Blog > Komentarze do wpisu
Belle epoque czyli epokowy facepalm

Skusiłam się na polski serial. Nie będę udawała, że łączyłam z nim naprawdę wielkie oczekiwania, bo jestem świadoma wyobraźni polskiej telewizji, nawet tej, która ma duże pieniądze, rozmach, a nie ma za to misji upowszechniania jedynego słusznego światopoglądu. Niemniej po szumnych zapowiedziach, że "tego jeszcze w polskiej telewizji nie było", ładnych, choć bezczasowych winietkach, kilku nazwiskach, do których mam zaufanie, w obsadzie, kostiumach z londyńskiej wypożyczalni filmowej, a nie magazynu teatrzyku prowincjonalnego domu kultury (vide niesławna uczta w Wiedźminie, która nasuwała mi skojarzenie z biesiadą w peerelowskim geesie) - po tym wszystkim spodziewałam się poziomu przynajmniej przyzwoitego.

Niestety PPP nie został przez serial Belle epoque osiągnięty. Pierwszy odcinek zaprzepaścił tę szansę i jakkolwiek zamierzam dzielnie dać szansę odcinkowi drugiemu (kołacze mi się po głowie jakiś serial, który niesłusznie osądziłam po jednym odcinku, może N pamięta, co to było), to nie obiecuję już sobie po nim nic, tak na wszelki wypadek.

Bo co mam sobie obiecać po tym, jak z wypiekami na twarzy czytałam o drobiazgowym odtwarzaniu epoki, a następnie po oczach walą mnie współczesne żaluzje w oknach urzędu, przypadkowe obrazki, które sobie na ścianie zawiesił pozbawiony gustu właściciel wynajętego wnętrza, blat z katalogu każdej firmy robiącej kuchnie na wymiar z płyty wiórowej, fryzura à la mroczny, ale łagodny metalowiec i jeszcze sporo szczegółów, o których wolałabym zapomnieć?

Co mam sobie obiecać po tym, że Kraków - prawda, miasto wówczas niezbyt duże - składa się z dwóch czy trzech ulic (na pewno Reformackiej i Pijarskiej), a tabliczki informujące, z jakim urzędem mamy do czynienia przyklejono do fasady tak, żeby nie trzeba było zdejmować tych aktualnych, a filmowe dawały się łatwo zdemontować? Zapyziałe miasto, w którym ulice świecą czystością ledwie maskowaną rozrzuconym tu i ówdzie malowniczo niczym na obrazkach jakiegoś Styki czy Stanisławskiego sianem?

Co mam sobie obiecywać po nieznośnej, przestarzałej i pretensjonalnej pracy kamery, której operator na dodatek zachowuje się tak, jakby w ciągu niecałej godziny postanowił przetestowac wszelkie możliwe ograne i niemodne sztuczki swej profesji (albo, co gorsza, jakby po raz pierwszy dostał do ręki bajerancką cyfrową kamerę i włączał na chybił trafił wszystkie wodotryski). W związku z tym raz kamera skacze gwałtownie po całym pomieszczeniu, innym razem snuje się za bohaterem, zazwyczaj na dodatek nieciekawie prześwietla zdjęcia (ach, te refleksy!) albo też zabawia się ogniskową i filtrami, sztucznie zamazując nam część kadru i nienaturalnie wyostrzając postaci. Efekt niestety jest taki, jakbyśmy wrócili się do pierwszych plenerowych spektakli teatru telewizji albo w ogóle do czasów rear projection, ponieważ postacie wydają się wycięte z otoczenia.

Co mam sobie obiecać po fabule, której rozwiązania domyśliłam się, gdy tylko na ekranie pojawiła się pierwsza palma męczeńska (o podobny przebłysk geniuszu przyprawiła mnie ostatnio powieść Florystka niejakiej Katarzyny Bondy - kto jest mordercą zgadłam przy pierwszym pojawieniu się postaci w jednej dziesiątej książki -  a jest to wyjątkowo niepochlebne porównanie), a która na dodatek została poprowadzona tak prymitywnie i na skróty, że bardziej się nie da? Co po zbieraninie nijakich i na dodatek mało prawdopodobnych i nie z tej epoki (nie z tej ponoć przedstawianej z taką dbałością epoki, znaczy się) postaci będących w najlepszym razie podręcznikowymi typami, a nie bohaterami z krwi i kości? Co po dialogach, od których sztuczności i anachroniczności dostaję gęsiej skórki? Co po kompletnym braku emocji wszystkich po kolei bohaterów?

Co wreszcie mam sobie obiecać po skrajnie nijakim aktorstwie, które tym drewnianym postaciom nie daje choćby cienia życia? W pierwszym odcinku obronili się wyłącznie dwaj panowie Lubaszenko, mimo że nie mieli wiele do zagrania, a kwestie, jakie im napisano, musiały być męczarnią. Paweł Małaszyński sprawia wrażenie, jakby do obsady dostał się z castingu dla naturszczyków, a i to przez pomyłkę. Sprawdziłam sobie jego filmografię i niestety widziałam go jedynie w Pianiście, w którym jest "niewymieniony w czołówce" oraz Katyniu, który grzeszył między innymi drewnianymi postaciami i niewiele lepszym aktorstwem, więc nie mam pojęcia o jego realnych zdolnościach aktorskich. Magdalena Cielecka miała właściwie jedną krótką scenę mówioną, w której wypadła wysoce nieciekawie, nie tylko z powodu fatalnie napisanego tekstu, ale i źle dobranej ekspresji. Pozostałych aktorów nie znam, ale żaden nawet nie zainteresował mnie swoją rolą. A niektórzy, jak np. pani grająca Weronikę i pan grający podejrzanego młodzieńca, byli po prostu fatalni.

A w tym wszystkim tak naprawdę szkoda mi nie tylko zmarnowanej ewidentnie szansy na stworzenie, naprawdę, nowej jakości w polskiej telewizji, skoro już znalazły się na to duże pieniądze. Szkoda mi również pomysłu fabularnego tego pierwszego odcinka, bo on był sam w sobie jako pomysł na motywację seryjnego mordercy całkiem nienajgorszy. Zrobiony dobrze, obroniłby się nawet w Krakowie belle epoque. Niestety scenariusz potraktował go najbardziej prymitywnie, jak się dało, prowadząc bohaterów (bohatera właściwie, bo reszta była tylko tłem) od punktu do punktu i modelowo niwecząc wszelkie napięcie. Skądinąd rozpoczęcie z tak wysokiego konia - seryjny morderca - to nie lada wyzwanie, bo dalej trzeba będzie te zbrodnie eskalować. (To znaczy wcale nie trzeba, fascynujący kryminał można zrobić o zaginionej walizce albo włamaniu do sklepu, ale mam ponure podejrzenie, że twórcy mogą to uznać za konieczne dla utrzymania zainteresowania widzów.). Czytam sobie ostatnio polskie kryminały i to właśnie jest jednym z ich największych problemów - dzieją się one w jakiejś dziurze na końcu świata, znaczy w środku Polski, i w tej właśnie dziurze co rusz to psychopatyczni mordercy i zbrodnie na miarę milionowej metropolii...

Aha, no i oczywiście ktoś musiał wspomnieć Kubę Rozpruwacza. To zapewne na wypadek, gdyby widz miał wątpliwości (np. na podstawie scenografii i dialogów), w jakiej epoce rzekomo dzieje się akcja. Bo przecież nie może być XIX wieku bez Kuby Rozpruwacza.

Kraków

PS. Dopisuję pod wpływem komentarza pfg, bo pisząc powyższe nocą, zapomniałam o jednym aspekcie.  Otóż fatalnie wypada pomysł z współczesnymi piosenkami jako ilustracją muzyczną. Wierzę, że to sie może sprawdzić w filmie czy serialu mocno przestylizowanym, którego cała estetyka jest pod taką koncepcję dobrana. Ale w czymś, co jest robione środkami do bólu tradycyjnymi i bez wyraźnego zamysłu stylistycznego, wychodzi estetyczny bełkot. Jak w jednym z moich skądinąd ulubionych filmów fantasy, "Ladyhawke", gdzie wszystko jest cudne, tylko niech ktoś wymieni muzykę...

Save

Save

Save

Save

piątek, 17 lutego 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
pfg
2017/02/17 11:27:46
Jest jeszcze ulica Poselska, tam, w gmachu należącym obecnie do Urzędu Miasta, mieści się komisariat policji, a może tylko "laboratorium kryminalistyczne".

W pierwszym odcinku szczególnie absurdalne wydały mi się dwie rzeczy: Po pierwsze bohater, stawiając nienaturalnie duże kroki, łazi z workiem żeglarskim po ulicach Krakowa i kilkakrotnie już-już ma wyjechać, ale nie wyjeżdża i dokonuje jakichś ważnych odkryć. Po drugie, angielskie piosenki stanowiące motywy muzyczne - kompletnie od czapy w zestawieniu z CK Krakowem, nawet jeśli bohater, jak się domyślamy, spędził ostatnie lata na morzu.

Ale Olaf Lubaszenko jako komisarz policji, zapewne Czech, bardzo fajny.
-
2017/02/17 12:50:22
Och, oczywiście. Wiedziałam wczoraj w nocy, że o czymś zapominam. Muzyka, tak, jest fatalnie dobrana. Aż chyba dopiszę kawałek o tym w głównym tekście... Dziękuję za przypomnienie.

Poselska, oczywiście. Okropnie nieograna, podobnie jak Rakowice. To wszystko jedne z najładniejszych miejsc w Krakowie, a wyglądają jak absolutnie cokolwiek i gdziekolwiek...
-
2017/02/17 18:04:21
Drakaino,

Nie oglądałem tego serialu, ale jedno mnie zastanawia. Po jakiemu oni tam gadają? Po krakowsku? Po galicyjsku? Czy też znów jak byle buc z Kongresówki?
-
2017/02/17 18:11:11
Przez Was teraz siedzę i myślę, jak to jest i na czym to polega, że w dziejącym się w latach 20. w gangsterskim środowisku brytyjskim serialu 'Peaky Blinders' muzyka Nicka Cave'a działa, pasuje i robi wrażenie idealnej dobranej, a w "Belle epoque" ten sam zabieg wydaje się pretensjonalny i rażąco sztuczny?
-
2017/02/17 18:20:27
@Leszlong
Dialogi są tak sztuczne, że trudno nawet powiedzieć, po jakiemu... Zjadająca samogłoski, czyli mająca problemy natury warsztatowej pani grająca niejaką Weronikę (nie będę się wdawała w szczegóły pomysłu na tę postać, bo jest on oczywiście nie z tej epoki), lekko zaciąga po krakowsku, jak np. mój śp. Dziadek, ale mam wrażenie, że jest to przypadkowe, a nie zamierzone, vide problemy warsztatowe...

@ninedin - zrobiłam sobie risercz i mam wrażenie następujące: Peaky Blinders dzieją się w dwudziestoleciu międzywojennym, do którego muzyka Cave'a pasuje idealnie. I to w zasadzie załatwia sprawę. Poza tym ewidentnie jest tam dość wyraźnej stylizacji (to, o czym piszę wyżej), żeby taki zabieg miał sens. Belle epoque nikt nie przemyślał pod względem estetyki całości, ot i tyle. Pozbierano pomysły z kilku różnych odnoszących sukcesy seriali i zlepiono niestety w niespójną całość...
-
Gość: z dreszczykiem?, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2017/02/17 18:50:18
Cóż, nic dodać, nic ująć. Much Ado About Nothing. Scenografia retro (kupa kasy i pracy), ale już piosenka w tle XXI-wieczna, na dodatek po angielsku (sic!) - jeśli już musi być nie po polsku, to niech pasuje do CK Austrii i niech będzie po niemiecku. Fabuła? 4 tropy i rozwiązanie zagadki kryminalnej w 15 minut (reszta to bla, bla, bla) to trochę za mało, żeby przytrzymać widza przed telewizorem, tym bardziej, że 'muszą' dać te cholerne reklamy. Na AleKino+ odcinek porządnego serialu kryminalnego, nawet 'z epoki' to co najmniej 1 godz 45 min - wtedy jest co oglądać. Ale jeszcze spróbuję. Najwyżej jedyną przyjemnością będzie popatrzenie sobie na Panią Cielecką.
-
Gość: emil, 157.25.105.*
2017/02/18 13:00:57
Zasnąłem w przerwie reklamowej a serial nasrać i wyjść.
-
2017/02/18 15:57:03
Przekleństwem polskiej branży filmowej jest niedocenianie kluczowej roli scenariusza. Towarzystwo wzajemnej adoracji rodem z teatru scenarzystów olewa, albo w jeszcze gorszym wypadku usiłuje coś klecić samo. Czasami to jakiemuś tytanowi reżyserii wychodzi, ale z reguły nie. Scenariusz to gniot, ale rozpływają się nad kostiumami.
Pamiętacie katastrofę, jaką była "Hiszpanka"? Nie zdziwię się jeśli nie, bo kto to w końcu oglądał, ale to te same buty, co Belle...
-
pfg
2017/02/22 22:50:45
Drugi odcinek równie słaby. Dykcja aktorów fatalna. Rozwiązanie zagadki oczywiste od momentu, gdy w połowie odcinka kamera skupia się na złym nauczycielu stojącym w zbiegowisku przed domem kolejnego niewinnie podejrzewanego. Nauczyciej narzeka na kiepski stan swoich finansów, ale stać go na zakup szyfkarty dla dziewczyny, którą potem zabił; w dodatku kupując podaje swoje prawdziwe nazwisko. Nieszczęsnej dziewczynie wycięto macicę wraz z rozwijającym się płodem, ale patolog i tak wie, że była w trzecim miesiącu ciąży. Gdy bohater wchodzi do domu Konstancji, widzimy, że po drugiej stronie ulicy jest park. Gdy wychodzi, są kamienice. Żydowski chłopiec je obiad z gołą głową. Coś przeoczyłem?

Zdaje się, że osią fabularną ma być to, że o bohatera będą rywalizować trzy panienki. No, super.
-
2017/02/23 00:58:05
@pfg - recenzja już się pisze...
-
Gość: anchema, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2017/03/13 10:42:39
@drakaina
co w postaci Weroniki jest nie z tej epoki? bo że jest napisana i zagrana fatalnie, to się zgodzę ale jeśli mówisz o tym, czy kobieta mogła pracować w tym czasie w laboratorium, to jest to jak najbardziej możliwe (i miało miejsce w rzeczywistości)
to 1909 rok, w Polsce we wszystkich trzech zaborach od prawie 30 lat funkcjonują już w tym czasie kobiety lekarki, farmaceutki i laborantki od jakichś 20.
       

       Copyright