamusie. A moja teza, której będę bronić, jest taka, że te wszystkie celebrytki, które zajmują teraz całe połacie medialne, nie przetrwają, bo tak naprawdę nic ciekawego sobą nie reprezentują (tylko parcie na szkło i załapanie się na chwilową modę). I szkoda na nie wszystkie pensji redaktorów i czasu czytelników. To jest oczywiście wyraz tęsknoty za sensownie pojmowaną misją mediów. Tęsknoty naiwnej, wiem.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/02/18 12:09:02
Oczywiście, że kultura wysoka przetrwa. Rzecz jasna nie w Polsce:
szwarcman.blog.polityka.pl/2017/02/16/koniec-warszawskiej-opery-kameralnej/
       

       Copyright