Blog > Komentarze do wpisu
Zaangażowanie i aktywizm

Dwa tygodnie temu pisząc o lex Szyszko pozwoliłam sobie stwierdzić ze smutkiem, że jakoś nie widzę aktywności zielonych aktywistów przeciwko tej ustawie i jej skutkom. Bo nie widzę. Spotkało się to między innymi z dość drapieżną reakcją jednego z komentatorów (nick Redezi), który napisał tak: "Nie obwiniaj aktywistów za słabość mediów, zwłaszcza, że sama niechętnie się angażujesz za to chętnie stawiasz wymagania."

Na pierwszą część tego zdania odpowiedziałam w komentarzach, na drugą trochę też, ale po dłuższym namyśle uznałam, że jakkolwiek nie lubię pisać o sprawach osobistych, tak oskarżenie tam zawarte wymaga nieco dłuższego komentarza. Zwłaszcza że właśnie zaangażowałam się, na tyle, na ile pozwala mi czas, w rzecz istotną dla dzielnicy, w której mieszkam. Mniejsza o to, jaką, to sprawa na tyle lokalna, że nie będę nią zawracać głowy.

Otóż, drogi Redezi, który zdajesz się tak znakomicie mnie znać, choć nie wiem, skąd, zaangażowanie to konkretne działania. Tak to rozumiem i kiedy uważam, że coś wymaga mojego zaangażowania, angażuję się na tyle, na ile czas mi pozwala. (Do tego, dlaczego chwilowo pozwala w małym stopniu, wrócę, bo to się łączy z głównym tematem.) Aktywiści natomiast, skoro mienią się aktywistami, powinni być aktywni. To wynika z samej definicji słowa "aktywista". To ktoś, kto działa - zawodowo lub społecznie, ale zajmuje się właśnie działalnością na rzecz czegoś konkretnego. I jeśli w konkretnej kryzysowej sytuacji nie widzę aktywności aktywistów, to znaczy, że są to cztery litery, a nie aktywiści. I z przykrością muszę skonstatować, że najwyraźniej prawdziwy aktywizm jest gdzie indziej - np. w Ordo Iuris. Może "nasza strona" powinna przyjrzeć się ich aktywności, ich niezmordowanej wręcz aktywności, i wyciągnąć z tego lekcję.

Jak już powiedziałam, Redezi wypowiada się tak, jakby doskonale znał mnie od wielu lat. Gdyby tak było, to wiedziałby, że w swoim czasie - tym, w którym człowiek najchętniej bywa aktywistą - angażowałam się bardzo mocno. Zbierałam podpisy, wysłuchiwałam komentarzy o żydokomunie, rozwieszałam plakaty, roznosiłam ulotki wyborcze, organizowałam spotkania z politykami i ludźmi kultury, redagowałam biuletyny, siedziałam w komisji wyborczej jako mąż (czy też żona) zaufania. Właśnie jako mąż zaufania, a nie opłacany członek komisji. Było to w zamierzchłych czasach świętej pamięci Unii Demokratycznej/Unii Wolności, kiedy w polityce byli jeszcze ludzie, których naprawdę ceniłam. Robiłam to wszystko w czasach, kiedy nie łączyło się to z żadnymi szansami na karierę w partii, kiedy była to robota czysto społeczna.

Przez zaangażowanie rozumiem również udział w wyborach. Póki te wybory są demokratyczne, uważam, że udział w nich jest obywatelskim obowiązkiem. Gdyby stały się znów niedemokratyczne, rozważałabym dwie opcje ich bojkotu: absencję i oddanie głosu nieważnego. Ale póki mają szanse o czymś zdecydować, bezwzględnie sądzę, że należy głosować - nawet jeśli już nie ma polityków ani partii, które naprawdę się szanowało. W absolutnej ostateczności należy głosować po prostu przeciw. Przeciw temu, czego naprawdę się nie chce, jeśli nie da się głosować za tym, czego się chce.

Przez zaangażowanie rozumiem także wykonywanie swojej pracy. I tu dochodzę do tego, o czym już wspomniałam: że mam ograniczony czas na aktywność społeczno-polityczną. Jest tak paradoksalnie z tego powodu, że od jakiegoś czasu nie mam stałego zatrudnienia, a drugie studia doktoranckie właśnie skończyłam i lada moment będę ten drugi doktorat bronić. Mimo to nie mam zatrudnienia i w związku z tym nie mam stałych dochodów. W tym roku nie mam ich całkowicie, bo do zeszłego miałam przynajmniej ten marny kadłubek stypendium, który mi jeszcze przysługiwał. Żeby było jasne: mój miesięczny dochód wynosi obecnie 0,00 zł. Do tego dochodzi kilkuletni brak składek na fundusz emerytalny, a także niemożność zrobienia habilitacji, co otworzyłoby mi drogę np. do ubiegania się o stanowiska profesora nadzwyczajnego na uczelniach.

Mimo to staram się robić to, co powinnam robić jako osoba, która wprawdzie z perturbacjami wynikającymi z niewłaściwych wyborów życiowych, ale jednak całe dotychczasowe dorosłe życie poświęciła nauce: usiłuję uprawiać tę właśnie naukę. Niestety, jak się okazało, z moim życiorysem nie powinnam tego robić, w każdym razie w Polsce. Robię drugi doktorat, a nie pierwszy, więc gremia zajmujące się finansowaniem nauki odmówiły mi statusu post-doca, co drastycznie zmniejszyło moje możliwości ubiegania się o zatrudnienie i granty.

W tej konkretnej sprawie, pomocy w usiłowaniu uzyskania statusu przysługującego mi po ukończeniu studiów doktoranckich, po zmianie ścieżki kariery naukowej, po kilkuletniej przerwie w publikowaniu, zwracałam się do organizacji, która uważa się za aktywistów naukowych i wydaje się wręcz powołana do występowania i aktywności w takich przypadkach - do Obywateli Nauki. Od których raz za czas dostaję na maila biuletyny o działalności. Okazało się jednak, że ON nie są zainteresowani realną pomocą dla obywatelki nauki, którą pozbawiono praw obywatelskich. Odpowiedzi, jakie dostawałam, były najoględniej mówiąc, zbywające, co przekonało mnie, że aktywizm jest dla aktywistów i ich dobrego samopoczucia, a nie dla zwykłego obywatela. A prosiłam głównie o pomoc o charakterze prawnym lub nagłośnienie tego konkretnego przypadku, który tak naprawdę wymyka się regulacjom w odpowiednich ustawach, a przez gremia decyzyjne został potraktowany na moją niekorzyść, bo tak było najłatwiej.

Otóż, drogi Redezi, który tak znakomicie mnie znasz, pozwól, że zwrócę Twoją uwagę na to, że jeśli usiłuje się przebić na rynku naukowym nie mając żadnego instytucjonalno-finansowego wsparcia, jeśli musi się z własnej kieszeni finansować kwerendy i udział w konferencjach, to musi się jeszcze zarabiać. W najbardziej kryzysowych sytuacjach wspomagała mnie rodzina, ale przede wszystkim odkąd zdecydowałam się na zmianę życia, nowe studia, nową karierę, zarabiam na nią na tzw. śmieciówkach, tłumacząc książki. A kiedy to robię, to nie mam czasu na pisanie artykułów naukowych, w rezultacie więc czas dzielę między pracę zarobkową i pracę naukową finansowaną przez tę pierwszą. Cierpi na tym jedno i drugie, ale kolejny rok zaciskam zęby i idę dalej.

Bo widzisz, to również uważam za zaangażowanie. Na dodatek wyjątkowo wymagające, trudne i frustrujące.


Save

Save

piątek, 31 marca 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/03/31 14:10:34
Gorzkie. Ale z drugiej strony: smutne i budujące zarazem. Co jest dobrą kombinacją.
Dasz radę!

P.S. Z "dobrych" rad i pouczeń raczej zrezygnuję. I nie będę przypominał, że w porównaniu z sytuacją materialną takiego, panie, na przykład Jerzego Orwella w latach czterdziestych prawda to ho, ho.
-
pfg
2017/03/31 19:34:08
Dawno temu poznalem osobę, która w Oxfordzie robila *drugie* studia pierwszego stopnia (Bachelor), mając już oxfordzkie BA z czegoś innego. No i ponieważ były to jej drugie studia, formalnie była traktowana jak graduate student, mimo iż ubiegała się o undergraduate degree.

Ja się swego czasu dość krytycznie wypowiadałem o robieniu drugiego doktoratu. To znaczy, jeśli ktoś ktoś chce się czegoś nowego nauczyć, kompletnie zmienić tematykę badawczą, zrobić ten drugi doktorat dla własnej satysfakcji, to czemu nie? Ale formalnie nie powinno być to potrzebne. Niestety, w Polsce nauka urzędowo podzielona jest na sztywne dyscypliny, które bardzo zazdrośnie strzegą swoich prerogatyw.

Bez wątpienia za niewłaściwe uważam robienie dwóch doktoratów na *prawie* ten sam temat, jeden formalnie z X, drugi z Y, ale przedmiot badawczy jest w gruncie rzeczy ten sam. To akurat nie jest przypadek drakainy, której dwa doktoraty - ten dawny i ten planowany - są, o ile mi wiadomo, heterogeniczne.
-
2017/04/01 13:13:14
@pfg - absolutna zgoda. Gdyby była możliwość, żebym zamiast tego drugiego doktoratu robiła od razu habilitację, to bym się na tę możliwość rzuciła, ponieważ to również zmieniałoby zasadniczo moją sytuację dla ciał decyzyjnych o finansowaniu i nie byłabym bytem nieistniejącym. Ale obecnie nie jest to możliwe - z przyczyn finansowych. Doktorat da się sfinansować w ramach studiów doktoranckich, a na habilitację wydział musiałby wyłożyć kasę. Nie jestem nawet pewna, czy mogłabym to hipotetycznie zrobić ja, podczas gdy doktorat chyba nadal może być samofinansowany.

Skądinąd znam przypadek z dawnych czasów (tzn. środkowego PRL), kiedy zamiast magisterium (!) z drugiej specjalności delikwentowi zaproponowano habilitację. Ale to se ne vrati.
-
2017/04/01 13:18:34
@pfg

PS. Na marginesie cytowanego przez Ciebie przypadku oksfordzkiego. Pytanie, co to zmieniało w praktyce dla tego człowieka - bo mam wrażenie, że raczej podnosiło jego status i zwiększało możliwości. Natomiast problemem w moim przypadku jest to, że polskie gremia decyzyjne jako jedyne mi znane stosują zasadę pierwszego chronologicznie doktoratu - jedynego ważnego doktoratu. W zasadzie wszystkie programy zachodnie zakładają, że dla twojej "eligibility" liczy się tematyka projektu i to, do którego z posiadanych doktoratów się odnosi. Czyli jeśli w programie, który ma zasadę "do pięciu lat po doktoracie" składasz projekt związany z doktoratem zrobionym rok temu, spełniasz warunki, nawet jeśli pierwszy doktorat zrobiłeś pół wieku temu. W Polsce liczy się jedynie, kiedy zrobiłeś pierwszy, nawet jeśli był, powiedzmy, z inżynierii sanitarnej, a projekt dotyczy religioznawstwa.
-
pfg
2017/04/01 23:07:54
@drakaina - no tak, mojej oksfordzkiej znajomej podniosło to status. Ale także niektóre oplaty w college'u, na szczęście niewiele.
       

       Copyright