sobota, 04 listopada 2017
Nie sądźcie

Dwa razy w czasach licealnych zostałam wyrzucona z klasy z naganą za ten sam naganny czyn. Raz z lekcji polskiego wyrzucił mnie mający zastępstwo w naszej klasie tzw. szkolny ubek, główny partyjny ideolog mojego znakomitego skądinąd liceum, facet wciąż groźny w czasach, kiedy PRL wydawał ostatnie tchnienie. Drugi raz zostałam wyrzucona z przykościelnej lekcji religii przez panią uczącą "przygotowania do życia w rodzinie". Jak już powiedziałam - w obu przypadkach za to samo.

A za co? Ano za odmowę potępienia uczynków ludzi, którzy znaleźli się w skrajnych sytuacjach. Za to samo, dokładnie to samo wypowiedziane zdanie: "Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nie wiem, jak sama bym się zachowała, więc nie mogę oceniać tych ludzi". Za pierwszym razem chodziło o jednego z bohaterów Popiołu i diamentu Andrzejewskiego, tego, który w obozie z porządnego człowieka zmienia się w oprawcę współwięźniów. Za drugim razem chodziło ogólnie o kobiety dokonujące aborcji.

Przypomniało mi się to dziś, kiedy przeczytałam reportaż o syryjskich uchodźcach z łodzi, która zatonęła na Morzu Egejskim. A konkretnie komentarze pod tym reportażem. Komentarze w tonie "mogli siedzieć w domu", "mogli nie dać się oszukać przemytnikowi", "mogli postępować mądrzej". Pewnie mogli. Ale idę o zakład, że żaden z komentujących nigdy nie przeżył wojny, realnego, ciagłego zagrożenia życia, więc nie ma pewności, że sam w ich sytuacji zachowałby się inaczej. "Mądrzej." Ja o sobie też tego nie wiem. Ba, myślę, że próbowałabym uciekać za wszelką cenę, nie wiem, czy potrafiłabym na zimno kalkulować szanse.

Wiem, że moja rodzina, dziadkowie z malutkimi dziećmi, uciekali we wrześniu 1939 z Krakowa do Lwowa - wygodnie, własnym samochodem. Po czym kilka miesięcy później, w środku zimy, z babcią w ciąży, uciekali z powrotem ze Lwowa do Krakowa, tym razem przez zieloną granicę i bardzo szybko na piechotę, bo Rosjanie zabrali im samochód, w zamian dając bumagę potwierdzającą ten rekwirunek. Samochodu oczywiście dziadek nigdy więcej nie zobaczył.

Co świadczy o tym, że nawet ludzie mający flegmatyczny charakter i wręcz patologicznie trzeźwo myślący jak mój śp. Dziadek, ulegają presji ucieczki przed wojną oraz są zdolni przebyć kilkaset kilometrów w bardzo trudnych warunkach, byle dostać się w nieco bezpieczniejsze miejsce.

Z tych dwóch powodów nie czuję się uprawniona do oceniania tego, co robią uchodźcy.

I żeby było jasne: mam z kwestią uchodźców spory problem moralny. Nie udaję, że ta ogromna migracja nie niesie ze sobą zagrożeń. Uważam, że są kraje, jak choćby bogate państwa arabskie, ale również Polska, których moralnym obowiązkiem jest wziąć czynny udział w rozwiązywaniu tej katastrofy humanitarnej, a tego nie robią. Mam jednocześnie wrażenie, że Unia Europejska nie opracowała dobrych procedur - ale nie bardzo miała na to czas. A poza tym jeżdżę dużo po Europie, byłam w kilku z miejsc, które media opisywały jako ogniska zapalne problemu z uchodźami i nie widziałam tam zagrażających mojemu bezpieczeństwu tłumów. Owszem, w podparyskim Saint-Denis tabliczki w rękach oblegających samochody żebraków zmieniły się z "famille de Roumanie" albo zwykłego "j'ai faim" na "famille syrienne". Ale to ci sami ludzie, zawodowi żebracy, żerujący teraz na aktualnych emocjach.

Ale jakiekolwiek miałabym problemy z tym problemem, nie mogę potępić Syryjczyków za to, że uciekają. I bardzo bym chciała nigdy nie nabyć prawa moralnego do takiej oceny.


Save

środa, 04 października 2017
Abszmak

Dawno chyba nie napisałam recenzji. Paradoksalnie po trochu dlatego, że czytam ostatnio sporo, mając minimalnie więcej czasu niż nieco wcześniej, ale prawie wszystko, co czytam, dramatycznie mnie rozczarowuje. Tak to jest - nadrabiam zaległości, chwilowo konkretnie głównie kryminalne, i konfrontuję się z własnymi oczekiwaniami budowanymi po części przez entuzjastycznych recenzentów. I tak kłębią się we mnie te uwagi krytyczne, a zarazem poczucie, że może nie powinnam być aż takim malkontentem, powstrzymuje mnie przed pisaniem.

Dziś jednak udało mi się uchwycić, z czym konkretnie mam główny problem w przypadku jednej z nadrobionych książek: "Festung Breslau" Marka Krajewskiego.

Serii, jak sądzę, nie muszę przedstawiać - był czas, że strach było otworzyć lodówkę, żeby nie ujrzeć w niej Eberharda Mocka. Dodam jeszcze, że N lojalnie uprzedzała mnie, że poziom obrzydliwości w tych książkach może być trudny do przełknięcia nawet dla mnie, a mnie naprawdę bardzo trudno jest obrzydzić, nawet przy jedzeniu.

I może nawet przeżyłabym obrzydliwość, choć przyznam, że najzwyczajniej pod słońcem nudzi mnie to, że w pisanych ostatnimi czasy kryminałach wszystko musi być unurzane w zgniliźnie, bebechach i okrucieństwie nie do pojęcia. Ej, powie mi ktoś, przecież to są kryminały. Kryminały są o zbrodniach. Zbrodnie są ohydne i tak dalej. Tak, ale to jeszcze nie znaczy, że 1) literacki opis zbrodni musi być obrzydliwy do potęgi n+1; 2) wszyscy bohaterowie, z pozytywnymi włącznie, muszą być obrzydliwi. Po prawdzie jak dla mnie stosuje się tu zasada Stephena Kinga: straszy znacznie bardziej to, co nie do końca opisane, niedopowiedziane, tylko zarysowane. Dosłowność nie pozostawia pola dla wyobraźni, a straszy nas wyobraźnia. Podobnie przegięcie w opisie obrzydliwości nuży, a nie przeraża. Moim skromnym zdaniem.

Ale, jak już powiedziałam, przeżyłabym obrzydliwość i opisy, które nastawione są na szokowanie burżuja. Proszę bardzo, jakkolwiek to już było tyle razy, że chyba nawet burżuj się nie zszokuje.

Zniosłabym jakoś również to, że niemalże od pierwszego wejrzenia znielubiłam głównego bohatera. To też jakaś moda (bo nie tylko u Krajewskiego, palmę pierwszeństwa dzierży pod tym względem w polskim kryminale niejaka Marta Guzowska): detektyw ma być antypatyczny. Mam wrażenie, że po części wynika to z nieudolnego naśladowania Chandlera, tylko że do autorów tych podróbek nie dotarło, że Marlowe jest zmęczony, szorstki, nierzadko niemiły, topi swoje traumy i lęki w whisky i tak dalej, ale nie jest antypatyczny. W tych wszystkich Mockach, Yblach i innych zapijaczonych detektywach polskich autorów nie znajduję tej nuty wielkości i szlachetności, która sprawia, że Marlowe mnie fascynuje jako człowiek. No, nie znajduję i już. Ale to też bym przeżyła, bo zmęczyłam nawet jeden tom Katarzyny Bondy, a wierzcie mi, to wymaga sporo samozaparcia i to bynajmniej nie przez to, że główny bohater jest kolejnym noszącym nietypowe nazwisko spsiałym klonem Philipa Marlowe'a.

Byłabym skłonna nawet pogodzić się z deusexmachinowym zakończeniem, w którym bohater ucieka z oblężonego Breslau miniaturową łodzią podwodną, aczkolwiek pomysł ten wydaje mi się, delikatnie mówiąc, naciągany. Poddałam się w kwestii researchu, czy takie łodzie - zdolne wpłynąć w górny bieg Odry - istniały; wikipediowy artykuł o klasach łodzi podwodnych podczas II wojny światowej mnie pokonał. W artykule o oblężeniu Wrocławia nie ma nic o takim środku transportu. Problem w tym, że nawet gdyby istniały, to rozwiązanie jest po prostu z innej bajki. Ale znowu: przeżyłabym.

Kilka miesięcy zatem zeszło mi na to, żeby wreszcie sprecyzować, co tak naprawdę w "Festung Breslau" sprawia, że moja bardzo, ale to bardzo wysoko postawiona - prawie że nieistniejąca - poprzeczka dla tabu w kulturze zmaterializowała się przede mną i protestowała przeciwko tej książce.

Ale już wiem: chodzi o wątek Gertrudy von Mogmitz

Jak już zaznaczyłam, jestem przeciwna tabuizacji jakichkolwiek tematów w kulturze. Irytuje mnie również, choć w jakiś sposób jest zrozumiałe, zróżnicowanie w obrębie tej tabuizacji: nie mamy żadnych oporów, żeby przypisać dowolne motywacje, czyny i dziwactwa ludziom z dawnych epok, czy też dość dowolnie zmieniać życiorysy postaciom historycznym żyjącym co najmniej 150 lat temu, podczas gdy bliska przeszłość podlega swoistej cenzurze. Rozumiem ten mechanizm, ale ponieważ zasadniczo interesuje mnie historia dawniejsza niż te 150 lat i przywiązuję się do ludzi, którzy wtedy żyli, mam żal o to, że traktuje się ich z pełną dezynwolturą. Ale to na inną recenzję, innej książki.

W przypadku Krajewskiego jednak tabu zadziałało nawet u mnie. I nie na sam temat, ale na bardzo konkretne szczegóły tego wątku. Otóż uważam za najzwyczajniej pod słońcem niesmaczne wymyślenie historii [SPOILER ALERT] radykalnej masochistki, która daje się zamknąć w obozie koncentracyjnym i udaje męczennicę za grzechy swego narodu oraz kombinuje mistyczny plan ucieczki po to, żeby spełniać swoje masochistyczne zachcianki ze swoim dawnym kochankiem-dręczycielem, który został tegoż obozu komendantem. Po prostu mam wrażenie, że została tu przekroczona granica dobrego smaku, zwłaszcza że nie mamy do czynienia z groteską (gdzie, gdyby to było uzasadnione, zapewne zaakceptowałabym taki pomysł fabularny), ale teoretycznie serio obyczajowym kryminałem. A ta historia jest tak przedumana i tak - wróćmy do poczatku tej notki - przesadnie obrzydliwa, że nie zniesmacza opisami zbrodni, ale nieprzystawalnością konceptu do opisywanych okoliczności.

W sumie nawet jestem sobie w stanie wyobrazić wariację na temat tego wątku, która byłaby dla mnie do przełknięcia: osoby, która trafiwszy do obozu, uświadamia sobie, że ból, cierpienie i upokorzenie sprawiają jej przyjemność. Osoby, która ma z tym cholerne problemy, bo wie, że coś jest z tym straszliwie nie tak. Tylko że to jest temat na powieść obyczajową, psychologiczną, a nie kryminał. I w sumie nie wiem, czy nie wolałabym jako scenerii np. więzienia w jakimś mało cywilizowanym kraju. Jakoś idea, że ktoś - nawet jeśli ma to być czarny charakter powieści - daje się zamknąć w obozie, żeby sobie zrobić dobrze, jest dla mnie przekroczeniem granicy dobrego smaku. Nie przez sam pomysł, bo ludzie są zdolni do wszystkiego, więc czysto teoretycznie i to jest możliwe, ale przez jego doprowadzone do poziomu niezamierzonej chyba groteski ujęcie, bo mam wrażenie, że w autorskim zamyślę ma być prze- i po-rażająco, oraz wpisanie w literaturę - bądź co bądź - rozrywkową.

Co z tego, że kiedy Mock orientuje się w prawdziwych motywacjach hrabiny i jej związku z (obrzydliwym i obrzydliwie opisanym) morderstwem własnej siostrzenicy, to porzuca zamiar wywiezienia Gertrudy z Breslau (miniaturową łodzią podwodną)? Co z tego, że autor malowniczo (czy raczej turpistycznie) przekonuje nas, jak bardzo obrzydliwą osobą jest Gertruda? Gdyby to była prawdziwa historia, byłaby porażająca. Jako kreacja literacka jest, że się powtórzę, zaledwie niesmaczna.

I to by było na tyle.

PS. Znalazłam istniejące miniaturowe łodzie podwodne, ale nadal nie jestem przekonana, czy 1) były one zdolne płynąć dość daleko rzeką, 2) ktokolwiek użyczyłby ich do wywiezienia z oblężonego miasta dość przypadkowych ludzików.

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

poniedziałek, 17 lipca 2017
Ale to już było... (2)

Dziś pewna posłanka napisała (jak następnie tłumaczyła: ironicznie), że nie przewiduje zmiany władzy.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy, powiedział ponad pół wieku temu towarzysz Wiesław.

 

piątek, 14 lipca 2017
Suweren

Obecna władza bardzo lubi powoływać się na "wolę Suwerena", którym jest Naród. Władza zapomina, że wybrała ją zaledwie 1/5 uprawnionego do głosowania Suwerena, ale to drobiazg. Skoro połowy uprawnionego Suwerena najwyraźniej nie obchodzi, kto będzie nim rządził, to ma za swoje. A sądząc po reakcjach, a raczej ich braku, nadal go niewiele obchodzi.

Ponieważ na wpis o Bastylii nie mam pomysłu, pozwolę sobie uprzejmie przypomnieć kilka dokumentów z tamtej epoki, odwołujących się do idei Narodu jako Suwerena.

Konstytucja korsykańska Pasquale Paolego (1755, ale jej zręby powstały w latach 1735-45, czyli przed publikacją "O duchu praw" Monteskiusza), tworząca porządek prawny dla "szczęścia narodu", stawia obok władzy wykonawczej kolegialną władzę ustawodawczą oraz osobne sądy.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki (1787) zaczynająca się od Suwerena (słynne "My, Naród"), bardzo wyraźnie rozgranicza władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądową.

Francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela (1789), która stanowi, że "Źródło wszelkiego zwierzchnictwa spoczywa całkowicie w Narodzie", mówi też jasno, że "Społeczeństwo, w którym nie ma należytej gwarancji praw ani określonego z góry podziału władz, nie ma ustroju konstytucyjnego."

Nawet bardzo niepostępowa, zwłaszcza w rozdziałach I-II, Konstytucja polska 3 Maja poświęca trzem władzom osobne rozdziały (VI-VIII) i mówi wprost: "Władza sądownicza nie może być wykonywanąani przez władzę prawodawczą, ani przezkróla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane."

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Suweren w końcu sobie o tym przypomni. Choć, wracając jednak do Bastylii, Suweren nader często orientuje się dopiero wtedy, kiedy zabraknie mu chleba.

Save

Save

środa, 12 lipca 2017
Śmiech pusty mnie porwał

W każdym państwie istnieją trzy rodzaje władz [...]

Na mocy pierwszej, panujący lub urzędnik stanowi prawa na przeciąg pewnego czasu lub na stałe, tudzież poprawia lub znosi prawa istniejące. Na mocy drugiej rozstrzyga o wojnie lub pokoju, wyprawia lub przyjmuje poselstwa, strzeże bezpieczeństwa, zapobiega najazdom. Na mocy trzeciej, karze zbrodnie lub sądzi pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Tę ostatnią władzę nazwiemy władzą sądowniczą, drugą zaś po prostu wykonawczą państwa.

[...] Gdzie w jednej osobie lub jednym ciele urzędowym władza prawodawcza łączy się z władzą wykonawczą, tam nie masz wolności albowiem istnieje obawa, że ten sam monarcha [...] stanowić będzie prawa tyrańskie, by je wykonywać po tyrańsku.

Nie masz wolności, skoro władza sądownicza nie jest oddzielną od władzy prawodawczej i wykonawczej. Jeśli złączona jest z władzą prawodawczą, powstaje samowolność w stosunku do życia i wolności obywatela, albowiem sędzia będzie zarazem prawodawcą. Jeśli jest złączona z władzą wykonawczą, sędzia będzie posiadać władzę ujarzmiciela. [...].

Monteskiusz,  O duchu praw (1748),
oprac. M.  Szczaniecki, Warszawa 1957

Wiecie, gdzie znalazłam ten tekst? W pliku o nazwie e-biblioteka, który ściągnął się z oficjalnej strony prezydenta Polski.


wtorek, 04 lipca 2017
Przyjdzie Edek i wyrówna

Z powodu remontu i książek leżących w stertach w całym mieszkaniu nie byłam w stanie znaleźć mojego egzemplarza "Tanga" Mrożka. Wyprawa do biblioteki po to, żeby sobie przypomnieć jeden cytat, wydała mi się zbytnią ekstrawagancją, poszukałam więc w sieci. I zamiast tekstu znalazłam spektakl. Z początku chciałam szybko przeskoczyć na koniec, żeby sobie ten cytat sprawdzić. Ale jak zobaczyłam, że spektakl reżyserował jeden z idoli mojej wczesnej młodości, Jerzy Jarocki, w Narodowym, a na samym początku moim oczom ukazali się Ewa Wiśniewska i Jan Englert w rolach Eugenii i Eugeniusza, obejrzałam od początku do końca.

Spektakl jest znakomity, a młodego pokolenia nie uczy się scenicznej emisji głosu - pozwolę sobie poprzestać na takiej uwadze w kwestiach teatralnych, bo ja nie o tym.

Ja o tym, że ciarki mnie przechodziły na to, jak bardzo trafnie Mrożek ponad pół wieku (konkretnie 53 lata) temu opisał dzisiejszą Polskę.

Mamy w tej sztuce Artura, młodego idealistę, którego męczy - a raczej przeraża, ponieważ nie daje przepisu na życie - wszechobecna wolność. Artur najpierw myśli, że coś zmieni narzucając światu reprezentowanemu przez jego dziwaczną rodzinkę formę. Staroświecką, uporządkowaną, przewidywalną, skostniałą i tromtadracką, ale za to bezpieczną, bo jasno wytyczającą kolejne życiowe kroki. Potem okazuje się, że forma nie wystarcza, że konieczna jest idea i zaczyna się eskalacja.

Mamy rodzinę: ojca artystę (Mrożek przewidział tu warlikowszczyznę i jej nieślubne potomstwo), matkę wówczas protohipiskę, babcię, która za wszelką cenę usiłuje być nowoczesna i demokratyczna, więc (powierzchownie) przejmuje plebejski język i obyczaje.

Mamy też wujka-dziadka, starego kawalera, który nie potrafi się do nowoczesności dostosować. Wujek jest na pozór miłym i kulturalnym starszym panem, któremu przez usta nie przechodzą prostackie karciane odzywki. Ale wystarczy, że Artur zacznei swoją obyczajowo-moralną antynowoczesną i antywolnościową rewolucję, a Eugeniusz przeistacza się w dość przerażającego obozowego strażnika (to zostało napisane kilka lat przed eksperymentem Zimbardo!).

I jest jeszcze Edek. Ten, który tak pięknie poprawia spodnie i uwodzi wszystkie panie wokół. Który Arturowi pod koniec pierwszego aktu proponuje "Panie Artku, jakby pan czego potrzebował..." Którego Artur wtedy odpycha, ale niedługo zmieni zdanie: "To nie pachoł, tylko ramię mojego ducha!" I o którym obłudny Eugeniusz powie pod koniec: "Ulegam przemocy, ale w głębi duszy będę nim gardził."

Nie będę streszczać całości, bo "Tango" chyba nadal jest szkolną lekturą obowiązkową. I bezwzględnie powinno nią być.

Zacytuję tylko kilka fragmentów (tekst wg spektaklu, bo nadal nie znalazłam ksiażki), zupełnie innych, niż ten cytat, którego szukałam, bo chciałam napisać zupełnie inną notkę, którą miał zaczynać.

Akt I
Stomil: Czego ty właściwie chcesz? Tradycji?
Artur: Porządku świata.

Akt II
Eleonora (do Artura i Eugeniusza): Co chcecie z nami zrobić?
Eugeniusz (grożąc pozostałym pistoletem): Chcemy wam przywrócić godność, wy upadłe społeczeństwo.
Eleonora: Siłą?
Eugeniusz: Choćby i siłą, skoro nie można inaczej.

Akt III
Artur: Możliwa jest tylko władza! Tylko władza da się stworzyć z niczego! Tylko władza jest, choćby niczego nie było!
(...)
Edek (po zabiciu Artura): Teraz moja kolej. Wy będziecie mnie słuchać.
Stomil: My ciebie?
Edek: A dlaczego nie? Widzieliście, jaki mam cios. Ale nie bójcie się: byle cicho siedzieć,nie podskakiwać, uważać, co mówię, a będzie wam ze mną dobrze, zobaczycie. (...) Tylko posłuch musi być.
Eugeniusz: Won. Ciesz się, że nie wystawiamy ci rachunku.
Edek: Panie Genek! Co to za niegrzeczna mowa?

"Tango" rozgrywa się wokół nas.

Artur w garniturze demonstruje pod teatrem przeciwko nowoczesnej sztuce.

Stomil i Eleonora "jakoś sobie układają życie", bo tak naprawdę niewiele ich obchodzi.

Eugeniusz głaszcze kota i wygłasza kwestie o wyższości moralnej, ale szykuje się już do finałowego tańca z Edkiem.

A Edek już puka do naszych drzwi [---- Ustawa o kontroli publikacji i widowisk].

Save

środa, 21 czerwca 2017
Przypowieść

Kiedy umarł stary, schorowany król, jego nieco młodszy brat wreszcie mógł zabrać się do rządzenia. Gorliwie zajął się  przede wszystkim wprowadzaniem surowego prawa moralnego, w którego szerzeniu jego brat okazał się zanadto gnuśny, usiłując lawirować między różnymi intrygującymi grupami w państwie i na dworze. Nowy król zaczął od niewinnych decyzji dotyczących długości strojów tancerek. Skończył na wprowadzeniu kary śmierci za bluźnierstwo.

Czy działo się to w jakimś zacofanym średniowiecznym państewku w okresie wojen krzyżowych? A może, to dziś pewnie główne narzucające się skojarzenie, w jakimś tkwiącym w "średniowiecznych" czy "plemiennych" obyczajach kalifacie? Czyźby chodziło o prawo szariatu? Nie, chodziło o ultraortodoksyjny katolicyzm. I działo się niedawno i niedaleko, w latach 1825-30 we Francji.

Piszę to dlatego, że przeczytanie dzisiaj pewnego wywiadu uświadomiło mi, że zasadniczym błędem myślowym, jaki popełnia się w "dyskursie" dotyczącym uchodźców, a dotykającym bardzo istotnego problemu, jakim jest tożsamość kulturowa i cywilizacyjne wartości, źle stawia się granicę. Mówi się np. o tym, że powinno się przyjmować uchodźców wedle klucza kulturowego, a wyznacza się to na podstawie wyznawanej religii. I mówi się przy tym o korzeniach naszej cywilizacji, zapominając, że ich znacznie starszą i potężniejszą nogą od judeochrześcijaństwa jest starożytność klasyczna z jej prawami, filozofią, nauką.

Ale przede wszystkim zapomina się, że tamte dwie tradycje to, owszem, fundament, ale bardzo głęboki, rozproszony. Tym, na którym bezpośrednio zbudowana jest nasza współczesna europejska cywilizacja, nasze pojmowanie państwa, prawa i obywatelstwa, jest oświecenie i Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, czyli to, z czym usiłował walczyć Karol X. I o to, czy tradycje te są dla osób pragnących się tu osiedlać na stałe akceptowalne, powinniśmy pytać, a nie o wyznanie. Takich, dla których są one nieakceptowalne, mamy zresztą dość własnego chowu i tylko czekać, aż zradykalizują się jak król z naszej przypowiastki. Którego, nawiasem mówiąc, z areny dziejowej zmiotła w 1830 r. rewolucja wywołana właśnie przez wspomniane ustawy.

Ach, dodajmy może jeszcze, że to Karol X rozpoczął podbój Algierii, a jednym z jego światłych pomysłów na szerzenie tam właściwej wiary było wysadzenie meczetu, żeby na jego miejscu zbudować kościół.


Save

Save

Save

Save

Save

Save

niedziela, 11 czerwca 2017
Ale to już było...

Tylko najwyraźniej, nie tak jak w piosence, wraca. Wczoraj Władysław Frasyniuk został siłą usunięty przez policję z demonstracji, która wedle najnowszego prawa była nielegalna, ponieważ i tylko dlatego - nie de iure, bo prawo sformułowano sprytnie, ale na pewno de facto - że nie zgadzała się z oficjalną linią rządową. Frasyniuk już to przerabiał, za PRL. Przerabiał też grożące mu za ten czyn więzienie. Myślę, że on się nie boi, że się z tym liczył, wybierając się wczoraj z Wrocławia na Krakowskie Przedmieście.

Przerażające jest w tym wszystkim co innego: absolutny cynizm obecnej władzy. Cynizm oparty na bardzo prostej przesłance: dla wyborcy, który dziś decyduje o wynikach, PRL to już historia, a nazwiska prawdziwych bohaterów tamtych czasów bardzo łatwo zastąpić innymi. Wyobrażałabym sobie, że to, co się wczoraj stało: usunięcie prawdziwej legendy antykomunistycznej opozycji siłą przez policję z demonstracji, to obraz tak mocny, tak wyrazisty, że powinien spowodować gigantyczny protest społeczny. Otworzyć oczy na to, co się wokół nas dzieje.

Tak się nie stało i tak się zapewne nie stanie. I to właśnie mnie przeraża.

PS. Uważam, że Władysław Frasyniuk powinien zostać następnym prezydentem Polski. Zwłaszcza jeśli zostanie skazany za wczorajsze "naruszanie porządku".

Save

piątek, 02 czerwca 2017
Decorum

Jak miałam jakieś najwyżej czternaście lat, moja świętej pamięci Babcia, przedwojenna (powojenna zresztą też) nauczycielka zapomniała chyba o pedagogicznym wykształceniu, że o instynkcie już nie wsponmnę, i uraczyła mnie opowieścią, która żadną miarą nie nadawała się do opowiedzenia osobie w tym wrażliwym wieku. Była to opowieść o opowieści, którą Babci z kolei opowiedziała niegdyś jej koleżanka, pracująca w administracji cmentarza komunalnego w Warszawie. Tego, na który przywieziono szczątki ofiar katastrofy lotniczej Iła na Okęciu w 1980 roku.

Scenę pamiętam do dziś w szczegółach: siedzimy, jak zwykle, w kuchni, ale z opowieści brzmi mi wciąż w głowie tylko jeden fragment: Babcia mówiąca, że ta koleżanka widziała worki, w których kawałki białych ciał przemieszane były z kawałkami czarnych - sporą część reprezentacji bokserskiej USA stanowili, jak by się dziś rzekło, Afroamerykanie (Babcia ani jej koleżanka nie znały jeszcze tego określenia, więc mówiły Murzyni). Ten właśnie szczegół makabrycznej opowieści utkwił mi w pamięci najbardziej. Babci pewnie też, może opowiedziała to szczególnie obrazowo, a może dla jej koleżanki to właśnie symbolizowało rozmiar katastrofy i tragedii. Zapewne Babcia, podobnie jak wcześniej jej koleżanka, potrzebowała się od tego obrazu uwolnić. Nie dziwię im się - mnie on też prześladuje do dziś, mimo że był z drugiej ręki.

Ten obraz wraca teraz do mnie, choć bardzo tego nie chcę, ilekroć czytam wynurzenia osób z rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, konkretnie tych, które domagają się doprowadzenia do czystości genetycznej szczątków znajdujących się w poszczególnych trumnach, posuwając się do tak nieludzkich stwierdzeń, że nie życzą sobie, żeby ich współmałżonkowie leżeli razem z współmałżonkami innych osób. (Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na skojarzenia, jakie ta konkretna wypowiedź może wywoływać, całkiem mimowolnie.)

Ponieważ nigdy nie byłam w podobnej sytuacji i mam nadzieję, że nigdy nie będę, mogę oczywiście jedynie teoretyzować, co uważam za najsensowniejsze wyjście. Ale jest to teoretyzowanie oparte na przesłankach zarówno emocjonalnych jak i intelektualnych, które wydają mi się dość mocno osadzone w moim światopoglądzie. Otóż podobnie jak Paweł Deresz - któremu należy się wielki szacunek za pełną godności postawę w całej tej historii, zwłaszcza że musi wysłuchiwać naprawdę nieprzyjemne rzeczy o swojej nieżyjącej żonie - uważam, że w takich okolicznościach najlepszym wyjściem jest wspólny grób. Demokratyczny, upamiętniający wszystkich, którzy zginęli, nie robiący z nich równych i równiejszych.

I po prawdzie moim skromnym zdaniem wyrażający maksymalny szacunek dla zmarłych, zważywszy, w jakim stanie znajdowały się ich ciała, zob. opowieść koleżanki mojej Babci, nie mówiąc już o wypowiedziach specjalistów. Z niedowierzaniem zatem przeczytałam dalsze enuncjacje jednej z wdów, porównujących taki zbiorowy grób do masowych grobów ofiar mordów.

To są przecież dwie zupełnie odrębne kulturowo sprawy - i zawsze były. Konieczność pochowania jakiejś grupy, najczęściej poległych w bitwie, we wspólnym grobie, jest stara jak świat. Czasem na polu bitwy wystawiano odrębne pomniki dla poszczególnych stron walczących, z czasem zaś - zasadniczo gdzieś w połowie wieku XIX - zaczęto niekiedy stawiać takie pomniki dla wszystkich poległych, słusznie zakładając, że zwykły żołnierz jest ofiarą, niezależnie od tego, po której walczy stronie. A szacunek dla grobów poległych wrogów jest jedną z miar człowieczeństwa danej społeczności.

Od tzw. zawsze też ludzkości zdarzało się cichaczem wymordować jakąś grupę i usiłować zamaskować miejsce zbrodni chowając jej ofiary w nieoznaczonym dole. To jest ta fundamentalna różnica: to wszystko, co zbiorowy pochówek otacza w wymiarze zarówno materialnym (pomnik, miejsce), jak i symbolicznym (celebracja, upamiętnienie z imienia i nazwiska itd.). Jeśli chowa sie ludzi, choćby pozbieranych w kawałkach z pola bitwy albo miejsca katastrofy, z należną pompą i podpisuje grób choćby zbiorowym określeniem o symbolicznym znaczeniu (trudno np. na niewielkim obelisku wypisać tysiące nazwisk), to nie umniejsza to szacunku dla poszczególnych zmarłych.

Na dodatek nawet relatywnie pozbawiony godności pochówek we wspólnej mogile "dla nędzarzy", co bywało niegdyś praktykowane, nie szkodzi prawdziwej wielkości, o czym świadczą przykłady Mozarta czy Norwida. Oczywiście, tym wielkim, nawet docenionym dopiero po śmierci, zazwyczaj robi się potem choćby i symboliczny pochówek indywidualny - i to już jest troszkę nieuczciwe wobec wszystkich innych pochowanych w takich grobach. A w sumie wystarczyłoby, żeby w owych czasach na jakiejś zbiorowej tablicy wypisywano nazwiska wszystkich chowanych w tych zbiorowych mogiłach, żeby rytuałowi stało się zadość.

Na dodatek, jakkolwiek istniały i istnieją nadal kultury, które regularne wyjmowanie zmarłych z grobów uznają za objaw szacunku wobec przodków, to nasza kultura (niezależnie od tego, czy kładziemy większy nacisk na jej klasyczne, czy judeochrześcijańskie korzenie) do nich nie należy. Dlatego osobiście czuję duży dyskomfort, kiedy jestem epatowana przez media nie tylko samymi ekshumacjami, ale przede wszystkim wypowiedziami ludzi domagających się tego wyciągania, analizowania i przerzucania fragmentów ciał z trumny do trumny. Gdyby zdecydowano się na wspólny grób, szacunek dla wszystkich byłby równy. Ale niestety mam wrażenie, że nie wszystkim o to chodzi.

Save

Save

Save

sobota, 27 maja 2017
Taki mi się marzy teatr...

Byłam ja kiedyś teatromanką... Chodziłam w Starym Teatrze na wszystkie premiery, a na niektóre spektakle to i po kilka razy.

Ostatnio w teatrze bywałam jedynie za granicą.

Dlaczego? Bo lubię w teatrze posłuchać dobrze podanego i dobrze zagranego klasycznego tekstu. Może być w intrygującej interpretacji scenicznej, może proponować nowe interpretacje. Ale lubię, jeśli te efekty są osiągane środkami tradycyjnymi: ekspresją aktorską, inscenizacją pozostającą wierną tekstowi (co nie znaczy, że dosłowną!!!). Lubię, jak reżyser szanuje tekst i jego autora.

To nie znaczy, że całkowicie odrzucam awangardę i teatr autorski. Ale chcę mieć to jasno powiedziane: jeśli idę na sztukę, którą napisał Sofokles, Szekspir, Molier czy Wyspiański, to chcę mieć w niej tekst Sofoklesa, Szekspira, Moliera czy Wyspiańskiego, a nie reżysera-autora. Jeśli tego ostatniego jest w tekście przewaga, to niech ma odwagę podpisać tekst własnym nazwiskiem, co najwyżej dopisując "inspirowane przez [Sofoklesa/Szekspira/Moliera/Wyspiańskiego].

Tak, piję do Klątwy Frljicia z jednej, a awantury o Stary Teatr z drugiej strony.

Ponieważ jestem prawie bezwzględną zwolenniczką wolności słowa (o uznawanych ograniczeniach kiedyś pisałam), czuję się w moralnym obowiązku protestować przeciwko próbom zdjęcia spektaklu Frljicia z afisza. Moralnym, ale nie estetycznym. To nie jest mój teatr, to nie jest sztuka, którą chcę oglądać, kiedy na tymże afiszu, tyle że dosłownym, mam napisane Stanisław Wyspiański, a właściwy autor ukrywa się za etykietką reżysera.

I jest mi bardzo, ale to bardzo przykro, że nominacja na dyrektora kogoś, kto w narodowym teatrze widzi przede wszystkim miejsce dla klasyki - skądinąd mojego kolegi z czasów wspólnej pracy w krakowskiej Gazecie Wyborczej (choć wiele wskazuje na to, że nasze ideowe drogi się rozeszły) - zdarzyła się za obecnych rządów, ponieważ natychmiast estetyka stała się sprawą polityczną. I ja tym razem ze względów estetycznych kibicuję Markowi Mikosowi, a bardziej jeszcze Michałowi Gielecie (bo opinie, które przeczytałam, i tyle, co się da znaleźć życiorysu artystycznego, do niego akurat nastrajają mnie pozytywnie) żeby pokazali, że da się stworzyć nowoczesny teatr, który szanuje klasykę.

Teatr Klaty moim skromnym zdaniem tego postulatu nie spełniał. Było za dużo autorstwa, za mało szacunku dla tekstu. To nie był mój teatr, nie biegałam w wypiekami na twarzy na kolejne spektakle. Chciałabym, żeby to wróciło, żebym także w Krakowie mogła pójść na klasyczną sztukę bez strachu, że wyjdę zniesmaczona albo po prostu znudzona i zmęczona oglądaniem ego reżysera zamiast sztuki, którą przyszłam oglądać.

Mój Stary Teatr to był teatr Swinarskiego, Wajdy, Jarockiego, Bradeckiego (wielkie spektakle tych dwóch pierwszych reżyserów miałam okazję obejrzeć dzięki powtórkom rocznicowym). Mój teatr znajduję wciąż w wielkich kulturalnych stolicach Europy, gdzie jest miejsce i na tradycyjnie (co nie znaczy dosłownie i nudno!) wystawianą klasykę, i na eksperymenty teatralne czy parateatralne. I bardzo, ale to bardzo się boję, że klasyka zostanie z polskiego teatru całkowicie wyparta przez asocjację z "dobrą zmianą". Jeśli istotnie tak się stanie, to będzie kolejna niepowetowana strata związana z obecnym rządem.

Tagi: teatr
02:27, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 kwietnia 2017
Książę Pepi a sprawa pomnikowa

- Jesteśmy realistami. Wiemy, że tam [przed Pałacem Prezydenckim - red.] nie ma na nie miejsca - mówi w "Rzeczpospolitej" poseł PiS i były kandydat na prezydenta stolicy Jacek Sasin. - Choć można sobie wyobrazić przeniesienie pomnika Księcia Poniatowskiego - dodał polityk. 

Taką informacje przeczytałam dziś w gazecie. Równo rok i dwa miesiące temu napisałam pewien wpis w związku z wypowiedzią jakiegoś innego polityka. Z wpisu tamtego niniejszym przytaczam istotne dla nowego kontekstu fragmenty. Pod rozwagę tym, którzy chcą Księcia Pepiego przenosić. Bo to ma specyficzne konotacje historyczne.

DZIEJE JEDNEGO POMNIKA (20 lutego 2016)

(...)

Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny, no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

(...)

Warszawa 10.12.2014

Save

Save

Scenarzysta kule nosi (Belle epoque 10)

Zastrzelili. Nie arcyksięcia, nie. Jeszcze nie. Również niestety nie Weronikę (już nawet nie westchnę cichutko, że była taka wspaniała szansa na odstrzelenie tej postaci). W sumie to nawet trzy osoby chyba odstrzelili, bo jak na złość, kiedy nagrywarka nie działa, to mamy z N rozbieżność zdań co do tego, kogo operator pokazał nam w ostatnim kadrze: głównego bohatera czy też Iwanowa przez Pfg zwanego Człowiekiem bez Kapelusza, a który jako żywo wyskoczył z testamentu Misi jako ten nie przymierzając królik z kapelusza.

Tak. To by mogło być w sumie na tyle w kwestii tego odcinka, bo na ten poziom fabularnego bełkotu nie wspiął się jeszcze żaden z poprzednich. Ale zaciśnijmy zęby i jednak spróbujmy jakoś się z nim rozprawić w kontekście całości. Nie będzie łatwo, o nie.

Konstancja. Miałam nadzieję, że ją odstrzelą. Podczas ślubu. Wtedy mielibyśmy głównego bohatera ślubującego vendetta, tremenda vendetta w drugim sezonie. Postać policjanta, który zrywa sie z uwięzi, bo ma własną sprawę do wyśledzenia i własnych złoli do ukarania, jest może niespecjalnie oryginalna, ale posiada potencjał. Ale Konstancja właściwie okazała się po prostu patologiczną kłamczuchą, a scenarzyści chyba pogubili się w jej kłamstwach, że o aktorce, która kompletnie pogubiła się w tej roli nie wspomnę (o co jestem skłonna obwiniać reżysera, bo to jednak zasadniczo dobra aktorka). Ewentualnie Konstancja cierpi na osobowość wielokrotną i mamy jakąś marną podróbkę Memento. Wątek jej ślubu z Iwanowem sporo obiecywał, ale Iwanowa chyba zastrzeliła na dobre (bo w śmierć głównego bohatera niestety nie uwierzę, że nie czytałam bowiem, jakoby Małaszyńskiego zamierzał zatrudnić Hollywood, HBO czy choćby BBC, co skłoniłoby go do rezygnacji z roli, a scenarzystów zmusiło do zabicia postaci).

Mila. Pragnę przypomnieć scenarzystom (i charakteryzatorom), że Mila jest prostytutką. Przeczystą, ale jednak prostytutką. W hotelu z tych może nie najpodlejszych, ale jednak o cechach burdelu z wyszynkiem i z pokojami na godziny. W związku z czym nawet solidnie podbite jedno oko nie powinno być dla niej taką traumą, że najpierw straciła przytomność, a potem nie chciała, żeby ukochany ją w takim stanie oglądał. Prostytutka jej klasy do takich zachowań klientów raczej była przyzwyczajona i naprawdę musiałaby być znacznie bardziej pokiereszowana, żeby robić aż takie mecyje. Prawdę mówiąc, jak kilka lat temu oberwałam podczas upadku z konia strzemieniem w plus minus oko, to wyglądałam znacznie gorzej niż ona tak straszliwie pobita. A wszystko po to, żeby Henryk mógł się jej prawie że oświadczyć, co ona zresztą przyjmuje z taką łatwością, że ma się wrażenie, że w tym burdelu to ona tak od godziny i przez przypadek.

Komisarz Jellinek. Olaf Lubaszenko po raz kolejny i to w wielkim stylu udowodnił, że jest jedynym aktorem z prawdziwego zdarzenia w stałej obsadzie (tyrada w pierwszej tercji odcinka - średnio napisana, ale za to powiedziana!). Poza tym scenarzyści zapomnieli, że kilka odcinków temu postanowili dodać tej postaci nieco życia i biografii - nieszczęsny komisarz wrócił do roli miejscowego biurokratycznego idioty. Nagrodę dnia otrzymuje jego przenikliwość w kwestii Iwanowa, który miał szybko do Krakowa nie wrócić, a tymczasem pojawił się już dwa miesiące później na ślubie swojej żony.

Pozostałe postacie oraz związane z nimi aktorstwo pozostały tam, gdzie były, więc nie będę się nad nimi rozczulać.

Wątek polityczny. Nie dość, że wprowadzony znienacka, to jeszcze na dodatek stojący na głowie. Pomijam już fakt, że w gąszczu powiązań między postaciami można się nie tyle zgubić, ile zaplątać. Ten wątek przede wszystkim nie ma sensu, bo z dzisiejszych rewelacji wynika, że Konstancja od początku wiedziała, kto zabił Lucjana. Można by też mniemać, że to dzielny główny bohater jest jakimś super hiper szpiegiem albo co najmniej przywódcą rewolucji, ponieważ całe polityczne knowanie zdaje się mieć jego właśnie w samym centrum, co nijak nie wynika z żadnej innej przesłanki w scenariuszu.

Ach, jeszcze w kwestii jednej z postaci poległych. Zaczynam mieć podejrzenie, że podmieniona czaszka została po wygotowaniu podrzucona Tardis czy inną maszyną czasu do grobu Lucjana, a w rzeczywistości jest czaszką demonicznego antykwariusza, ponieważ mam wrażenie, że zgadzają się obrażenia. A może to on sam podmienił czaszki? Na miejscu Weroniki zbadałabym, czy czaszka antykwariusza na pewno należy do niego. Weronika (...) na pewno ma jakiś sposób na to, żeby taki banalny fakt ustalić, wierzę pod tym względem w scenarzystów.

A do tych ostatnich mam jedną podstawową uwagę. Otóż widz na koniec sezonu potrzebuje oczywiście cliffhangera, który sprawi, że zacznie oglądać sezon drugi. (Ja osobiście wolałabym, żeby zginął główny bohater, a Iwanow przeżył, bo miał większy potencjał stania się interesującą postacią, ale wiem, że tak nie będzie.) Niemniej widz potrzebuje również nagrody w postaci sensownego rozwiązania choćby jednego wątku. Tu nie dostaliśmy nic takiego. Bo że Lucjana zabił ktoś inny, wiedzieliśmy od początku. Wątek Ochrany i narodników rozłazi się w szwach tak, że o jakimkolwiek osiągniętym przezeń punkcie dojścia nie można mówić. Czaszka i cała sprawa podmiany zwłok oraz pistoletów została zapomniana i zapewne już nie wróci, bo wszyscy, którzy mogliby tu coś powiedzieć, nie żyją.

No chyba że demoniczny antykwariusz okaże się Time Lordem albo innym demonem (ktoś pamięta naprawdę demonicznego chyba właśnie antykwariusza z Torchwood?) i wróci triumfalnie, żeby nam wszystko opowiedzieć.

Nawiasem mówiąc, N zauważyła dziś słusznie, że Krakowa to w tym serialu nie było. Nie wystąpiła w nim, choćby wspomniana, żadna ważna czy znana postać epoki, a, powiedzmy sobie, było ich sporo. Ten serial mógłby się dziać gdziekolwiek, zwłaszcza w "generic fantasylandzie", tak bardzo nie jest osadzony w konkretnym miejscu i czasie. A ja w następnym recenzenckim odcinku napiszę o czymś, co dzieje się w belle epoque i jest bardzo piękne. Oraz w przeciwieństwie do naszego ulubionego serialu naprawdę drobiazgowo odtwarza Kraków fin de siècle'u i jego atmosferę. Udowadniając, że się da.



czwartek, 13 kwietnia 2017
Rośnij, lulku, wysoko (Belle epoque 9)

Pani zabiła pana. Bo go miała dość. A prostytutki to uciśniona szlachetność (nie wiem, czy jest dużo motywów, na które mam podobną alergię). W zasadzie tyle można powiedzieć o fabule przedostatniego odcinka Naszego Ulubionego Serialu. Pani pana zabiła lulkiem czarnym hodowanym wśród zielistek i paprotek, prostytutkę usiłując w to podle wrobić. Nie wiem, jakim cudem Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) nie zorientowała się natychmiast w kwestii lulka, bo my się zorientowałyśmy. W sumie przez cały odcinek powtarzałyśmy na zmianę "lulek" i "ochrana", albowiem ta druga wyrosła przed naszymi oczami równie niespodzianie jak lulek w cieplarni pani sędziowej.

Twisty są dobre. Twisty są nawet bardzo dobre. Ale od twistów szczęka widzowi powinna opadać z podziwu, a nie zażenowania. Twisty albowiem powinny być takie, żeby ex post czytelnik lub widz dostrzegał ślady do tych twistów prowadzące, aczkolwiek w pierwszym momencie nieoczywiste. Tymczasem nieistniejąca tak naprawdę na ekranie i w historii Misia, która nagle okazuje się agentką rosyjską, jest niekupowalna. Podobnie jak nagła przemiana demonicznego antykwariusza w pomocnika rosyjskich rewolucjonistów.

Naprawdę czuję się bezradna wobec bezmiaru nieudolności w tworzeniu wiarygodnych historii przez scenarzystów tego serialu. Nie wiem, na czym to polega, oprócz fatalnego aktorstwa, że nie jestem w stanie ani się przejąć losem którejkolwiek z postaci, ani się z nią choćby śladowo identyfikować, albo choćby być zainteresowana motywami czy perspektywami. Może częściowo polega to na tym, że postacie są niekonsekwentne albo też po prostu niekonsekwentnie prowadzone i pokazywane. Twisty, jak już mówiłam, są dobre. Ale twisty muszą mieć zahaczenie w historii postaci albo przynajmniej jej charakterystyce. To nie jest serial eksperymentalny, gdzie każdy trop ma być odwrócony, ale serial gatunkowy, gdzie tropy mają grać wedle pewnych reguł.

Tak, antykwariusz miał być postacią tajemniczą. Ale nic, nic, nic i jeszcze raz nic w nim, w tym jak został wykreowany, nie pasuje do tego, czym się okazał. Cała historia wielokąta Konstancja-Misia-Lucjan-Jan-antykwariusz-Iwanow i kto tam jeszcze nie ma sensu z tym dodanym naprędce (a w każdym razie takie wrażenie sprawiającym) wątkiem politycznym. Nie wytrzymuje brzytwy Ockhama. O coś jest tam za dużo. A może za mało. A może jedno i drugie na raz. Za dużo nawymyślane, za mało działa? Za dużo wątków, za mało motywacji? Za dużo rozwiązań w rodzaju "bo scenarzysta tak chciał i napisał", za mało działania bohaterów?

A z fabularnych konkretów: Po co (i jak?) ta podmieniana czaszka na przykład? Po co podstawione czy też zniszczone pistolety? Wątpię, czy ostatni odcinek przyniesie odpowiedzi na te pytania.

Na dodatek mam ponure wrażenie, że ktoś (ochrana) zabije Konstancję przed ślubem, żeby Weronika (czy ktoś może...?) mogła w drugim sezonie nadal żenująco podrywać głównego bohatera. Nawiasem mówiąc, na marginesie głównego wątku w odsłonie z najnowszego odcinka: nie bardzo chce mi się wierzyć, że w przypadku samobójstwa (Misi) ot tak zaniechano sekcji zwłok - mam wrażenie, że to tylko po to, żeby w tym odcinku Weronika (czy ktoś...?) z narażeniem życia, a na pewno zdrowia, mogła pokosztować preparatu z krwi Misi, którą przezornie denatce, co to jej nie krajali, utoczyła. Pozostaje mieć nadzieję, że Misia nie była wampirem, bo nieśmiertelna Weronika (czy...?) to już tylko najeść się lulka i iść do hotelu Ypsilon.

A najgorsze jest to, że wciąż bardzo niewiele brakuje, żeby ta historia miała sens i nawet była całkiem niezła. Ale brakuje. Ten odcinek pokazał, jak dramatycznie brakuje.

Aha, byłabym zapomniała. Scenarzyści wrócili do idei sponsorowania odcinków nazwiskami dziewiętnastowiecznych celebrytów. Dziś zaszczyt ten przypadł Leopoldowi von Sacher-Masochowi, co z kolei zaowocowało sporej skali infodumpem na tematy chyba jednak dość oczywiste, zjadając przy okazji czas odcinka, który, przypomnijmy, ma raptem nieco ponad czterdzieści minut.

Save

Save

Save

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright