poniedziałek, 26 grudnia 2011
Humanizdycha

(Z góry przepraszam za to, że dzisiejszy wpis sponsorują nawiasy.)

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Sądząc z kilku petycji i głosów w różnych mediach, dopiero kwestie finansowania (p)obudziły polskich humanistów do dyskusji o stanie i przyszłości akademickiej humanistyki. Dyskusji, która powinna się była przetoczyć przez nasz kraj z dziesięć lat temu, jeśli nie wcześniej. Jest to bowiem dyskusja tylko pozornie niszowa i oderwana od rzeczywistości, w której problemem jest na przykład kryzys Unii Europejskiej czy też wzajemne obrzucanie się błotem przez rozliczne odłamy polskiej tak zwanej "prawicy", które można by spokojnie zignorować, gdyby nie to, że ta opcja ma wciąż dość spory elektorat i jest wspierana przez potęgę medialną.

Otóż uważam, że w dyskusji o tym, w jakim kierunku powinna zdążać polska humanistyka - a konkretnie, czy standardem powinny być publikacje anglojęzyczne czy też polskojęzyczne -  słychać echo tych nieco bardziej globalnych problemów. Bo tak naprawdę dyskusja jest o tym, czy chcemy 'być w Europie' (świecie) na takich prawach jak inni (a także z taką samą odpowiedzialnością), czy też wolimy okopać się we własnym grajdole i (w jego otwartej wersji) czekać aż reszta świata nad grajdołem się pochyli z zachwytem i grajdoł wreszcie doceni, na co czekamy od stuleci. W wersji zamkniętej można od razu nad grajdołem usypać kopiec i postawić na nim symbole religijno-narodowe.

Proszę mnie nie zrozumieć źle. Nie chcę wykreślić języka polskiego z literatury naukowej, ale wydaje mi się, że trwanie na pozycji (szkolnie interpretowanej) "walki o język polski" w wykonaniu (szkolnie interpretowanego) Reja et consortes (ale pod modnym hasłem walki z neokolonializmem), trochę jest nieaktualne. Tak naprawdę renesansowi humaniści doskonale wiedzieli, w jakich sytuacjach szukać środków wyrazu w językach narodowych, a kiedy jednak używać łaciny, w związku z czym np. korespondencję z kolegami z innych ośrodków prowadzili w lingua franca ówczesnego świata. A tak się składa, że jak łacina dominowała jako język powszechnie znany przez ludzi wykształconych w wieku XVI, francuski w XVIII, niemiecki w dziewiętnastowiecznych naukach historyczno-filologicznych, tak we współczesnym świecie tę pałeczkę przejął angielski i rozdzieranie szat nie ma tu sensu. Na pocieszenie mogę dodać, że lingua franca nie jest nawet wymysłem świata średniowiecznego czy nowożytnego, o nowoczesnym czy ponowoczesnym nie wspominając: na terytorium ogromnego imperium Achemenidów językiem wspólnym dla ludzi interesu, dyplomatów itp. nie był bynajmniej perski ani też grecki - wydawałoby się, że dwa języki dominujących w tym świecie kultur - tylko odmiana aramejskiego. Powody były po części ekonomiczne, po części praktyczne (wygodny zapis), ale nie będziemy się nad tym tu rozwodzić.

A zatem w zasadzie każdy język ma teoretyczne szanse na to, żeby stać się lingua franca, choć oczywiście na to, który w danej epoce zostaje, ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest to, jak wiele treści przekazywanych w danym języku jest interesujące/ważne dla dużego grona odbiorców lub zostaje jako takie pokazane. Oczywiście we współczesnym świecie te interesujące rzeczy są szybko tłumaczone na inne języki (zwłaszcza angielski jako dostępny największej liczbie czytelników), ale i tak gdyby nagle (np. w wyniku jakiejś katastrofy demograficznej) wiodącym ośrodkiem cywilizacyjnym stały się Włochy, Polska czy Tajlandia, to uzyskałyby narzędzie do narzucania reszcie świata posługiwania się ich językiem na poziomie oficjalnym. Lingua franca jest warunkowana po części ekonomicznie, a nie tylko kulturowo (tu na dodatek pewną rolę odgrywają mody), i jest to chyba dość logiczne, na dodatek wbrew pozorom jest procesem dość naturalnym.

Wróćmy jednak do kwestii języka polskiego w sytuacji zastanej. I w literaturze naukowej. Widzę co najmniej dwa obszary, na których powinien zdecydowanie dominować. Pierwszy to literatura popularnonaukowa (skądinąd u nas dość skandalicznie zaniedbywana, spychana na margines działalności akademickiej i niedoceniana w rankingach i ocenach, podczas gdy to od jej jakości w dużej mierze zależy zainteresowanie najmłodszych pokoleń nauką), drugi - tradycyjnie rozumiana polonistyka, zajmująca się problematyką związaną z literaturą i językiem polskim. Jest całkowicie uzasadnione, żeby od osób, które chcą zgłębiać szczegółowe zagadnienia Pana Tadeusza czy poezji Micińskiego, wymagać znajomości języka, w którym ta literatura została napisana. Podobnie jeśli amerykański, japoński czy dowolny inny uczony postanowi zająć się np. badaniem języka polonii chicagowskiej, to możemy od niego wymagać, żeby nauczył się polskiego i był w stanie przeczytać artykuły językoznawcze napisane po polsku o polskich dialektach czy gwarach - bo to stanowi podstawę jego warsztatu.

Nie widzę jednak powodu, żeby artykuły na takie tematy pisać jedynie po polsku - wiedza o przynajmniej części zagadnień pozornie niszowych może być przydatna również dla specjalistów z innych dziedzin, chociażby jako materiał porównawczy. Charakterystyka twórczości nawet tak hermetycznie polskich poetów jak Leśmian może być przydatna dla badaczy podobnych zjawisk w modernizmie europejskim itd. Dlatego wydaje mi się, że niezłym rozwiązaniem praktycznym byłoby wprowadzenie w polskich czasopismach wydawanych po polsku obowiązkowych streszczeń w jednym z języków powszechnie używanych w światowej literaturze naukowej, a odwrócenie sytuacji - umieszczanie polskich streszczeń artykułów obcojęzycznych (w czasopismach wydawanych w Polsce) mogłoby też być nie od rzeczy.

Natomiast dopóki Polska nie uzyska dominującej cywilizacyjnie pozycji w świecie (a zważywszy, jakie formacje by tego chciały, wolałabym, żeby to nigdy nie nastąpiło), to nie mamy prawa wymagać od innych, żeby dostrzegali i doceniali publikacje po polsku pisane. W bieżącej dyskusji Tadeusz Bartoś powołuje się na niemieckich filozofów (z dorobkiem), oraz na Umberto Eco jako piszących w swoich językach, zapominając, że niemiecki wciąż jest do pewnego stopnia przynajmniej językiem filozofii (dziedzictwo XIX  i  pierwszych dekad XX wieku), tzn. językiem, którego filozofowie uczą się powszechnie, chociażby ze względu na to, że mnóstwo ważnej dla nich klasycznej literatury jest w tym języku napisane. A w przypadku tekstów filozoficznych lektura oryginału może być warunkiem koniecznym dla poprawnego zrozumienia rozważań w nim zawartych. Umberto Eco z kolei ma pozycję w świecie literackim i literaturoznawczym na tyle wysoką (nieważne, czy słusznie, czy nie; moim skromnym zdaniem cała ecomania to odcinanie kuponów od jednej wybitnej powieści), że cokolwiek napisze w dowolnym języku, zostanie na pniu przełożone na inne. Jeśli natomiast w jakiejś Wyższej Szkole Czegokolwiek w Dowolnym Polskim Mieście pracuje i pisze wiekopomne dzieła zapoznany polski geniusz, to żeby zaistnieć w obiegu naukowym musi te dzieła zaprezentować światu, inaczej bowiem pozostanie geniuszem zapoznanym, o którym za kilka(naście/dziesiąt) lat ktoś napisze pracę magisterską. A może nawet doktorską.

Problem w tym, że jeśli nawet ktoś w końcu wyda jego dzieła i napisze monografię, a wszystko to razem nadal będzie po polsku, to zapoznany geniusz wciąż pozostanie zapoznanym geniuszem. I co najwyżej tym razem przy okazji nagrody Nobla, którą dostanie ktoś, kto niezależnie od naszego zapoznanego geniusza dokona tych samych odkryć ("wszystko, co daje się pomyśleć, zostaje kiedyś pomyślane", że zacytuję moich ulubionych Fizyków Dürrenmatta), jakiś (polski, acz niekoniecznie nacjonalistycznie nastawiony) dziennikarz oburzy się, że przecież "Polak odkrył to [wstaw odpowiednią liczbę] lat temu".

Wracając jednak do głównego problemu, czyli humanistyki, której naukowy Nobel nie grozi, pozwolę sobie na drobne uwagi z własnego doświadczenia. W związku z pierwszymi studiami opublikowałam co nieco w naukowym periodyku uważanym za najbardziej prestiżowy w Polsce, obdarzony przez Ministerstwo wysokim dziewięciopunktowym indeksem. Periodyk ten zajmuje się szeroko pojętym literaturoznawstwem, ale bynajmniej nie jest to czasopismo polonistyczne, a teksty w nim publikowane dotyczą najróżniejszych zjawisk - również to, co ja sama tam popełniłam, odnosiło się raczej do zagadnień metodologicznych, a zatem istotnych globalnie. Niemniej gdybym nawet umieściła mój artykuł powiedzmy na portalu academia.edu, w wersji do ściągnięcia, to korzyść z niego byłaby nikła, bo mało kto na poważnie by go zacytował, nie mając pojęcia o tym, co w nim naprawdę zostało zawarte. Czasem po słowach brzmiących "międzynarodowo" w tytule można się czegoś o zawartości domyślić, ale użytkownik wzmiankowanego portalu byłby w podobnej sytuacji jak ja, kiedy usiłowałam przegryźć się przez tekst po duńsku - a i tak w sumie byłam w o tyle lepszej sytuacji, że nawet szczątkowa znajomość niemieckiego coś tam z niderlandzkiego i skandynawskich pozwala się domyślić. Ale w poważnie traktowanej publikacji zacytuję jedynie artykuł tego samego Duńczyka napisany po angielsku, bo mogę się do niego odnieść, podczas gdy z artykułu duńskiego mogę co najwyżej wynieść ogólne wrażenie, że jest raczej o tym niż o tamtym.

W związku z drugimi studiami publikuję w zasadzie wyłącznie po angielsku i mogę natychmiast podać zasadniczą (subiektywną) różnicę: jest nią odpowiedzialność. Pisząc po polsku niewiele ryzykuję, w związku z czym samodyscyplina może łatwo ulec obniżeniu, podczas gdy pisząc po angielsku znacznie dokładniej muszę sprawdzić źródła, cytowania, wreszcie - własne tezy. Można to zapewne porównać do występu w lokalnej telewizji kablowej i w programie transmitowanym na cały świat, nawet jeśli nie mówimy o największych stacjach czy prime time. Można to też porównać do opowiadania o czymś, czym się zajmuję naukowo, cioci na imieninach, a opowiadaniem o tym samym grupie studentów - w tym drugim przypadku muszę się pilnować, żeby pół żartem zrobione porównanie nie zapadło w pamięć na tyle, że następnie zostanie na całkiem poważnie powtórzone na egzaminie.

Oczywiście w naukowym pisaniu po polsku można też wymagać najwyższej rzetelności, ale mała szansa, że taki proces uruchomią wydawnictwa powstające jak grzyby po deszczu przy Wyższych Szkołach Czegokolwiek w celu wypełniania przez ich pracowników norm publikacji. Wrócę zatem do wcześniejszego postulatu: doceńmy działalność popularyzatorską. To jest dziedzina, która nie dość, że jest trudna sama w sobie, to na dodatek wymaga naprawdę dużej rzetelności, a zarazem naprawdę powinna być uprawiana we własnym języku, bo ma dotrzeć do szerokiego czytelnika, od którego nie możemy żądać ani rozumienia kwestii akademickich, ani też znakomitej znajomości języków obcych. Ministerstwa Edukacji i Nauki powinny wspólnie stworzyć program wspierania działalności popularyzatorskiej, zarówno w formie aktywizowania młodzieży (czy ogólnie: odbiorców spoza sfer akademickich) jak i wydawnictw. Książka popularnonaukowa, wydana w dobrym wydawnictwie, powinna liczyć się jako ważna publikacja na koncie pracownika akademickiego (a napisanie jej dobrą polszczyzną powinno być dodatkowo punktowane ;)

Kolejnym krokiem byłoby uczestnictwo środowiska akademickiego w tworzeniu czasopism popularnonaukowych - też pisanych po polsku. Artykuły tam publikowane powinny liczyć się do dorobku, nie widzę też problemu w nadaniu takim czasopismom ich własnego rankingu ministerialnego. Bo oczywiście podobnie jak istnieje różnica między publikacją w Zeszytach Wyższej Szkoły Czegokolwiek a recenzowanym periodykiem, tak też nie ma równości między w założeniu popularyzatorskim Biuletynem Koła Naukowego Studentów Czegokolwiek a np. Wiedzą i Życiem, są też spore różnice między "naukowymi" blogami na portalach rozmaitych tygodników i innych mediów: w jednych utalentowani popularyzatorsko naukowcy piszą przystępnie rzeczy ciekawe, w innych niestety różni aspirujący geniusze - medialnie atrakcyjni - wypisują (nierzadko modne*) bzdury, od których nóż się w kieszeni otwiera.

Natomiast artykuły czy monografie, które powinny wejść do naukowego obiegu międzynarodowego, piszmy w językach powszechnie znanych w naszej dziedzinie. To nie zawsze musi być angielski: niemiecki i francuski wciąż są dostatecznie popularne w wielu naukach, żeby poważne czasopisma o zasięgu światowym je akceptowały. W przypadku monografii ideałem byłoby wydawanie równolegle wersji międzynarodowej i polskiej, bo przecież wciąż - i na szczęście - tłumaczymy ważne teksty naukowe, jako że nawet dla osób znających świetnie język oryginału lektura we własnym języku jest łatwiejsza, choć już gdy przychodzi do cytowania, musimy odwołać się do wersji pierwotnej - ze względu na komunikatywność, ale też po to, żeby sprawdzić, czy tłumacz czegoś nie namieszał. Niestety nierzadko poziom przekładów literatury naukowej na polski woła o pomstę do nieba: tłumaczami bywają ludzie nie mający pojęcia o treści przekładanej książki, co więcej - nie czujący potrzeby skonsultowania czegokolwiek ze specjalistą (opłakane efekty w przypadku jednej książki popularnonaukowej kiedyś nawet opisywałam).

Niemniej liczenie na to, że jeśli napiszemy coś fenomenalnego w języku, który dla zabieganego świata jest niedostępny, to ktoś to odkryje, przeczyta (zlecając na ślepo, wiedziony instynktem, tłumaczenie albo też ucząc się w przyspieszonym trybie piekielnie trudnego języka) i doceni, jest równą mrzonką jak to, że reklamując Kraków jako miasto taniego piwa przyciągniemy tu kulturalnych turystów, pragnących poznać naszą historię i kulturę. A niestety kilka lat temu w londyńskim metrze jako stolica kultury reklamowała się Praga, podczas gdy Kraków obecny był w gazetkach linii lotniczych oraz darmowych pisemkach rozdawanych na londyńskiej ulicy jako właśnie miasto długo otwartych tanich pubów. Efekty są widoczne i ich diagnoza wbrew pozorom nie jest całkiem niezwiązana z tym, o czym traktuje dzisiejszy wpis. Forma publikacji też jest rodzajem autoprezentacji: pisząc wyłącznie po polsku, w obiegu zamkniętym, prezentuję się jako osoba niezainteresowana dzieleniem się tym, o czym piszę, z innymi, dyskusją, a więc w rezultacie również poznawaniem opinii innych.

Podsumowując: postulowałabym rozdzielenie pewnego rodzaju "rejestrów" publikacji na te, które powinny być pisane w językach obcych i  po polsku, wyznaczenie strefy, gdzie te zalecenia się przenikają, docenienie jako twórczości naukowej tekstów popularyzatorskich, dla których naturalnym językiem jest język lokalny, czyli de facto szukanie drogi pośredniej. Nie zamykanie się na to, że pisanie po polsku może mieć duże znaczenie i wpływ, tylko zrozumienie, że pisząc po polsku ten wpływ możemy wywierać na grupę, którą dramatycznie zaniedbujemy: młodzież i osoby bez wykształcenia specjalistycznego (albo w ogóle akademickiego), a nie na międzynarodowe środowisko naukowe. Co więcej, uważam, podkreślę to jeszcze raz, że stworzenie platformy popularyzacji nauki (która jednocześnie byłaby platformą szerzenia poprawnej polszczyzny) powinno stać się jednym z priorytetów dla połączonych sił ministerstw zajmujących się edukacją i nauką.

Jeśli natomiast chcemy z nauką sensu stricto wyjść na świat i zaistnieć w obiegu międzynarodowym, to musimy dostosować się do tego, jak ten świat obecnie działa. Przyjmowanie postawy obrażonego dziecka nic tu nie pomoże. Pisania nawet świetnych artykułów o charakterze specjalistycznym nie uważam też za element promujący czy też mający dowartościować język polski - przecież ich odbiór w Polsce jest marginalny, więc fakt ich napisania po polsku nie zwiększy ich poczytności wśród rodaków!

Ponadto jakość i zasięg publikacji (pomińmy kwestię dobrego lub niedobrego czy raczej niedoskonałego systemu ich oceniania) jest jednak kryterium w miarę obiektywnym, pozwalającym uniknąć takich sytuacji jak krążący niedawno po sieci mem "należy mi się habilitacja, bo w latach siedemdziesiątych byłem gospodarzem klasy", mający swoje źródło w oficjalnym serwisie związanym z nowym procesem habilitacyjnym. Jak najbardziej trzeba się zastanawiać nad doskonaleniem kryteriów oceny, poddawać je (wraz z listami czasopism) nieustannej weryfikacji, dopuszczać przypadki niemieszczące się w ostro zarysowanych wytycznych, którym zdarza się automatycznie dawać punkty za niczym niepopartą autopromocję, podczas gdy autentyczne osiągnięcia nie zawsze podpadają pod biurokratyczny system. Żeby rzucić przykładem pierwszym z brzegu: dość absurdalne jest to, że we wnioskach grantowych liczą się tylko publikacje z kilku ostatnich lat - o ile w przypadku artykułów można to uznać za zasadne, bo jest to kwestia aktywności, o tyle opublikowanie ważnej i cytowanej monografii nie powinno ulegać takiemu przedawnieniu. Ale przecież takie drobiazgi można by korygować niemal od ręki.

Trochę odeszłam od kwestii humanistyki, więc pozwolę sobie do niej jednak wrócić. Raz za czas tu i ówdzie odbywają się debaty co do jej naukowości, a także co do tego, czy humanista powinien zdawać maturę z matematyki (na co niezmiennie ktoś z przyrodników rzuci w końcu prowokacyjnie hasło bezzasadności zdawania przez przyszłych inżynierów czy biologów matury z polskiego) itd. Nauki przyrodnicze, zwłaszcza współcześnie, niewątpliwie różnią się od tzw. humanistyki - dawno skończyły się czasy, kiedy jeden człowiek mógł naukowo ogarnąć całość współczesnej sobie ludzkiej wiedzy (abstrahując od jej poprawności), jak taki Arystoteles czy nawet jeszcze niekiedy renesansowi humaniści, którzy nierzadko zajmowali się wciąż jeszcze zagadnieniami filozofii naturalnej. Rozwój nauki sprawił, że już w XVI/XVII w. widzimy postępującą specjalizację: pomijając ich własne przekonania o tym, czym się zajmowali, my dziś Keplera nazwiemy astronomem, a Newtona - fizykiem, ze względu na dziedziny, w których dokonali przełomowych odkryć. Obecnie możemy co najwyżej mówić o wymierającej klasie erudytów, którzy zainteresowaniami i wiedzą wychodzą poza ramy swojej dziedziny. Wymieraniu zresztą po części winna jest szkoła, stawiająca na produkcję wyspecjalizowanych ludzkich maszyn, a nie na szeroką wiedzę i ciekawość świata. (Co skądinąd zasadniczo sprawia, póki co, że mój postulat wspierania popularyzacji nauki jest również pięknym marzeniem bez szans na spełnienie.)

Na początku wspomniałam również o kwestii finansowania, która poniekąd wywołała tę dyskusję. Jestem jak najbardziej za finansowaniem z zarówno polskiego jak i unijnego budżetu działalności, która powinna być prowadzona po polsku dla zwiększenia potencjału intelektualnego Polaków (ceterum censeo: wspierajmy popularyzację), ale nie łudźmy się, że startując po pieniądze europejskie czy światowe, mamy szanse z projektami specjalistycznymi, stricte naukowymi, które z góry zakładają, iż adresatem takich prac powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską (cytat z listu prof. Czubaja i innych naukowców, na który odpowiedzią jest przywołany na początku artykuł). Poza wszystkim na to, żeby ci czytelnicy zainteresowali się Polską, to my musimy ich tą Polską zainteresować. Nie zrobimy tego, pisząc po polsku artykuły o polskiej kulturze czy popkulturze. Chyba że celem polskiej humanistyki ma być wygodne życie w towarzystwie wzajemnej adoracji (zjawisko wyśmiane lata temu na gruncie literatury brytyjskiej przez Davida Lodge'a i ogólnie tzw. powieść akademicką).

Neapol 2011

*Aluzja do polskiego tytułu "Intellectual Impostures" Brickmonta/Sokala w pełni zamierzona, ponieważ większość tych portalowych wannabe ekspertów zachłystuje się postnowoczesną terminologią i stylistyką, produkując banalne porównania i płytkie analizy. I niestety do tej kategorii wrzucam określanie pisania po angielsku jako "neokolonializmu akademickiego". Jak już napisałam, zjawisko lingua franca istniało od tysiącleci i nie ma co na nie utyskiwać - jest sprawdzającym się w praktyce rozwiązaniem i tyle.

wtorek, 29 listopada 2011
Noc listopadowa

Nie mam pamięci do rocznic: nieustannie zapominam o imieninach, urodzinach (co bym robiła bez podpowiedzi fejsbuka...), no i oczywiście o rocznicach historycznych - chyba po prostu mój mózg nie jest kompatybilny z "polityką historyczną", mimo że w oderwaniu od codziennego kalendarza rocznic z datami jako takimi nie mam problemów. Ale dziś coś na jakimś portalu uświadomiło mi, że mamy historyczną rocznicę, która jednakowoż dla mnie niesie skojarzenia wcale nie patriotyczne tylko jak najbardziej osobiste, związane z młodzieńczymi zachwytami...

Otóż jednym z moich najwcześniejszych, dziecięcych w zasadzie wspomnień jest absolutna fascynacja obejrzanym w telewizji spektaklem "Nocy Listopadowej" Wyspiańskiego w reżyserii Wajdy. Najwyraźniej już wówczas nie miałam zadatków na przyszłego wyborcę pisu, ponieważ tym, co mnie zachwyciło, były oczywiście sceny mitologiczne, w tym spektaklu na dodatek śpiewane. Ponieważ były to przaśne czasy sprzed ery wideo (w każdym razie w Polsce), mogłam jedynie marzyć o oglądaniu tego w kółko, w związku z czym jednym z moich największych skarbów stała się później wyczarowana przez mojego ojca , jak mi się wydawało, a w rzeczywistości kupiona w o dziwo wciąż istniejącej na linii A-B krakowskiego Rynku księgarni muzycznej, czarna płyta z nagraniem audio całości spektaklu (chyba w wersji teatralnej, a nie telewizyjnej, ale nie jestem pewna). Efekt jest zasadniczo taki, że do dziś znam praktycznie cały ten tekst na pamięć, włącznie z partiami mówionymi...

Proszę sobie też wyobrazić moje skrajne szczęście, kiedy na fali wznawiania przez Teatr Stary najsłynniejszych spektakli z lat '70 w celu pokazywania ich na różnych rocznicowych festiwalach udało mi się dostać na przedstawienie! (O ile pamiętam, to wręcz na kilka przedstawień, bo grali to przez jakiś czas z pełną widownią.) Oczywiście, wszystko się zmieniło. Zabójczo przystojny Jan Nowicki (Książę Konstanty) z wersji telewizyjnej (zwłaszcza kiedy pojawia się jako Ares w greckiej zbroi pod koniec) był już szpakowatym starszym panem z "Wielkiego Szu", Anna Dymna dawno nie była już dziewczęcą studentką, w związku z czym Kora wyglądała jak żoną Hadesa z pewnym stażem, co zresztą w sumie ma jakiś przewrotny sens w tekście Wyspiańskiego, gdzie ona jest jednocześnie panną młodą po raz pierwszy schodzącą do podziemi i boginią, która powtarza to od tysiącleci... Demeter Zofii Jaroszewskiej była jeszcze bardziej kruchą starowinką niż w telewizji, ale przecież ta aktorka musiała mieć wtedy już koło dziewięćdziesiątki i niesamowite jest to, że grała wciąż równie przejmująco jak w wersji telewizyjnej. W Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej (Joanna) to się w ogóle wtedy niemalże kochałam, więc nie miało znaczenia, czy ma o te kilkanaście lat więcej, czy nie. Jakoś to było najmniej zauważalne. Fenomenalna Barbara Bosak (Atena) od dawna nie żyła, zastąpiła ją Monika Niemczyk, głosowo mniej dramatyczna, ale na scenie całkiem dobrze sobie radząca. Jerzy Stuhr (Wysocki) był już dla mnie przede wszystkim Wodzirejem, co wraz z lekko zmienionym głosem i niezbyt już młodzieńczymi gabarytami nieco psuło zamierzony efekt pokazania powstania jako organizowanego przez kompletnie niedojrzałych i nieodpowiedzialnych młodzików, ale co tam. I tak siedziałam z otwartą buzią, delektując się na żywo tym, co zapamiętałam sprzed lat, wiedząc doskonale jaka będzie każda następna kwestia, i niemalże podśpiewując razem z aktorami.

Gdzieś w międzyczasie przeczytałam całość tekstu, antyk Wyspiańskiego był nawet moim tematem na eliminacje centralne olimpiady polonistycznej, choć tak naprawdę to kochałam ten spektakl, a sztukę nieco mniej, no i zdążyłam się już zakochać np. w "Powrocie Odysa". Także gdzieś w międzyczasie niby z hukiem, a jakoś tak niepostrzeżenie zmieniły się czasy, a sporo później z kolei ja wyzwoliłam się z licealnej niechęci do historii i oprócz kultury pokochałam również historię starożytną. I nagle, oglądając sobie na YouTubie kawałki spektaklu telewizyjnego (mam też już dvd z całością, kupione natychmiast jak się ukazało), uświadomiłam sobie, że...

... na ostatnich zajęciach ze sztuki greckiej wspomniałam "Noc Listopadową" w kontekście dekoracji balustrady wokół świątyni Ateny Nike na ateńskiej Akropolis, ponieważ wbrew tekstowi Wyspiańskiego słynna płaskorzeźbiona Nike (znacie tę Nike Fidiaszową, jak sandał wiąże szybka...) po pierwsze nie jest dziełem Fidiasza, po drugie sandał rozwiązuje, a nie zawiązuje...

... że zmieniłabym tam akcenty, bo kontekst historii naj-najnowszej pokazuje, że Nike spod Cheronei nie powinna wlec się w żałobnych szatach (posępna weszła i cmentarna), tylko potrząsnąć Polską tak jak Filip Macedoński potrząsnął skłóconymi państwami greckimi... (O czym już zresztą pisałam kilka lat temu w kontekście innego zastosowania tego motywu w polskiej literaturze.)

... że nadal bardzo lubię ten spektakl, że nic a nic się dla mnie nie zestarzał, no i że nadal najbardziej lubię w nim te sceny mitologiczne, bo dzięki nim sztuka Wyspiańskiego nie jest partykularna, nie balansuje na granicy politycznej agitki, tylko nabiera uniwersalizmu...

... że jakkolwiek dynamiczny, tryumfalistyczny początek nadal robi wielkie wrażenie, to podobnie jak kiedyś moją ulubioną muzycznie i teatralnie sceną jest pożegnanie bogów w teatrze w Łazienkach - Zygmunt Konieczny napisał do tego stonowaną muzykę, nie gubiąc przy tym swojego stylu - bo jest ono najbardziej "wyspiańskie" w tym dziwacznym pesymizmie i uniwersalizmie wpisanym w ściśle polskie konteksty...

... że przedstawienie w tej sztuce mitu Demeter i Persefony jest na miarę misteryjnego tekstu antycznego...

Czyli, zbierając to wszystko w kilku zwykłych słowach: stara miłość nie rdzewieje.

Nike rozwiązująca sandał

PS. Jedyny klip, jaki na razie znalazłam na YT.

wtorek, 01 listopada 2011
O dyniach i szkodliwych memach

Come back na bloga ma dwie bezpośrednie przyczyny. Pierwszą z nich jest moje osobiste lenistwo (wrócimy do tego na końcu), drugą - felietony zamieszczane w necie, do których nie da się napisać komentarza. I lenistwo, i felieton dotyczą dyni. Dyni halloweenowej, oczywiście.

Felieton napisał niejaki Rafał A. Ziemkiewicz (powszechnie i dalej w tym tekście zwany RAZem), z którym zresztą kiedyś w zamierzchłych czasach aktywności fandomowej byłam na ty, jak właściwie wszyscy w fandomie, a teraz mam wrażenie, że żyjemy na innych planetach... Ale do rzeczy. Rzeczony felieton - mimo zasadniczo słusznej tezy - jest jak dla mnie klinicznym przykładem katolicko-prawicowej demagogii, bo niby sporo rzeczy pisze w miarę rozsądnie (chwała RAZowi za to, że nie zabrania swoim dzieciom robić dyń), ale zarazem powiela i szerzy szkodliwe, błędne memy.

Tako pisze na przykład RAZ: "Nasza, chrześcijańska kultura − i w tym zresztą jej wyższość − każe nam odwiedzać groby przodków, jeśli nie częściej, to przynajmniej w tym jednym dniu." Cóż, odwiedzin przy grobach przodków jako żywo nie wymyśliło chrześcijaństwo, wystarczy popatrzeć sobie na greckie wazy związane z obrządkiem pogrzebowym: dominującą tematyką są odwiedziny przy grobach, ozdabianie ich wstążkami, pozostawianie dodatkowych darów. Spotkanie z siostrą przy grobie Agamemnona jest ważnym elementem fabularnym literackich wersji mitu Orestesa, pojawia się też w sztuce. I można by wymieniać dalej. (Skądinąd mem/mit chrześcijaństwa jako wynalazcy moralności, równouprawnienia kobiet, miłosierdzia i innych błogosławieństw cywilizacyjnych to nie temat na notkę na blogu, ale naukową monografię.)

W dalszym ciągu tego samego akapitu RAZ wytyka współczesnej kulturze: "W krajach, z których zaimportowaliśmy Halloween i walentynki nikt już grobów przodków nie odwiedza, bo grobów nie ma. Przepuszcza się człowieka przez komin i rozsypuje na wietrze." Tu już wkraczamy na grząski grunt niezupełnej prawdy i demagogii. Grób nie jest jedyną formą pamięci o zmarłych przodkach czy przyjaciołach. Dla takich Rzymian na przykład większe znaczenie niż grobowiec (który też odwiedzano) miały przechowywane w domach maski przodków, które np. noszono w procesjach na kolejnych rodzinnych pogrzebach, a na co dzień otaczano wielką czcią. Otóż idę o zakład, że w domach tych okropnych Amerykanów, którzy swoich zmarłych rozsypują na wietrze (zazwyczaj zresztą spełniając ich ostatnią wolę bądź też wybierając miejsce szczególnie przez zmarłego ulubione...), stoją fotografie, przypominające o tych, którzy odeszli. Czy to naprawdę tak bardzo gorsze od wycieczki w miejsce, w którym złożono doczesne szczątki? Ludzie zachowani na portretach, a współcześnie zdjęciach czy filmach w jakiś sposób są wciąż wśród nas, nawet jeśli fizyczne pozostałości po ich ciałach krążą sobie gdzieś po wszechświecie. (Nawiasem mówiąc, sceny odwiedzin na cmentarzach są w amerykańskich serialach na tyle popularne, że nie bardzo chce mi się wierzyć w całkowitą nieobecność takiej tradycji.)

W nieco innym wątku czytamy z kolei: "Nasza kultura uczy od wieków: pamiętaj o śmierci, memento mori (...) Natomiast nowoczesne pop-pogaństwo powiada: nie myśl o śmierci, śmiej się z tego. Baw się, używaj, konsumuj i czniaj, co ma być potem." Tu niestety spotykamy się z problemem, że kościół nijak nie jest w stanie zrozumieć (a jeszcze mniej pogodzić się z faktem), że ludzie po prostu niekoniecznie już wierzą w cokolwiek po śmierci, w związku z czym sankcja religijna przestaje mieć znaczenie. Kościół, jego wyznawcy i apologeci nie są w stanie zaakceptować także tak prostego faktu, że w kontekście globalnym ich wizja jest tylko jedną z wielu (wiem, wiem, światopogląd religijny tej konkretnej religii to implikuje, więc robi się błędne koło), a jej nieakceptowanie może oznaczać, że jednak człowiek woli po epikurejsku cieszyć się każdą chwilą życia. I że może robić to z refleksją, sensownie, etycznie i dobrze, nie popadając od razu w tani i płytki hedonizm. A tak przy okazji: to, że się nie jest przekonanym co do istnienia czegoś, nie oznacza koniecznie, że jest się przekonanym co do tego czegoś nieistnienia - postawa agnostyczna przeczy logice dwubiegunowej i prawu wyłączonego środka, tymczasem zarówno fanatycy religijni jak i ateistyczni najwyraźniej żyją wciąż w świecie tymi zasadami rządzonym.

I jeszcze jedno: nie znam epoki, która tak doskonale łączyłaby dwie - zdaniem RAZa najwyraźniej rozbieżne - tendencje: ponurego memento mori i rozpasanego hedonizmu oraz niemal instytucjonalnego wyśmiewania się ze śmierci jak XVII w. (w Polsce jest to szczególnie wyraźnie widoczne), wiek kontrreformacji. Śmiech był sposobem na oswojenie, ale zastanawia mnie - tu RAZ mimowolnie podsunął mi pewną refleksję - rola opresyjnej religijności w rozwoju takich postaw. Siedemnasty wiek zrodził osiemnastowieczny libertynizm, dzisiejsze mieszanie się kościoła we wszelkie dziedziny życia rodzi równie skrajne postawy.

A jednak nie to wszystko najbardziej razi mnie w felietonie RAZa (żart słowny niezamierzony). Najbardziej nie podoba mi się w nim powielanie wyjątkowo kłamliwego kościelnego memu: że religie przedchrześcijańskie pozbawione były duchowości i głębi - pozbawione religijności, chciałoby się powiedzieć. Nie, RAZ tego wprost nie pisze, bo też nie o tym pisze. Ale skacząc dość dowolnie między historycznym "pogaństwem" a tym, co nazywa współczesnym "pop-pogaństwem" popełnia nadużycie intelektualne, zawarte już zresztą w samym określeniu "pop-pogaństwo" (na dodatek jedno i drugie jest traktowane w kontekście walki z zagrożeniem, co dodatkowo implicite zrównuje oba pojęcia).

RAZ słusznie - i zgodnie z linią, którą kościół musiał przyjąć w obliczu ustaleń nauk historycznych - zauważa, że "Święto zimowego przesilenia, narodzin Słońca, stało się Bożym Narodzeniem, nabrały chrześcijańskiego sensu pisanki i święcenie pokarmów, ochrzczone zostały zapusty i ostatkowi przebierańcy. Przecież i nagrobne światła, które dziś zapalamy, też wzięły się z pogańskiego obyczaju." To wszystko prawda (choć osobiście zapewne inaczej bym to opisała, bo też warunki, w jakich to się działo, nie były tak naturalne i pokojowe, a metamorfoza płynna, jak wynika z użytych sformułowań), ale niestety poprzedza ją takie zdanie: "W swych dziejach Kościół wielokrotnie wygrywał z pogaństwem − i nie ma powodu, by nie wygrał i z pop-pogaństwem naszych czasów." Tu już włącza nam się retoryka walki, a implicite dostajemy informację, że to wszystko, z czym kościół wygrał w dawnych wiekach było równie płytkie i pozbawione wartości jak współczesna kultura konsumpcji.

"Ale rzadko [wygrywał z pogaństwem] w drodze prostego zakazu. Przeważnie po prostu oswajał pogańskie przyzwyczajenia, albo nadawał im nowe znaczenia." No to już jest szczyt demagogii, ponieważ całe to oswajanie wcale nie było pokojowym oswajaniem. Niestety, Rafale A., zaczęło się od bardzo prostego zakazu. Wydał go pod koniec IV w. cesarz Teodozjusz: zabronił wyznawania w cesarstwie rzymskim (a to oznaczało wówczas wciąż jeszcze spory kawał Europy i przyległości) jakichkolwiek innych religii oprócz chrześcijaństwa, nakazał burzenie świątyń i wycinanie świętych gajów (ofiarą padł np. dębowy gaj w Dodonie, znany już Homerowi, a także mnóstwo wspaniałych zabytków architektury i sztuki). Równocześnie armia duchownych zajęła się przekonywaniem ludzkości, że ich bogowie są kłamstwem, złymi demonami itd. Na temat "oswajania" i "nadawania znaczeń" pisano traktaty, nie przypadkiem naginając rok liturgiczny i jednocześnie każąc zapominać o wcześniejszych znaczeniach "oswajanych" świąt. To była walka ideologiczna zakrojona na nieznaną dotychczas skalę, wynikająca z cesarskiego edyktu, a nie żaden naturalny proces (jak drzewiej bywało, bo fuzje wierzeń i bóstw były na porządku dziennym). Nawiasem mówiąc, te same metody (niszczenie posągów, wycinanie świętych gajów) stosowano w procesie chrystianizacji barbaricum w średniowieczu. Aż nachodzi człowieka smutna refleksja, że chrześcijaństwo od IV w. było narzędziem politycznym, więc we współczesnej Polsce nie mamy do czynienia z niczym nowym.

I jeszcze jedno, tym razem gruby kaliber: "Takie są najgłębsze kulturowe − czy, właściwie, antykulturowe − znaczenia, ukryte pod wesołą zabawą, którą ochoczo naśladujemy." Nie jestem wcale przekonana, czy nawet zabawowe nawiązanie do starej - i bardzo duchowej - tradycji można określać jako antykulturowe. Kultura to nie jakiś monolit na piedestale; to, nawiasem mówiąc, jeden z głównych błędów popełnianych, kiedy popularnie mówi się o kulturze starożytnej. Szkoła rzuca nam ochłapy z górnej półki, że posłużę się taką mieszaną metaforą: usłyszymy coś o Platonie, Fidiaszu, Homerze i Safonie. A tymczasem kultura antyczna to także mim o wysoce niewyrafinowanym humorze, żartobliwie nieprzyzwoite bądź wręcz sprośne wierszyki, komiczne malunki na wazach czy ścianach domów (o lupanarach już nie wspominając), rzeźby gnomów, romanse przygodowe itd.

Być może póki chrześcijaństwo było jedną z licznych niewielkich mesjańskich sekt w obrębie judaizmu i trzymało się wiary w niechybny bliski koniec świata, jego wyznawcy mogli istotnie ascetycznie stronić od różnych spraw świata tego. Może jeszcze bezpośredni wyznawcy nauk Pawła z Tarsu mieli szanse na takie - sekciarskie - zachowania. Ale już w III/IV w., w okresie poprzedzającym edykt mediolański, wśród zwykłych chrześcijan byli zapewne zarówno ascetyczni fanatycy jak i zwykli ludzie, nie różniący się swym sposobem życia od wyznawców Mitry czy Izydy. Ci pierwsi wzięli następnie górę jako przewodnicy duchowi i jeśli kiedyś w historii zaistniała działalność antykulturowa, to uprawiali ją rozmaici Tertulianowie i Tacjanowie oraz ich anonimowi uczniowie i naśladowcy - zakazując zawodów sportowych, przedstawień teatralnych. Ukoronowaniem tego trendu było kolejno zniszczenie Biblioteki w Aleksandrii (IV w.) i zamknięcie Akademii Platońskiej w Atenach (VI w.). Bodajże właśnie Tacjan został świętym m. in. za skuteczną walkę z posągami - czyli ze sztuką.

No a w średniowieczu do kultury niewątpliwie chrześcijańskiej należały rubaszne piosenki żakowskie, prześmiewcze traktaty, niepoważne przedstawienia rybałtów i tak dalej. Nie, na szczęście nawet chrześcijaństwo nie zdołało zaszczepić w człowieku ponurej, posępnej wizji świata, w której działalność kulturowa może być wyłącznie ambitna, na koturnie, a już najlepiej powiązana wyłącznie z refleksją o sprawach wyższych. (Kolejny mem do utłuczenia: mit złotego wieku w sensie kulturowym, tzn. kiedyś to ludzie tworzyli tylko wysoką sztukę,i mówili wyrafinowanym językiem, a my mamy zalew popkultury.)

Już na marginesie felietonu a nie bezpośrednio w związku z nim: może zamiast z dyniami katolicy raczej powalczyliby z ohydnymi, niemającymi już nic wspólnego ani z duchowością, ani z tradycją ludową, kiermaszami odpustowymi (popularnie zwanymi  po prostu odpustami, co samo w sobie świadczy o laicyzacji tradycji religijnych), odbywającymi się przy polskich kościołach? Z dzieciństwa pamiętam naszyjniki z ciasta chlebowego, drewniane zabawki, papierowe wiatraczki - a potem stopniowe pojawianie się plastikowego paskudztwa rodem z Chin, aż po dzisiejsze stragany z tym, co jest w każdym tanim sklepie z zabawkami i supermarkecie? One z pewnością degradują kulturę (religijność zresztą też) i są najbardziej jaskrawym przejawem płytkiego konsumpcjonizmu, jaki znam z własnego podwórka - i to nie tego celebryckiego, ale powszechnego.

Tym sposobem doszłam mniej więcej do końca tego, co w felietonie RAZa chciałam zdekonstruować, że posłużę się tym paskudnym terminem. Po prawdzie wynikło to z dyskusji na fejsbuku - i po prawdzie muszę tu z przykrością wyznać, że rzeczony fejsbuk zadał nieco cios w plecy blogowi, bo dyskusje różnorakie tam się przeniosły. I to jest niewątpliwie lenistwo intelektualne, z którym postaram się powalczyć. Ale jedną rzecz okołofejsbukową wytłumaczę: zarzucono mi tam między innymi, że dzielę felieton RAZa na czworo. Może. Ale wydaje mi się, że takie umiarkowane felietony, w których jest sporo sensownych uwag ("nie sądzę, aby wytaczanie przeciwko halloweenowej dyni ciężkich dział miało sens", "moje córki, a jakże, ustawiły swoje haloweenowe dynie na balkonie, bardzo z nich dumne, i nie widzę w tym żadnego dla nich niebezpieczeństwa") są bardziej demagogiczne od prymitywnego ideologizowania za pomocą łopaty.

Nie chodzi mi oczywiście o to, że RAZ pisze z punktu widzenia katolika, bo ma do tego prawo, katolikiem będąc ("duchowni, którzy podnosząc przeciw zabawie poważne argumenty usiłują powstrzymać modę zakazami, popełniają taktyczny błąd", "dopóki [moje córki] wiedzą, że o zmarłych dziadkach trzeba pamiętać, odwiedzać ich groby, przyozdabiać je i modlić się na nich ... to żadna moda i zabawa im nie zaszkodzi"). Chodzi mi na przykład o to, że w wykropkowanym środku ostatniego zacytowanego zdania mamy paskudną generalizację "a nie, jak Amerykanie, traktować zmarłego jak starą kanapę, którą trzeba po prostu usunąć z domu i pozbyć się kłopotu". Oraz o to, że taki skądinąd rozsądny głos powielający fałszywe memy powiela je skuteczniej niż wściekły, zajadły bełkot. Bo bardzo łatwo pomyśleć, że oto mamy wreszcie rozsądny głos ze strony katolickiej i nie zauważyć, że może i nie celowo, ale jest on nasycony płytką demagogią. Dlatego właśnie postanowiłam jednak podzielić go na czworo.

A teraz w kwestii mojego lenistwa: właściwie to powinnam ideowo wystawić sobie gdzieś jakąś dynię. Ale dni okołoświąteczne spędzam sobie w dużej mierze zacisznie u rodziców, którzy wprawdzie dynię mieli, ale przerobili ją w tempie ekspresowym na konfiturę. A mnie nie przyszło do głowy, że w ramach demonstracji przeciwko fanatycznym antydyniowym ekscesom powinnam solidarność z dynią zamanifestować. Dlatego postaram się w przyszłym roku wywiesić jakieś ładne dynie na balkonie - poza wszystkim jest szansa, że okażą się dobrym odstraszaczem gołębi.

Lekyty białogruntowane (V w. p.n.e.), sceny odwiedzin przy grobie

PS 1. "To zakrawa na paradoks − w 'cywilizacji śmierci' śmierć nie istnieje, jest kompletnie wypychana ze świadomości, podczas gdy w cywilizacji życia stanowi centrum. Oczywiście, paradoks jest, jak się nad tym zastanowić, pozorny." Przyznam, że nie do końca chwytam, o co RAZowi chodzi z tą pozornością (nie wytłumaczył), ale autorom i propagatorom memu cywilizacja śmierci vs cywilizacja życia dałabym pod rozwagę, że może te określenia po prostu nie mają sensu i są z gruntu demagogiczne, skoro jest dokładnie na odwrót? Przypomina się stara zasada, że jeśli teoria nie pasuje do faktów, to jednak coś nie w porządku jest z teorią...

PS 2. Na fejsbuku pisałam jeszcze o tryumfalistycznym tonie zawartym w tym RAZowym tekście (znów niezamierzona gra słów...), co spotkało się z protestami obrońców felietonu - utrzymuję tę tezę. Te sformułowania o wyższości "naszej" religii, te zapewnienia, że znów pokonamy wroga - to wszystko trąci kontrreformacją i jej duchem.  Niesympatycznym duchem księdza Skargi, który dość nieszczęśliwie ma patronować w tym roku naszemu parlamantowi.

środa, 15 czerwca 2011
Discamus latine!

Od jakiegoś czasu trwa akcja "Polska w Europie - łacina w szkole". Bardzo słuszna akcja, popieram ją wszystkimi łapkami gdzie się da, w związku z czym postanowiłam zrobić to również na blogu, choć jego stali czytelnicy chyba nie wątpią, że popieram. Oto krótka lista powodów, dla których warto się uczyć łaciny - powodów o charakterze autobiograficznym i subiektywnym, bo w różnych mediach różne osoby piszą mądrze, przekonująco i poważnie.

1. Bo łacina jest fajna. Naprawdę. Nawet taka - a może właśnie taka - jakiej uczy się powszechnie w szkołach, czyli martwa. I mówię to ja, która w kwestii metod uczenia języków obcych zdecydowanie preferuję bycie wrzuconym między native speakerów i konieczność uczenia się ze słuchu oraz przez naśladowanie i tworzenie konstrukcji na wzór zasłyszanych (tak, tak, jestem tym rzadko ponoć występującym w przyrodzie modelem Chomsky'ego...). Mówię to, ponieważ w liceum uczenie się łaciny było fajne. I to, paradoksalnie, dość od początku, ponieważ już w pierwszej klasie zaczęła się np. nauka metryki, a heksametr zrozumiałam natychmiast i bawienie się nim sprawiało mi autentyczną radość. Do dziś zresztą sprawia, lubię porozkoszować się brzmieniem Metamorfoz Owidiusza czy Eneidy Wergiliusza w oryginale. Inna metryka, która ma ustalone układy stóp, jest mniej fajna jako łamigłówka, ale za to jak pięknie brzmi! Tak samo łamigłówką są tłumaczenia prozy, zwłaszcza takiego Cycerona - można czasem spędzić pół godziny na próbie rozszyfrowania, co z czym łączy się w zajmującym kilka linijek zdaniu - a jak się to rozwiąże (samemu albo i z pomocą specjalistów), to jaka radość! Zabawa lepsza niż z jolką, a satysfakcja moim skromnym zdaniem większa.

2. Bo fajnie jest rozumieć różne tajemnicze napisy. Największą zachętą do uczenia się jakichkolwiek języków była dla mnie zawsze irytacja, kiedy czegoś nie rozumiałam. Objawienia doznałam mając sześć lat, kiedy usłyszałam mojego Tatę rozmawiającego w informacji turystycznej w Grecji po angielsku. Pal diabli, że ludzie w tejże informacji go rozumieli - na to nieszczególnie zwróciłam uwagę. Poczułam się urażona, ponieważ ja NIE rozumiałam! Zażądałam natychmiastowego zapisania mnie na kurs angielskiego, co rodzice zrobili, zapewniając mi w ten sposób chleb na życie, bo trochę na tych tłumaczeniach zarobiłam. A łacina? No dobrze, głównym bodźcem do pójścia do klasy klasycznej była greka, ponieważ Grecję kochałam zawsze bardziej niż Rzym, ale szybko okazało się, że to łacina wchodzi mi do głowy z zaskakującą łatwością, a z greką tak naprawdę walczę do dziś (i kocham ją miłością niezupełnie odwzajemnioną, chciałoby się powiedzieć). A łacina mnie uwiodła, bo nagle okazało się, że różne napisy na starych murach, skróty na nagrobkach, a także inskrypcje w muzeach, które wcześniej mijałam obojętnie, mają sens i czasem nawet bywają ciekawe!

3. Bo czasem fajnie jest móc się pośmiać z ignorancji. Wchodzę ja sobie na takie forum portalu gazeta.pl i widzę taki oto cymesik: Forum Humorum. Jako native speaker polskiego bez trudu domyślam się, co autor tej nazwy miał na myśli. Ale znacznie bardziej bawi mnie to, że tak naprawdę ta nazwa oznacza Rynek/Targ Płynów (aż by się chciało za bohaterem jednego z moich ulubionych filmów - Doktora Strangelove - powiedzieć: ustrojowych). Tu muszę uczciwie przyznać, że radosnemu rechotowi z ignorancji nader często towarzyszy irytacja, bo wiele pseudołacińsko brzmiących pseudomakaronizmów można by ująć równie zgrabnie z punktu widzenia ich bycia zrozumianym po polsku, ale zarazem poprawniej. Fajnie jest też wiedzieć, że wprawdzie najbardziej znana forma pewnego wyrażenia brzmi "pro domo sua", ale kiedy mówimy o sobie samych, to powinniśmy powiedzieć "pro domo mea". Nie mówiąc już o rozróżnianiu między "stricte" a "sensu stricto".

To takie małe, życiowe, codzienne powody, dla których fajnie jest znać łacinę. Ale oczywiście, jak nietrudno się domyślić, łacina daje mi wgląd w to, jak kiedyś myślano, mówiono, pisano. Jest jednym z wielu kluczy do mojej ukochanej starożytności, pozwalających zajrzeć w przeszłość, otworzyć kilka okienek na tamten świat. Świat, z którego nasz wyrósł w stopniu znacznie większym niż z jakiejkolwiek innej tradycji. Nawiązując do tytułu akcji - nauka łaciny powinna być powinnością każdego Europejczyka. Po prawdzie greka też, ale wyznajmy to szczerze: jest dużo trudniejsza, więc niech już przynajmniej będzie ta łacina.

Rzymskie dyplomy militarne

Link do petycji w sprawie pozostawienia łaciny w szkole.

wtorek, 26 kwietnia 2011
Tłumacz recenzentem

Tłumacz często ma mało czasu na czytanie wielu książek poza tymi, które tłumaczy, zwłaszcza jeśli poza byciem tłumaczem usiłuje jeszcze być czymś innym - a tak naprawdę to jest na odwrót, bo tłumaczem jest dla chleba...

Ale Agora ogłosiła konkurs, który ma wspierać czytelnictwo, więc nawet nie ze względu na sam konkurs, ale jego szczytny cel dość bezczelnie pozwolę sobie zrecenzować książkę, którą sama przetłumaczyłam - ponieważ zahacza o to, czym się zajmuję poza tym zawodowo, a na dodatek w kwestii oceny tłumaczenia mogę przynajmniej częściowo powołać się na zdanie kogoś innego.

Ostatnimi czasy wyspecjalizowałam się w przekładaniu książek plus minus fantastycznych dla młodzieży - co jest i przyjemne, i pożyteczne, bo ma szanse czytelnictwo zwiększyć, wszak czym skorupka za młodu nasiąknie... Miałam do tego takie szczęście, że trafił mi się autor, który po latach pisania kryminałów dla dorosłych postanowił spróbować sił w literaturze przeznaczonej mniej więcej dla swoich dorastających synów. Nie bez znaczenia była również oczywiście popularność Harry'ego Pottera i czysto marketingowe wyczucie, że otwiera się wielka przestrzeń dla tego rodzaju książek, trzeba tylko znaleźć sobie odpowiednio atrakcyjną niszę w sensie przedstawianego świata. Klony książek o młodych czarodziejach raczej się nie sprawdzą, dopóki ktoś nie wpadnie na kolejny rewolucyjny pomysł.

Rick Riordan, bo o nim mowa, postanowił zagospodarować mitologię i nadprzyrodzony świat, który w niej znajdujemy. Na początek wziął się za mity greckie - powstała pięciotomowa seria Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy (w Polsce wydana w latach 2009-2010), której tłumaczenie sprawiło mi wielką przyjemność, ponieważ powieści te w sposób pomysłowy i niebanalny, choć czasem uproszczony ze względu na wiek zamierzonych odbiorców, przedstawiały opowieści, które kochałam od moich najwcześniejszych lat. Kolejne tomy stanowiły nawiązania do przygód Odyseusza, Heraklesa, Tezeusza bądź też prezentowały kompilacje różnych mitów bez wyraźnej linii fabularnej zaczerpniętej z podań greckich.

Druga seria autorstwa Riordana, której pierwszy tom (Czerwona piramida) ukazał się na początku 2011 r., wykorzystuje mitologię egipską, co jest o tyle trudniejsze, że w tej tradycji znacznie mniej jest literacko przetworzonych, powszechnie znanych opowieści, które miałyby ten potencjał, co legendy o greckich herosach. W przeciwieństwie do Grecji Egipt nie wytworzył zaawansowanej literatury, która przeniosłaby mit czyli opowieść o silnych związkach z sacrum w sferę bliższą profanum czy nawet rozrywce. Dlatego w serii egipskiej Riordana nawiązania do wykorzystywanej kultury mają charakter bardziej "scenograficzny" i epizodyczny niż fabularny: więcej tu elementów kultury materialnej, które odgrywają kluczową rolę (ożywające posążki uszebti, znaczenie ustawionych na całym świecie obelisków, święte teksty i hieroglify - fizycznie obecne w książce!), inna koncepcja związku bogów z ludźmi: w serii o Percym Jacksonie bohaterowie byli współczesnymi herosami czyli potomkami Olimpijczyków i śmiertelników, podczas gdy w serii o Sadie i Carterze Kane'ach nastoletni bohaterowie pochodzą z (pozornie) zwykłej ludzkiej rodziny, a ingerencja egipskich bóstw w ich życie ma zupełnie odmienny charakter.

Starożytność to dla popkultury jedna wielka pułapka. Mało które dzieła - literackie czy filmowe jednako - dają sobie z nią radę. Poczynając od ideologicznych "produkcyjniaków" w rodzaju Quo vadis w wersji zarówno książkowej jak filmowej przez różnego rodzaju Kleopatry, Aleksandry i Troje, w których nie ma grama sensu historycznego czy mitycznego, po całkowicie pretekstowe Xeny - autorzy uważają starożytność za jeszcze jeden kostium, w który można przebrać postacie/aktorów, nie zważając na pewnego rodzaju odpowiedzialność wobec materiału, który się wykorzystuje. Nieco ambitniejsze próby mierzenia się z tym materiałem (dylogia macedońska Davida Gemmella czy powieści Judith Tarr) nie wychodzą właściwie poza niszowość. W rezultacie zazwyczaj dostajemy najczęściej lepiej lub gorzej strawną papkę, która równie dobrze mogłaby się ubrać w całkiem inny kostium. Bronią się nieliczne seriale telewizyjne: Ja, Klaudiusz (pomimo archaiczności realizacji i sensacyjno-plotkarskiej fabuły), Odyseja Konczałowskiego (bardzo poprawna) i Rzym produkcji HBO (rzeczywiście olśniewający pod względem rekonstrukcji epoki).

Na tym tle książki Riordana stanowią chlubny wyjątek - głównie dlatego, że autor konsekwentnie korzystał z pomocy specjalistów z najlepszych amerykańskich uczelni. Fabuły są nie zanadto skomplikowane (choć przyznam, że niektóre zwroty akcji zdołały mnie nieźle zaskoczyć), ale sądząc po reakcjach młodych czytelników atrakcyjne dla osób, dla których są przeznaczone, a główni bohaterowie dobrze skonstruowani pomimo sporej typowości. Ja ich w każdym razie lubię, dzieciaki z forów też, więc jest dobrze.

W obrębie starożytności popkulturowej Egipt to chyba jeszcze większa pułapka niż Grecja - choć ta ostatnia zaliczyła w sumie więcej spektakularnych wpadek: wspomniane filmy Troja i Aleksander, a także, wbrew pozorom - wszystkie kolejne Kleopatry, których twórcy zapominają ewidentnie, że Ptolemeusze byli Macedończykami a nie Egipcjanami. I na tym właśnie polega problem z Egiptem, że dla wielu osób przytłacza on całą wizję starożytnosci. Ma on bowiem, z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów, opinię najbardziej fascynującej cywilizacji w dziejach: mumie w British Museum są oblegane przez turystów pstrykających pamiątkowe fotki, a Nefretete w Berlinie zakazano fotografować, bo nie dało się do niej podejść. Skądinąd w sali obok jest przepiękny relief przedstawiający Echnatona i Nefretete z córkami, a także śliczne "szkice" rzeźbiarskie z życia rodziny królewskiej, ale mało kto na nie zwraca uwagę. Bo Nefretete (ta Nefretete) jest gwiazdą, a reszta to tylko tło. Drugą gwiazdą, tyle że przebywającą nieco dalej od Europy, jest oczywiście Tutanchamon - King Tut, jak nazywają go pieszczotliwie Anglosasi - król z punktu widzenia historii mało istotny, ale z punktu widzenia archeologii bardzo. Trzecia gwiazda to Kleopatra... i zapominamy, że to już zupełnie inny Egipt. Grecki Egipt, który na dodatek lada moment przemieni się w Egipt rzymski. A "prawdziwy", faraoński Egipt gdzieś się w tym wszystkim gubi, przytłoczony rekwizytami: perukami, biżuterią, łysymi głowami kapłanów i ewentualnie ciężkim losem fellacha.

Riordan nie zapomina, że ponad trzy tysiące lat dziejów starożytnego Egiptu to wbrew pozorom nie monolit, i jakkolwiek moją ukochaną Kleopatrę (kobietę inteligentną, nieładną, ale fascynującą) czyni w sumie negatywną bohaterką dziejów swojego świata, to przynajmniej podkreśla zmiany, jakie na przestrzeni dziejów zachodziły w Egipcie. Co więcej, on ten Egipt ewidentnie zrozumiał, bo nie ma tu obiegowych bzdur - wręcz przeciwnie, młody czytelnik ma szanse sporo się nauczyć, zarówno o mitologii jak i o obyczajach. Ładnie fabularnie wykorzystana zostało specyficzna pozycja i rola króla (faraona) w kulturze egipskiej, a zwłaszcza jego związek ze sferą sacrum; ciekawie potraktowano niejednoznaczność praktycznie wszystkich bóstw, jak chociażby to, że żadne z nich nie jest wyłącznie złe albo dobre. Podobnie jak w Percym Jacksonie nieźle wyszło połączenie starożytności ze współczesnością, a drobne ukłony w kierunku mód w literaturze młodzieżowej (Anubis jako mroczny emo młodzieniec, do którego wzdycha bohaterka) są w sumie zabawne. Akcja wartka, momentami nawet zbyt wiele fajerwerków, ale w sumie wszystkie mają swoje uzasadnienie i żadna strzelba nie wystrzela na darmo, że sparafrazuję klasyczne teatralne powiedzonko.

Na koniec dwa słowa o tłumaczeniu, a raczej o jego recenzji. Książka poszła do adiustacji do specjalisty od hieroglifów, które w dużej liczbie pojawiają się w tekście - nie tylko jako ozdobniki. Egiptolog ów napisał następnie do mnie list, który zaczynał się tak: "Szanowna Pani Agnieszko, Przede wszystkim proszę przyjąć gratulacje za znakomite tłumaczenie. Sam tłumaczyłem parę rzeczy, więc trochę „czuję bluesa” i potrafię docenić umiejętności translatorskie, najlepiej widoczne  w przekładach gier słownych. A Narmer plate jako patera Narmera, to po prostu mistrzostwo świata :) Przede wszystkim jednak rozkoszą dla egiptologa jest zetknięcie z tłumaczem, który wie, że Middle Kingdom to Średnie Państwo, a nie Środkowe Królestwo, i że Nephthys to Neftyda. Nie uwierzyłaby Pani, jakie kwiatki można spotkać."

Oczywiście, było mi miło, ale odpisałam uczciwie: "bardzo dziekuję za miły list - ale muszę 'rozczarowac' ;) Z wyksztalcenia jestem miedzy innymi... archeologiem klasycznym, specjalizuję się w epoce hellenistycznej, a pracę licencjacką napisalam o Egipcie ptolemejskim, więc Średnie Państwo itd. to dla mnie oczywistość."

Przytaczam to po trochu dlatego, że zawsze fajnie jest się pochwalić pochwałami, ale także dlatego, żeby w tych dniach promocji czytelnictwa zwrócić też uwagę na kwestię przekładów - również książek dla dzieci i młodzieży. To, jak przekłada się nawet literaturę popularną, jest ważne, naprawdę. I jeszcze jedno: to nie jest tylko kwestia tłumacza. Wzorem anglosaskich autorów pozwalam sobie w tym miejscu podziękować serdecznie pani Ewie, redaktorce, z którą pracowałam przy wszystkich Riordanach - ostateczny kształt tekstu to w wielkiej mierze jej zasługa, to z nią odbywamy burze mózgów, żeby wymyślić w miarę sensowne gry słów, to ona bywa autorką niektórych błyskotliwych pomysłów. Dlatego pozwalam sobie na pewnego rodzaju apel do wydawnictw specjalizujących się w literaturze młodzieżowej i popularnej: nie oszczędzajcie na redakcji i korekcie, bo czytanie książek, w których styl drapie po oczach i mózgu, a interpunkcja woła o pomstę do nieba, jest udręką, a wydawanie ich w takiej formie - zbrodnią. Dobry przekład to wspólna robota tłumacza i redaktora, piszę to z pełnym przekonaniem. W trosce o pożytki z czytelnictwa powinniśmy upomnieć się o książki dobrze pisane i dobrze tłumaczone - czyli dobrze redagowane.

Echnaton i Nefretete w ogrodzie

czwartek, 14 kwietnia 2011
Moje życie teatralne

Przyjęło się uważać, że dni takie jak czyjeś urodziny/imieniny itp. dają szczególne prawa. Dlatego będzie nieco autobiograficznie, choć temat został wywołany przez dyskusję bardzo aktualną i, co więcej, dotyczącą jednostkowego zdarzenia. Ale o tym za chwilę.

Mogłabym napisać o tym, jak zostałam de facto wyrzucona ze studiów teatrologicznych, do których z moim zainteresowaniem antykiem żywcem nie pasowałam (nie interesował mnie jakoś szczególnie ani Lupa, ani Jarzyna, ani Grotowski, nie omdlewałam na myśl o wycieczce do Gardzienic). Mogłabym też napisać o pierwszym teatralnym olśnieniu, którymi były bajka Cucurbita Story w krakowskiej Grotesce, kiedy miałam raptem parę lat (niewiele pamiętam z akcji, było to o dyni, na pewno zachwyciła mnie scenografia). W sumie ogólnie pamiętam, że uwielbiałam spektakle w Grotesce, byłam na pewno na czymś na motywach bodajże Turandot oraz na Karlssonie z dachu. Moja rodzina kochała teatr od pokoleń, więc zapewne nawet nie mam szans pamiętać, na czym byłam w tym magicznym miejscu po raz pierwszy. Pamiętam też pierwsze olśnienie "dorosłym" teatrem, choć nastąpiło ono w bardzo niedorosłym wieku - była to Oresteja Ajschylosa, kilkugodzinny spektakl, który pamiętam niemalże scena po scenie.

Mogłabym też napisać o tym, jak w liceum zostałam "łączniczką teatralną" i ciągałam klasę na przedstawienia w Starym. I o tym, jak potrafiłam zdobyć - tym razem dla rodziny - bilety na spektakle, na które praktycznie nie dało się wejść: Stary Teatr przygotowywał wznowienia najsłynniejszych spektakli z lat 70 dla jakiegoś jubileuszu bodaj w Edynburgu i w Krakowie pokazywał je "dla rozgrzewki" dosłownie raz czy dwa razy. Dzięki temu widziałam np. Biesy i Nastazję Filipownę Dostojewskiego-Wajdy, te pierwsze oczywiście nie w premierowej obsadzie, ale zawsze. Jako smarkula zobaczyłam też wznowienia Nocy listopadowejWyzwolenie Wyspiańskiego-Swinarskiego. I co było najbardziej zadziwiające - oglądałam te reaktywowane przedstawienia po wielu latach od ich premier, a nic a nic nie straciły one ze świeżości (w przypadku Wyspiańskiego widziałam potem starsze nagrania telewizyjne i mogę to z całą pewnością stwierdzić). Wyspiańskiego-Wajdy i

Grali w nich wielcy aktorzy - i wprawdzie Jerzy Trela jako Konrad w Wyzwoleniu był dużo starszy od tego, którego znałam ze zdjęć w albumach i zobaczyłam potem w telewizji, ale nadal magnetyzował głosem. Wprawdzie Jan Nowicki jako Wielki Książę w widzianej przeze mnie na scenie Nocy listopadowej był już starszym, posiwiałym panem, a nie młodym przystojniakiem z wersji sfulmowanej w warszawskich plenerach, ale w tych podszytych erotyzmem scenach z niemłodą już też Teresą Budzisz-Krzyżanowską było więcej chemii niż w czymkolwiek, co widziałam w wykonaniu polskich aktorów w latach ostatnich. Wspomniany Nowicki i Jerzy Radziwiłowicz - dwaj panowie w pewnym wieku we wznowionej Nastazji nadal skakali po scenie i niemalże łazili po ścianach. Było to niesamowite.

Mogłabym też napisać o cudownych przedstawieniach polskiego Teatru Telewizji, który nagle kompletnie stracił wyraz, ale to chyba na osobny wpis.

Bo potem nagle straciłam serce dla polskiego teatru. Przyczynił się do tego wzmiankowany Krystian Lupa, który zachwycił mnie spektaklem zrobionym w PWST jako dyplom studentów aktorstwa - nazywało się to Siedem snów w państwie Snu i było według książki, która wcześniej mnie zachwyciła, Po tamtej stronie Alfreda Kubina. Nieco później Lupa przeniósł ten tekst do Teatru Kameralnego, rozciągnął krótki spektakl, składający się z małych epizodów punktowanych inscenizacjami niesamowitych grafik Kubina, do kilku godzin, zrobił z tego smęt o snujących się po scenie aktorach - omal nie zasnęłam w teatrze. Kolejne spektakle Starego rozczarowywały mnie (Tadeusz Bradecki trzymał poziom, ale znikł; Jerzy Jarocki robił jeszcze świetne przedstawienia, ale też znikł, chyba z powodu choroby).

Mogłabym też wspomnieć, że miałam szczęście podczas dość regularnych wizyt w Warszawie w dzieciństwie i wczesnej młodości zobaczyć na teatralnych deskach autentyczne tuzy aktorskie starszego, dziś już w dużej mierze wymarłego, pokolenia: Aleksandrę Śląską, Gustawa Holoubka, Andrzeja Łapickiego. Śląska była już bardzo wiekowa, grała tytułową rolę w Matce Witkacego, ale co to było za aktorstwo!

Tak, jako dziecko i nastolatka kochałam teatr miłością gorącą, namiętną i niemal bezwarunkową. Potrafiłam być na kilku przedstawieniach tygodniowo, a kilka razy w miesiącu to była konieczność. Teatr był jak narkotyk. Z ówczesną najbliższą przyjaciółką zbierałyśmy oczywiście również autografy - miałam w zasadzie komplet zespołu Starego. Dlatego poszłam w pierwszym odruchu serca na teatrologię, z której, jak już wspomniałam, zostałam następnie de facto wyrzucona za brak stadnych zachowań.

Wizyty w teatrze w kilku ostatnich latach mogłabym policzyć na palcach. Zobaczyłam Miarkę za miarkę w krakowskim Teatrze Słowackiego. Dało się przeżyć: spektakl umiarkowanie przemyślany, panowie byli znośni, gorzej z aktorstwem pań. Do sporej liczby lokalnych produkcji zniechęciły mnie same opisy w recenzjach - doświadczenia z podobnymi "eksperymentami" w teatrze telewizji nie zachęcały mnie do wydawania sporych sum na bilety. Widziałam w gazetach informacje o jakichś przedstawieniach w Warszawie, które może nawet bym i zobaczyła, chociażby dla aktorów, ale żadne nie pociągało mnie tak, żeby wsiąść w pociąg i pojechać.

Nie znaczy to, że do policzenia, na czym byłam, wystarczyłby mi jeden palec u jednej ręki. Oprócz zapamiętanego krakowskiego Szekspira mogę wyliczyć jeszcze cztery spektakle, które widziałam w ciągu ostatnich lat. A konkretnie trzy z nich widziałam w ciągu jednego tygodnia, a jeden kilka lat później. Te trzy były w Londynie, a jeden w Grecji. Wszystkie mnie w mojej teatralnej pasji całkowicie zaspokoiły, choć za każdym razem doświadczenie było innego rodzaju.

Edyp, Argos

W Londynie zrobiłam sobie maraton aktorski: Makbet z Seanem Beanem i Samanthą Bond w rolach głównych (dwa w jednym: jeden z ulubionych filmowych aktorów oraz ukochany tekst Szekspira, na dodatek w świetnym spektaklu) i dwie sztuki, których tytułów i autorów nawet nie pamiętam, ale grały w nich trzy aktorki, które z ogromną przyjemnością zobaczyłam na żywo. W komedyjce w rodzaju Dwojga na huśtawce grała gwiazda ukochanego Archiwum X, Gillian Anderson czyli Agentka Scully, w związku z czym było to doświadczenie de facto fanowskie: na pewno nie poszłabym na tę sztukę, napisaną jako popis dla dwójki aktorów, gdyby wykonawcy byli mi obojętni. Z kolei w obyczajowej tragikomedii, z której akcji jeszcze mniej pamiętam, występowały dwie wielkie damy brytyjskiego filmu i teatru, Judy Dench i Maggie Smith - to też był tak naprawdę koncert na dwie aktorki, a nie sztuka, którą by się zapamiętywało dla niej samej.

W Grecji skusiłyśmy się z N na Króla Edypa i Edypa w Kolonos Sofoklesa w antycznym teatrze w Argos - spektakl przeniesiony tam z festiwalu w Epidauros. Fantastyczny spektakl, łączący obie sztuki, odwracający ich kolejność, tak że Król Edyp stał się jakby wspomnieniem snutym przez starego Edypa, a sceniczne rozwiązanie chóru (z którym ewidentnie nijak nie są w stanie poradzić sobie młodzi polscy reżyserzy), plączącego się wężowym ruchem między aktorami było po prostu genialne.

Efekt jest taki, że ilekroć wybieram się do Londynu - sprawdzam, czy przypadkiem ktoś, kogo lubię, nie gra w jakimś przedstawieniu. Oczywiście zdarza się, że prowadzi to do frustracji, bo np. rozminęłam się dwa lata temu o dosłownie kilka dni z końcem sezonu Hamleta z Judem Law. Ale wiem, że tam warto pójść zarówno na spektakl teatru repertuarowego jak Royal Shakespeare Company, jak i przedstawienie zrobione dla aktora - czyli sporą część produkcji West Endu.

I tu dochodzę do wątku aktualnego, którym jest oczywiście spór Jana Englerta (w roli dyrektora Teatru Narodowego) z Grażyną Szapołowską (gwiazdą, która zerwała spektakl w tymże Narodowym, ponieważ wolała wystąpić w telewizyjnym show). Niezależnie od prawnych okoliczności (gwiazda powołuje się na to, że dawała wcześniej znać o konflikcie terminów) stoję całym sercem po stronie Englerta i teatru. Przede wszystkim dlatego, że aktorka miary i klasy Szapołowskiej nie potrzebuje już pokazywać się w komercyjnym programie po to, żeby zabłysnąć, ani nawet po to, żeby utrzymać rodzinę. Gdyby taki krok podjęła zaproszona do udziału w reklamie czy serialu aktorka z zespołu teatru publicznego, która nie ma szans na zagranie czegokolwiek więcej niż trzecioplanowa rola, zrozumiałabym. W przypadku wybitnych aktorów, którzy na dodatek są gwiazdami - noblesse oblige. Skoro pani Szapołowska pokazała, że od publiczności teatralnej (tej kurczącej się grupy, która wciąż chce sięgać po kulturę wysoką) wyżej sobie ceni telewizyjną publisię, to znaczy, że nie ma dla niej miejsca w Teatrze Narodowym.

A tak w ogóle to na marginesie tego wszystkiego myślę sobie, że może warto by skopiować u nas model brytyjski. Narodowy to nasz odpowiednik Royal Shakespeare Company i w stałym zespole powinien zatrudniać głównie wyróżniających się dość świeżych absolwentów szkół teatralnych, którzy będą się tam uczyć rzemiosła scenicznego. Oczywiście w takim zespole konieczna jest rotacja, konieczny jest też udział wybitnych aktorów średniego i starszego pokolenia. Niekoniecznie wielkich gwiazd - po prawdzie większość obecnych tuzów filmu i teatru brytyjskiego epizod w RSC ma już za sobą. Poza tym teatry powinny postawić na krótkie sezony spektakli robionych pod gwiazdy. Przykładowo wspomniany wyżej Makbet, którego miałam przyjemność widzieć, był oryginalnie pomysłem aktora, który podczas kręcenia filmu w Ameryce uznał nagle, że warto by wrócić do klasyki i zagrać Makbeta. Agent załatwił teatr, dobrego reżysera, dobrych aktorów do reszty obsady - efekt był taki, że sezon przedłużono o dwa miesiące w stosunku do pierwotnych planów, dzięki czemu się załapałam.

Bywa też tak, że producent z reżyserem wymyśla sobie wymarzony spektakl, a następnie zatrudnia do niego gwiazdy, które przyciągną publiczność. Tak było np. z Frankensteinem w londyńskim National Theatre - obejrzałam go z kolei dzięki transmisjom kinowym, dostępnym w krakowskim kinie Mikro (skądinąd kolejnym miejscem, w którym spędziłam sporą część licealnych popołudni).

Niestety na koniec tego wszystkiego przychodzi mi do głowy ponura refleksja: czy są jeszcze w Polsce aktorzy, dla których poszłabym do teatru na cokolwiek? Albo tacy, na których poszłaby duża publiczność, a którzy potrafiliby naprawdę dobrze zagrać w teatrze? Oglądanie zajawek polskich filmów w kinie napawa mnie podejrzeniami, że ogromna większość "gwiazd" telewizyjno-filmowych nie byłaby w stanie po prostu podać tekstu ze sceny, co dość zabija ideę teatru aktorskiego. Po prawdzie w tym Londynie nieco wątpiłam, czy Agentka Scully da sobie radę w teatrze (w pozostałą trójkę, na którą poszłam z przyczyn fanowskich nie wątpiłam ani przez chwilę, to wszystko starzy teatralni wyjadacze) i byłam pozytywnie zaskoczona. Ale też Gillian Anderson nigdy w telewizji nie była tak sztuczna i nie mówiła tak drewnianym głosem jak polskie aktorki. I to chyba zresztą mnie zmyliło: anglosaska telewizja ma aktorów grających tak naturalnie, że czasem trudno ich sobie wyobrazić w wymagającym jednak zupełnie innej ekspresji teatrze. Niestety obawiam się, że przeniesienie drewnianej maniery polskich aktorów średniego i młodego pokolenia na scenę nie będzie miało pozytywnego efektu.

Dlatego nie bardzo wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym w Krakowie pobiegła do teatru z wypiekami na twarzy.

Makbet Londyn

Tagi: teatr
13:43, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (11) »
sobota, 05 lutego 2011
Szkoła cyborgów

Piątek, 5 lutego 2011

Rozmawiam ze studentami kierunku kulturoznawstwo: cywilizacje starożytne. Cel rozmowy: uzyskanie przez nich zaliczenia z jednego z przedmiotów w ramach bloku Sztuka i architektura Grecji. Kilkoro z nich usiłuję jakoś naprowadzić na to, o co pytam, więc zaczynam krążyć wokół tematu: chodzi o wydarzenie, które zapoczątkowało epokę klasyczną czyli wojny perskie.

- Z kim walczył na wschodzie Aleksander?
Milczenie.
- Jakie imperium podbiło w VI w. większość Bliskiego Wschodu i grecką Jonię?
Milczenie.
- Z kim walczyli Grecy w 490 i 480 pod Maratonem, Salaminą...
Milczenie.
- Termopilami?
Błysk w oczach.
- Ze Spartanami?
[W duchu zgrzytam zębami i próbuję z innej beczki.]
- Skoro już pani coś podpowiedziałam, to kiedy była ta epoka klasyczna?
- W III wieku.
- No nie, przecież właśnie mówimy o czasach po wojnach perskich. Kiedy żył Perykles, Fidiasz, Poliklet, Sokrates, kiedy była wojna peloponeska?
- W VI w.
- A kiedy były te wojny perskie? Przecież właśnie pani wymieniłam daty...
Milczenie. Po chwili:
- Bo historia to nie jest moja mocna strona.
No i jak mam jej wytłumaczyć, że podstawowe wiadomości z historii są konieczne, żeby zrozumieć przemiany kulturowe V w.?

Kilka lat temu

Rozmowa kwalifikacyjna na filologię obcą, zagadnienia dotyczą głównie literatury. Kandydatka losuje "Przedwiośnie" Żeromskiego (w duchu jej współczuję, ale z drugiej strony to samograj - tak mi się w każdym razie wydaje). Dziewczyna jednak, jak się okazuje, nie jest w stanie wyjść poza w kółko powtarzane "szklane domy". Wtrącam się więc i pytam ją, jakie ważne wydarzenia historyczne są pokazane już zaraz na początku powieści. Po długiej chwili pada odpowiedź:

- Odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Chodziło mi o rewolucję, ale niech ci będzie, myślę sobie, więc pytam, kiedy to było.
- W XIX wieku.
Powstrzymuję się od udławienia, ale najlepsze dopiero przede mną. Być może na widok min komisji dziewczyna robi zmieszaną minę i dodaje:
- To znaczy w 1939 roku.
Komisja zaczyna nerwowo naprowadzać nieszczęsną na lepszy trop, podpowiadając coś o I wojnie światowej, o tej nieszczęsnej rewolucji w "Przedwiośniu"... nagle kandydatka wali pięścią w stół, krzycząc:
- Przecież to jest egzamin z polskiego a nie z historii!!!

Liceum

Zróbmy teraz na chwilę skok w nieco dalszą przeszłość. Sala historyczna w renomowanym krakowskim liceum. Na wieszaku wisi mapa. Przez cztery lata przed mapą stają kolejni delikwenci z mojej klasy, żeby w tempie ekspresowym pokazywać na mapie:

- Maraton! Data!
- Grunwald! Data!
- Chocim! Data!
- Austerlitz! Data!
- Verdun! Data!
- Stalingrad! Data!

Na myśl o tym, że zbliża się moja kolej, żeby stanąć pod mapą, czuję zimne dreszcze. Gdzie to wszystko jest, to jeszcze mały problem, jestem wzrokowcem, więc mniej więcej pamiętam, gdzie mam wskazać, żeby było dobrze, ale te daty... Sterroryzowana przez sposób uczenia historii w liceum nie próbowałam nawet zdawać na archeologię, przekonana, że nie mam żadnych szans na egzaminie z tego przedmiotu. O maturze czy olimpiadzie z historii w ogóle nie myślałam, bo nie miałam bladego pojęcia, jak zabrać się za wypracowanie, skoro w głowie dzwoniły mi wyłącznie nijak z sobą niepowiązane daty.

Studia 1.

Na myśl o przedmiocie "historia Polski" czułam paniczny lęk. A tu wchodzi dr Z. na wykład i zaczyna:

- Wczesny rozwój i specyficzne pojmowanie demokracji w Polsce, w tym kwestia np. liberum veto, nie wzięło się, proszę państwa, z powietrza. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały zgromadzenia plemienne za czasów Piastów, zastanówmy się, jaki to miało wpływ na kształtowanie się parlamentaryzmu...

Pół roku później egzamin zdaję na pięć, bo pytania są problemowe.

Studia 2

Nie czuję już zimnych potów na myśl o przedmiocie "historia starożytna", ba - nawet cieszy mnie ta perspektywa.

- Grecy wygrywali nie dlatego, że mieli przewagę (nie mieli) albo byli lepiej wyszkoleni (nie byli). Im pomagała ich wewnętrzna anarchia i skłócenie między poleis: Ateńczycy nie znosili Beotów, więc na ich morale nijak nie wpływało, że walczący obok oddział czy statek uległ zniszczeniu. Zarechotali pod nosem z nieszczęścia i walczyli dalej - komentuje pewne szczegóły tego, co wiemy o wojnach perskich dr S. Daty zapamiętują się same, bo widzę związki przyczynowe pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami i zjawiskami.

Pół roku później zdaję egzamin na pięć.

Studia 2 bis

Historia średniowiecza bawi mnie zdecydowanie mniej, poza tym specjalizuję się w czym innym, robię dwa lata w jednym roku, mam mało czasu na cokolwiek. Mimo to wykłady opuszczam rzadko, bo bardzo podoba mi się, jak prof. O. analizuje źródła. Dzięki tym źródłom, a konkretnie Kronice Nestora, wybronię się później na egzaminie na solidne cztery.

Szkoła podstawowa

Druga wycieczka w przeszłość. W klasie 5-6 kocham nauczycielkę historii, pamiętam jak z zapałem odpowiadam na przekrojowe pytanie o rozwój stosunków polsko-krzyżackich. Potem niestety pani M. idzie na urlop macierzyński, a moją klasę przejmuje młody, zapalony, ale rozpaczliwie nieumiejący uczyć pan, którego nazwiska nie pamiętam. W ósmej klasie usiłuję jeszcze startować w olimpiadzie, ale braki z powodu rocznego wyjazdu zagranicznego dają o sobie znać i przepadam z kretesem. A potem jest już liceum i kucie na pamięć dat. Mój zapał do historii zostaje zanihilowany, a raczej zamrożony na około sześć lat.

Wnioski

Nie ma przedmiotów nudnych, są tylko źle uczone.

Co jakiś czas słyszy się utyskiwanie ze strony przedstawicieli nauk ścisłych/przyrodniczych, że humaniści chwalą się nieznajomością matematyki. Podobnie historycy uwielbiają narzekać, że młodzież nie chce się uczyć historii. Może jedni i drudzy powinni przyjrzeć się nauczycielom w szkołach - swoim wychowankom! - czy przypadkiem to nie oni zniechęcają?

Nauczanie musi być zintegrowane.

Przez rok nauki w bardzo takiej sobie szkole w kraju tzw. trzeciego świata miałam przedmioty o nazwach, które można by po polsku określić jako "nauki przyrodnicze" (biologia, chemia, fizyka) i "nauki społeczne" (historia, geografia, wiedza o społeczeństwie). O anatomii człowieka nauczyłam się tam na pewno więcej niż w polskiej szkole, podobnie jak o tym, jak działają wulkany. Ta szkoła nauczyła mnie też wreszcie ułamków, które w Polsce były dla mnie jakimś koszmarem.

Polska szkoła nie kładzie nacisku na związki pomiędzy zakresem poszczególnych przedmiotów. Nie będę się szerzej wypowiadać na temat tego, jak można by połączyć biologię z fizyką (choć wiem z rodzinnego kontekstu, że łączy się i to bardzo ciekawie), ale mogę spokojnie powiedzieć, że traktowanie polskiego, historii i np. historii sztuki jako odrębnych dziedzin, które trzeba osobno wykuć i zdać, jest straszliwym błędem i czyni nieodwracalne spustoszenie w umysłach uczniów, którzy nie uczą się syntez, ale wyłącznie drobiazgowych analiz, a nierzadko nie są w stanie udzielić odpowiedzi (którą mają zapisaną w bitach pamięci swojego mózgu), jeśli pytanie pada choćby nieco obok wyuczonej ścieżki.

Oto przykład.

5 lutego 2011

Pokazuję delikwentowi plan pałacu w Aigai, stolicy starożytnej Macedonii. Kilkakrotnie na wykładzie powtarzałam, że jednym z najciekawszych obiektów na terenie tego pałacu jest okrągłe pomieszczenie o charakterze kultowym, zwane tolosem, ponieważ powtarza strukturę tego typu świątyni. Pytam, co to jest.

Milczenie.

Otwieram prezentację z zestawieniem planów typów świątyń, zeskanowanym z podręcznika i pokazuję delikwentowi odpowiedni obrazek.

- Tolos - odpowiada bez wahania.

Problem w tym, że na planie pałacu sama struktura tolosu wyglądała identycznie jak na zestawieniu, ale była w innym kontekście, co najwyraźniej nie wystarczyło do uruchomienia odpowiedniego oprogramowania. Zrobiłam później test kontrolny - pokazałam na planie całej starożytnej Olimpii dwie świątynie, też narysowane jak w podręczniku - problem z określeniem, jaki to typ budynku pojawił się jak na zawołanie...

Wnioski raz jeszcze

Obecna szkoła nie uczy, ale programuje

Przekonałam się o tym już jakoś trzy lata temu, kiedy raz w życiu zgodziłam się na dawanie korepetycji z polskiego. Musiałam dość szybko zrezygnować, ponieważ okazało się, że nie znając szczegółowych wytycznych nie jestem w stanie przygotować uczennicy do odpowiedzi na ocenę pozytywną; o napisaniu ocenionego pozytywnie wypracowania to już w ogóle nie wspomnę. Dlaczego? Bo nie potrafiłam się wstrzelić w konkretne cytaty, jakie obowiązkowo trzeba było wykorzystać, bo podsuwałam jej kilka możliwych interpretacji tekstu, bo opowiadałam jej o kontekście, a nie rozbierałam powieści czy wiersza na czynniki pierwsze, żeby je ponumerować i wykorzystać w kolejnych akapitach wzorcowego wypracowania.

W piątek 5 lutego widziałam już efekty końcowe tego programowania. Jeśli komputerowi podać komendę, która choćby jednym bitem różni się od tej, na którą jest przygotowany, to nie odpowie. Taka jego komputerza natura. Ale dlaczego absolwent polskiej szkoły ma się zachowywać jak cyborg z filmu science fiction?

PS. Wyjątkowo zdjęcie nie z mojej osobistej fototeki, ale "wypożyczone" z najnowszej odsłony serialu "Doctor Who", copyright BBC 1.

PS 2, dodany 24 lutego. Na portalu racjonalista.pl, który podlinkował ten tekst (bardzo mi miło), pojawił się artykuł zatytułowany "Nowożytny miecz demoklesa?" No i jak ja mam się nie załamać?

niedziela, 23 stycznia 2011
Goło ale w bokserkach

Obejrzałyśmy sobie z N na dvd spektakl, który rzekomo miał być skandalizujący i w ogóle: paryskie wystawienie Króla Rogera Szymanowskiego/Iwaszkiewicza w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Zabierając się za to oglądanie, powtarzałyśmy sobie, że jak będzie bardzo obrzydliwie, to zawsze można wyłączyć. Podobne nastawienie do dzieła, o którym wszystkie media trąbiły, że trudno się je ogląda z powodu tym razem drastyczności, miałam raz: idąc z Eksem na Tytusa wg Szekspira w reżyserii Julie Taymor. Bilety mieliśmy za darmo, więc założyliśmy, że jeśli film przekroczy naszą estetyczną i emocjonalną barierę, po prostu wyjdziemy z kina.

Dwa podobne nastawienia, dwa dzieła obejrzane do końca i dwie zupełnie skrajne reakcje. Tytus mnie zachwycił, pomimo iż nawet jak na Szekspira jest to tekst o przyprawiającym o mdłości ładunku negatywnych emocji. Julie Taymor, nie szczędząc widzowi wpisanego w tę tragedię okrucieństwa, ubrała je w tak umowny i tak estetycznie wyrafinowany kostium, że dało się od tego zdystansować. Co więcej, ta surrealistyczno-ekspresjonistyczna estetyka w połączeniu z paradoksalnym zestawieniem rozbuchania i minimalizmu (cudownie wygrana surowa, modernistyczna architektura rzymskiego EUR-u oraz okołorzymskie krajobrazy), wydobyła z tekstu tę wielkość, która gdzieś tam drzemie w tym niezbyt przecież udanym dziele wielkiego Stradfordczyka.

Warlikowski na warsztat wziął arcydzieło - i poniósł jako reżyser spektakularną klapę. Rzekłabym wręcz, że obnażył własne niezrozumienie dla wszystkiego, czego się da: mitu, historii kultury, muzyki. Ta ostatnia zresztą, gdyby jej tylko słuchać, obroniłaby się w pełni: Mariusz Kwiecień i Olga Pasiecznik byli znakomici, pozostali wokaliści całkiem dobrzy, a orkiestra dała ze siebie wszystko. Brzmiało to olśniewająco. Gdyby tylko nie ta inscenizacja...

Powiem krótko: moim skromnym zdaniem ten spektakl jest po prostu głupi. I o niczym. Na dodatek ogrywający najbardziej stereotypowe stereotypy bez pomysłu na to, co taki zabieg miałby znaczyć. Bo można, w sumie chyba wszystko można, tylko pod warunkiem, że gdzieś pomiędzy rozdętym ego reżysera a otchłanią jego ignorancji nie zgubi się samo dzieło.

W moim osobistym muzycznym panteonie Król Roger zajmuje miejsce szczególne: pomijając to, że zachwyca mnie muzycznie, zachwyca mnie również mityczną prostotą fabuły. Moim skromnym zdaniem fanki ten poziom zrozumienia dla mitu osiągnął w muzyce, zwłaszcza operowej, tylko Wagner. A przy tym opera Szymanowskiego jest kameralna i jakoś w całym swoim dionizyjskim rozbuchaniu minimalistyczna - w przeciwieństwie do rozmachu dzieł mojego skądinąd ulubionego kompozytora.

I może tu jest jak dla mnie problem (nie tylko dla mnie zresztą, sądząc zarówno po większości recenzji, jakie czytałam, oraz reakcji publiczności, o czym za chwilę): nie chcę tego Rogera ani w pseudohistorycznych dekoracjach (bo to nie jest historia), ani też w wydumanych post-postmodernistycznych i pseudoskandalizujących wygibasach. Ja bym tego Rogera chciała w inscenizacji nawiązującej do modernistycznej prostoty, ale też niekoniecznie odtwarzającej estetykę dwudziestolecia międzywojennego. Po prawdzie najbardziej bym go chciała w scenografii, która operowałaby niemal wyłącznie światłem - jak w moim ulubionym wystawieniu Pierścienia Nibelunga z Bayreuth z 1992 roku (niestety nawet fragmentów nie znalazłam na YouTubie). Mogłoby zresztą być też tak jak w niedawnym Złocie Renu z La Scali - z fabułą opowiadaną za pomocą baletu, komentującego jak gdyby poczynania bohaterów. I w pięknej, krystalicznej - wykorzystującej między innymi prawdziwą wodę - scenografii. Z secesyjnymi kostiumami w stonowanej gamie barwnej. Czyli chciałabym zobaczyć to, co najwyraźniej lubię najbardziej - to wspomniane już paradoksalne, wydawałoby się, połączenie rozbuchania i prostoty.

Taki apollińsko-dionizyjski oksymoron doskonale pasowałby do Rogera, w którym cała dionizyjska orgia prowadzi do duchowego wyzwolenia i osiągnięcia mistycznego spokoju. Iwaszkiewicz i Szymanowski zdołali tu dotknąć czegoś, czego ewidetnie nie zdołał pokazać (zrozumieć do końca?) nawet tak przenikliwy i wpływowy dla ich epoki Nietzsche, który słusznie przeciwstawił sobie pierwiastek dionizyjski i apolliński, ale zapomniał najwyraźniej o jednym: że w micie takie przeciwieństwa są tak naprawdę dwiema twarzami tego samego bóstwa. Starożytni mieli tego świadomość, a Pasterz z Króla Rogera też łączy w sobie oba te oblicza. Niestety - nie u Warlikowskiego.

Pewna moja znakomita (bez ironii) Koleżanka próbowała bronić spektaklu, twierdząc, że jego intencją jest obnażenie pustki postawy dionizyjskiej we współczesnym świecie. Jeśli tak, to niestety wydaje mi się, że Warlikowski nie rozumie ani tego apollińsko-dionizyjskiego mitu, ani nawet nieszczęsnego Nietzschego. W jego spektaklu Pasterz jest bowiem podstarzałym i tłustym - a na dodatek ciotowatym (nie da się tego inaczej określić) hipisem w tanich koralikach z indyjskiego sklepu, który po scenie snuje się przez pewien czas w towarzystwie kamerzysty niby celebryta, a poza tym nie ma w sobie ani krztyny charyzmy, którą musi mieć, jeśli ma za sobą pociągnąć kogokolwiek. Podkreślam: kogokolwiek, włącznie z królową wykreowaną na znudzoną damulkę, żonę głupkowatego biznesmena. Bardzo przepraszam, ale jeśli Roksanę kreujemy na taką kretynkę, to trzeba jej dać kogoś innego niż faceta, który po pół wieku przypomniał sobie Woodstock. Tu już bardziej pasowałby Pasterz o muskulaturze i łajdackim uroku Brada Pitta, jakkolwiek idiotyczny byłby to pomysł. Albo, co byłoby może banalne, ale fabularnie prawdopodobne w takim kontekście - newage'owy guru.

Nawiasem mówiąc, głównym skandalizującym aspektem tego spektaklu miały być ponoć akcenty homoerotyczne (cóż za skądinąd odkrywcza idea, zważywszy duet autorski... no i cóż za dziwaczne przekonanie, że w naszych czasach do opery chodzi jeszcze taki burżuj, którego coś takiego zeskandalizuje). Pewnie nawet tam były, ale nic nie poradzę na to, że większość postaci na scenie wyglądała tak skrajnie nieapetycznie - nie wiem na przykład, czy istnieje na świecie mężczyzna, który wygląda seksownie w białych bokserkach - że z erotyki zrobiła się niesmaczna farsa. A tymczasem postać Pasterza aż prosi się o ten tajemniczy rodzaj erotyzmu, który można by tak łatwo osiągnąć, kreując go na istotę androgyniczną (mielibyśmy wtedy nawet jakiś rodzaj homoerotyzmu w fascynacji Roksany) niczym Cherubino w "Weselu Figara". Pasterz jest postacią nie z tego świata, duchem jakiegoś innego czasu, młodzieńcem, który przybył wprost z antycznej sielanki - aż się prosi o eteryczność i właśnie jakąś taką elfią bezpłciowość, która może być pociągająca dla obu płci.

Wróćmy jednak do próby obrony spektaklu w wykonaniu mojej skądinąd światłej i literacko i muzycznie Koleżanki. Napisała ona również (odbyło się to na fejsbuku, więc nie podam linka tylko zacytuję), iż "Wydrwił Warlikowski utopie Szymanowskiego i pokazał, że z takich dionizyjskich fascynacji wychodzi tylko kicz i że zabawa w Dionizosa juz myszą trąci; zawsze to lepsze jak dla mnie niz rekonstruowanie na scenie orientalnych pałaców..."

Oczywiście, jeśli dionizyjskość sprowadzać do biby nad basenem w willi podstarzałego biznesmena, to pewnie, że to zasadniczo trąci całym mnóstwem rzeczy, a zwłaszcza nieautentycznością. Ale sprowadzać do czegoś takiego libretto Iwaszkiewicza wydaje mi się jednak uproszczeniem, by nie rzec: wulgaryzacją. Jeśli pan Warlikowski widzi w tym tekście i w tej muzyce tylko tyle, to bardzo mu współczuję. Co do dalszego ciągu tej argumentacji, to nie wiem, czy Koleżanka celowo napisała "myszą" zamiast "myszką", czy też jest to literówka. Jeśli to drugie, to wyszło zabawnie, ponieważ w finale spektaklu myszy występują w dużych ilościach i niemalże zjadają Popiela... pardon, Rogera. Tak, myszy. Pasterz ma łeb myszy (spod którego niestety wystają nadal hipisowskie loki), podobnie jak tłumek nie wiadomo kogo ma łby myszy. Wielkie, jak w Disneylandzie. Wcześniej po scenie przechadza się - nie wiadomo po co - chłopię z czapeczką z uszami Myszki Miki. I im dłużej sobie nad tym myślę, tym bardziej przeraża mnie wizja, iż istotnie pan reżyser chciał nam przez to nagromadzenie gryzoni powiedzieć właśnie dokładnie to, co napisała światła Koleżanka: że jego zdaniem Król Roger myszką trąci. Bo jakkolwiek aż taka dosłowność w głowie nie chce mi się mimo wszystko pomieścić, to nie znajduję żadnego innego tropu intepretacyjnego. I to właśnie wydaje mi się przerażające.

A do tego wszystkiego przez spory kawałek spektaklu w stanowiącym centralny element scenografii basenie unosi się plastikowa kopia Roksany, kąpią się w nim tłumy nieapetycznych ciał, wschodzące słońce zaś przedstawione jest jako kabaretowy neon z wielkim napisem SUN. Wszystko to po kolei z coraz to innej bajki, do tego śpiewacy, którzy tarzają się po scenie bez ładu i składu, jakby reżyserowi wydawało się, że śpiewanie na leżąco czy siedząco jest wielkim novum w teatrze operowym. Nie jest. Od co najmniej ćwierćwiecza nie jest. Zastanawia mnie zresztą, dlaczego wybitni wykonawcy (bo oprócz tego utytułowanego już średnio młodego pokolenia, o którym pisałam, pojawia się również np. Jadwiga Rappé, którą trudno byłoby posądzić o zamiłowanie do pseudo awangardy) godzą się na udział w tak złym spektaklu... oni przecież mogliby wytupać reżysera, zanim zrobi to publiczność...

Zarejestrowany spektakl jest chyba premierowy, pan reżyser bowiem wychodzi na koniec na scenę - skądinąd żując gumę i z miną mówiącą, że ma wszystko i wszystkich w rzyci (czego spektakl był oczywistym dowodem). Może była to celowa strategia, zważywszy, że po długich entuzjastycznych oklaskach dla wykonawców, jego pojawienie się powoduje nagłą zmianę reakcji publiczności: oklaski zmieniają się w gwizdy i tupanie. W takiej sytuacji można zrobić dwie rzeczy: podwinąc ogon i płonąc ze wstydu uciec, albo udawać wyniosłą obojętność za pomocą nonszalancji.

Niestety, paryski spektakl pokazał, że jakkolwiek na szczęście Mariusz Kwiecień umie śpiewać nawet odziany wyłącznie w obciachowe bokserki, to prawdziwie nagim królem jest celebryta Krzysztof Warlikowski, który z wielkich dzieł kultury niewiele rozumie, mimo iż - jak informuje nas usłużnie wikipedia - "studiował historię, filozofię i filologię romańską na Uniwersytecie Jagiellońskim, historię teatru greckiego w École Pratique Des Hautes Études na Sorbonie, a dyplom reżyserski zdobył na Wydziale Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie". Przykro to powiedzieć, ale paryski Król Roger pokazuje mizerię intelektualną reżysera, pomimo tych wszystkich fakultetów. Nie widziałam innych spektakli Warlikowskiego, ale lektura recenzji oraz sprawozdań z reakcji publiczności nie zachęca mnie do ich oglądania. Zwłaszcza że na dodatek osławionego skandalu w tym nieszczęsnym Rogerze jest tyle co demonizmu w panu Starskim, że zacytuję klasyka, czyli tyle co trucizny w zapałce. Obyczajowo znacznie odważniejszy jest wspaniały spektakl Don Giovanniego z festiwalu w Salzburgu przed kilku laty, nie unikający ani pokazywania groteskowej brzydoty ani rzeczywiście szokujących scen w tle. Tyle tylko, że jest to również przy okazji spektakl niezwykle estetycznie wysmakowany i przemyślany - tam wszystko jest na swoim miejscu i nawet bardzo podobnie nieapetyczne jak u Warlikowskiego półnagie ludzkie ciała, które pojawiają się w scenie na cmentarzu, mają swoje uzasadnienie zarówno w treści jak i pomyśle scenograficznym. W paryskim spektaklu nie ma ani wewnętrznej logiki ani spójności wizualnej, jest za to mnóstwo inscenizacyjnego bełkotu.

Aha, powinnam jeszcze dodać dla jasności, że wcale nie jestem z zasady przeciwna umieszczaniu akcji klasycznych dzieł teatralnych czy operowych w bliżej nieokreślonej współczesności czy ogólnie w realiach nie wpisanych w sam tekst. Ostatnio absolutnie zachwyciło mnie  amsterdamskie "Wesele Figara" rozegrane w realiach salonu samochodowego. Ale z jaką konsekwencją...  do tego stopnia, że sugerowałabym zastąpienie w libretcie wszystkich "conte" i "contessa" odpowiednimi pasującymi do scenerii słowami, np. w drugim przypadku dać zawsze po prostu "Rosina". No i jak tam zagrał, wreszcie!, nadużywany przez nowoczesnych reżyserów telebim: w scenie finałowych przebieranek w ogrodzie widzimy na nim wraz z częścią bohaterów widok z kamery przemysłowej, co doskonale podkreśla, iż nikt nie wie naprawdę, kogo ogląda, bo obraz jest niewyraźny i zamazany. Brawo dla reżysera, który wreszcie wymyślił sensowne zastosowanie dla tego inscenizatorskiego gadżetu. U Warlikowskiego telebim oczywiście też jest, ino nie wiadomo po co. Pokazują się na nim - cóż za nowatorski pomysł! - nijak niezwiązane z akcją sceny z "awangardowego" filmu, ani ładne, ani ciekawe, ani cokolwiek dodające. Nuuuda.

Na pocieszenie: pieśń Roksany z II aktu w wykonaniu Olgi Pasiecznik, na szczęście sam wokal...

PS. Z dużą dozą niesmaku umieszczam link do finałowej sceny omawianego spektaklu - kto by chciał i tak by sobie wyjutubował, więc co będę czytelnikom życie utrudniać... A tu - niestety przerywany komentarzem - kawałek z wystawienia w Barcelonie, które wygląda na takie, które by mi się miało szanse spodobać, a tu spektakl warszawski (i jeszcze raz) - też wyglądający całkiem nieźle, na dodatek z Piotrem Beczałą, który od początku wydawał mi się idealnym kandydatem do roli Pasterza, jeśli chodzi o głos, bo na wygląd, jak już pisałam, pasowałby mi bardziej ktoś o urodzie efeba...

Tagi: opera teatr
11:35, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 stycznia 2011
Egipska przypowiastka

W starożytnym Egipcie był zwyczaj łączyć szczęśliwe oraz nieszczęśliwe zdarzenia, także te o charakterze naturalnym - zwłaszcza wylewy Nilu i związane z ich odstawaniem od pożądanej normy susze lub powodzie - z osobą władcy. Jeśli Nil wylewał jak należy, znaczy się - faraon dobry. Jeśli coś poszło nie po myśli tego ludu, w którym rolnicy stanowili wielką część społeczeństwa, a rolnictwo podstawę gospodarki - znaczy się, faraon niedobry. Faraon, na dodatek, był zasadniczo żywym reprezentantem najwyższych bogów na ziemi - jeśli więc źle wpływał na zachowanie Nilu, to znaczy, że źle reprezentował Ozyrysa i/lub Amona i/lub Horusa, ściągając na Egipt tychże niezadowolenie. Źródła dość jednoznacznie wskazują, że osobnik taki nierzadko źle kończył, a w każdym razie kończył wcześniej niż statystyczna przeżywalność by wskazywała.

Egipcjanie nie byli głupi i taka praktyka wcale o głupocie, ignorancji i prymitywizmie ich myślenia nie świadczy. Potężną siłę w państwie stanowili kapłani (w tym przypadku będący jednocześnie elitą pod względem wykształcenia), doskonale wiedzący, że Nil wylewa tak albo inaczej z powodów znacznie bardziej prozaicznych, posiadali bowiem znakomitą wiedzę o zjawiskach przyrodniczych, a także niestrudzenie je obserwowali. A mimo to - cynicznie, zdałoby się - pozwalali, aby lud gniew swój przelewał na faraona i aby król w razie czego stawał się ofiarą.

Oczywiście, że pozwalali, i oczywiście, że robili to z pełnym wyrachowaniem, ponieważ wiedzieli również doskonale, że gniew ludu jakieś ujście mieć musi. Faraon zatem, oprócz różnych przywilejów oraz rozlicznych obowiązków związanych z pełnioną funkcją, musiał się też liczyć z tym, że w niesprzyjających warunkach pogodowych może zostać kozłem ofiarnym. Na pocieszenie pozostawało mu to, że zjednoczenie z Ozyrysem było właściwie nierozerwalne, a grobowiec zapewniający życie wieczne budował sobie zazwyczaj od objęcia tronu, więc był zabezpieczony. A w każdym razie głęboko w to wierzył, co tak naprawdę jest tu istotne.

Sądząc z biografii wypisywanych w grobowcach, egipscy politycy oraz urzędnicy mieli o sobie bardzo wysokie mniemanie i uwielbiali podkreślać swoje osiągnięcia i zasługi. Wątpię jednak, żeby w historii Egiptu zdarzył się człowiek, który w sytuacji suszy lub powodzi odważyłby się powiedzieć: "gdybym ja był faraonem, nie byłoby tej katastrofy" nawet po to tylko, żeby dokopać swojemu politycznemu przeciwnikowi.


czwartek, 30 grudnia 2010
Podsumowanie roku (2010)

Rok 2010 był to dziwny rok, w którym klęski na niebie (nie poleciałam na konferencję do Oksfordu z powodu wybuchu wulkanu) i ziemi (zepsuł mi się samochód we Francji, którą przemierzałam w drodze z konferencji w Exeter na wakacje w Andaluzji) przeplatały się z rozmaitymi sukcesami - tak właściwie powinnam ten rok podsumować, parafrazując mojego wysoce nieulubionego pisarza...

Ale zamierzałam zacząć inaczej, tak mianowicie: Ze względu na nieliczne głosy domagające się napisania czegoś nowego, autorka informuje, że gdyby wyrosła z tuzin macek, to może by coś wcześniej napisała ;) A tak poza tym, w krótkim żołnierskim raporcie, to autorka przede wszystkim wpadła po uszy w tłumaczenie angielskiej poezji romantycznej - ba, okazało się nawet, że znalazł się ktoś, kto zechce to wydać; ba - nie byle kto, bo "Literatura na świecie". Autorka jest więc oczywiście dumna i blada, a także wniebowzięta, ale zarazem przeżywa kryzys pracy tłumaczeniowej. Na dodatek redakcji ponoć spodobały się również okołoromantyczne zdjęcia, co jeszcze bardziej uskrzydliło niżej podpisaną. Skądinąd wizyta na Cimitiere Accatolico w Rzymie, gdzie pochowani są Keats and Shelley, główni bohaterowie moich poetyckich zmagań, była jednym z większych przeżyć mijającego roku.

Grób Keatsa w Rzymie

Nie, to nie tak, że nagle zaczęłam pogardzać prozą, prozą popularną czy też prozą młodzieżową. Po prawdzie kilka książek z tego "segmentu", jak mawia marketingowa nowomowa, wciąż bardzo lubię i lubię je tłumaczyć. Sęk w tym, że w tłumaczenie poezji mogę jednak włożyć znacznie więcej siebie, a jeszcze bardziej chciałabym pisać rzeczy własne. Mam pomysły, zarówno fabularne jak i związane z archeologią czy może nawet bardziej historią sztuki antycznej, ale pospolitość skrzeczy i raz po raz straszy pustkami na koncie.

W mijającym roku pobiłam osobisty rekord - przetłumaczyłam osiem nie takich znowu cienkich książek, do tego robiąc jeszcze mnóstwo innych rzeczy i chcąc nie chcąc spędzając prawie sześć tygodni na częściowo przymusowych wakacjach oraz kolejne w sumie jakieś trzy tygodnie na wyjazdach bardziej "służbowych" (czasem mam wrażenie, że udało mi się rozciągnąć czas, bo realnie nie wiem, jak dałam radę z tym wszystkim...). Napisałam też z N. książkę popularnonaukową, która chyba wreszcie niedługo się ukaże. I w sumie to chciałabym chwilowo robić nadal, skoro życie zmusza mnie do zarabiania: pisać książki popularnonaukowe, choć oczywiście wymaga to znacznie więcej myślenia i pochłania więcej czasu niż tłumaczenie.

Kończąc to narzekanie, winna jestem rokowi 2010 (a właściwie 2009/10, bo nigdy nie wspomniałam o jesieni 2009, jako że lata akademickie mieszają mi się z kalendarzowymi) pochwałę za to, że udało mi się zobaczyć kilka wspaniałych miejsc: przypomnieć z dzieciństwa Granadę, Kordobę, Sewillę i Toledo, poznać Meridę (rzymska Emerita Augusta), hiszpańską Bolonię (Baelo Claudia), Carmonę, Rondę, Numancję i jeszcze parę innych fantastycznych miejsc w Hiszpanii. Po raz pierwszy również zawitałam na Cyprze, realizując w ten sposób jedno z marzeń, choć nie zobaczyłam jeszcze nawet połowy z tego, co chciałam (a to po części z powodu klęski bardzo przyziemnej, a raczej przypodłogowej, mianowicie rozbicia głowy o parapet i opóźnienia wylotu). Zwiedziłam też kilka nowych muzeów z cudownymi kolekcjami sztuki antycznej: jeszcze jesienią 2009 kopenhaskie Ny Carlsberg Glyptotek i Nationalmuseet, oraz przypomniałam sobie Museeninsel w Berlinie, a już w 2010 monachijską Gliptotekę (tu niby kiedyś biegiem byłam) i Antikensammlung, a także rzymską Villa Giulia ze sztuką etruską, która w zeszłym roku była zamknięta. Z powodu wzmiankowanej klęski na ziemi, a konkretnie na autostradzie (zepsuty rozrząd w samochodzie) poznałyśmy również z N. niespodziewany kawałek Francji - między Poitiers a La Rochelle, jako że wylądowałyśmy w miasteczku Niort praktycznie w połowie drogi między nimi - który okazał się całkiem ciekawy, zarówno pod względem zabytków rzymskich jak i neolitycznych oraz legend o Meluzynie i Lusignanach. Swoją drogą trasa do Exeter też była niezła: odwiedziny we wspaniałym muzeum w Kassel oraz rewizyta w Stonehenge. No i oczywiście szalony wypad na jedną noc do Mannheim, żeby zobaczyć dwie fenomenalne wystawy (Alexander der Grosse und die Öffnung der Welt o świecie hellenistycznym oraz Das Gold der Steppe o złocie scytyjskim), a przy okazji całkiem sympatyczne lokalne muzeum starożytności i nie tylko.

Niort

W dziwnym roku 2010 mało miałam czasu na czytanie i pisanie dla własnej przyjemności; wstyd się przyznać, że nie zdążyłam obejrzeć wielu filmów, które zobaczyć bym chciała.  Widziałam w kinie i w telewizji kilka olśniewających spektakli operowych, między innymi Don Giovanniego i Carmen z Covent Garden (tak naprawdę to spektakle z lat wcześniejszych, ale dla mnie odkrycia tegoroczne) oraz Złoto Renu z La Scali (Walkiria była ciekawa, ale już nie aż tak olśniewająca głosowo i scenograficznie) i z Metropolitan Opera,  a także zakochałam się bez reszty w Simonie Keenlyside (takoż on w cytowanym Don Giovannim). W kwestiach kulturalnych powinnam jednak w zasadzie zrobić podsumowanie książek nieprzeczytanych i filmów nieobejrzanych...

Muszę jednak wyznać, bo inaczej N. i tak to ujawni, że niemal na koniec roku zakochałam się w jednym filmie, którego niestety z rozmysłem w kinie nie obejrzałam, jako że dla polskiego dubbingu robię wyjatek wyłącznie w przypadku Shreka. Obiektem mojego zakochania został zresztą film z tej samej wytwórni, mianowicie How to Train Your Dragon (Jak wytresować smoka). Do smoków od bardzo dawna miałam wielką sympatię (indoeuropejskiemu kręgowi kulturowemu nie mogę darować, że te wspaniałe stworzenia są tu zazwyczaj postrzegane negatywnie), czemu daję wyraz na powyższym zdjęciu z Niort, toteż w sumie nic dziwnego, że film z takim tematem i taką animacją urzekł mnie calkowicie.

piątek, 29 października 2010
Julianna!

Od ogłoszenia wyników tegorocznego Konkursu Chopinowskiego minął ponad tydzień, a media wciąż miętolą z uporem godnym lepszej sprawy, że jury było be, bo nie dało nagrody ulubieńcowi publiczności. Oczywiście, na powierzchni argumenty są inne, pozornie merytoryczne - w każdym razie w oficjalnych przekazach, bo już w komentarzach pod kolejnymi artykułami wypowiedzi sięgają bruku w postaci teorii spiskowych o ruskich czerwonych rublach oraz Układach, które zapewniły Awdiejewej wygraną. Dziś przeczytałam jeszcze kilka rewelacji: komuś wydało się "podejrzane", że pianistka mieszkała i uczyła się przez jakiś czas w Szwajcarii, a pewien dziennikarz uznał za naganne, że uczestniczyła w kursie, w którym jednym z nauczycieli był przewodniczący jury. Ktoś z forumowiczów obdarzonych trzeźwym umysłem wydobył informację, że mentorski związek laureatki z jurorem trwał bodaj sześć godzin, ktoś inny wyczytał w protokołach konkursu, że akurat przewodniczący nie głosował za Awdiejewą... Ale internauci swoje: spisek, korupcja, jury się nie zna.

Wiadomo, o gustach i tak dalej, ale jakoś nikt nie przypomina, że dziewczyna dostała osobiste nagrody od dwojga najwybitniejszych interpretatorów Chopina w XX wieku: Marthy Argerich i Krystiana Zimmermana. Gdybyż bowiem dyskusja toczyła się wokół tego, że komuś podobał się inny pianista, to wszystko byłoby okej. Osobiście nie znam się na muzyce fortepianowej w stopniu dostatecznym, żeby ocenić różnice pomiędzy wszystkimi świetnymi pianistami, którzy wystąpili w konkursie, poczynając od etapu pierwszego. Mój ojciec miał swoje typy, część z nich odpadła, ale on jest autentycznym melomanem, no i oglądał bardzo dużo występów od samego początku, podczas gdy ja niestety tylko "z doskoku". Ale akurat słyszałam, jak Awdiejewa grała sonatę. Siedziałam przy komputerze u rodziców, tłumacząc książkę albo przygotowując prezentację na zajęcia, a w drugim pokoju oni oglądali konkurs, więc jak zwykle, kiedy u nich byłam, słuchałam sobie pół uchem. I nagle usłyszałam, jak ona zaczęła marsza żałobnego... Przeszłam do telewizora i już tam zostałam, całkowicie zafascynowana. To wykonanie mnie totalnie poraziło, mimo że jest to kawałek Chopina, który znam dobrze i nawet kiedyś usiłowałam grać.

Potem oglądałam, jak grała koncert w finale. Skupiona, ale w jej oczach i oszczędnych gestach było widać, że  nawiązywała autentyczny kontakt z pozostałymi muzykami. Myślę, że nie przypadkiem Antoni Wit uściskał ją po zakończeniu gry - on chyba najlepiej wie, który pianista "dogaduje się" z dyrygentem i orkiestrą... a to przecież ważny atut. Wtedy pomyślałam sobie, że jak znam życie, ta dziewczyna nie dostanie nagrody - nie dlatego, że publiczność ma innych faworytów, Konkurs Chopinowski to szczęśliwie nie audiotele - w sumie to nawet nie wiem, dlaczego tak pomyślałam, może podziałało na mnie malkontenctwo beznadziejnych skądinąd komentatorów telewizyjnych. Werdykt mnie zatem mile zaskoczył.

Przykrym zaskoczeniem były natomiast reakcje mediów, które za jedyny słuszny uznały osąd... internautów na Facebooku i na forach, i zaczęło się ujadanie oraz powoływanie na dość dziwaczne "autorytety". Tymczasem wszyscy znani mi ludzie, którzy muzyką się zajmują zawodowo bądź też autentycznie ją znają i lubią, bardzo chwalą grę Awdiejewej. A czytając komentarze w internecie coraz bardziej odnosze wrażenie, że większości internautów Konkurs Chopinowski wydaje się kolejnym "Idolem" czy "Top Model". I nie ma w tym kraju nikogo, kto by im głośno powiedział, że się mylą.


PS. Cieszy mnie jeszcze taki drobiazg, że na koncercie laureatów pojawiła się para prezydencka i ewidentnie nie zrobiła tego z przymusu, bo wypada. Zawsze lepiej mieć prezydenta, który popiera kulturę wysoką. A wyśmiewaną na forach wpadkę z "armatami w krzakach" uważam za zabawny epizod, zwłaszcza że prezydent natychmiast poprawił to przejęzyczenie - a umiejętność przyznania się do błędu i potraktowania go z humorem to rzadka cecha naszych polityków.

piątek, 03 września 2010
Lans zabytkowy

Przeczytałam sobie artykuł o tym, jak to dyrekcja Muzeów Watykańskich ubolewa nad tym, że tłumy turystów zagrażają Kaplicy Sykstyńskiej. Co sądzę o dyrekcji Muzeów Watykańskich napisałam już ponad rok temu, więc nie będę się powtarzać. Ale po przeczytaniu tego artykułu przypomniały mi się snute z N. refleksje na temat tłumów w zabytkowych "hitach".

Zaczęło się od wspomnianej w poprzedniej notki niemożności kupienia normalnie biletów do Alhambry, a konkretnie do Palacios Nazaries, pałacu Nasrydów (ostatniej mauretańskiej dynastii rządzącej Granadą), czyli tego najwspanialszego architektonicznie i zdobniczo kawałka całego kompleksu architektonicznego. No bo niewątpliwie najwspanialszy to on jest, ale jeśli chodzi o zdobnictwo, to np. sewilski alkazar niewiele mu ustępuje... A Patio de los Leones w tym roku i tak było w remoncie. Ale to nieistotne.

O tym, że bilety warto kupić wcześniej (w bankomatach jednego z banków lub przez internet można to zrobić), wiedziałyśmy z przewodnika. Trudno jednak jest kupować z dużym wyprzedzeniem bilet na konkretną godzinę - z dokładnością do pół godziny na dodatek, a jak się człowiek spóźni, to nie wejdzie - zwłaszcza kiedy podróżuje się samochodem i na samym niemalże wstępie zaliczyło się awarię, która zmieniła diametralnie plan podróży. A na dodatek ma się tendencję do zjeżdżania w bok, jeśli okaże się, że pięć kilometrów od zaplanowanej trasy jest np. niewymieniony w przewodniku rzymski akwedukt...

Postanowiłyśmy więc bilety kupić dnia poprzedniego. Szybko okazało się jednakowoż, że godziny podane w przewodnikach i w internecie nijak się mają do rzeczywistości i w niedzielę kasy zamykają się dużo wcześniej niż się spodziewałyśmy. Trudno, pomyślałyśmy, kupimy w banku - tu czas, wedle zapewnień, miał być do północy. Niestety, wszystkie bankomaty odmówiły współpracy. No dobrze, w takim razie można jeszcze zrobić jedno: zostać o dzień dłużej i w poniedziałek w południe kupić bilety na wieczór... Nic podobnego. W południe okazało się, że bilety na ten dzień są wyprzedane, a na następny sprzedaży nie ma. Pani w kasie (nawiasem mówiąc, znająca jedynie hiszpański, błogosławiony niech więc będzie mój roczny pobyt w Wenezueli w dzieciństwie...) poradziła bankomaty oraz rezerwację telefoniczną. Ponieważ bankomaty przez noc nie zmieniły zdania w kwestii współpracy, zadzwoniłam. Odebrał pan, który poinformował mnie, że on bilety ma wyprzedane na tydzień do przodu i radzi jedynie udanie się pod kasy o godzinie siódmej rano, bo co rano jest pula biletów na dany dzień.

I tu robi się zdziwniej i zdziwniej, bo jako osoby urodzone w PRL powinnyśmy niby wiedzieć, co to są kolejki... A jednak to, co N. zastała, kiedy przed siódmą udała się pod kasy, opisała następnie w krótkich żołnierskich słowach, które można w bardziej cywilizowany sposób streścić jako dantejskie sceny. Ludzie albowiem koczowali już od mniej więcej czwartej rano, w związku z czym o doradzonej nam siódmej kolejka była już taka, że nie miało się pewności, czy biletów starczy. Dalsza historia mniej jest pasjonująca, jako że po rozlicznych bojach i pomocy Włoszki z kolejki N. zdołała kupić bilety (żadnego wyboru godziny, trzeba brać, co dają) i pałac zwiedziłyśmy.

Ale wszystko to sprawiło, że przez kilka następnych dni wracałyśmy do socjologiczno-psychologicznych rozważań na temat zwiedzactwa. No bo w sumie zwiedzanie takiego hitu jak Alhambra wygląda tak: z jednego kąta wygląda opisana również w poprzedniej notce scenka ze zblazowaną polską młodzieżą z wycieczki, z innego - tłumy ludzi czekających wyłącznie na to, żeby zrobić sobie w szczególnie atrakcyjnym zdjęciu fotkę, na której będzie widać ich, ale nie to miejsce, a wszędzie snują się grupy wycieczkowe - do tego stopnia, że zwykły człowiek jest osaczony jazgotem dziesięciu przewodników na raz, a większość z nich na dodatek duby smalone bredzi.

Niestety nie należymy do tego odmiennego gatunku snobów, który Palacios Nazaries by sobie odpuścił, znalazł nikomu nieznany zabyteczek w nieznanej wiosce i następnie po powrocie opowiadał wszem i wobec, że jest to miejsce znacznie bardziej godne uwagi niż Alhambra. Nie, zobaczenie pałacu było na topie naszej listy, podobnie jak paru innych zabytków. A to, że z równym zapałem nadłożymy drogi, żeby zobaczyć "zdechłe kolumny" w Numancji (z powodu Scypiona), nijak się z chęcią zwiedzenia hitów nie kłóci.

Z socjologiczno-psychologicznego punktu widzenia ciekawsze jest co innego. Obserwacja tłumów przemierzających Alhambrę czy pędzących do Kaplicy Sykstyńskiej daje obraz dziwacznego przemieszania bezrefleksyjności (proszę wybaczyć, ale ogromna większość osób oznakowanych tak czy inaczej przez biuro podróży i słuchających katarynkowej przewodniczki ma miny świadczące o bardzo nikłym zainteresowaniu czymkolwiek poza zrobieniem sobie pamiątkowej fotki) i poczucia ważności. Bo przecież teraz będzie można odhaczyć sobie kolejny punkt w życiorysie - byłem i widziałem.

Niby żaden powód, żeby coś zobaczyć i poznać, nie jest zły. Problem leży, jak sądzę, gdzie indziej: w dziwacznej machinie napędzającej niezdrowy snobizm, że zobaczyć tak naprawdę trzeba bardzo wybrane miejsca, a potem już się będzie cool. Bo na przykład we wzmiankowanym alkazarze w Sewilli bilety kupuje się z marszu. Podobnie w absolutnie zachwycającym wielkim meczecie (z ohydną katedrą wstawioną do środka) w Kordobie. Kłopoty z nabyciem biletów zdarzają się do Koloseum (ale już na Forum Romanum, nie mówiąc o Palatynie, które zazwyczaj nabywa się w zestawie, idzie raptem nikły procent tłumu walącego do Amfiteatru Flawiuszy, który zdaniem zapewne 99% odwiedzających stał już za Nerona). Jeśli zaś o mauretańską Andaluzję chodzi, to w przepięknej Medina Alzahra pod Kordobą - spore fragmenty zachowanego miasta, cudnie na dodatek położonego - ludzi jest raptem tyle, że nie trzeba nawet naczekać się na zdjęcia bez obcych twarzy, nóg i innych części ciała.

Oczywiście, powtórzę, iż zgadzam się, że Palacios Nazaries są niepowtarzalnym cudem świata i nie dziwi mnie, że są numerem jeden na liście mauretańskich zabytków Hiszpanii. Nie przekonuje mnie jednak dystans - ba, otchłań dzieląca ich popularność od popularności innych wspaniałych miejsc, jak chociażby położonego na przeciwległym wzgórzu Generalife, do którego bilety kupuje się kiedy się zechce i bez ograniczeń. Podobnie jest w Muzeach Watykańskich z Sykstyną i np. Grupą Laokoona, a nawet stanzami Rafaela, gdzie spora część zwiedzających trafia ewidentnie wyłącznie dlatego, że są po drodze... Tak samo w Luwrze jest z Giocondą i całą resztą kolekcji, a po prawdzie chyba i z Giocondą i całą resztą malarstwa na świecie, włącznie z innymi dziełami Leonarda. Tylko przed Moną Lizą stoi tłum zaliczających i usiłujących jakoś ją przez tę szybę sfotografować. Ta otchłań nijak nie ma się do tego, jak co jest ciekawe czy piękne, nijak też nie oddaje rzeczywistego zainteresowania zwiedzających zabytkami. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że otchłań ta ma korzenie wyłącznie marketingowe, a raczej lanserskie.

I o ile pewne odmiany snobizmu uważam za pozytywne - znam wystarczająco dużo ludzi, dla których snobizm był pierwszym krokiem do autentycznego zainteresowania się danym zjawiskiem, o tyle irytuje mnie ten płytki lans, który sprowadza się do tego, że zaliczyć należy miejsce, do którego najtrudniej dostać bilety, a całą resztę można olać. To jest sztuczne tworzenie mody, którego rezultatem są te upiorne kolejki, dantejskie sceny i potem całkowity brak komfortu w zwiedzaniu. A im większe kolejki, tym większa moda - i mamy perpetuum mobile.

Wracając do Sykstyny: z ostatniej tam wizyty pamiętam głównie katarynkę powtarzającą z głośników, że nie wolno tam hałasować. Sęk w tym, że przy tej hałasującej katarynce i przy konieczności przeciskania się między jedną wycieczką a drugą, to ja tracę ochotę na kontemplowanie fresków. Obejrzałam sobie Sybille na sklepieniu, po czym szybko poszłam dalej. By zagłębić się w koszmarnie niedogrzane, wilgotne i ponure zakątki, w których przez mało kogo oglądane stoją rzymskie kopie arcydzieł Fidiasza, Polikleta, Myrona, Skopasa, Lizypa i Praksytelesa. To wszystko ma wartość artystyczną i kulturową co najmniej równą dziełu Michała Anioła, ale zarówno dyrekcja jak i zwiedzający mają to w głębokim poważaniu, bo nie należy do lansu.

I szczerze? Mam nadzieję, że tak pozostanie. Chcę móc to sobie oglądać do woli, w spokoju, choćby i w tym piekielnym, dantejsko wręcz piekielnym zimnie.

Generalife

środa, 01 września 2010
Polonica

Kiedy wyjeżdżam za granicę, nie ogarnia mnie nostalgia za ojczyzną. Nie rozczulam się, słysząc polską mowę na dalekim krańcu Europy - szczerze mówiąc, poziom wypowiedzi w tym języku najczęściej jest taki, że mam ochotę uciec byle daleko i na wszelki wypadek nawet z N. porozumiewam się po angielsku. Choć muszę przyznać, że była jakaś dziwaczna poezja w wypowiedzi pewnego potężnie zbudowanego młodziana o wygodnej rekruckiej fryzurze, którego rozmowy przez komórkę byłam świadkiem w londyńskim autobusie: młodzian ten mianowicie refrenicznie po każdym wypowiedzianym słowie dodawał powszechnie znany pięcioliterowy przerywnik na k. Naprawdę. Wyjątek zrobił jedynie dla zbitki nie+czasownik, które wymówił jednym tchem. Byłam pod wrażeniem.

Jednym z wielkich plusów wyjazdów za granicę jest oderwanie się od problemów w rodzaju liczby krzyży i kopców stojących na Krakowskim Przedmieściu, a także bezcenny czas, w którym nie słyszy się bełkotu polskich polityków. Bełkot zagranicznych polityków, nawet w językach, które znam, jakoś mniej mnie irytuje. Pewnie dlatego, że w mniejszym stopniu wpływa na to, jak mi się będzie na co dzień żyło.

W odbytym niedawno prawie-że-Grand-Tour z przymusowym przystankiem w regionie Poitou miałam jednakowoż okazje zadumać się na niemiecko-angielsko-francusko-hiszpańskim bruku nad zagadnieniem polskości. W różnych aspektach.

Były zaskoczenia miłe: pan przy sąsiednim stoliku w restauracji o literackiej nazwie "Bâteau ivre" w La Rochelle (wizyta będąca hołdem dla zupełnie innej literatury, mianowicie bohaterów Aleksandra Dumasa ojca, związana z wyżwym przymusowym przystankiem itd.), rozmawiający ze swoim towarzyszem nienaganną brytyjską angielszczyzną, zwrócił się nagle do nas z pytaniem, czy mówimy po polsku. I, o dziwo, nie powiedział następnie, że zgadł dzięki temu, że Polka sprząta mu mieszkanie/Polak przetyka zlew/Polacy remontowali dom/Polacy go okradli (to pierwsze było przedmiotem mojej niegdysiejszej rozmowy z ateńskim taksówkarzem imieniem Kostas, który zdziwił się - i bardzo mnie potem przepraszał - że przyjechałam do Aten zobaczyć zabytki, a nie szukać pracy). Nie, okazało się, że pan ten ma polskie korzenie i jakkolwiek już jego ojciec nie bardzo po polsku mówił, on jako nauczyciel historii pod Manchesterem zaczął się niedawno interesować rodzinnymi korzeniami.

Były też wątki muzyczne, aczkolwiek wcale nie chopinowskie i "nie-oficjalne". W andaluzyjskiej Rondzie - skądinąd jednym z największych zachwytów tej podróży - kupiłam gitarową płytę naprawdę świetnego gitarzysty. Człowiek ten, występujący jako po prostu Eugen - i pod takim imieniem również komponujący własne hiszpańskie kawałki - okazał się Białorusinem od ćwierć wieku zamieszkałym w Rondzie i będącym tam profesorem gitary w konserwatorium. Jak usłyszał, że jesteśmy z Polski, to natychmiast pochwalił lokalną profesorkę fortepianu - Polkę. Polskiego nauczyciela gry na skrzypcach miał też leczący skołatane nerwy młodzian, napotkany w miasteczku Alange pod Meridą - kurorcie, jak się okazało, w którym bywają niemal wyłącznie Hiszpanie, w związku z czym nasza nie tak w końcu egzotyczna, bo francuska rejestracja (efekt wyżwym przymusowego...) budziła tam spore zdumienie. A właścicielka hoteliku, w którym się zatrzymałyśmy i poznały znerwicowanego skrzypka, była niegdyś w Krakowie, jako że jej siostrzeniec ożenił się z Polką, i nawet całkiem dużo o tym Krakowie wiedziała.

Samych rodaków na szczęście nie spotkałyśmy w nadmiarze, za to rozrzut ich zainteresowania światem był dość skrajny. W ogrodach Generalife w Granadzie podsłuchałam monolog, który wygłaszał zblazowany młodzian do podrywanej wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi panny, poznanej na wycieczce. Para jednak ewidentnie zaszyła się w ciemnym kącie ogrodów wcale nie w celu, o który można by ją podejrzewać - nie, oni najwyraźniej po prostu nie mieli najmniejszej ochoty zwiedzać tego, co im zwiedzać kazano (nawiasem mówiąc, przez takich typków z biur podróży, którym wciska się bilety w ramach "wycieczek fakultatywnych", na które "wypada" pojechać, N. stała od godziny 7 rano po bilety do Alhambry, a i tak mogło to być za późno). Z monologu młodziana wynikało mianowicie, że prawdziwe wakacje to są w Lloret del Mar, bo tam jest "rano plaża, potem miasto wymarłe, potem znów plaża", a poza tym sklepy i dyskoteki... Dziewczę towarzyszące młodzianowi, z retoryki sądząc, dopiero co poznane, wydawało jedynie westchnienia, które - gdybym nie rozumiała języka monologu - zapewne wzięłabym za objawy gry wstępnej.

Na szczęście dzień później, kiedy udało nam się zwiedzić Alhambrę, w autobusie spotkałyśmy zupełnie inne Polki. Trzy panie, trzy pokolenia, przyjechały do Hiszpanii do pustego w wakacje mieszkania rodziny i zamiast smażyć się na plaży w mieście, w którym mieszkały, wynajęły samochód i jeździły zwiedzać. Ba, jako że nie miały szans dostać się do Alhambry w dniu, w którym przyjechały do Granady, kupiły bilety na za tydzień i postanowiły raz jeszcze pokonać sto pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę od miejsca swojego pobytu, byle zobaczyć pałac Nasrydów. I jakkolwiek w autobusie słowa "och, nareszcie ktoś mówi po polsku" raczej mnie przeraziły niż ucieszyły, chwilę później jadłyśmy razem obiad rozmawiając o tym, co jeszcze warto zobaczyć w Andaluzji. Mam nadzieję, że zachęciłyśmy do odwiedzenia Rondy. Na dodatek okazało się, że panie mieszkają kilkadziesiąt metrów ode mnie w Krakowie...

A teraz czas na wątek drugi czyli Unii Europejskiej drugiej kategorii.

Zaczęło się od zjazdu z promu w bretońskiej miejscowości Roscoff. Tam jeszcze miałyśmy polską rejestrację i kiedy wyjeżdżałyśmy w sznurze Anglików i Francuzów, czuwający nad wszystkim policjanto-wopista nagle ożywił się i zatrzymał nas (nikogo poza tym nie zatrzymywał), po czym - jak za komuny - odpytał, jak długo zamierzamy zostać we Francji, dokąd jedziemy i co zamierzamy w tejże Francji robić. Była 7 rano i właśnie spędziłyśmy noc na promie, który upiornie kołysał, a na dodatek miejsca do spania miał nieodgrodzone od części kawiarnianej, toteż dopiero kilka kilometrów dalej uświadomiłam sobie, że powinnam była temu panu odparować, że nie mam żadnego obowiązku odpowiadać mu na te pytania, albowiem podobnie jak on jestem obywatelką strefy Schengen Unii Europejskiej i mam prawo siedzieć we Francji ile mi się podoba, a nawet starać się podjąć tam pracę, gdyby mi się zachciało. Niestety jedynym, na co we wzmiankowanych warunkach było mnie stać, była odpowiedź, że we Francji zostawać nie zamierzam (o ironio), albowiem jadę do Hiszpanii...

Tak się złożyło, że jadąc wcześniej przez Niemcy i Belgię, i zatrzymując się po drodze w Kassel (muzeum) i Brugii (miasto), rozmawiałyśmy o tym, że nasza część unijnej Europy jest traktowana jako obszar drugiej kategorii, ponieważ na przykład nawet sieciówki produkujące ubrania ze średniej półki, a także firmy od butów czy kosmetyków, nie sprowadzają do Polski całego asortymentu, a jedynie jego mniej atrakcyjną część - co gorsza, jak się kiedyś dowiedziałam, nie mogę sobie sprowadzić sportowych butów, które spodobały mi się w Rzymie, tylko nie było mojego numeru, ponieważ "do tej części Europy" firma ich nie wyśle... Podobnie w wielkim koncernie wysyłającym na cały świat książki, płyty i inne takie wciąż nie jesteśmy, jeśli chodzi o koszty wysyłki, w UE, tylko "reszcie Europy".

Było jeszcze ewidentne zetknięcie z mentalnością typu "Polak to złodziej, który w najlepszym razie przyjeżdża tu myć gary", ale to osobna historia i może kiedyś doczeka się notki.

Efekt jest taki, że jak na chwilę osiądę w kraju, kiedy już uda mi się wyjechać na Cypr i z niego wrócić, to mam ochotę napisać do odpowiedniego europosła, na którego kiedyś oddałam głos, żeby zajął się sprawą "drugiej kategorii" w Parlamencie Europejskim. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko drobiazgi - bo sobie butów kupić nie mogłam. Ale to nie są drobiazgi. Jestem niezwykle daleka od ulegania modom i kupowania ciuchów dlatego, że są modne - może być supermodne, ale jeśli mi się nie podoba albo źle w tym wyglądam, to niech sobie wisi na wieszaku. Ale to, że u nas na wystawach sklepów ze średniej półki - czyli tych dla zwykłego obywatela z klasy średniej - nie ma ostatnich trendów, tylko kolekcje sprzed roku albo też jakieś nędzne ogony kolekcji europejskich, świadczy o tym, że pozwalamy traktować się ochłapami. A to, wbrew pozorom, przekłada się na ogólną mentalność. Nie można się godzić z traktowaniem, które jest niezgodne ze stanem de iure. A de iure jesteśmy równorzędnymi obywatelami Unii. I jeśli nie będziemy walczyć o drobiazgi, to nigdy nie wyrównamy pensji i poziomu życia. I nie zmienimy opinii o sobie na świecie.

A jeśli o to nie zadbamy, to w następnych latach możemy sobie co najwyżej powtarzać słowa wieszcza: "Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie, pstrąg."

Calais-Dover

PS. Kilka zdjęć z Alhambry - tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
Zakładki:
...
(Auto)reklama - książki, które tłumaczę
Blogi (i foto) moje
Blogo-archiwum czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Blogroll
Klasyczne miejsca
Mniej klasyczne miejsca
Muzyka (nieklasyczna)
Oglądam - seriale
Oglądam w kółko - filmy
Warto poprzeć
Wydawnictwa
Zaczytane
Zwierzaki
       

       

       Copyright
       Popieram Internet Bez Chamstwa