Blog > Komentarze do wpisu
Abszmak

Dawno chyba nie napisałam recenzji. Paradoksalnie po trochu dlatego, że czytam ostatnio sporo, mając minimalnie więcej czasu niż nieco wcześniej, ale prawie wszystko, co czytam, dramatycznie mnie rozczarowuje. Tak to jest - nadrabiam zaległości, chwilowo konkretnie głównie kryminalne, i konfrontuję się z własnymi oczekiwaniami budowanymi po części przez entuzjastycznych recenzentów. I tak kłębią się we mnie te uwagi krytyczne, a zarazem poczucie, że może nie powinnam być aż takim malkontentem, powstrzymuje mnie przed pisaniem.

Dziś jednak udało mi się uchwycić, z czym konkretnie mam główny problem w przypadku jednej z nadrobionych książek: "Festung Breslau" Marka Krajewskiego.

Serii, jak sądzę, nie muszę przedstawiać - był czas, że strach było otworzyć lodówkę, żeby nie ujrzeć w niej Eberharda Mocka. Dodam jeszcze, że N lojalnie uprzedzała mnie, że poziom obrzydliwości w tych książkach może być trudny do przełknięcia nawet dla mnie, a mnie naprawdę bardzo trudno jest obrzydzić, nawet przy jedzeniu.

I może nawet przeżyłabym obrzydliwość, choć przyznam, że najzwyczajniej pod słońcem nudzi mnie to, że w pisanych ostatnimi czasy kryminałach wszystko musi być unurzane w zgniliźnie, bebechach i okrucieństwie nie do pojęcia. Ej, powie mi ktoś, przecież to są kryminały. Kryminały są o zbrodniach. Zbrodnie są ohydne i tak dalej. Tak, ale to jeszcze nie znaczy, że 1) literacki opis zbrodni musi być obrzydliwy do potęgi n+1; 2) wszyscy bohaterowie, z pozytywnymi włącznie, muszą być obrzydliwi. Po prawdzie jak dla mnie stosuje się tu zasada Stephena Kinga: straszy znacznie bardziej to, co nie do końca opisane, niedopowiedziane, tylko zarysowane. Dosłowność nie pozostawia pola dla wyobraźni, a straszy nas wyobraźnia. Podobnie przegięcie w opisie obrzydliwości nuży, a nie przeraża. Moim skromnym zdaniem.

Ale, jak już powiedziałam, przeżyłabym obrzydliwość i opisy, które nastawione są na szokowanie burżuja. Proszę bardzo, jakkolwiek to już było tyle razy, że chyba nawet burżuj się nie zszokuje.

Zniosłabym jakoś również to, że niemalże od pierwszego wejrzenia znielubiłam głównego bohatera. To też jakaś moda (bo nie tylko u Krajewskiego, palmę pierwszeństwa dzierży pod tym względem w polskim kryminale niejaka Marta Guzowska): detektyw ma być antypatyczny. Mam wrażenie, że po części wynika to z nieudolnego naśladowania Chandlera, tylko że do autorów tych podróbek nie dotarło, że Marlowe jest zmęczony, szorstki, nierzadko niemiły, topi swoje traumy i lęki w whisky i tak dalej, ale nie jest antypatyczny. W tych wszystkich Mockach, Yblach i innych zapijaczonych detektywach polskich autorów nie znajduję tej nuty wielkości i szlachetności, która sprawia, że Marlowe mnie fascynuje jako człowiek. No, nie znajduję i już. Ale to też bym przeżyła, bo zmęczyłam nawet jeden tom Katarzyny Bondy, a wierzcie mi, to wymaga sporo samozaparcia i to bynajmniej nie przez to, że główny bohater jest kolejnym noszącym nietypowe nazwisko spsiałym klonem Philipa Marlowe'a.

Byłabym skłonna nawet pogodzić się z deusexmachinowym zakończeniem, w którym bohater ucieka z oblężonego Breslau miniaturową łodzią podwodną, aczkolwiek pomysł ten wydaje mi się, delikatnie mówiąc, naciągany. Poddałam się w kwestii researchu, czy takie łodzie - zdolne wpłynąć w górny bieg Odry - istniały; wikipediowy artykuł o klasach łodzi podwodnych podczas II wojny światowej mnie pokonał. W artykule o oblężeniu Wrocławia nie ma nic o takim środku transportu. Problem w tym, że nawet gdyby istniały, to rozwiązanie jest po prostu z innej bajki. Ale znowu: przeżyłabym.

Kilka miesięcy zatem zeszło mi na to, żeby wreszcie sprecyzować, co tak naprawdę w "Festung Breslau" sprawia, że moja bardzo, ale to bardzo wysoko postawiona - prawie że nieistniejąca - poprzeczka dla tabu w kulturze zmaterializowała się przede mną i protestowała przeciwko tej książce.

Ale już wiem: chodzi o wątek Gertrudy von Mogmitz

Jak już zaznaczyłam, jestem przeciwna tabuizacji jakichkolwiek tematów w kulturze. Irytuje mnie również, choć w jakiś sposób jest zrozumiałe, zróżnicowanie w obrębie tej tabuizacji: nie mamy żadnych oporów, żeby przypisać dowolne motywacje, czyny i dziwactwa ludziom z dawnych epok, czy też dość dowolnie zmieniać życiorysy postaciom historycznym żyjącym co najmniej 150 lat temu, podczas gdy bliska przeszłość podlega swoistej cenzurze. Rozumiem ten mechanizm, ale ponieważ zasadniczo interesuje mnie historia dawniejsza niż te 150 lat i przywiązuję się do ludzi, którzy wtedy żyli, mam żal o to, że traktuje się ich z pełną dezynwolturą. Ale to na inną recenzję, innej książki.

W przypadku Krajewskiego jednak tabu zadziałało nawet u mnie. I nie na sam temat, ale na bardzo konkretne szczegóły tego wątku. Otóż uważam za najzwyczajniej pod słońcem niesmaczne wymyślenie historii [SPOILER ALERT] radykalnej masochistki, która daje się zamknąć w obozie koncentracyjnym i udaje męczennicę za grzechy swego narodu oraz kombinuje mistyczny plan ucieczki po to, żeby spełniać swoje masochistyczne zachcianki ze swoim dawnym kochankiem-dręczycielem, który został tegoż obozu komendantem. Po prostu mam wrażenie, że została tu przekroczona granica dobrego smaku, zwłaszcza że nie mamy do czynienia z groteską (gdzie, gdyby to było uzasadnione, zapewne zaakceptowałabym taki pomysł fabularny), ale teoretycznie serio obyczajowym kryminałem. A ta historia jest tak przedumana i tak - wróćmy do poczatku tej notki - przesadnie obrzydliwa, że nie zniesmacza opisami zbrodni, ale nieprzystawalnością konceptu do opisywanych okoliczności.

W sumie nawet jestem sobie w stanie wyobrazić wariację na temat tego wątku, która byłaby dla mnie do przełknięcia: osoby, która trafiwszy do obozu, uświadamia sobie, że ból, cierpienie i upokorzenie sprawiają jej przyjemność. Osoby, która ma z tym cholerne problemy, bo wie, że coś jest z tym straszliwie nie tak. Tylko że to jest temat na powieść obyczajową, psychologiczną, a nie kryminał. I w sumie nie wiem, czy nie wolałabym jako scenerii np. więzienia w jakimś mało cywilizowanym kraju. Jakoś idea, że ktoś - nawet jeśli ma to być czarny charakter powieści - daje się zamknąć w obozie, żeby sobie zrobić dobrze, jest dla mnie przekroczeniem granicy dobrego smaku. Nie przez sam pomysł, bo ludzie są zdolni do wszystkiego, więc czysto teoretycznie i to jest możliwe, ale przez jego doprowadzone do poziomu niezamierzonej chyba groteski ujęcie, bo mam wrażenie, że w autorskim zamyślę ma być prze- i po-rażająco, oraz wpisanie w literaturę - bądź co bądź - rozrywkową.

Co z tego, że kiedy Mock orientuje się w prawdziwych motywacjach hrabiny i jej związku z (obrzydliwym i obrzydliwie opisanym) morderstwem własnej siostrzenicy, to porzuca zamiar wywiezienia Gertrudy z Breslau (miniaturową łodzią podwodną)? Co z tego, że autor malowniczo (czy raczej turpistycznie) przekonuje nas, jak bardzo obrzydliwą osobą jest Gertruda? Gdyby to była prawdziwa historia, byłaby porażająca. Jako kreacja literacka jest, że się powtórzę, zaledwie niesmaczna.

I to by było na tyle.

PS. Znalazłam istniejące miniaturowe łodzie podwodne, ale nadal nie jestem przekonana, czy 1) były one zdolne płynąć dość daleko rzeką, 2) ktokolwiek użyczyłby ich do wywiezienia z oblężonego miasta dość przypadkowych ludzików.

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

środa, 04 października 2017, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
       

       Copyright