Blog > Komentarze do wpisu
To jeszcze może być Niemiec (Belle epoque 5)

N powiedziała, że recenzja z piątego odcinka powinna mieć tytuł "Nie będzie Niemiec pluł nam w BHP". Słuszna uwaga, ale niestety tytuł okazał się zbyt długi. Niemniej w zasadzie o tym było, a mogło być tak pięknie.

Zamysł fabularny był chyba najambitniejszy z dotychczasowych - w sensie swojego potencjału, bo nie realizacji. Historia górników, którzy nawet nie tyle biorą sprawy (ze złym dyrektorem kopalni) w swoje ręce, ile kryją człowieka (dobrego inżyniera, syna dobrego inżyniera), który złego dyrektora zabił może w obronie własnej, a może ich (górników), plus historia policjanta i sędziego, którzy postanawiają przymknąć oczy na ewidentne grupowe kłamstwo - to materiał na dobry dramat psychologiczny albo społeczny, ale trzeba by tu ręki jakiegoś Kena Loacha.

Bogowie, jaki to mógłby być dobry film... Niestety był tylko słaby odcinek słabego serialu.

Tym, co mnie nieustająco zadziwia, jest talent realizatorów (scenarzystów, reżysera i aktorów) do zabijania dobrych pomysłów. Oraz to, że najdalej w połowie odcinka wiem, kto zabił (a przynajmniej, kto na pewno nie zabił). Tu w sumie na dodatek jakoś tak się poskładało, że jak zobaczyłam maszynerię filmowaną jako w tej "Ziemi obiecanej", to wiedziałam, że ktoś (denat z torów) musiał wpaść do maszyny, a jak zobaczyłam dobrego inżyniera, to poczułam, że musiał w tym maczać palce. No i w sumie można było przewidzieć, że tym złym będzie Niemiec (tu scenarzyści nie odrobili lekcji Reymonta), co mnie jednakowoż dziwi, skoro serial produkuje TVN a nie TVP.

Choć w sumie dziwniejsze jest to, że realizatorom (scenarzystom, reżyserowi i aktorom) udało się jeszcze bardziej zarżnąć wątek główny. Bo z tymi kryminalnymi przynajmniej można spekulować, kiedy będzie przewidywa(l)ny twist. Wątek główny, dotyczący głównych bohaterów, jest mi równie doskonale obojętny jak wynik wyborów prezydenckich w San Escobar. Nie, wróć: ten wątek głównie mnie irytuje swoją pretensjonalnością. I postaciami.

O tym, że jako te bedłki jarmużu czy też kania dżdżu pragnę, by ktoś odstrzelił Weronikę, już pisałam. Za postać i za aktorstwo, najgorsze w fatalnie zagranym serialu. Gorzej, że zaczęłam tego samego pragnąć dla Konstancji, mimo że Magdalenę Cielecką autentycznie cenię jako aktorkę. Ale jak po raz kolejny widzę zamożną pannę we wciąż tej samej sukni i kapeluszu (no dobra, w tym odcinku przynajmniej to zdjęła), na dodatek mówiącą afektowaną teatralną manierą, to moje myśli również krążą wokół metaforycznego pistoletu. Przeczysta - dosłownie i metaforycznie - prostytutka to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie. Małaszyński jest z kolei nadal tak drewniany, że jeszcze chwila i w ogóle przestanę go zauważać.

No i czaszka. Podmieniona w grobie czaszka. I to na taką, żeby doktor Skarżyński nie miał żadnych wątpliwości, że jest podmieniona. Z młodego mężczyzny na mężczyznę nie dość, że dużo starszego, to jeszcze gnębionego przez gruźlicę kości. Po kursie antropologii fizycznej łyknę sporo, jeśli chodzi o odczytywanie wieku i schorzeń akurat z czaszki, więc tym razem nie będę się czepiać detali. Tym razem czepnę się tego, że nijak, ale to nijak nie kupuję tej podmiany.

Jak już pisałam w recenzji poprzedniego odcinka, czaszka wyglądała jak wygotowana w żelazistej wodzie, tak była czyściutka. No dobra, jak ktoś ją podmienił na ukradzioną z jakiegoś zakładu anatomii, to w porządku. Ale wątpię. Zresztą w sumie wtedy powinni podmienić cały szkielet, bo inaczej nawet średnio rozgarnięty bohater powinien się kapnąć, że nie pasuje ona do reszty. Ale co wtedy np. z ubraniem nieboszczyka?

Ponieważ główną podejrzaną jest niejaka Misia (to chyba ta w czarnej sukni, co raz czy drugi mignęła w kadrze oraz życiorysie prostytutki przeczystej), to mimo iż miała ona mieć ponoć skłonności do orgii, jakoś nie za bardzo ją sobie wyobrażam 1) odcinającą głowę świeżemu nieboszczykowi i podmieniającą ją na świeżą lub nieświeżą głowę nieboszczyka z gruźlicą kości; 2) włamującą sie do grobowca (choć w sumie niezamurowany on, sądząc po poprzednim odcinku) i podmieniającą czaszki na jakimś tam etapie rozkładu tkanek miękkich. Tertium non datur, że pozwolę sobie na taką licencję poetycką.

Aha, byłabym zapomniała. Najbliższa Krakowa kopalnia węgla kamiennego i chyba jedyna w byłym zaborze austriackim, znajduje się w Libiążu. Scenarzyści dali jej nawet tę samą nazwę nazwę łudząco podobą do tej, jaką ma w rzeczywistości, mimo że pierwszego właściciela Francuza zamienili na złego Niemca. Nieistotne. Problem z kopalnią jest w tym odcinku taki, że ma się wrażenie, jakby była tuż pod Krakowem, bo nasi dzielni bohaterowie najwyraźniej idą sobie tam spacerkiem niczym do Lasku Wolskiego. Miasto Libiąż jednakowoż jest oddalone od Krakowa o mniej więcej godzinę drogi współczesnymi szosami i samochodami - czyli dla nich to znacznie dłuższa jazda. Skoro taka miała być dbałość o realia, to może warto by pokazać, jak tłuką się albo pociągiem, który tam przecież jeździ, albo powozem, albo i automobilem.

Muzyka była znów wyjątkowo niedobrana. Żaluzji nie było. Refleksy świetlne niestety były.


Save

Save

Save

Save

sobota, 18 marca 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/03/18 12:22:04
Nazwa kopalni w Libiążu jest chyba nie ta sama, co na ekranie (Jadwiga), a bardzo podobna (Janina), ale w sumie na prawie to samo (dokładnie ta nazwa czy bardzo czytelna do niej aluzja) wychodzi...
-
2017/03/18 14:07:36
Miałam wrażenie, że oni mówili o Jadwidze w filmie, ale możliwe, że dopiero kiedy ją wyguglałam, to mi się dwie nazwy skontaminowały. Możemy sprawdzić :P
-
2017/03/18 14:24:15
Tak, w filmie jest Jadwiga, jak najbardziej. To w realnym Libiążu jest kopalnia Janina.
-
2017/03/18 14:38:14
A, czyli na odwrót mi się skontaminowało. Nawet mi się trochę dziwne wydawało, żeby żona tego Francuza, od której rzekomo miała być nazwa wg wiki, była Jadwiga, ale w końcu mógł się z Polką ożenić albo mieć żonę o nietypowym imieniu ;)
-
2017/03/18 14:39:26
Wyedytowałam.
-
pfg
2017/03/22 22:33:02
Tosca?!
       

       Copyright