Blog > Komentarze do wpisu
Manowce rankingu

Media zabiły na alarm: ogłoszono kolejny ranking uczelni, w którym te najlepsze w Polsce zajęły raptem miejsca 200+ w Europie i odpowiednio niższe na świecie. Nikogo przy tym nie dziwi, że 40% udziałów w rankingu europejskim zdobyły uczelnie brytyjskie, a ranking jest autorstwa Times Higher Education, dawniej Times Higher Education Supplement, który wikipedia opisuje jako "tygodnik londyński skupiający się na zagadnieniach szkolnictwa wyższego".

Nie chcę tu snuć teorii spiskowych, ale mam wrażenie, że Zjednoczone (jak długo jeszcze?) Królestwo w związku z Brexitem będzie musiało się pokazać jako atrakcyjne i te 40% doskonale do tego wizerunku pasuje. Nie chcę też podważać renomy Oksfordu czy Cambridge, aczkolwiek widziałam w książkach wydawanych przez University Press obu tych uczelni bzdury, o których napisanie nikt by szacownych absolwentów dwóch najlepszych uczelni Europy nie posądził. A już na pewno nie zamierzam unosić się patriotycznym oburzeniem i udowadniać, że nasze uczelnie są co najmniej równie dobre.

W całym tym zgiełku interesuje mnie zupełnie coś innego, mianowicie sposób przedstawienia problemu w polskich mediach. Jest to albo bardziej wyważony (Forbes), albo nieco bardziej sensacyjny w tonie (gazeta.pl, niebezpiecznie upodabniająca się stylem do tabloidów), ale jedynie raport. Bez jakiegokolwiek komentarza, który wypunktowałby powody, dla których jesteśmy, gdzie jesteśmy, niezależnie od oceny sensowności i wiarygodności samych rankingów.

Wg Forbesa ranking bierze pod uwagę "edukację, naukę i transfer wiedzy"i stosuje następujące kryteria: "nauczanie, umiędzynarodowienie, badania naukowe, cytacyjność i współpraca z biznesem". I niestety opiera się na bazie SCOPUS, która - jeśli chodzi o humanistykę, o której mogę cokolwiek powiedzieć - jest dziurawa jak rzeszoto i nie uwzględnia cytowań, o których wiem, że istnieją. Zapewne nie jest możliwe (nie jest?) stworzenie systemu, który uwzględniałby wszystkie książki i czasopisma naukowe i realnie liczył cytowania, ale opieranie rankingu na bazie bardzo mocno nastawionej na konkretne dziedziny nauki nie ma sensu, bo wyklucza sporą liczbę naukowców. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że taki ważny Scopus nie uwzględnia zeszytów naukowych prowincjonalnej polskiej czy litewskiej szkoły wyższej, o tyle niezrozumiałe jest dla mnie, że nie ma w nim danych z ważnych - czasem kluczowych dla danej dziedziny czy tematu monografii, wydawanych w dużych ośrodkach lub poważnych wydawnictwach zachodnioeuropejskich, a takich właśnie cytowań moich własnych artykułów nie znalazłam w Scopusie. I zapewne większość humanistów ma podobne doświadczenie.

Ale zostawiając nieszczęsną kwestię cytowań, która na wieki zapewne pozostanie zmorą nauki, tym, czego mi brakuje w doniesieniach o rankingu, jest odniesienie się do przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. Tymczasem w komentarzach na obu portalach, które przywołałam powyżej, w komentarzach pełno hejtu do profesorków, uczelnianego średniowiecza, wykształciuchów, opinie o tym, że polscy naukowcy to tylko nieroby albo plagiatorzy. Suweren daje jasno do zrozumienia rządzącym, że nauki w Polsce nie należy finansować, bo z natury swojej jest ona do niczego i taka pozostanie, co pokazuje ranking.

Trudno sobie wyobrazić lepszą antynaukową propagandę, niż zaserwowały nam te doniesienia o rankingu - w podobnym tonie pojawiające się zresztą przy każdorazowym ogłaszaniu takich list. Podczas gdy suwerenowi należałoby uzmysłowić, że tak jak nagle w sporcie zaczęliśmy odnosić jakieś tam wymierne sukcesy, kiedy zabrano się systemowo za jego promocję, zreorganizowano struktury i wpakowano w niego spore pieniądze, tak i może być z nauką.

Tyle tylko, że nie da się po prostu przenieść metod z korpo ani sportu do nauki, a mam wrażenie, że takie są wyobrażenia o reformie i finansowaniu różnych ministrów i innych gremiów. Podejście biznesowe widać w pomysłach ministerialnych, które z pracowników naukowo-dydaktycznych robią korposzczury, mające się okresowo rozliczać z wykonania jakichś konkretnych zadań oraz odpowiedniej ilości biurokracji. Podejście sportowe (z elementami korporacyjnego) prezentuje natomiast Narodowe Centrum Nauki, które po pierwsze z uporem godnym lepszej sprawy mnoży programy przeznaczone wyłącznie dla "młodych" (jakieś sześć różnych programów) oraz wyobraża sobie, że za pomocą sprowadzania do Polski zagranicznych szkoleniowców (program dla obcokrajowców, którzy zechcą u nas przez chwilę popracować za pieniądze, jakie nie marzą się polskim pracownikom wyższych uczelni) cokolwiek zmienią.

Tego, że sezonowi pracownicy z zachodu czy prężnie się rozwijającego Dalekiego Wschodu niczego nie zmienią (poza oceną "umiędzynarodowienia" czyli de facto dobrym samopoczuciem urzędników), nie muszę chyba wyjaśniać. Natomiast programy dla młodych muszą oczywiście istnieć, żeby ich zatrzymywać w nauce, tyle że u nas stoją one na głowie. Na tym fetyszyzowanym zachodzie post-doc dostaje zazwyczaj zatrudnienie w zespole, przy mniej lub bardziej ściśle zdefiniowanym projekcie (są takie, które bardzo dokładnie określają wymagania, i takie, które zachęcają do proponowania własnych podtematów). W Polsce wszystkie programy skierowane do osób tuż po doktoracie zakładają, że to one same będą budować zespoły i prowadzić samodzielne badania, kierując grupą ludzi. Kilku może jest na tyle dojrzałych, że to się uda, większość polegnie mniej lub bardziej spektakularnie, tzn. albo wyjdzie im z tych ambitnie zamierzonych projektów coś przeciętnego, albo nic. A przede wszystkim, kiedy skończą się łatwo uzyskiwalne pieniądze, wielu wycofa się z nauki.

Na dodatek, jak już NCN się zdecydowało uruchomić program, który od dawna wydawał mi się jednym z najpotrzebniejszych - małych grantów przyznawanych w trybie ciągłym na wyjazdy konferencyjne, kwerendy czy inne drobne naukowe potrzeby, to również ograniczył go do "młodych" (karencja po doktoracie)... Czyli tych, którzy mają największy i najłatwiejszy dostęp do ogólengo finansowania swoich badań i z tych środków mają opłacać konferencje i kwerendy. Tymczasem taki program powinien być w pierwszej mierze skierowany do wszystkich niezależnie od stanowiska i wieku, którzy grantów nie mają - żeby umożliwić im uczestnictwo w międzynarodowym życiu naukowym i w perspektywie np. właśnie uzyskiwanie grantów. Uczelnie często nie mają środków, żeby opłacać wyjazdy pracowników, więc ci, którzy własnych grantów nie posiadają - a przy wskaźniku sukcesu na poziomie oscylującym wokół 10% imię ich legion i niekoniecznie wszyscy są beznadziejni naukowo - skazani są na niebyt i w perspektywie dalszy brak finansowania badań.

Takie małe granty powinny być też np. na napisanie konkretnego artykułu, do którego potrzebuje się krótkich badań. Publikacja w dobrym czasopismie czy książce jest podstawą dalszych starań o finansowanie, więc powinno się ją umożliwiać jak największej liczbie naukowców, a nie tylko zakładać, że najkrótszy czas wykonywania projektu to bodaj pół roku, jeśli nie rok. Czasem właśnie bardziej przydałoby się dofinansowanie miesięcznej kwerendy czy pobytu w laboratorium, które byłoby relatywnie łatwo uzyskiwalne, niż programy na duże projekty. Zwłaszcza że w tych ostatnich trzeba poświęcić bardzo dużo czasu na przygotowanie dokumentacji i biurokrację, a szanse są niewielkie, co dla wielu ludzi, których znam, jest czynnikiem zniechęcającym. Potem oczywiście słyszymy, że Polacy nie chca się starać o granty, w związku z czym rząd nie zwiększa nakładów na naukę. I tak w koło Macieju.

Pominę tu niedobrze zorganizowany system oceniania wniosków, bo to temat na osobny elaborat, a tym razem chciałam się skupić na braku właściwej oceny sytuacji w mediach.

Od dziennikarzy oczekiwałabym mianowicie roztrąbienia potrzeby finansowania nauki po to, żebyśmy zaczęli uzyskiwać realne sukcesy, tak jak nagłośniono potrzebę inwestycji w sport. Oczywiście, sport oglądają miliony w telewizji, więc ta inwestycja przekłada się bezpośrednio na popularność i pieniądze. Nauka potrzebuje nieco więcej czasu, żeby nakłady się zwróciły i zaczęły procentować, ale ten zysk jest niepomierny, bo to nie tylko kwestia prestiżu w świecie, ale poprawy bytu w kraju*. Oczekiwałabym więc serii artykułów pokazujących autentyczne bolączki polskiej nauki i uczelni, od braku pieniędzy (i co to oznacza), przez nieszczęsne pieniądze za studentem, po iluzję kontraktowości i trzymanie w nieskończoność ludzi, którzy niczym się nie wykazują, bo się ich kiedyś zatrudniło. Wyjaśnienie, na czym polega pułapka cytowalności bez wzięcia pod uwagę oprócz mierzalnego prestiżu publikacji także jej wagi w obrębie dyscypliny. I tak dalej i tak dalej. Żeby grupa inteligentnych dziennikarzy zrobiła polskiej nauce dobrą robotę - zamiast tylko załamywać ręce, przyjrzała się źródłom i objawom choroby.

* Tak, wiem, mnóstwo malkontentów powiedziałoby mi, że po co w takim razie humanistyka. Ano na przykład po to, żeby mieć intelektualne i społeczne narzędzia do walki z ksenofobią, nacjonalizmem, nietolerancją i fanatyzmem. To nie jest oczywiście tak, że wykształcony humanista nie ma szans zostać antysemitą czy nacjonalistą, ale zwiększenie poziomu wiedzy zawsze trochę pomaga. A poza tym nauka to poznawanie świata, a nie tylko zastosowania.

Save

Save

Save

Save

wtorek, 04 kwietnia 2017, drakaina
Tagi: nauka
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: pantarej, 142.243.254.*
2017/04/04 20:23:02
Nie bardzo rozumiem kto zwolnil facetow w wieku "poborowym" z obowiazku wypracowywania dobrostanu, takze finansowego. Konfucjusz? Talmud? Bibila? Koran? Karol Marx?
-
2017/04/04 21:49:54
Moja droga, Gazeta.pl nie upadabnia się coraz bardziej do tabloidu, lecz jest upodabniana. Jest to celowe działanie, u którego podstaw leży przeświadczenie, że "z obsługi erudytów i intelektualistów" nie da się w żaden sposób wyżyć i że zachowanie linii portalu (i gazety) sprzed około 2010 roku jest równoznaczne z popełnieniem ekonomicznego samobójstwa. Dlatego tankowiec skręcił i zmierza obecnie do "lajfstylowego" portu.
Przez pewien czas próbowano obsługiwać obie grupy (tych zainteresowanych Baumanem i tych zainteresowanych dietą ketonową) ale ten okres najwyraźniej się skończył. My już nie jesteśmy grupą docelową.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/04/04 23:52:31
Drakaino, słusznie prawisz, ale co z tego? I tak pewnie za chwilę min. Gowin zafunduje nam przeróbkę PAN na sztucznie utworzony superuniwersytet, żeby ten mógł zabłysnąć w rankingach, albo wymusi fuzję UW z UJ czy coś równie bezużytecznego, czy wręcz szkodliwego dla jakości prowadzonych badań. Fetysz rankingu jest u nas przeogromny, przy czym im ranking bardziej pozbawiony sensu, tym ekscytacja większa. We rankingu THE zwraca uwagę nie tylko napompowana pozycja Wielkiej Brytanii, ale również bardzo słaba ocena uczelni francuskich (przy czym oczywiście od lat wiadomo w miarę dobrze, skąd to się bierze i dlaczego nie oddaje to rzeczywistych proporcji siły naukowej obu tych państw, ale nikt się przy okazji prezentacji wyników rankingu o tym nie zająknie).

Co ciekawe, gdy już czasem jakieś polskie wydziały (głównie z zakresu nauk ścisłych) wypadną nieco lepiej, to o tym akurat media trąbić nie chcą, bo tego ciemny lud nie kupi. Np. matematyka na UW jest w ostatnim rankingu US News Best Global Universities 78. na świecie i 25. w Europie. Fizycy z UW tamże - 118. na świecie i 43. w Europie. Itd. itp. Rankingi jak rankingi, nie ma się tymi lepszymi wynikami sensu przesadnie ekscytować dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie należy popadać w rozpacz w przypadku wyników słabszych. Ale zwraca uwagę rażąca i chyba tendencyjna asymetria w relacjonowaniu "sukcesów" i "porażek".
-
Gość: pantarej, 142.243.254.*
2017/04/04 23:58:40
Czy panowie TenTelemach oraz "X" moga mi wyjasnic:
1) co konkretnie i z jakiego powodu im sie ode mnie nalezy, za co i dlaczego?
2) czy widzieli kiedys prawdziwy uniwersytet z bliska?
-
Gość: pantarej, 142.243.254.*
2017/04/04 23:59:43
@ drakaina

Aha, i jeszcze ten obrazek ;-) No boski po prostu.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/04/05 00:24:51
@Pantarej

1) Mnie konkretnie od Ciebie konkretnie? Szczerze mówiąc wolałbym niczego od Ciebie nie dostawać. A nawet po cichu myślę, że gdyby Tobie podobni rodacy zamieszkiwali jakiś rozsądnie spójny terytorialnie kawałek Polski w zwartej i jednorodnej grupie, to nikomu by nie zaszkodziło, żeby tę część Polski oddzielić i pozwolić, aby dalej radziła sobie sama, bez wtrącania się w sprawy reszty kraju i z wzajemnością.

2) Nie wiem, jak chciałbyś zweryfikować prawdziwość mojej odpowiedzi, ale jeśli za "prawdziwy uniwersytet" masz, powiedzmy, uczelnię z pierwszej setki rankingu szanghajskiego w mojej dziedzinie, a przez "widzenie" dłuższy niż parodniowy pobyt naukowy tam, na koszt owej uczelni lub zagranicznej agencji grantowej, niekiedy w formie umowy zatrudnienia pod tą czy inną nazwą, połączony z wygłaszaniem wykładów albo pisaniem prac naukowych z zagranicznymi współautorami, to widziałem duże kilka, prawie dziesięć chyba. Jeśli ograniczyć się do pierwszej dziesiątki rankingu, to wciąż będzie tego spore parę sztuk - pierwsza dziesiątka fluktuuje bardziej niż pierwsza setka, więc musiałbym grzebać w sieci, żeby sprawdzić, jaką pozycję zajmowały odwiedzane przeze mnie miejsca w tamtym czasie, ale wciąż będzie tego co najmniej dwa, a sądzę, że raczej trzy czy cztery. Nie byłem natomiast na uczelni zagranicznej regularnym członkiem Faculty, to były w moim przypadku zwykle pozycje typu Visiting (albo, za młodu, post-doc).

Tyle że mam w Polsce całe mnóstwo kolegów po fachu, którzy mogliby udzielić zbliżonej odpowiedzi. Pogłoski o izolacji polskiej nauki są cokolwiek przesadzone, przynajmniej jeśli chodzi o nauki ścisłe. Co oczywiście z drugiej strony nie oznacza, że mamy naukę na poziomie brytyjskiej czy francuskiej, daleko nam do tego.

-
2017/04/05 01:47:17
@free_aero
Nie chciałam wyjeżdżać z Francją i jej niską pozycją, bo ostatnio głównie tam jeżdżę, więc uznałam, że mogę nie być obiektywna. Ale zgadzam się w pełni. Poza wszystkim podziwiam to, jak oni mają zorganizowane badania i zespoły badawcze... Z początku może trudno ten system zrozumieć, ale jak już się go rozszyfruje, to jest idealny, zwłaszcza w humanistyce. "Laboratoires", które łączą różne instytucje nie wymuszając na siłę mobilności w sensie zmiany miejsca zamieszkania - to jest moje marzenie... No i tamtejsze wyższe szkolnictwo zawodowe - nie wierzę, żeby większość Ecoles Normales nie zasługiwała na najwyższe miejsca w rankingu - mam często do czynienia z ludźmi po tych szkołach i po prawdzie znam mało równie dobrze wykształconych specjalistów, którzy nie są ciasno zamknięci w swojej dziedzinie. Ale mam podejrzenie, że z kolei francuski system publikacyjny, bardzo mocno promujący książki popularnonaukowe, może nie wpadać w tryby anglosaskich rankingów. Cóż, tysiącletnia rywalizacja ;)
-
2017/04/05 01:48:52
@Pantarej
Obrazek to portret monsieur Lavoisiera z żoną, malował Jacques Louis David. Nawiasem mówiąc, Lavoisier w odbiorze powszechnym był bardziej poborcą podatkowym, niż chemikiem. Na dodatek marnie skończył.
-
Gość: pantarej, 142.243.254.*
2017/04/05 21:02:26
Wizja Gornej Volty z dobrymi wydzialami matmy tak mnie podnieca, jak wizja Gornej Volty z glowiacami atomowymi.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/04/05 23:52:06
Cny Pantareju, najwyraźniej nadążasz za modą na takie przerabianie Polski na Górną Wolskę, żeby nie było niczego. Jeszcze chwila, a do rządu Cię wezmą.
-
pfg
2017/04/06 23:16:34
He, he, poznałem Lavoisiera, a Davida się domyśliłem. Chociaż nigdy nie studiowałem historii sztuki :-)

Rankingi jak rankingi, każdy w znacznej mierze odzwierciedla to, w jakim celu go stworzono. Na przykład ten najsłynniejszy, szanghajski, pokazuje, dokąd najlepiej wysyłać zdolnych chińskich studentów. Chiny to wielki kraj, Chińczyków (różnej narodowości!) jest tak dużo, że nawet pomijając możliwe różnice w predyspozycjach uwidaczniających się w różnych populacjach, bardzo zdolnych Chińczyków musi być mnóstwo, co dodatkowo wzmacniane jest przez różnice kulturowe (w stosunku do Europy), których zdecydowanie nie należy pomijać. No i teraz zachodzi pytanie, dokąd opłaca się wysyłać chińskich studentów, przy założeniu, że tylko mniejszość z nich wróci do Chin. Otóż ranking szanghajski pokazuje, że do Polski nie warto :-(
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/04/09 00:31:13
@ranking szanghajski

Na początku z pewno scią pełnił rolę, o której pisze PFG. Ale sądzę, że byłoby naiwnością zakładać, że Chińczycy przeoczyli rolę, jaką zaczął on odgrywać na Zachodzie, i to, że można go użyć jako narzędzia nacisku czy też wręcz broń w wojnie hybrydowej (którą to wojnę z Zachodem Chiny prowadzą znacznie subtelniej niż Rosja i w innym horyzoncie czasowym: na poziomie bardziej strategicznym niż taktycznym). Skoro społeczeństwa i politycy Zachodu okazują się tak durni, by dla podbicia pozycji w chińskim, kompletnie nieprzejrzystym rankingu zmuszać swych naukowców i całą infrastrukturę naukową do szkodzącego jakości badań postępowania, to czemuż nie wykorzystać tej szansy...
       

       Copyright