Blog > Komentarze do wpisu
Karasek niebezpieczna ryba (Belle epoque 2)

Właściwie to powinnam była się od razu domyślić, że zabił nauczyciel imieniem Karaś, bo jak zauważył mistrz Gombrowicz, który pół roku temu stał się przypadkiem bohaterem tego bloga, karasek ryba niebezpieczna. Ale w sumie i tak się tego domyśliłam, bo kiedy aresztowano drugiego podejrzanego, to pozostawała jeszcze jedna przerwa na reklamy, więc musiał zabić ten trzeci.

W sumie mogłabym tę recenzję tu skończyć, jako że wszystko inne przewidziałam w recenzji z pierwszego odcinka. Żaluzje pojawiły się znowu, ponieważ ewidentnie to samo wnętrze posłużyło tym razem za biuro armatora wożącego pasażerów za ocean. W Krakowie pojawiła się w miejsce Reformackiej ulica Poselska, ale siano rozsypane po asfalcie było tak samo malownicze, jak poprzednio. Aktorstwo było równie drewniane jak w pierwszym odcinku, a wybijał się na plus tym razem tylko Olaf Lubaszenko, bo jego ojciec pojawił się na parę sekund i nie miał do zagrania absolutnie nic. No dobrze, Cielecka pokazała, że w przeciwieństwie do większości obsady umie grać, ale ekspresja pozostała niestety nadal teatralna, co czyni jej postać niezamierzenie chyba pretensjonalnym pannidłem. Emocji jak nie było, tak nie ma, a dialogi nadal nie nadają się do słuchania.

No i wszyscy - wszyscy! w mieście i na wsi, przepraszam, w skansenie - są tak czyści, jakby wówczas nie palono w ogóle w piecach, nie pracowano w polu, nie chodzono po zakurzonych ulicach i w ogóle zajmowano się jedynie strząsaniem pyłków z ubrania i przecieraniem odkrytych części ciała wilgotnymi chusteczkami. Albo jakby wypożyczalnia kostiumów zastrzegła sobie ich zwrot w stanie absolutnie nienaruszonym.

Na plus mogę zaliczyć to, że przynajmniej kamerzysta się uspokoił i praca kamery w zasadzie była przezroczysta, za co go błogosławię, bo przynajmnie to mniej męczyło. Muzyki było jakby mniej, więc też nie irytowała aż tak bardzo.

Fabuła natomiast miała zdecydowanie więcej potencjału (zmarnowanego) w pierwszym odcinku, ponieważ tu intryga była tak nawymyślana, że wymagała dużej dozy dobrej woli, żeby uwierzyć w to, że ktoś - nauczyciel nazwiskiem Karaś, pozbawiony poza tym cech i motywacji psychopatycznego mordercy - aż tak się natrudził. W sumie gdyby mniej nawymyślał celem pozbycia się matki swojego niechcianego ze względu na potencjalną karierę dziecka, to chyba byłoby go trudniej wykryć.

Mam jednak wrażenie, że w tym serialu wykrywanie zbrodniarzy będzie polegało na tym, że odtwórcy głównych ról będą wygłaszali kolejne kwestie ujawniające kolejne elementy zagadki. I zawsze będą trafiać za pierwszym razem, jak Weronika (czy ktoś może ją zabrać z ekranu, proszę?) identyfikująca natychmiast, za pomocą jednego zerknięcia na trocinę pod mikroskopem i położenia na kolanach ksiażki, drewno czereśni. Miałam na studiach kurs dendrochronologii i wspomnienia z tegoż pozostawiły mnie w głębokim przekonaniu, że cały proces identyfikacji w tym konkretnym przypadku stał na głowie. Specjalista albo posiadacz odpowiednich tablic zasadniczo rozpoznaje drewno na podstawie oglądu w skali makroskopowej, a od gapienia się w mikroskop ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, nie zrobi się mądrzejszy. A wiedza zawarta w książce nie wchłonie się przez osmozę, nawet jeśli pracuje się w prosektorium bez rękawiczek (ale w maseczkach na twarzach). Wnioski o charakterze medycznym (np. dotyczące zaawansowania ciąży denatki pozbawionej narządów rodnych) też wołają o pomstę do nieba.

Na dodatek w warstwie okołofabularnej znów zabrakło riserczu. Otóż tym razem odcinek otarł się o ważny element galicyjskiej kultury, mianowicie mieszkających tu dość powszechnie Żydów. Problem w tym, że ich w tym odcinku nie było. Za całą żydowskość robiła wstawiona do jednej ze skansenowych chałup menora, całkiem zresztą współczesna, obstawiam, że z kramów w Sukiennicach. Rodzina Hirszów wyglądała dokładnie tak samo, jak polscy chłopi umieszczeni w tym samym skansenie (skądinąd znajdującym się na terenie dawnego zaboru rosyjskiego, bo na Kielecczyźnie), mówiła też równie bezbarwną polszczyzną bez choćby cienia charakterystycznej wymowy, nie mówiąc już o choćby kilku słowach w jidysz wtrąconych w język polski.

Na dodatek scenarzystom wszystko się pokićkało, ponieważ w dialogach wspomniany został jakiś lekarz (znajomy głównego bohatera, uczeń jego ojca, czy co tam), który wyjściowo był ortodoksyjnym żydem. Nie jestem specjalistką, ale mam wrażenie, że prawdziwie ortodoksyjny żyd to i dziś nie bardzo zostanie lekarzem bez rezygnacji z ortodoksji. Z kolei wiejski żydowski stolarz, który miał spore szanse być tym klasycznym "Żydem z Wesela", nosić pejsy, jarmułkę i tałes, wyglądał jakby był co najmniej zwolennikiem haskali albo i działaczem Bundu (co skądinąd mogłoby być ciekawym wątkiem). Jego rodzina też wyglądała na wysoce zasymilowaną i właściwie, gdyby nam nie powiedziano, że to Żydzi, to nie mielibyśmy szans tego wymyślić. (No dobra, menora rzucała się w oczy.) Podsumowując: w szumnie zapowiadanym programie drobiazgowego odtwarzania realiów epoki kolejny element nie wyszedł i z epoką niewiele ma wspólnego.

A wiek XIX tym razem hasłowo reprezentował - a jakże - Alfred Dreyfus. Tylko że scenarzyści nie doczytali, że tam chodziło o rzekome szpiegostwo i antysemityzm zinstytucjonalizowany, więc potencjalne zamieszki z powodu "mordu rytualnego" nijak nie będą "drugą sprawą Dreyfusa".

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

czwartek, 23 lutego 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
       

       Copyright