Blog > Komentarze do wpisu
W sklepie jubilera (Belle epoque 8)

Pierwszy sezon Belle epoque szczęśliwie dobiega końca, jako że po prawdzie lekko zaczyna mi się nudzić recenzowanie podobnych wpadek realizatorskich. Ale jak już tak daleko dociągnęłam, to przynajmniej ten pierwszy sezon zrecenzuję odcinek po odcinku. Drugi - nie wiem, może po kilka odcinków na raz? Chyba że przygotuje jakieś niezwykłe i całkiem nowe atrakcje.

Wczorajszy łzawy melodramat o zakochanym jubilerze był wyjątkowo nieprzekonujący fabularnie i to nawet na tle dotychczasowych osiągnięć scenarzystów. Nigdy łatwo nie kupowałam tych wszystkich zbrodni w afekcie - trzeba mieć cholernie dużo talentu literackiego, żeby coś takiego dobrze napisać. Na dodatek chwilowo wysilam pamięć, żeby przypomnieć sobie naprawdę dobre historię spod tego konkretnego znaku, jaki pojawił się w scenariuszu (odrzucony mężczyzna zabija kobietę), ale przychodzą mi do głowy głównie 1) popełniane w afekcie lub też z jego powodu samobójstwa, 2) zabójstwa popełniane przez zdradzanych małżonków. W sumie nawet na podstawie szybkiego researchu jestem w stanie wymienić niewiele inspirujących i mających oddźwięk kulturowy historii, w których to odrzucony kochanek zabija: operę (Carmen), a zatem i opowiadanie (Merimée), na którym jest oparta; piosenki-ballady (Where the Wild Roses Grow Nicka Cave'a [tu uwaga post-komentarzowa: oczywiście, tu nie ma zawiedzionego kochanka, wrzuciłam tę ponurą historię do jednego worka pt. "nie zazdrosny mąż" nieco na wyrost], no i z odwróconymi rolami genderowymi tegoż Henry Lee), oraz całkowicie historyczne dzieje Krystyny Skarbek.

Jasne, to nie powód, żeby taki scenariusz uznać za nieprawdopodobny, ale - podobnie jak w przypadku kilku już pomysłów fabularnych w tym serialu - jest on chyba materiałem na dłuższy i przede wszystkim głębszy film, a nie czterdziestominutowy odcinek, w którym jeszcze trzeba pomieścić Konstancję, Misię zza grobu, Milę i zakochanego w niej doktorka, demonicznego antykwariusza oraz nie wiedzieć czemu rozstrzęsionego notariusza. Nie mówiąc już o wszelkich mądrości niezawodnej Weroniki (czy ktoś może odstrzelić tę postać?), która nosi przy sobie całą apteczkę i wykonuje poza planem wszelkie badania, dzięki czemu nasi dzielni śledczy nie muszą właściwie zajmować się niczym konkretnym. Skądinąd jak zrzucali tego manekina ze skałek na Zakrzówku (?? nie wyglądało mi to na Zakrzówek), to tak sobie zamarzyłam, że w ramach eksperymentu można przecież było użyć Weroniki...

Ale w sumie pal sześć zabójczą miłość jubilera, który w sklepie swoim położył kres młodemu życiu panny Janiny (jej prowadzenie się i sekrety zasadniczo powinny były skazać ją na towarzyską anatemę w ówczesnym Krakowie - mówię to ja, której prababcię, ponoć seksowną i w jakimś tam stopniu wyemancypowaną na swoje czasy, ponoć inne krakowskie mieszczki z parasolkami goniły z okolic swoich mężów). Pal sześć również plameczkę wielkości może orzecha laskowego na sukni, która ponoć została "oblana" kwasem siarkowym przez rzeczonego jubilera (imiesłów ten konkretny powtórzony został kilka razy, więc to nie lapsus).

Tym, co we wczorajszym odcinku przyprawiło mnie o epicki facepalm wszystkimi kończynami, był sposób nakręcenia kluczowej sceny - czy raczej scen - wątku głównego. Otóż po pierwsze główny bohater oświadczył się Konstancji. Ziew, wiedzieliśmy, że tak będzie, od prologu. Po drugie zakradł się do biura roztrzęsionego (nie wiedzieć czemu) notariusza i przeczytał testament Misi. (Z którego jasno wynikło, że to jeszcze może być Rusek, że za sugestią N nawiążę do dwóch wcześniejszych recenzji.) Ziew. Wiedziałyśmy, że to zrobi, kiedy kamera nachalnie pokazywała nam wszelkie wykonywane przez rzeczonego notariusza czynności związane z zamykaniem sejfu i chowaniem klucza do szuflady biurka.

Pal sześć nawet, że główny bohater wmaszerował jakby nigdy nic do biura notariusza i ignorując wskazówki dane mu przez scenarzystów i kamerzystę po prostu otwarł sejf. Sęk w tym, że montaż tej konkretnej sekwencji wskazywał jasno na to, że główny bohater albo 1) ma identycznego brata bliźniaka; 2) posiada zdolność bilokacji. Jest oczywiście jeszcze opcja trzecia: realizatorzy nie zauważyli, że co najmniej od czasów finału pierwszego Ojca chrzestnego pokazywanie dwóch (albo więcej) scen naprzemiennie w krótkich ujęciach/przebitkach wskazuje na to, że pokazywane wydarzenia dzieją się równolegle w czasie. A tu proszę: w obu scenach dzielny główny bohater. Ha.

Fot. Agnieszka Fulińska (Touches of the past)

Save

Save

czwartek, 06 kwietnia 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/04/06 14:19:39
Drakaino, I beg to differ. Przecież kochanek z Where the Wild Roses Grow zabija pod hasłem All beauty must die, a nie dlatego, że został odrzucony! W dodatku choć afekt Ci u niego pewnie silny, to i całkiem patologiczny, nie zaś wynikły z chwilowego silnego wzburzenia emocji - zabójstwo jest wszak zaplanowane z parodniowym wyprzedzeniem... Jeśli jednak czegoś w tekście tej ballady nie dorozumiałem, to byłbym wdzięczny za oświecenie.
-
pfg
2017/04/06 14:50:05
Oglądając scenę finałową też pomyślałem przez chwilę o bracie bliźniaku. Duży, naprawdę duży błąd reżyserski. Z błędów mniejszych - do mieszkania nieszczęsnej zamordowanej nikt ponoć przez ponad miesiąc nie wchodził, a rośliny doniczkowe całkiem zielone, cięte kwiaty w wazonie ledwie lekko przywiędłe. No i jak to było z finansami panny Janiny - miała na podróże, ale jednocześnie miała wierzycieli, więc majątek musiała trzymać w postaci biżuterii? Skoro miała majątek, to skąd wierzyciele? Chciała ich oszukać, wyłudzić pożyczki, których nie miała zamiaru zwracać? A to perfidna baba! Czemu policja nie badała tego wątku? A, bo to tylko niechlujnie nakreślone postacie i ich tło...

Odnośnie do Where the Wild Roses Grow zgadzam się z @x. To opowieść o psychopacie i jego niewinnej ofierze, sort of, nie o odrzuconym uczuciu.

Skądinąd motyw "skora ja cię nie mogę mieć, nikt inny nie będzie" więc pach! kulka w łeb czy kosa pod żebro, wydaje mi się dość popularny, choć być może nie w tzw. literaturze wysokiej, tylko w ponurych, fabularyzowanych kronikach kryminalnych.
-
2017/04/06 15:28:31
W kwestii Nicka C. biję się w piersi. Zrobiłam zbyt duży intelektualny skrót, na zasadzie odrzućmy mężów, zostawmy kochanków czy też stalkerów ;) i pewnie nawet wyedytuję, żeby nie wprowadzać w błąd dalszych pokoleń.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/04/07 12:37:48
Po wyedytowaniu oczywiście możesz wyciąć moje komentarze (poprzedni i ten).
-
2017/04/07 14:44:09
Ależ nie, argumenty w nim zawarte są bardzo ciekawe, a ja nie wyrzucam komentarzy, chyba że są wulgarne i nie na temat...
       

       Copyright