Blog > Komentarze do wpisu
Rozejm w Compiegne

11 listopada przeszedł w Polsce pod znakiem, jak zwykle, "Polska tu, Polska tam". Bo u nas ten dzień został zawłaszczony przez święto narodowe, podczas gdy akurat ta data to coś znacznie większego niż jakieś tam partykularne sprawy jednego kraju. I tak jest świętowana na świecie. Jako dzień, który zakończył działania militarne I wojny światowej. Jasne, można powiedzieć, że całkowicie globalnie ich nie zakończył, bo na wschodzie nadal trwały walki i wojny po wojnie miały ciągnąć się jeszcze przez pięć lat. Ale dla mnóstwa ludzi był to dzień, kiedy mogli przestać się bać. Kiedy skończył się koszmar ostatnich czterech lat. To właśnie oznaczał rozejm podpisany w kolejowym wagonie w lasach pod miasteczkiem Compiègne, mniej więcej w połowie drogi między Paryżem a doliną Sommy - miejscem jednych z najcięższych walk I wojny. Miejscem, które jest tak sielskie, że nijak nie wygląda na pole bitwy, choć przypominają o tym znajdujące się praktycznie w każdej miejscowości departamentu Somme charakterystyczne pierwszowojenne cmentarze.

Ustalanie nowych granic i nowego ładu w Europie jeszcze się ciągnęło dwa lata, a potem te wojny na wschodzie wprowadziły korekty - w tym na przykład Polska zagarnęła Wilno, oryginalnie przyznane Litwie.

Litwie, która w związku z wydarzeniami 1918 roku również uzyskała niepodległość. Podobnie jak mnóstwo innych krajów, należących wcześniej do pokonanych mocarstw. I dlatego właśnie postanowiłam napisać tę notkę. Bo my się bardzo ekscytujemy tym, że jakoby cały świat nam gratuluje i rozpływamy się w rocznicowości - ale czy my pogratulowaliśmy komukolwiek innemu z tych, którzy sto lat temu uzyskali niepodległość? Czechom i Słowakom, którzy po znacznie dłuższym okresie należenia do monarchii Habsburskiej niż marne sto pięćdziesiąt lat zaborów uzyskali własne państwo? Litwinom, z którymi natychmiast weszliśmy w terytorialny konflikt, a którzy rzeczywiście wykonali 11 listopada ładny gest? Któremukolwiek z państw bałkańskich?

Czekałam na to do północy, czekałam nawet w ten narodowy dzień nie-wiadomo-czego, czyli "12 listopada po święcie narodowym", jak opisał to kalendarz w mojej komórce. Nie doczekałam się. Polskę obchodzi wyłącznie Polska. A potem jest płacz i zgrzytanie zębów, kiedy okazuje się, że większości świata nie obchodzimy aż tak bardzo, jak powinniśmy.

A jeśli chodzi o Wielką Wojnę, to pozwolę sobie na osobistą anegdotę, która nieźle obrazuje to, co najbardziej lubię we współczesnej europejskości. W zeszłym roku podczas Dni Dziedzictwa Europejskiego odwiedziłam m.in. rodzaj targów francuskich stowarzyszeń historycznych. Był tam między innymi stolik pierwszowojenny - zawiadujący nim starszy pan, widząc, że przeglądam broszury, zagadnął mnie oczywiście. Od słowa do słowa dowiedziałam się, że zajął się taką działalnością, ponieważ jego dziadek walczył nad Sommą. - Wie pan, mój pradziadek też walczył w Wielkiej Wojnie - powiedziałam odruchowo. Po czym, zaczynając mówić o tym, że zginął na Bałkanach, uświadomiłam sobie coś, z czego paradoksalnie nie zdawałam sobie sprawy. - Tylko po przeciwnej stronie - dodałam ponuro - był austriackim oficerem.

Francuz spojrzał na mnie i powiedział: - Przecież dziś to nie ma już żadnego znaczenia.

To była jedna z najbardziej wzruszających chwil w moim życiu.


poniedziałek, 12 listopada 2018, drakaina
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2018/11/13 11:12:16
No cóż, da się jakoś zrozumieć, że dla Polaków pierwsza wojna światowa była czymś zupełnie innym niż dla Francuzów - inna skala strat ludzkich i zniszczeń (choć na obszarach, które weszły potem w skład II RP, były one przecież niemałe), a także odmienne skutki jej zakończenia. Poza tym dla Polaków jej koniec to było tylko krótkie interludium w zmaganiach o niepodległość. Nieprzypadkowo gdy Francuzów w przededniu drugiej wojny światowej paraliżowała pierwszowojenna trauma, u nas Rydz-Śmigły śmiało bajdurzył, że nawet guzika nie damy.

Natomiast olania przez nas stulecia uzyskania niepodległości świętowanego przez liczne inne państwa nie da się już w ten sposób wytłumaczyć; też się nad tym od paru dni zastanawiałem i bardzo mnie to narcystyczne zaślepienie zmartwiło. Bo na poziomie narodowym to jest klasyczne narcystyczne nadęcie podszyte równie narcystycznym lękiem przed przekłuciem balonika.
-
2018/11/13 11:25:06
Mój osobisty stosunek do I wojny jest na pewno zadłużony w opowieściach Babci, która jako mała dziewczynka (ale najstarsza z rodzeństwa) była na "przyjęciu" dla rodzin poległych oficerów u skądinąd wyjątkowo porządnego żywieckiego arcyksięcia i wyniosła stamtąd trwającą jej całe prawie stuletnie życie niechęć do Habsburgów. Dlatego że jedynym, co zapamiętała z tej imprezy było to, że padały różne podniosłe słowa, a ona myślała tylko o tym, że więcej nie zobaczy ukochanego taty.

Masz oczywiście rację w kwestii różnicy perspektywy, ale pierwsza faza wojny to jednak w dużej mierze front wschodni, więc nasze ziemie, tyle że z jednej strony Austriacy, dla których z zaborców sympatia jest największa, a na dodatek byli kluczowi dla tej walki o niepodległość, oberwali tu sromotnie, a z drugiej Polacy byli po obu stronach... Może też dlatego I wojna jest u nas spychana na dalszy plan w zbiorowej świadomości. Jakieś Legiony, ale mam wrażenie, że mało kto wie, jak to wyglądało, o co chodziło, w co grał Piłsudski (i skądinąd, w co grała akurat wtedy endecja).
-
2018/11/14 14:11:59
Pamięć o wielkiej wojnie jest w przedziwny sposób wyparta. Tak jakby w ogóle nikt z Polaków w niej nie walczył i nie stał naprzeciw innych Polaków w okopach wrogich armii. Obserwuję to na cmentarzach wojennych Wyżyny Lubelskiej, które zupełnie są zapomniane.
Ale coś jest: 23 listopada w Muzeum Sztuki w Łodzi rusza wystawa "Wielka Wojna", m.in. z niemieckimi ekspresjonistami.
-
2018/11/15 09:52:09
Kozmo - dzięki za info o wystawie, może nawet wstąpię do Łodzi, bo i tak do Warszawy będę jechać - to może być element decyzyjny w kwestii środka transportu ;)

I masz absolutną rację z milczeniem - miałam nawet napisać w tej notce, że mam wrażenie, jakoby ustalenie tak święta niepodległości było celowe: dla wymazania wojny. Ale uznałam, że zajmowanie się propagandą władzy w epokach wcześniejszych rzuca mi się na umysł (np. August w podobny sposób wymazywał ze świadomości Rzymian to, że doszedł do władzy na skrzydłach wojny domowej). A może jednak nie.
       

       Copyright