wtorek, 15 kwietnia 2014
Czasami potrzeba kiczu

Kocham sztukę, kocham dobre malarstwo i grafikę, kocham ogólnie rzeczy piękne. Jednym z moich największych marzeń jest móc je kupować, kolekcjonować - mieć mieszkanie, z którego znikną meble z Ikei oraz im podobne, a wszystko będzie miało coś więcej niż umiarkowanie przyzwoitą jakość i funkcjonalność: będzie miało styl. Albo żeby przynajmniej wśród mebli funkcjonalnych (jestem jednak osobą praktyczną do pewnego stopnia) były akcenty prawdziwego piękna.

Niemniej to nie jest notka o projektowaniu wnętrz ani nawet o moich mieszkaniowych preferencjach czy też wciąż niezupełnie spełnionym marzeniu o byciu kolekcjonerem. To jest notka o jednej z rozlicznych okołokulturalnych afer, które wstrząsają ostatnio polską sferą publiczną i lądują na pierwszych stronach gazet, że się tak górnolotnie wyrażę.

Chodzi mianowicie o darmową książeczkę pt. "Pierwsza książka mojego dziecka", którą ministerstwo kultury wydaje po to, żeby cała Polska czytała dzieciom. Książeczka ma być rozdawana wraz z rodzajem wyprawki młodym matkom w szpitalach , na razie o ile rozumiem, rusza program pilotażowy w kilku województwach. Książeczka została zaprezentowana, a luminarze sztuki rzucili się na nią w mediach jak stado wygłodniałych psów na kość i jęło kąsać. Dobra, może daruję już sobie te marne metafory i przejdę do rzeczy. Otóż ci różni mniej lub bardziej znani i mniej lub bardziej zasłużeni na polu twórczości dla dzieci podnieśli larum, że książeczka jest be, głównie dlatego, że nie wpisuje się w wielką tradycję polskiej ilustracji książkowej, w tym dziecięcej. Bo kiedyś Szancer, a teraz standardowe obrazki: duże, oczywiste, kolorowe, koślawe.

Z dzieciństwa pamiętam, że lubiłam ilustracje Szancera, uwielbiałam też oryginalne ilustracje Kiplinga do "Takich sobie bajeczek", intrygowały mnie oryginalne ryciny z "Alicji w Krainie Czarów", choć pierwsza wersja tejże, którą czytałam, była z kolorowymi obrazkami dla dzieci (tłumaczenie Antoniego Marianowicza, ilustracje Olgi Siemaszko). Oczywiście jeśli chodzi o ilustracje - Kubuś Puchatek, Muminki. Książkowe, nie filmowe, żadne disneye i dobranocki. Płaskie, czarno-białe, a zarazem bardzo wymowne obrazki. Potem, jak miałam jakieś dwanaście lat, nie mogłam oczu oderwać od okładek Stasysa do "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Bałam się ich, fascynowały mnie, intrygowały. (Skądinąd uważam, że Stasys powinien był pozostać ilustratorem książek, a nie usiłować być wielkim artystą, ale to osobna sprawa.)

Teoretycznie zatem powinnam grać w drużynie atakujących ministerialną publikację, a tymczasem bardzo zdecydowanie nie gram. Nie gram, bo uważam, że ta książka nie jest dla dzieci takich, jakim ja byłam. Wychowanych w domu, gdzie ledwie odrosłej od ziemi istocie pokazuje się, na czym polega gra bryłą w "Akrobatce na piłce" Picassa, że odwołam się do jednego z najwcześniejszych posiadanych wspomnień; w domu, w którym w pokoju dziecinnym wisi reprodukcja Makowskiego, a w przedpokoju - Modiglianiego, a potem ogólnie zawisną abstrakcje. Nie dla dzieci od wczesnych lat przyzwyczajanych do tego, że godzinami chodzi się po muzeach - jednym z moich największych oczarowań dzieciństwa, oprócz greckich zabytków, była wizyta w muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji. Po takiej dawce Ernsta wspomniane okładki Tolkiena trzy lata później to nic trudnego. I na dodatek ze wszystkich zainteresowań Rodziców (którzy wcale nie są z wykształcenia humanistami!) akurat to, sztuka, znalazło we mnie szczególnie mocny oddźwięk.

Ta książka nie jest również przeznaczona dla dzieci z domów, w których otacza się je troską i opieką, a dbałość o wykształcenie jest co najmniej podobnie duża jak o wyżywienie i zdrowie. Z domów, w których chodzi się razem do kina czy nawet do teatru, choćby i na zgrzebnie wystawioną klasykę. Domów, w których kultura jest jakkolwiek obecna. Domów, w których na półce stoi choćby trochę książek - pamiętam, jakim szokiem był dla mnie niedawno fotoreportaż o mieszkaniach przeciętnych Polaków, przedstawiający reprezentacyjne pokoje u ludzi na przeciętnym poziomie wykształcenia i o przeciętnym stylu życia: na jednym zdjęciu z dwudziestu pięciu było widać ustawione za szybką kilka książek, chyba jakąś dekoracyjną serię!

To jest książka dla dzieci, w których domach czyta się w najlepszym razie tabloidy i ogląda się telewizyjną papkę. Albo też nawet nie robi się tych rzeczy. To nie jest książka, której potrzebują dzieci wykształciuchów ani rodziców aspirujących do wykształcenia czy udziału w życiu kulturalnym na choćby takim poziomie, na jaki pozwala lokalny Dom Kultury. A przede wszystkim to nie jest książka dla ich rodziców: jeśli w domu jest choćby tylko Sienkiewicz i Konopnicka albo też, z innej parafii, jakiś MacLean czy "Saga o ludziach lodu", to istnieje szansa, że rodzic dziecku książkę kupi i poczyta z własnej woli. Jeśli rodzic czyta Prousta, to zapewne kupi książkę o wyrafinowanych ilustracjach, jeśli tylko byle jak wydawane powieści popularne, to zapewne na jakość i styl obrazków uwagi nie zwróci (i nie mówimy tu o statystycznie nieistotnych przypadkach wyrafinowanych historyków sztuki, którzy czytają wyłącznie fantasy, z obrzydzeniem patrząc na większość jej okładek, lub rozkoszują się peerelowskim kryminałem). Ta książka nie jest dla żadnego z tych rodziców: jak już będzie w domu, to dziecko może ją obejrzy, choć pewnie część rodziców uzna, że nie ma takiej potrzeby i może odda do domu dziecka.

To jest książka dla dzieci, którym rodzice z własnej woli książek kupować nie będą i nie będą im ich czytać. Dlatego ta książka jest za darmo, dlatego jej misją jest dotrzeć do każdego domu. Dlatego w wyprawce jej towarzyszącej jest również poradnik, jak opiekować się dzieckiem i jak je szanować - znów skierowany nie do tych rodziców, którzy przez całą ciążę albo i wcześniej przygotowywali się do nowej roli, ale przede wszystkim dla tych, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Nie każdy ma obowiązek ministerialną książkę czytać - ale trzymajmy kciuki, żeby czytali ją ci, do których naprawdę jest skierowana. Światli i wybitni zapominają bowiem, że prawdziwym pierwszym odbiorcą tej publikacji nie są dzieci, ale ich rodzice. Bo to oni zadecydują, czy dziecko się z nią zapozna. Jeśli rodzic czytający już dziecku "Kubusia Puchatka" czy, z nowszych propozycji, "Julkę i Kulkę", odrzuci tę książkę z powodów estetycznych, to nikomu nie stanie się krzywda. Gorzej jeśli odrzuci ją rodzic, którego ambicje kulturalne ograniczają się w najlepszym (!) razie do lektury plotek o bieliźnie celebrytów.

Ten rodzic w większości przypadków odrzuci coś, czego sam nie będzie rozumiał i estetycznie akceptował. Jeśli jego kontakt ze sztukami wizualnymi ograniczał się do kiczowatego świętego obrazka wiszącego w rodzinnym domu albo nawet olejnego przysłowiowego jelenia na rykowisku spod Bramy Floriańskiej, to taki człowiek nie zaakceptuje wyrafinowanych, wymagających choćby trochę bardziej wyrobionego oka ilustracji. Światli i Wybitni w ministerialnej książeczce widzą zdeformowane postacie - nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym, co oni rysują, niezrozumiałą i odpychającą deformację może zobaczyć rodzic, do którego darmowa książka jest skierowana. (Nawiasem mówiąc, gdzieś w tej dyskusji przeczytałam oburzony głos, że na jednym z rysunków chłopiec wygląda jak garbaty. Nawet jeśli to nie było intencją rysownika, to może dobrze wyszło - żyjemy przecież w czasach, kiedy walka z uprzedzeniami na tle wyglądu jest jednym z naczelnych zadań państwa i edukacji...)

Wyrobionemu oku przywoływany często (i słusznie) przez Światłych i Wybitnych jako wzór ilustracji dla dzieci Jan Marcin Szancer wydaje się prosty: temat jest widoczny na pierwszy rzut oka, ilustracje nawiązują do tradycyjnego malarstwa, a zarazem wprowadzają konieczne dla odbioru przez dziecko uproszczenia. Są ładne kompozycyjnie i kolorystycznie. Ale proszę zawiesić na chwilę wytworzone przez lata obcowania ze sztuką i kulturą doświadczenie i spojrzeć na nie okiem kogoś, kto przywykł wyłącznie do prostackich zdjęć w tabloidzie, do walących po oczach jaskrawych kolorów, wielkiej czcionki i boleśnie uproszczonego przekazu, na dodatek pozbawionego treści. Taki człowiek zobaczy u Szancera, a jeszcze bardziej u wspomnianej wyżej Siemaszko, chaos, natłok postaci albo szczegółów, a ewentualnych nawiązań do innej sztuki nie będzie miał szans odczytać. Do takiego rodzica ma szanse przemówić jedynie obrazek, który może będzie toporny i schematyczny, ale zrozumiały.

Psy wiesza się również na tekście tej książeczki. Zgoda - rymy nie są z najwyższej półki, same historyjki też nie. Ale one nie są przeznaczone dla ludzi, którzy przeczytali całą bibliotekę. One są przede wszystkim dla tych, którzy z trudem przebrnęli przez podstawówkę i lektura "Zemsty" Fredry mogła być dla nich wyzwaniem ponad siły. Oni nie będą swoim dzieciom czytać Muminków, bo nie zrozumieją, o co w tym chodzi i po co tym zawracać dzieciakowi głowę. A poza tym są tam fragmenty z polskiej klasyki dziecięcej: Tuwima, Szelburg-Zarembiny.

Światli i Wybitni, jak to zwykle w Polsce bywa, nie odrobili lekcji pozytywizmu. Może dlatego, że u nas panuje kult tego dziwacznego tworu zwanego polskim romantyzmem, tych zrywów i poczucia wyższości i misji, trochę bez pomysłu na to, jak ta misja ma wyglądać, a już zupełnie bez zastanowienia, jak ją realizować w praktyce. Tymczasem ministerstwo, o dziwo, wyskoczyło z pomysłem, który spodobałby się społecznikom z ponurej drugiej połowy XIX w., kiedy romantyczne mity upadły z hukiem, a garstka rozsądnych ludzi usiłowała zacząć walkę o społeczne wykształcenie inaczej niż poprzez stawianie przed spracowanym chłopem czy robotnikiem Konradów i Kordianów, z których problemów odbiorca ów nie miał szans nic zrozumieć. Ta książka ma być nowoczesną pracą u podstaw, rekwizytem współczesnych Siłaczek. Światli i Wybitni wciąż nie otrząsnęli się z romantycznego snu, wedle którego każdy, kto zetknie się z Wielką Sztuką, musi być przez nią natychmiast porwany i zauroczony.

Tak nie jest, nigdy nie bywało i zapewne nigdy nie będzie. Największym osiągnięciem tak zwanej demokracji ateńskiej było moim skromnym zdaniem zachęcanie czy wręcz nakłanianie obywateli do uczestnictwa w życiu kulturalnym miasta. Chodzenie do teatru było finansowane przynajmniej po części z kasy państwowej, choć już same spektakle były produkowane przez osoby prywatne, dla których wygrana w teatralnych konkursach była powodem do chwały; którym w nagrodę wystawiano pomniki. Uczestnictwo w kulturze, związanej oczywiście z bardzo "świecko" traktowaną sferą sacrum, było postrzegane jako rodzaj obowiązku obywatelskiego. Późniejsze postępujące rozwarstwienie społeczne sprawiło, że kultura stała się dobrem elitarnym - różne ruchy oświeceniowe czy pozytywistyczne usiłowały to zmienić, podobnie jak usiłuje się to zmienić dziś. Rewolucja francuska pokazała, jak kolosalny potencjał, również kulturalny i intelektualny, drzemał w ludziach, którzy wcześniej nie mieli szans dostać się do elitarnych kręgów. Tyle że wedle znanych historykom statystyk poziom alfabetyzmu we Francji już w 1789 roku sięgał 50/40% (mężczyźni/kobiety) na prowincji i 90/80% w Paryżu, więc było z czego startować! Skądinąd ciekawe jest również inne zestawienie liczbowe z mniej więcej tej samej epoki: biblioteka w pałacu w Compiègne za czasów Ludwika XVI liczyła ok. 300 woluminów, za Cesarstwa – kilkanaście tysięcy...

We współczesnej Polsce teoretycznie statystyczny każdy umie czytać, bo mamy obowiązek szkolny i tak dalej. Ale od samej umiejętności czytania do czytania literatury dla przyjemności jest jeszcze daleka droga. W rewolucyjnej Francji nie każdy chłop zabierał się od razu za lekturę filozofów - to byłby materiał dla Mrożka - ale otwarcie wyższych szczebli edukacji oraz karier dla każdego, kto miał chęć, talent i życiową odwagę, owocowało tym, że w kulturze wyższej zaczęli uczestniczyć ludzie, którym wcześniej nawet by to nie przyszło do głowy. (Tu widzę potencjał na osobną notkę o elitaryzmie kultury, więc kończę historyczne dygresje).

Jakiekolwiek rozumowanie czy idee stały za decyzją stworzenia programu wspierania wczesnego czytelnictwa, jest to próba zachęcenia jak najszerszych rzesz ludzi do zmiany obyczajów. Dla dzieci z rodzin, które są realnym adresatem tego programu, ważne jest, żeby od małego być przyzwyczajanym, że sama czynność czytania jest rzeczą dobrą i przyjemną. Nie tylko ze względów poznawczych (choć oczywiście "pierwsza książka" ma jakoś tam przygotować do tego, że w szkole mamy poznawać świat), ale również ze względu na tworzenie więzi rodzinnych. Jednym z moich najmocniejszych wspomnień z dzieciństwa jest to, kiedy mając jakieś pięć lat zasadniczo czytam już sobie sama, ale wciąż skradam się do fotela, w którym siedzi (i czyta) mój Tato, w nadziei, że jednak jeszcze weźmie mnie na kolana i razem będziemy czytać "Księgę dżungli". Zawsze tak było i gdybym miała powiedzieć, co mi się kojarzy z pojęciem "dom rodzinny" czy "ciepło domu rodzinnego", to te późne wspólne lektury byłyby pierwszym skojarzeniem. Ciepłe światło lampy nad małą wnęką wciśniętą w pełen książek regał, fotel, którego peerelowski design jest teraz modnym vintagem, i wspólne przeżywanie przygód Mowgliego. Nawiasem mówiąc, większość naszego małego mieszkania (i dużego potem też) była po sufit zastawiona książkami (ta liczba wciąż rośnie) i jedną z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie było wyobrażanie sobie, co kryje się za tajemniczymi tytułami, których nie rozumiałam (pamiętam, że koszmarnie bałam się „Ubika”, natomiast czysto eufonicznie fascynował mnie i stanowił rodzaj azylu w tej zabawie „Atol Trydakny”; w moim pokoju stała głównie fantastyka, klasyka była w dużym). 

Ministerialna książka jest dla dzieci, które bez niej nie mają szans na takie wspomnienia. Dlatego jest prosta, niewyrafinowana, akceptowalna dla ludzi, którzy sami z dzieciństwa nie wynieśli poczucia, że warto wybierać się w fikcyjne magiczne krainy. Dla ludzi, którzy nie znajdą w sobie cierpliwości (a czasem i umiejętności, możliwości), żeby dziecku czytać choćby trochę bardziej skomplikowane bajki. Może warto o tym pamiętać, zanim podejmie się frontalną krytykę produktu, który mnie też wcale nie zachwyca, ale znajduję uzasadnienie dla tego, że prezentuje się tak a nie inaczej. Jest szansa, że dzieci, które zaczną przygodę z książką choćby i od niego, nie będą potem unikać szkolnej biblioteki, gdzie powoli będą się zapoznawać z coraz poważniejszą literaturą i sztuką. Może gdyby w moich szkolnych czasach istniał program wspomagania wczesnego czytelnictwa, dzieci, które nie były w stanie przebrnąć przez "Plastusiowy pamiętnik", miałyby z tym choćby minimalnie mniejszy problem. Bo było tak, że w ramach źle pojętego "wyrównywania szans" do mojej klasy, gdzie przyjęto zasadniczo dzieci już umiejące czytać, dodano nie te, których poziom inteligencji bez wyniesionych z domu umiejętności wskazywałby na to, że doskoczą do pozostałych, ale te z najcięższych patologii, same już od pierwszego roku mające poważne problemy ze zdolnościami poznawczymi, bez żadnych szans, żeby poradzić sobie z wymaganiami stawianymi reszcie klasy. To do współczesnych Doroty, Jarka i kilkorga innych, których imion nawet nie pamiętam, bo już na etapie nauczania początkowego repetowali klasy, skierowana jest ta niezbyt wysmakowana książka. Bo lepiej, żeby w późniejszym życiu sięgnęli po najprostsze i najkoszmarniej zilustrowane romansidło czy sensację, niż żeby mieli nie czytać w ogóle nic poza tabloidami. Bo od półanonimowych masówek zawsze można przejść do Rodziewiczówny, a dalej do Sienkiewicza, byle nauczyć się śledzić fabuły i przejmować losami bohaterów rozpisanymi na więcej niż dwie szpalty.

Oczywiście najgorszemu kiczowi okładek i ilustracji sama najchętniej wydałabym totalną wojnę, ale ministerialnej książeczce naprawdę daleko jeszcze do tego, co potrafią wyprodukować wydawnictwa zarówno specjalizujące się w różowych seriach czy masowej fantasy, jak i literaturze religijnej dla dzieci.

Po napisaniu tej notki znalazłam taki artykuł, który stanowi niezłą tragikomiczną ilustrację do szerszego problemu, którego ona dotyka.

czwartek, 10 kwietnia 2014
Drakaina czyta książki

Szanowni czytelnicy, proszę się nie lękać: nie ogłaszam powstania nowego bloga. Ale zapoznałam się ostatnio z kilkoma książkami, z czego jedna była czytana pod przymusem (tłumaczenia), a pozostałe z własnej woli, i te zupełnie różne od siebie lektury natchnęły mnie do ponarzekania sobie na pewne rzeczy, których w literaturze nie lubię. Tej tłumaczonej (czy też tłumęczonej, jak to przez przypadek nazwałam w komputerze i przyjęło się dla tego rodzaju roboty) nie będę z nazwiska i tytułu wymieniać, natomiast te czytane (choć kiedyś również tłumaczyłam jeden tom) to kryminały niejakiej Patricii Cornwell.

Teoretycznie wszystko te książki dzieli: jedna (1) czytana w trakcie tłumaczenia, pozostałe (2) dobrowolnie; jedna fantasy dla dzieci, pozostałe - ponure kryminały dla zdecydowanie dorosłych; jedną dość od początku znielubiłam, pozostałe kiedyś zdecydowanie lubiłam; jedna z fabułą prostą jak budowa cepa i to prymitywnego, pozostałe - z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji. Niemniej nagle odkryłam wspólny mianownik: wszystkie mnie irytują i to głównie kreacją bohaterów. A także pewnymi rozwiązaniami fabularnymi. Postanowiłam pokusić się o małe porównanie.

Sytuacja fabularna

(1) Małe królestwo jest zagrożone inwazją dużego i bardzo złego imperium. Stary król ginie na początku akcji, na tron wstępuje jego czternastoletnia córka, która następnie musi bronić tegoż królestwa przez straszliwym wrogiem, pozyskawszy uprzednio chwilami dziwacznych, ale bardzo potężnych sojuszników. Królowa toczy kolejne bitwy, długo czeka na obiecaną pomoc sprzymierzeńców, pod koniec staje do pojedynku z głównodowodzącym Złych, który to pojedynek oczywiście wygrywa, po drodze ucinając Złemu kawałek ręki.

(2) Kay Scarpetta została głównym lekarzem sądowym w stanie Wirginia po śmierci swojego poprzednika i odkąd objęła urząd boryka się z nieustannymi utrudnieniami i szykanami wobec siebie i swojego biura: prześladuje ją albo jakaś agenda rządowa, albo np. bardzo zły prawnik. Scarpetta posiada jednak sprzymierzeńców na podobnie wysokich stanowiskach, a ponadto wierną gromadkę nieco dziwacznych pomocników zatrudnionych w policji i innych służbach, którzy zawsze w końcu nadejdą jej z pomocą. Na zakończenie wielu tomów swoich przygód staje oko w oko z głównym Złym, który nastaje na jej życie.

Bohaterowie - pozytywni

(1) Po pierwsze księżniczka, potem królowa. Jest drobna i niewysoka, ale mimo to nie tylko dzielna, ale również bardzo silna i w walce dorównuje najpotężniejszym wojownikom (większość życia poświęciła na ćwiczenie walki mieczami, toporami i czym tam jeszcze; innych lekcji może wprawdzie nie lubiła, ale i tak jest świetnie wykształcona, bo uczył ją znakomity uczony z dalekich krajów); okazuje się również mądrą władczynią od pierwszego dnia. Ma ponadto Straszliwe Problemy Moralne i nieustające wrażenie, że nie ma szans wygrać wojny. Jest dobra i opiekuńcza dla swojego ludu, ale jak się do kogoś odezwie, to ciarki człowieka przechodzą: autor chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest najzwyczajniej pod słońcem wredna, czepialska i egocentryczna. Pomimo to wszyscy ją kochają, szanują i podziwiają. Wszyscy również bez słowa akceptują, iż jej głównym doradcą (a w perspektywie dalszych tomów również mężem) zostaje o rok starszy syn leśnej wiedźmy. Niezwykle mądry i wykształcony, mimo że od dobrych kilku lat mieszka sam w leśnej jaskini. Drugim doradcą jest wspomniany uczony, który oczywiście zna się na wszystkim. Żaden z dwójki doradców nie ma doświadczenia na dworze, ale w sumie jest ono niepotrzebne, bo w dobrym królestwie nie ma intryg, więc nikt się nie czepia, że nie nadają się do swojej roli. Żołnierze małego królestwa są dzielni, waleczni i bezwzględnie uczciwi, czym nadrabiają braki w wyszkoleniu. Sojusznicy są dostojni i szlachetni, nawet jeśli czasem trochę samolubni. Ale w końcu widzą powszechne dobro w perspektywie.

(2) Kay Scarpetta jest kobietą (wielkiego) sukcesu w Typowo Męskim Świecie. Jak sama twierdzi, już w dzieciństwie była genialna i przerastała rówieśników wiedza oraz inteligencją; ponadto w wieku lat 15 postanowiła zostać lekarzem w świecie, w którym kobiety zostawały co najwyżej sekretarkami (nawiasem mówiąc, studiowała w latach '70 w USA, rzecz nie dzieje się w wiktoriańskiej Anglii). Ma stałych współpracowników: genialnego policjanta-dziwaka o manierach prostaka oraz siostrzenicę, która już w wieku dziesięciu lat jest geniuszem komputerowym, a potem, niedługo po dwudziestce, superagentką różnych kolejnych rządowych agend. Oboje ci współpracownicy mają ewidentne problemy osobowościowe i każdy normalny człowiek wywaliłby ich na zbity pysk z takiej pracy, jaką wykonują, ale wszelkie takie próby spełzają na niczym. Scarpettę otacza ponadto cały sztab podwykonawców w jej biurze: specjalistów od wszelkich możliwych dziedzin medycyny sądowej i kryminalistyki, którzy właściwie nigdy nie popełniają błędów. Są również sojusznicy w rządowych agendach i lokalnym, stanowym rządzie - najczęściej są to niezwykle przystojni mężczyźni, rzadziej twarde kobiety torujące sobie pomimo przeszkód drogę w męskim świecie. Dodajmy, że dla większości tych przystojniaków, nawet jeśli mają 20 lat, ponadczterdziestoletnia Scarpetta jest niezwykle atrakcyjna. Kochają ją i podziwiają ogólnie wszyscy, jeśli nie liczyć tego, że czarne charaktery wyjątkowo jej nienawidzą. Bohaterka przedstawia samą siebie (narracja pierwszoosobowa) jako ciepłą i wyrozumiałą dla ludzi, ale dialogi niestety temu przeczą: Kay Scarpetta jest wyjątkowo wrednym babsztylem, traktuje wszystkich z góry albo protekcjonalnie, i niestety bardzo po niej widać, że tak naprawdę jest typowo nowobogacka.

Bohaterowie - negatywni

(1) Główny Zły jest tak zły, że bardziej złym się być nie da, jest bowiem szalony i okrutny (o tym dowiadujemy się pod koniec książki, ma to być w założeniu twist), wojny prowadzi nie zważając na koszty, no i szczerze nienawidzi przede wszystkim głównej bohaterki. Największym problemem są jednak nieustanne deklaracje autora, że jest on genialnym strategiem, który nie przegrywa wojen, ma olśniewająco inteligentne pomysły, a armia kocha go jak ojca. Armia, dodajmy, jest najbardziej zdyscyplinowana na świecie i do tego jest jak legiony rzymskie pod jeszcze jednym względem: pod względem liczebności jest nieskończona. Fajnie, niech jej będzie. Tylko że jak już widzimy tę genialną i niepokonaną armię w działaniu, to nawet dziecko w przedszkolu zauważy, że jej dowódcy popełniają same taktyczne i strategiczne błędy, a legiony umieją się głównie wycofywać w szyku. Wielki głównodowodzący nie dość, że pod względem braku zmysłu taktycznego nie różni się zasadniczo od swoich podwładnych, to na dodatek nie ma cienia szacunku dla swoich oficerów, karze z wyjątkowym okrucieństwem za najmniejszą przewinę, a legiony są dla niego wyłącznie mięsem armatnim. Jednym słowem: nie sposób zrozumieć, jakim cudem utrzymał się na swoim stanowisku ponad dwadzieścia lat - armia powinna była go rozszarpać dawno temu, niezależnie od liczby wygranych bitew.

(2) Każda powieść Cornwell ma Głównego Złego, którego oczywiście nie znamy od początku, bo to w końcu kryminały z suspensem i mniej lub bardziej seryjnym mordercą w tle. Nie spotyka się tu zatem kogoś, kto po prostu jest przestępcą: nie, on musi być skrajnym psychopatą, najlepiej z rzadkim schorzeniem, żeby można go było łatwiej przyszpilić, kiedy już nadejdzie czas na ostateczny przebłysk geniuszu głównej bohaterki. Obowiązkowo jest również szpetny lub przynajmniej skrajnie nieciekawy. I do tego wszystkiego najczęściej jest geniuszem zbrodni o ponadprzeciętnym IQ, który wodzi bohaterów za nos przez kilkaset stron, ale zarazem jest szaleńcem. Na tym jednak nie koniec czarnych charakterów, bo w serii o skomplikowanej fabule Zło jest rozpisane na kilka głosów: oprócz psychopatycznych morderców (których populacja w Richmond wystarczyłaby na całą kulę ziemską) mamy tu również geniuszy zbrodni ukrytych na rozmaitych wysokich lub lukratywnych stanowiskach. O ile psychopata tygodnia tomu zaczyna czyhać na Scarpettę dopiero jak uświadomi sobie, kto jest jego głównym wrogiem wśród śledczych, o tyle ci ukryci Źli nienawidzą jej od samego początku i zazwyczaj mieszają w śledztwie, żeby jej zaszkodzić i usunąć ją z urzędu. Najczęściej są to mężczyźni nienawidzący kobiet sukcesu, ewentualnie kobiety sukcesu, które przeszły na ciemną stronę mocy.

Fabuła

(1) Fabuła jest prościutka, choć momentami trudno się w niej dopatrzeć logiki. Główną rolę odgrywa w niej stolica królestwa, która została w stu procentach ewakuowana w środku zimy, a jej ludność bez problemu została przyjęta przez znacznie mniejsze miasto w wasalnym kraiku; ten następnie nie ma również problemów z aprowizacją całej armii, która jak już doszła na tę północ, brnąc przez śniegi, to wraca na południe, żeby bronić opuszczonej sto stron wcześniej stolicy, w międzyczasie - trwającym kilka tygodni - wyszkoliwszy pospolite ruszenie na elitarną jednostkę. Natomiast wszystkie klisze opisane powyżej mają rzecz jasna swoje przyczyny: główną jest to, że dobrzy bohaterowie muszą w końcu pokonać Imperium Zła. Cóż z tego, że jego armia liczy w końcu około półtora miliona, a ich chyba poniżej sto tysięcy w porywach, cóż z tego, że Źli mają armaty i muszkiety, a także sześciometrowe piki, a Dobrzy łuki, balisty i dość nieokreślone miecze! Armaty rozwala się przy pomocy balist, a muszkieterów wystrzela z łuków, ponieważ oni zasadniczo strzelają równie celnie jak szturmowcy, nomen omen, Imperium. A potem całą tę ogromną armię wycina się w pień za pomocą gadających lampartów o futrze tak gęstym, że kule w nim grzęzną.

(2) Fabuły teoretycznie są tu mocniejszą stroną: skomplikowane, nieoczywiste, ze zwrotami akcji. Ale jak się przeczyta kilka książek, pojawia się schemat: straszliwa zbrodnia nęka miasto Richmond, Kay Scarpetta, która powinna głównie przeprowadzić sekcję i wskazać przyczynę śmierci, prowadzi śledztwo w towarzystwie swoich niedostosowanych społecznie współpracowników oraz dzięki pomocy wysoko postawionych przyjaciół, którzy biorą się dość z powietrza. Na dodatek czasami konkretne rozwiązania wołają o pomstę do nieba: dzielna ekipa zakłada nagle (słusznie), że być przestępca wybiera swoje ofiary nie po wyglądzie, ale po głosie. Mają dane dotyczące dwóch zamordowanych kobiet, ale nikt nie pofatyguje się sprawdzić pozostałych przypadków. Albo: ofiara znana jest z wzywania policji w obawie o swoje życie, ale nigdy nie poda żadnych szczegółów stalkingu, ba, policja może spokojnie podejrzewać, że są to konfabulacje. Ale wystarczy jedno stwierdzenie Scarpetty, że ofiara zawsze dzwoniła po otrzymaniu (niczym w materiale dowodowym niepotwierdzonych) gróźb, i wszyscy przyjmują tę wersję, do której uprzednio byli nastawieni sceptycznie.

Prawdopodobieństwo, motywacje i sprawy pokrewne

(1) Trochę już było przy okazji fabuły. Dodajmy do tego łatwość, z jaką główna bohaterka przekonuje różne magiczne istoty, które zasadniczo albo nie lubią ludzi, albo nigdy wcześniej ich nie widziały, do udzielenia jej pomocy w wojnie. Po prostu jedzie do kolejnych krajów, rozmawia z odpowiednim władcą i już. Z kolei kiedy po drugiej stronie zdarzy się ktoś, kto wydaje się myśleć i nie być zwolennikiem twardej imperialnej linii, nic z takiego wątku nie wynika. Do tego mało prawdopodobne postacie: drobniutka dziewczyna wymachująca regularnym toporem bojowym lepiej od weteranów, wielce wykształcony (również w tamtejszej łacinie, bo Imperium Zła jest wzorowane na Rzymie) chłopak wychowany w lesie bez książek, wreszcie przemądre i prastare, i mówiące językiem dobrego małego królestwa (a nie na przykład po łacinie), i majestatyczne... kiciusie. No bo jak inaczej określić te wielkie śnieżne lamparty, do których w bitwie tuli się bohaterka? Jest w niej również wątek eko i new-age: nasze dobre królestwo nigdy nie walczy inaczej niż w obronie własnej, korzysta z natury tyle ile potrzebuje, i oddaje spory kawał swoich ziem legendarnym władcom dzikich puszcz. Są też wilkołaki i wampiry i paradoksalnie miałyby one szanse być najciekawsze, bo przynajmniej parę drobiazgów z nimi związanych ma jakiś tam sens.

(2) Pomijając nagromadzenie potwornych zbrodni w Richmond, Wirginia, pomijając wszystkoizm głównej bohaterki oraz przymykanie przez służby mundurowe oczu na nieustanną niesubordynację jej głównych pomagierów, irytujący jest też czarno-biały obraz świata, w którym na dodatek chyba dość bezwiednie mamy przekonanie, że dobro jest piękne, a zło brzydkie. I że światem oraz zachowaniem ludzi rządzą proste związki przyczynowo-skutkowe. Otyły chłopak, który kiedyś zbłaźnił się przed ulubioną pisarką, zostaje bezwzględnym prawnikiem, który pod płaszczykiem reprezentowania pisarzy i innych artystów, tak naprawdę ich niszczy. Do tego mnożenie elementów, które mają przedstawiać złych w świetle tak złym, że bardziej się nie da. Jakby było mało, że psychopata cierpi na najrzadszą odmianę bardzo rzadkiej choroby genetycznej, to jeszcze musi on być odrzuconym i trzymanym w piwnicy dzieckiem niezwykle bogatej rodziny, która nie dość, że trzęsie niezwykle potężnym międzynarodowym kartelem, to na dodatek od średniowiecza mieszka w ponurej rezydencji na Wyspie św. Ludwika w Paryżu. Poza tym po złej stronie są wyłącznie źli: nie ma skruszonych, nie ma takich, którzy chcą pomóc. Scarpetta jest jak szeryf w klasycznym westernie: może co najwyżej liczyć na wiernych druhów, których źli będą usiłowali usunąć.

Deklaratywność

Wyróżniłam to, nie dzieląc już na punkty. O deklaratywności w (1) wspomniałam przy okazji czarnych charakterów: mamy wyłącznie słowo autora na to, że Główny Zły jest militarnym geniuszem, a na dodatek wszystko, co robi, zdaje się bardzo wyraźnie przeczyć temu przekonaniu, do tego stopnia, że mam wrażenie, iż autorowi udało się to wmówić głównie temuż bohaterowi, który w związku z tym jest nieco zaskoczony, że na koniec autor kazał mu wojnę przegrać, w dodatku wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Deklaratywność w (2) polega głównie na tym, że bohaterka, snująca swoją pierwszoosobową narrację, mówi nam na przykład o swoich wyrafinowanych gustach zarówno kulturalnych jak i gastronomicznych. Niestety chodzi po prostu "do opery", a gotuje głównie pizzę i spaghetti i to takie, z którym nawet ja bym sobie poradziła (a N świadkiem, że miewam problemy z odgrzaniem pierogów). Deklaratywność dotyczy również często charakterów postaci (w obu przypadkach zresztą): czytamy dużo o tym, jacy różni bohaterowie są ciepli i dobrzy, ale z dialogów i działań nijak to nie wynika... Specyficznym rodzajem deklaratywności jest też coś, co bym nazwała "brakiem konsekwencji" i nie chodzi mi tu o absurdy fabularne. Chodzi mi o to, że obie bohaterki nie odczuwają konsekwencji tego, co przeżywają. Czternastoletnia królowa (1) widziała wojnę w jej wyjątkowo okrutnym wydaniu (tak nam się w każdym razie mówi), straciła sporo bliskich, odbyła podróż na biegun w poszukiwaniu sojuszników, a jej ukochany omal nie umarł - ale nie  niedługo po odniesionym zwycięstwie jest znów wesołą i beztroską dziewczyną, która nie może się doczekać przybycia na święta króla śnieżnych panter, który będzie przy kominku opowiadał o wojnach z trollami. Kay Scarpetta (2) nie dość, że zawodowo styka się z najstraszliwszymi zbrodniami i na co dzień przeprowadza najtrudniejsze autopsje, nie dość, że jej ukochana siostrzenica (ta genialna) non stop pakuje się w kłopoty, to jeszcze na dodatek zazwyczaj znajduje się na celowniku psychopaty, nie mówiąc już o prześladowaniach ze strony wszelkich nieuczciwych lokalnych polityków, ale w zasadzie nie potrzebuje pomocy psychologa, radośnie oddaje się kolejnym romansom, gotowaniu spaghetti i utrzymywaniu w nieskazitelnym stanie swojego eleganckiego domu na przedmieściu.

Wszystkie złe książki świata?

Może aż tak źle nie jest. A może jest źle, ale to nijak nie wpływa na poczytność, ba, nawet na przyjemność czerpaną z lektury? Numer (2) to bardzo popularna seria, co więcej - te powieści naprawdę wciągają i ma się ochotę je doczytać do końca. Numerowi (1) wróżę wielki sukces u docelowego czytelnika (młodsi nastolatkowie), którym ja chyba nigdy nie byłam, nawet w odpowiednim wieku metrykalnym. Pal diabli, że w wieku tych około 11 lat przeczytałam "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, "Diunę" Herberta i "Józefa i jego braci" Manna - wszystko to były książki podebrane Rodzicom, jak już wyczytałam do końca własne zapasy na wakacjach. Ważniejsze jest chyba to, że nigdy nie zachwyciłam się Narnią, której fabuła wydała mi się prostacka, a bohaterowie nudni. A (1) ma wiele narniowatych cech, z zacięciem new-age'owym zamiast chrześcijańskiego. To, że nadal czytam (2) wynika zapewne z tego, że mam specyficzny rodzaj choroby dennej: bardzo rzadko zdarza mi się zostawić nieobejrzany do końca film czy serial albo niedoczytaną książkę. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, kiedy coś poważnego przerwie mi oglądanie lub lekturę, a następnie dojdę do wniosku, że nie ciągnie mnie do powrotu. Ale i tak czasem wracam...

Poza tym w obu przypadkach znam gorsze książki. Kiedyś razem z N znęcałyśmy się nad nimi (oraz nad złymi tłumaczeniami) na specjalnej stronie, która wówczas dość szybko zdechła, potem przeniosła się na równie zdechły blog, bo trochę wyprzedziłyśmy epokę: moda na podobne krytyczne podejście podobno nadeszła niedawno. Znam również gorsze książki z własnej praktyki przekładowej - tłumaczyłam na przykład marne klony "Zmierzchu", gdzie do wszystkiego, co opisałam powyżej dochodzi jeszcze absolutnie nieznośny poziom sentymentalizmu i wzniosłości.

Niemniej uznałam liczbę analogii pomiędzy książkami znajdującymi się teoretycznie na dwóch czytelniczych biegunach za na tyle zabawną, żeby sobie to opisać. Zwerbalizować, co mnie w nich irytuje. I ten ostatni punkt, deklaratywność, jest chyba najważniejszy. Nie chodzi mi nawet o to, co wielu recenzentom na Goodreads: że pewne rzeczy są opisywane, a nie pokazywane w działaniu. Chodzi mi raczej o tę ewidentną nieświadomość pisarzy, że ich wychuchane i ukochane postacie są zupełnie inne, niż im się wydaje. I o to, że dbałość o szczegół nie oznacza (2) bardzo dokładnych opisów. Szczegół ma mieć jeszcze jakieś znaczenie. A wydarzenia muszą kształtować bohaterów - nie wystarczy, żeby były wspomnieniami w kolejnym tomie ((1) to też seria).

Pozwolę sobie na przywołanie jednej z moich ulubionych scen z książki, którą kocham, mimo że jest de facto pastiszem fantasy, z niemalże otwarcie deklarowanymi cechami gatunku: typowymi postaciami o przypisanych rolach w fabule, z akcją, która dosłownie prowadzi bohaterów po mapie całego znanego świata. Jest to "Belgariada" Davida Eddingsa. W czwartym tomie jest taki epizod, kiedy żyjąca na bagnach wiedźma prosi potężnego czarodzieja o obdarowanie darem mowy inteligentnych zwierzątek, które są jej jedynymi towarzyszami. Jest to jej cena za "odczarowanie" bagien, żeby bohaterowie zdołali się z nich wydostać. Epizod ten skupia się na dyskusji o konsekwencjach tak poważnej ingerencji w inteligencję, postrzeganie świata i w sumie istotę owych stworzeń. Odebrania im niewinności. Kiedy bohaterowie odchodzą, czytelnik widzi, że coś tam się już zaczęło zmieniać, kiedy fenlingi nieporadnie wymawiają pierwsze słowa, które znają ze słyszenia (żyły w towarzystwie wiedźmy). I to jest taki właśnie dodbany drobiazg. Nie przywołuję go na darmo ani przypadkiem: w (1) mamy mówiące koty. Tysiące lat minęły, odkąd jakieś niezbyt jasno określone najwyższe bóstwo obdarzyło je mową (ewidentnie od razu artykułowaną i to w języku małego królestwa głównej bohaterki), ponieważ uznało je za podobną koronę stworzenia jak człowieka. Po tych tysiącach lat koty są nadal kotami, a ich jedyną zdobyczą cywilizacyjną jest dość specyficzny parlamentaryzm, w którym zgromadzenie głosuje przez aklamację (a raczej ryczenie), a król i tak właściwie narzuca mu swoją wolę. Na właśnie takie rozwiązania literackie wyrażam zdecydowaną niezgodę.

Fontainebleau

czwartek, 03 kwietnia 2014
Drakaina ogląda obrazki

Już jakiś czas temu zauważyłam, że bardzo często w rozmowach o sztuce z rodziną i znajomymi powtarza się podobny schemat: mówimy o jakimś dziele, a konkretnie czymś, co powszechnie uważane jest za arcydzieło, a ja czuję (i czasem mówię), że to wszystko prawda, ale do mnie to dzieło nie trafia. Nawet nie "nie zachwyca", bo pod wieloma względami nawet i zachwyca: kompozycją, mistrzostwem techniki, pomysłowością, kolorami, czy po prostu trudnym do ujęcia w słowa pięknem. Ale to rozgrywa się na poziomie, powiedzmy, racjonalnym. Moje doświadczenie ze sztuką i jakaś tam jej znajomość podpowiadają mi, że to jest dobre, nawet wybitne. Najmniej ważne jest tu powszechne uznanie za arcydzieło, ważniejsza rzeczywiście obiektywna ocena. Świetnie namalowane, pełne ekspresji, nowatorskie, znakomite. I tyle. Mogę to wszystko stwierdzić i z doskonałą obojętnością pójść dalej.

Tak miałam na przykład z dwoma arcydziełami zdobionej architektury, że się tak wyrażę. Z Kaplicą Sykstyńską i Sainte Chapelle w Paryżu (zdjęcie w poprzedniej notce). Tę drugą podsumowałam na fejsbuku "weszłam, ładne, wyszłam". Trochę to było prowokacyjne, oczywiście, bo to rzecz jasna jest dużo powyżej ładnego, to jest bardzo piękne. Ale nie wywołało we mnie potrzeby spędzenia tam więcej czasu, kontemplacji, zastanawiania się nad symboliką i znaczeniami (uprzedzając argument strony przeciwnej: to nie jest tylko tak, że symbolika religijna mnie nie rusza i mało interesuje, to jest również tak, że tego jest tam za dużo, pod tym względem po prostu mnie przytłacza), a nawet nad grą kolorów. Podziwiam kunszt witrażystów, którzy w epoce, kiedy większość katedr na jakimś etapie budowy waliło się lub groziło zawaleniem z powodu niewłaściwych rozwiązań konstrukcyjnych, byli w stanie stworzyć wysokie na kilka metrów okna z witrażami. Jakoś z gotyckich witraży zawsze estetycznie najbardziej podobają mi się abstrakcyjne rozety, ale to też nieistotne. Cieszę się, że to zobaczyłam, jeśli znów trafię tak, że nie będzie kolejki a ja będę miała zbiorowy bilet na wiele zabytków, no i kiedy skończy się całkowicie remont, może nawet pójdę tam jeszcze raz. Ale jeśli nie zrobię tego przez najbliższe dziesięć lat, nie będę płakać.

Do Sykstyny szybko natomiast na pewno nie pójdę, ale temu winna jest po części koszmarna organizacja Muzeów Watykańskich (pisałam już o tym), sprawiająca, że aby tam dotrzeć, trzeba stracić ponad pół godziny na przejście absolutnie nieciekawych sal m.in. z prezentami dla papieży, a po części przesadna sława samej kaplicy (tłum i ścisk) oraz katarynka powtarzająca, że należy być cicho, nie wolno fotografować i coś tam jeszcze. To nie jest atmosfera do oglądania sztuki, a Michał Anioł do tego stopnia nie jest moim ulubionym artystą, że obejrzenie jego arcydzieła dwa razy (w dzieciństwie i niedawno) powinno mi wystarczyć. Wiem, jakie to jest duże, wiem mniej więcej jaką ma perspektywę (choć zapoznanie się z tym akurat tłum utrudnia), wiem, że lubię tam raczej szczegóły niż całość, a te mogę równie dobrze oglądać na dobrych reprodukcjach.

W szerszej perspektywie podobnie mam po pierwsze ze sztuką bizantyjską i pochodnymi. Bardzo mi się podobają chociażby mozaiki w Rawennie (tu akurat najbardziej lubię stylistycznie rzymskie Mauzoleum Galii Placydii, ale zaraz po nich te portrety Teodory i Justyniana z dużych tesser), podoba mi się czysto estetycznie mnóstwo ikon, w tym Rublow, ale znowu - nie mam potrzeby się w to wszystko zagłębiać poza sferę estetyki. Po drugie mam tak z impresjonizmem, gdzie z kolei najbardziej lubię te obrazy, które są całkowicie dekoracyjne, jak kolejne odsłony nenufarów Moneta. Lubię je mniej więcej tak samo jak secesyjne cuda Muchy czy Klimta, choć niektóre rzeczy tego ostatniego i tak intrygują mnie najbardziej z wszystkiego tego, co lubię głównie estetycznie, bo jednak czasem jego interpretacje postaci mitologicznych są niebanalne.

Bywa też de facto na odwrót: dzieła, które teoretycznie nigdy mnie nie porywały samym "wyglądem", zaczęły mnie niezwykle fascynować, bo mają mi coś do powiedzenia, ba, czasami wręcz jest tak, że odkrywam w nich coraz to nowe pokłady znaczeń. Tak się dość niespodziewanie (powody naukowe, konieczność zapoznania się z kontekstem) stało np. z francuskim neoklasycyzmem, który jeszcze jakoś tak dwa lata temu wydawał mi się aż śmieszny w swojej malarskiej dosłowności, a potem nie dość, że nagle zauważyłam, jakie to są genialne kompozycje, to na dodatek okazało się, że intrygują mnie historie z nimi związane i zaczynam w nich dostrzegać coraz to nowe ciekawe aspekty.

Zupełnie odrębny rozdział w moich lubieniach i nielubieniach sztuki zajmuje abstrakcja. Wprawdzie wiem, że krytykom zdarza się próbować przypisywać jej najróżniejsze znaczenia i podteksty, ale dla mnie pozostaje bardziej lub mniej mi się podobającą kompozycją barw i kształtów, które z założenia (mojego, bo może artysty i krytyka nie) nie mają nic do mnie mówić, ale po prostu się podobać. Teoretycznie podobne jest z tym, co mi się najbardziej podoba u impresjonistów oraz artystów z kręgu art nouveau czy secesji, ale zwłaszcza impresjonizm jest tak opatrzony i do znudzenia ograny na wszelkich możliwych popularnych gadżetach, że chwilami sama już nie wiem, czy mi się jeszcze podoba, czy męczy. Podobnie zresztą jest np. z Salvadorem Dalim, a także z Rafaelem, nie mówiąc już o Murillu - kiedy sztuka trafia do takiego nijakiego obiegu, bardzo trudno jest mi ją postrzegać w jej pierwotnym kontekście i w oderwaniu od znużenia jej wszechobecnością.

Surrealiści zresztą to jeszcze osobny problem, a Dalí nigdy nie należał do moich ulubieńców, może po części dlatego, że został spospolitowany w sposób jeszcze bardziej okrutny niż ozdabianie zeszytów, piórników i innych gadżetów życia codziennego: jego styl posłużył za wzór tłumowi potwornych ilustratorów książek fantasy. Nawiasem mówiąc, w surrealizmie najbardziej lubię nastrój tajemniczości, a Dalí wydaje mi się pod tym względem przedumany i czasami zbyt oczywisty. 

Po prawdzie jakkolwiek jest to wpis z cyklu Confiteor, dość celowo nie wymieniam tu zbyt wielu nazwisk, nie ilustruję też tekstu kolejnymi obrazkami, choć kusiło mnie (i może to kiedyś wyedytuję). Powód jest trywialny: ta notka jest zapowiedzią czy też reklamą kolejnego (tak, kolejnego, jakoś to będę się starała ogarniać) blogowego projektu czyli spin-offu, gdzie te obrazki i nazwiska się pojawią. Albowiem podobnie jak w przypadku opery chciałam tu zrobić sobie cykl o obrazkach, tych lubianych i tych niekoniecznie. I nagle przypomniałam sobie, że cykli tu zapowiedzianych w zasadzie nigdy nie realizuję: zawsze pojawi się na przykład coś aktualnego. Miałam pisać o tłumaczeniach poezji i co? Nic. Jakoś nie mogę się do tego zabrać, choć wiem, co chciałabym o tym napisać (no dobra, jedno napisałam do druku w Poważnym Czasopiśmie, więc się poniekąd spaliło jako temat).

Natomiast osobny blog, jeśli się na nim nic nie pisze, staje się wyrzutem sumienia i prowokuje do tego, żeby go choćby raz na miesiąc uzupełnić. A zatem tak jak opera zrodziła Wariacje operowe, tak postanowiłam dać sztuce wypączkować własny blog. Długo się zastanawiałam nad jego nazwą i w końcu po odrzuceniu różnych Sztuka i ja oraz Evviva l'arte stanęło na prostym Drakaina ogląda obrazki, ponieważ podobnie jak o operze chcę tam pisać w dużej mierze subiektywnie. Mogę jeszcze dodać jedno: kiedy robiłam (równolegle ze sporym towarzystwem) galerię ulubionych obrazów na fejsbuku, ranking w sensie liczbowym wygrali Jacques-Louis David oraz wspólnie surrealiści ze szczególną przewagą Paula Delvaux i René Magritte'a. Postaram się nie zdominować ich twórczością nowego projektu ;)

Drakaina ogląda obrazki

PS. Wpis programowy na obrazkach już opublikowany.

środa, 02 kwietnia 2014
Odszedł Mistrz

Dość okrężną drogą dowiedziałam się, że dziś (kalendarzowo wczoraj, ale dla mnie "dziś" jest do pójścia spać) zmarł Jacques Le Goff. Nie doniosły o tym w sposób wyraźnie widoczny polskie portale, choć ostatnio kilkakrotnie zdarzało się, że śmierć pomniejszego amerykańskiego aktora, którego nazwisko widziałam przy tej okazji po raz pierwszy, trafiała na ich czołówki jako wiadomość dnia. Oczywiście, koło fortuny i w śmierci wszyscy są równi, ale jakoś tak przykro mi się zrobiło, że na to, żeby się przekonać, że jednak jakaś tam noteczka (z rozdzielnika PAP) była, musiałam wpisywać nazwisko w wyszukiwarki portali informacyjnych. Żaden dziennikarz "opiniotwórczych" mediów nie uznał odejścia jednego z najwybitniejszych historyków wszech czasów za informację zasługującą na coś więcej niż przedrukowanie depeszy agencji prasowej.

Dla mnie osobiście Le Goff był bardzo ważny, bo poprzez swoje książki (a zwłaszcza "Kulturę średniowiecznej Europy") należał do tych, którzy przekonali mnie na powrót, że historia nie tylko jest ciekawa, ale może też być interesująco i wciągająco opowiadana. I stało się to w czasach, kiedy z młodzieńczej i związanej głównie z zamiłowaniem do fantasy oraz legend arturiańskich fascynacji średniowieczem wyrosłam. Po tę książkę sięgnęłam jako po lekturę na studiach, zakładając, że jakoś muszę również przez to przebrnąć. I nagle zrozumiałam, że między umownym rokiem 476 - "końcem starożytności" a "odrodzeniem karolińskim" zachodziły jakieś procesy społeczne, gospodarcze i polityczne, że ślady cywilizacji klasycznej po prostu powoli obumierały i popadały w ruinę, bo nie miał z nich kto korzystać - a te, które dało się zaadaptować do nowych warunków, zostały wchłonięte przez powoli podnoszące się z cywilizacyjnego upadku i wzrastające znów liczebnie społeczeństwa.

A przede wszystkim miałam w ręku książkę, która nie popadła w żadną z dwóch skrajności: ani nie widziała w średniowieczu wyłącznie wieków ciemnoty i zacofania, ale śledziła wszelkie przejawy ludzkiej pomysłowości i błyskotliwości oraz przemiany kulturowe w ich szerokim kontekście, ani też nie gloryfikowała religijnego wymiaru tej epoki. W nauce, która jak mało która jest podatna na podszepty subiektywizmu i osobistych sympatii/antypatii, Le Goff potrafił być tak obiektywny (czyli podchodzić z szacunkiem do źródeł), jak to tylko możliwe. Zawdzięczam mu nie tylko poznanie konkretnych aspektów jednej epoki, ale także kawał warsztatu.

A w przyszłym roku jadę na stypendium na uczelnię, w której przez lata wykładał.

Sainte Chapelle, Paryż

wtorek, 25 marca 2014
... et circenses?

Disclaimery: 1. to jest list otwarty do władz Krakowa, a po trochu i Polski, stąd forma; 2. to jest wpis o promocji i wizerunku Krakowa i ich priorytetach, a nie o wszystkich problemach miasta, bo na czyste powietrze i infrastrukturę w regionie powinny znaleźć się pieniądze z innej puli; 3. to nie jest wpis o wyższości kultury nad sportem, tylko o tym, że znaj propocją, mocium panie oraz kijem Wisły nie zawrócisz.

Szanowni Panowie Prezydenci, Premierzy, Marszałkowie, Ministrowie, Posłowie, Radcy Miejscy i ktokolwiek jeszcze ma realny wpływ na to, jakie decyzje są podejmowane!

Kraków od najdawniejszych czasów swego istnienia był przede wszystkim miastem nauki, sztuki i kultury - lepszej lub gorszej w zależności od czasów, sytuacji politycznej, ekonomicznej i społecznej oraz koniunktury - ale nauki, sztuki i kultury. Był miastem Akademii (Krakowskiej od XIV w. i Umiejętności od XIX w.) i miastem wielkich ludzi. Kopernika, Wita Stwosza, Jana Kochanowskiego, Jana Brożka, braci Śniadeckich, Stanisława Wyspiańskiego, Heleny Modrzejewskiej, Mariana Smoluchowskiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Pendereckiego, Piotra Skrzyneckiego, Wisławy Szymborskiej... można by długo wymieniać wielkich uczonych i artystów pióra, pędzla, teatru, muzyki. To jest dziedzictwo i kapitał Krakowa.

Tymczasem od kilku lat nie dość, że traktuje się po macoszemu (by nie rzec wprost: niszczy) w naszym mieście kulturę i sztukę, że o nauce już nie wspomnę, bo jeszcze mniej medialna, to na dodatek kolejne władze z uporem godnym lepszej sprawy usiłują zrobić z Krakowa stolicę sportu. Owszem, tradycje gry w piłkę nożną sięgają tu końca XIX wieku, owszem, o futbolu pisał nawet Tadeusz Boy-Żeleński, kolejny wielki krakowianin, łączący dziedzictwo naukowe z kulturalnym. Takich lekarzy-artystów, krakowian w najlepszym znaczeniu tego słowa, mieliśmy zresztą nawet niedawno, by wspomnieć zmarłego niedawno i przedwcześnie profesora Andrzeja Szczeklika.

Dla wielu ludzi w Polsce Kraków jest stolicą i ostoją konserwatyzmu i tradycjonalizmu, z czego po części wynika ta rozpaczliwa tendencja do rozsadzania od środka naszych instytucji kultury (najlepszym przykładem jest to, co się dzieje w Teatrze Starym) i czego efektem jest również przerażająca polityka miejskich władz, na siłę starających się nadać Krakowowi (pseudo)nowoczesne oblicze poprzez organizację masowych imprez. Zapomina się przy tym, że naukowe odkrycia, których tu dokonywano, bywały nowatorskie na skalę światową, i że pomimo dominującego niekiedy w "głównym nurcie" konserwatyzmu (szkoła Tarnowskiego w XIX w., peerelowska nijakość w XX w., wreszcie okołopapieska i okołopatriotyczna nijakość w wieku XXI czyli panoszące się wszędzie dźwigaje), to tu tworzyli tacy artystyczni "rewolucjoniści" jak wspomniany już Wyspiański, a także Tadeusz Kantor czy Jerzy Nowosielski. Krakowowi po części wmawia się zacofanie i tradycjonalizm, a po części winni są też piewcy tego XIX wieku i złotych czasów Franza Josefa. Błędem jest też założenie, że tradycja i nowoczesność wzajemnie się wykluczają. W Krakowie zawsze umiano podejmować dialog z tradycją (znów przywołam Wyspiańskiego i jego zmagania z romantyzmem, ale i wielkie dokonania teatralne drugiej połowy XX w. czy krakowską szkołę krytyki literackiej z Janem Błońskim i jego prowokującymi do myślenia i przewartościowań analizami, że o Piwnicy pod Baranami nie wspomnę) i to powinniśmy kultywować. Wychodzić w nowoczesność nie odrzucając tradycji. I nie usiłując na siłę być czymś, czym nie jesteśmy.

Mam bowiem wrażenie, że jedynym istotnym i na miarę europejską wkładem Krakowa w rozwój czegokolwiek choćby śladowo związanego ze sportem (a konkretnie z "kulturą fizyczną") jest idea ogródków jordanowskich, które jednakowoż były po pierwsze dziełem dziewiętnastowiecznego lekarza, pioniera pediatrii, dr. Henryka Jordana, po drugie miały związek z kwestią propagowania zdrowego trybu życia, a nie zawodów sportowych. Niestety ta idea została następnie skutecznie pogrążona w niebycie i dopiero ostatnio zaczyna się powoli odradzać. I proszę bardzo, promujmy w Krakowie kulturę fizyczną, choć nie jestem pewna, czy oddychanie pełnymi płucami naszym smogiem to naprawdę taki dobry pomysł, więc może zajmijmy się najpierw planowaniem miasta tak, żeby mogło oddychać, czyli między innymi ochroną terenów zielonych przed zabudową - kolejną bolączką Krakowa. Ba, wypromujmy na świecie pioniera gimnastyki w szkołach, o którym chyba mało kto wie cokolwiek poza tym, że musiał istnieć, skoro zdarzają się instytucje jego imienia. To wszystko będzie miało większy sens niż próba zorganizowania tu jakichkolwiek wielkich zawodów sportowych. A może ta wewnętrzna promocja kultury fizycznej zaowocuje tym, że kiedyś także i sport w Krakowie stanie na wyższym poziomie? Bo poza wszystkim innym na to, żeby przyciągać imprezy sportowe na jakimkolwiek poziomie, musimy mieć albo rozpoznawalne w świecie lokalne kluby/drużyny, albo też pieniądze na miarę Dubaju. Chwilowo nie mamy ani jednego, ani drugiego, mamy za to sny o potędze.

Słyszałam niedawno opinię (niestety nie pamiętam jej autora), że starania o organizację olimpiady to przy całych kosztach jeden z najtańszych sposobów promocji miasta w świecie. Nie mam pojęcia, jak to wygląda z punktu widzenia finansów, ale zważywszy, że na nijakie logo wydano prawie sto tysięcy, nie byłabym aż tak entuzjastyczna. Natomiast wiem jedno: to nie jest taka promocja, jakiej Kraków potrzebuje. Kraków nie potrzebuje napływu kolejnych fal imprezowiczów ani tym bardziej entuzjastów sportów zimowych: ci pierwsi psują wizerunek miasta, dla tych drugich nie stworzymy odpowiedniej bazy nawet kosztem kompletnej dewastacji naszych gór. Powiem jeszcze jedno: Kraków wcale nie potrzebuje również tłumów bezrefleksyjnych pielgrzymów, którzy ograniczą się do siedzenia w Łagiewnikach i wycieczki do Wadowic, ewentualnie fakultatywnie zaliczą Rynek i Wawel. Oni są może mniej szkodliwi od imprezowiczów, ale mimo że zapewne będą przyjeżdżać masowo (bo oprócz sportu religia jest jedynym towarem, jaki nasze władze chcą sprzedawać), nie wypromują miasta u jego właściwego "targetu".

Kraków potrzebuje natomiast bardzo zdecydowanie napływu turystów nastawionych na zwiedzanie zabytków i muzeów, a także tych, którzy szukają naturalnych, nieskażonych wszechobecnością klubów i dyskotek krajobrazów, a te jeszcze na szczęście istnieją w pobliskich Beskidach czy w Jurze. Potrzebujemy turystów świadomych, umiejących docenić zasoby naszych muzeów, które są maleńkie w porównaniu do Paryża, Rzymu, Londynu, Wiednia czy Berlina, ale posiadają autentyczne perły (Dama z gronostajem, kolekcja waz greckich, komnaty wawelskie) i perełki (sporo naprawdę dobrych dzieł od średniowiecza po współczesność we wszystkich właściwie działach Muzeum Narodowego). Potrzebujemy tego, żeby to oni stanowili większość odwiedzających Kraków.

Problem polega bowiem nie na tym, że nie mamy potencjału, problem polega na tym, że nie umiemy go pokazać i wspomóc czyli wypromować. Bo co z tego, że kulturalny i intelektualny turysta tu przyjedzie i znajdzie piękną architekturę (tę dawną, bo ta najnowsza to kolejny dowód na skandaliczne decyzje kolejnych włodarzy miasta), dobre muzea, a do tego przyzwoitą bazę noclegową i niezłe knajpy, skoro nie znajdzie tego, co europejskie stolice kultury proponują aż z nadmiarem: wystaw, koncertów, imprez kulturalnych. Każda moja wizyta we wspomnianych wcześniej europejskich stolicach, ale i w mnóstwie innych miast, również prowincjonalnych i mniej od Krakowa zasobnych w "stacjonarne" dobra kultury, owocuje frustracją: jestem do określonej daty, biegam z wystawy na wystawę, a kilka dni po moim wyjeździe zaczynają się kolejne, które bym chętnie obejrzała, ale nie dam rady. Podobnie z muzyką i teatrem: gdyby nie bariera finansowa (zazwyczaj bez problemu dostępne są bilety znacznie powyżej moich możliwości), chodziłabym na koncerty i spektakle najchętniej codziennie. Ba, nie żałuję żadnej z takich wizyt, na które wysupłałam te funty czy eura, niezależnie od tego, czy była to opera, musical czy teatr dramatyczny.

W Krakowie tego wszystkiego nie ma, a powinno być. Bezwzględnie powinno być. Kulturalni i intelektualni ludzie powinni chcieć tu siedzieć długo i wracać, a tego nie załatwi najlepsze muzeum, bo nawet Luwr czy British Museum w końcu obejdzie się całe. Żeby wracać, trzeba być autentycznym pasjonatem (ja tak mam, są muzea i ich konkretne sale, gdzie wejdę choćby na chwilę za każdą wizytą) albo mieć inny powód, żeby znów odwiedzić miasto. Tym powodem są właśnie imprezy czasowe.

Niestety krakowska opera nie ma szans przyciągnąć miłośników tego rodzaju muzyki spoza Polski, a w przypadku większości spektakli nawet spoza Krakowa czy też Małopolski, bo zakładam, że jedna czy druga szkoła czasem zagoni młodzież do obcowania ze sztuką, niestety pozostającą na poziomie, który mało kogo zachęci do dalszych poszukiwań. Podobnie jest z teatrami: większość gra nijaki repertuar z przeznaczeniem dla lokalnego i szkolnego widza, a prowokacje dyrektora Starego wywołują raczej zażenowanie niż zainteresowanie.

O tym, że ambitna widownia jest - zarówno w samym Krakowie jak i na świecie - świadczy fakt, że jeśli już zdarzy się w Krakowie jakaś naprawdę dobra impreza kulturalna, np. koncert którejś z młodych i dobrych lokalnych orkiestr albo festiwal Opera Rara, to bilety rozchodzą się na pniu, a na znakomitych wykonawców przyjeżdżają ludzie z dalekiej zagranicy. Ba, w sumie nawet na te marne przedstawienia Opery Krakowskiej trudno dostać bilety, więc ludzkość najwyraźniej jednak chce takiej kultury!

Dobre, naprawdę ciekawe wystawy zdarzają się w Krakowie co kilka lat, no i zazwyczaj są jednak o zasięgu lokalnym, dotyczą artystów polskich, co byłoby znakomitym pomysłem, gdyby po pierwsze takich wystaw było więcej, po drugie - gdyby oprócz nich zapraszano do Krakowa wielkie wystawy z tych, które podróżują po świecie (w tym roku taką wystawą jest rocznicowa poświęcona Oktawianowi Augustowi, gromadząca setki eksponatów, ale bywają też tego rodzaju imprezy poświęcone artystom - jak wystawa Breughli, którą ściągnął do siebie w zeszłym roku Wrocław - czy wydarzeniom historycznym).

Wreszcie - nauka. Pomijając kwestię tego, że miasto powinno wspomagać zdolnych uczonych w każdym wieku niezależnie od funduszy centralnych, Kraków ma historyczne, intelektualne i kulturalne zaplecze, żeby gościć znacznie więcej międzynarodowych konferencji, niż gości. I to nie tylko takich, w których urzędnicy zobaczą jakiś mityczny zysk, czyli nastawionych na biznes czy przemysł, ale prestiżowych konferencji z nauk zarówno przyrodniczych jak i humanistycznych. Te ostatnie w wielu ośrodkach organizuje się np. równolegle z wydarzeniami kulturalnymi lub rocznicami historycznymi, co obu imprezom dodaje prestiżu i zainteresowania.

I teraz dochodzimy do trudnego punktu. Organizacja wystaw, zwłaszcza takich, gdzie trzeba ubezpieczyć arcydzieła, kosztuje bardzo dużo. Podobnie zatrudnienie choćby na krótki sezon operowy czy teatralny wybitnych wykonawców. W przypadku muzyki trzeba również zainwestować w to, żeby znakomity wykonawca miał z kim pracować, bo tu niestety działa zasada nec Hercules conta plures: wybitny śpiewak musi mieć partnerów przynajmniej dobrych, żeby całość miała sens. Wybitny dyrygent podziękuje orkiestrze, która nie umie się zgrać. W sumie również wielki aktor potrzebuje umiejącego grać i współpracować tła oraz reżysera, który rozumie tekst.

Wszystko to wymaga nakładów, zgoda. Ale podobno na obiekty sportowe, które po ewentualnych igrzyskach będą stać i straszyć pustkami oraz powoli popadać w ruinę (takiego np. toru bobslejowego nie da się wykorzystać do niczego innego niż zawody bobslejowe, a jakoś nie widzę ich jako ważnej imprezy cyklicznej w Krakowie), mają być przeznaczone prawie dwa miliardy złotych. To dość, żeby przez kilka lat organizować w Krakowie imprezy kulturalne i naukowe na naprawdę światowym poziomie, to dość, żeby również ufundować parę stypendiów i grantów dla zdolnych naukowców i artystów. Zwłaszcza że takie inwestycje zwracałyby się również przez wiele lat: przyjeżdżaliby coraz to nowi ludzie, a nie tylko grupa entuzjastów sportu na parę tygodni.

Nie oszukujmy się: z tych, którzy przyjadą na ZIO, niewielu będzie tu wracać, a zastrzyk pieniędzy, które zostawią, szybko się przeje. Inwestycja w kulturę i naukę to inwestycja na długie lata, perspektywiczna, trwała i cykliczna. I oby łącząca tradycję i nowoczesność.

A teraz jeszcze pewne wyjaśnienie: wcale a wcale nie chodzi mi o to, żeby to krakowskie życie kulturalne było wyłącznie zwrócone w przeszłość. Nie lubię Habsburgów i nie jestem wielbicielką dziewiętnastowiecznych krakowskich czy galicyjskich tradycji, choć jakoś tam się z nich wywodzę. Wielkich krakowskich artystów lubię mniej lub bardziej (choć wymieniałam raczej tych, których bardziej), ale staram się nie odmawiać im wielkości i szanować ich dokonania. To jednak nie znaczy, że nie chcę tu ludzi nowych i z pomysłami, nawet obrazoburców. Niech odbędzie się tu wielka wystawa wideonstalacji zaraz po wystawie średniowiecznych kafli (oba tematy nie interesują mnie wcale albo śladowo), ale niech obie mają rozmach i sprowadzą dzieła na światowym poziomie - żeby ludzie chcieli tu przyjechać specjalnie po to, żeby takie wystawy zobaczyć. Niech młodzi reżyserzy wystawiają nowe, odważne wizje klasyki, ale niech oni najpierw zrozumieją teksty, które chcą inscenizować. Bo na razie to mamy bunt na poziomie przedszkola i obrażalstwo, a nie twórczy dialog z tradycją (tak, w tym momencie piję do teatru).

Postawmy na wydarzenia ciekawe, twórcze, takie, na jakie zasługuje miasto z potencjałem i tradycją. Ta tradycja to przecież nie tylko to, co było, to również pewne przyzwyczajenia: do jednych miast jedzie się po strawę kulturalną, do innych po emocje sportowe, do innych, żeby kupować najnowsze markowe ciuchy, do jeszcze innych, żeby grzać się w słońcu na plaży. Zmienianie tego porządku to zawracanie Wisły, czy dowolnej innej rzeki, kijem. I na dodatek populistyczna fanaberia, na którą nas nie stać. Co gorsza, przepraszam za to, co powiem, ale to robienie na siłę z Krakowa stolicy sportu przypomina mi robienie z Krakowa na siłę stolicy przemysłu w latach '50 XX wieku. Różnica jest taka, że wtedy chodziło o ideologię, a dziś chodzi o pieniądze. Kraków ma zabytki, a nie ma olimpijskich stadionów. Wykorzystajmy to, co mamy. Organizujmy fajne zawody na posiadanych obiektach i jednocześnie wykorzystujmy w pełni potencjał kulturalny. Takie miasto będzie żyło, bo ludzie, którzy do niego przyjadą, też pójdą do kawiarni i klubu, ale może nie tylko po to, żeby pić najtańsze piwo w Europie, jak reklamował się Kraków w gazetce pewnej linii lotniczej i to wcale nie tej najtańszej.

A zatem, drodzy decydenci, zastanówcie się, póki jeszcze jest czas, żeby te pieniądze wydać rozsądnie i zgodnie z tym, czym Kraków powinien być. Promujmy Kraków w świecie cytatami z naszych wielkich pisarzy i poetów, promujmy go zabytkami i dziełami sztuki (była kiedyś taka reklama Pragi, podobno bardzo skuteczna, pamiętam ją z londyńskiego metra), promujmy go imprezami nastawionymi na nowoczesność, ale nie tę z najniższej masowej półki, na dodatek zaściankowej, bo tylko na taką "nas stać". Przyciągnijmy tu śmietankę turystów z Europy i świata - i przekonajmy ją, że do Krakowa warto wracać, bo ciągle dzieje się tu coś ciekawego. Wszyscy na tym zyskamy znacznie więcej niż na jednorazowych i niepewnych igrzyskach.

Z poważaniem,
Nowoczesna Krakauerka z dziada pradziada

Wyspiański

PS. Nie jestem przeciwna sportowi. Po prostu uważam, że Krakowa nie stać na inwestycje, z którymi potem nikt nie wie, co zrobić, które niszczeją,  bo nie wiadomo, kto ma je zagospodarować, a nie ma pieniędzy, żeby je wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem (patrz: kwestia stadionów). Na organizowanie sensownych imprez sportowych wystarczy zmodernizować istniejące obiekty, właszcza że tradycje sportowe są w regionie, choćby w Nowym Targu, zainwestujmy więc w szybką kolej, niech wielbiciel sportu mieszkający w Krakowie dojedzie tam w niecałą godzinę na zawody. W ten sposób wypromujemy dodatkowo region, a wilk będzie syty i owca cała. Tylko nie oszukujmy się, że w Tatrach i Beskidach zrobimy ośrodki sportowe na miarę Alp. Poza wszystkim szkoda Tatr i ich przyrody, za małe są.

piątek, 21 marca 2014
Liebster Award czyli o(d)powiadanie

[Disclaimer: to wyzwanie przyszło do mnie bardzo dawno, a tę notkę zaczęłam pisać 17 listopada 2013. Jakoś nie dokończyłam, ale nie chciałam pisać następnej nie odpowiedziawszy Szanownym Koleżankom blogerkom, więc z ogromnym opóźnieniem...]

Na początek bezczelnie odpiszę początek wpisu od Oscetc jako jednej z dwóch blogerek, które były tak miłe, żeby zaprosić mnie do tej zabawy (drugą była Ninedin): "Zasady ogólne są proste – ktoś cię nominuje i od razu Twoja samoocena blogowa rośnie – ktoś Cię jednak czyta! Potem odpowiadasz na miły zestaw pytań, a potem jest tylko gorzej, bo musisz wskazać kolejne osoby, które odpowiedzą na wskazany przez Ciebie zestaw pytań."

Zaczynam od pytań Oscetc, bo to zaproszenie znalazłam jako pierwsze:

1) Wolisz stawić czoła problemom Jane Eyre czy Bridget Jones?

A mogę odpowiedzieć na przykład tak: Lary Croft? Albo River Song? (W obu przypadkch trzeba dobrze się natrudzić, żeby nie zniszczyć wszystkich zabytków, na jakie człowiek się natknie.) No dobrze, ale wracając do pytania: chyba jednak wolałabym być Jane Eyre, bo Jane jest bardzo ale to bardzo inteligentna, no i zawsze może się trafić pan Rochester wyglądający jak Toby Stephens... A poza tym wolę klimaty mroczne od biurowych, no i w sumie większość problemów Bridget jest mi nieznana. Em, wróć. Są tacy, nie będę wskazywać palcami, którzy zapewne przypomnieliby mi, że zdarza mi się bywanie królową chaotycznego obciachu na miarę Bridget. Ergo: ja jednak poproszę Jane.

2) Podobno życie kobiety staje się najciekawsze po trzydziestce. A życie mężczyzny? Których obserwujecie z większą uwagą?

O rany. Ostatnio fangirlingowo zakochałam się w ojcu i synu, na dodatek obu sprzed ok. 200 lat. Syn nie dożył 22 lat. Inny mój historyczny fangirling nie dożył 33. Ale aktorów wolę tych raczej dojrzałych... (ehem, a co z faktem, że bardzo podobał mi się Artur w Merlinie?)

3) Jesteś Sherlockiem. Wolisz stawić czoła królowej Wiktorii czy królowej Elżbiecie II? I jaką sprawę rozwiązujesz?

Wiktorii. Staram się udowodnić, że jej bliska przyjaciółka cesarzowa Eugenia jest agentką Wielkiego Cthulhu albo Czarnej Kozy z Lasu z Tysiącem Młodych (dziękujemy ci, HPLovecrafcie) i zapobiec wysłaniu jej syna do Afryki.

4) Musisz spędzić rok na bezludnej wyspie. Możesz zabrać tylko jedną książkę, bez szans na to, że przypłynie kolejna. Jaką książkę wybierasz i dlaczego?

Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego - bo czytałam go kilkanaście razy i zawsze znajdę tam historyjkę, której kompletnie nie pamiętam, no i zawsze mogę zabrać się za rozrysowywanie zależności pomiędzy wszystkimi historyjkami...

A może jednak Hrabiego Monte Christo?

Teraz czas na pytania Ninedin:

1. Jesteś Thursday Next. Na 24 h możesz się zamienić z dowolnym bohaterem literackim/serialowym. Kogo wybierzesz i jak mu/jej zamieszasz w życiu?

Hmmm... To może zostanę Gwen Cooper, będę miała ognisty romans z Jackiem Harknessem (lubię Rhysa jako człowieka, ale wolałabym, żeby Gwen za niego nie wyszła, więc może przynajmniej się rozwiodą...), zapobiegnę katastrofom drugiego sezonu Torchwood i wymyślę lepszy sposób na uporanie się z obcymi z Children of Earth, a wszystko po to, żeby Jack pozostał beztroskim sobą. (Jack Bauer w 24 godziny potrafił dokonać więcej, toteż nie sądzę, żeby było to zadanie ponad siły).

2. Jesteś Córką Doktora. Masz wehikuł czasu i licencję od Jacka Harknessa na legalne wykradzenie jednej jedynej osoby z jej linii czasowej w historii Ziemi i zabranie ze sobą w dowolne miejsce czasoprzestrzeni. Kogo/dokąd?

(Musiałaś mi to zrobić? Wiedziałaś, że nie będę potrafiła się zdecydować, zob. punkt 2 poprzedniej serii pytań.) Najpierw uznałam, że powinnam być altruistyczna i wahałam się między założycielem rodu Habsburgów, cesarzem Franciszkiem II/I, Metternichem i Talleyrandem, żeby jakoś zapobiec Kongresowi Wiedeńskiemu. Ale potem zauważyłam, że mam taką osobę zabrać "ze sobą" i jak rozumiem spędzić z nią jakiś czas w owym dowolnym miejscu, a nie po prostu wykopać z jej timeline'u... a jakoś nie palę się do towarzystwa żadnego z tych panów, mimo że wszyscy mieli w swoim czasie spore powodzenie u kobiet. To może jednak ukradnę młodego człowieka znanego między innymi jako Książę Reichstadtu i zabiorę go w jakieś miejsce odpowiednie do uknucia wspaniałej intrygi... (a potem przekupię Kapitana Jacka - I am his greatest fan, after all - żeby pozwolił mi wrócić i tę intrygę przeprowadzić. Choć może w sumie lepiej byłoby wykraść jego ojca i zapobiec przemianie Króla Rzymu w Księcia Reichstadtu?)

3. Jesteś Lokim (tym wprost z mitologii, nie tym z Marvela) i zamierzasz zasiać trochę chaosu. W tym celu wyciągasz z dowolnych dwóch uniwersów dwie postacie i umawiasz na randkę LUB spotkanie towarzyskie bez romantycznego podtekstu, które się musi skończyć katastrofą. Kogo z kim? I z czego wyniknie katastrofa?

Jack Bauer i Donna Noble. Randka. W Los Angeles wybuchnie nie jedna, ale kilka bomb atomowych, ale potem wszystko skończy się dobrze, bo przecież Donna jakoś zdoła uratować świat :) Jack Bauer odleci w Tardis.

4. Jesteś Muzą. Masz szansę zagwarantować wielką, mega, światową super hiper karierę i popularność jednej powieści/filmowi/serialowi/fandomowi, który uwielbiasz Ty i zdecydowanie za mało osób poza Tobą; uważasz, że zasługuje na znacznie więcej, niż ma. Jaki wybierzesz i dlaczego? 

Serial wg Belgariady i Malloreonu Eddingsa, please! Gdzieś mam nawet obsadę idealną...

Moje pytania:

1. Napiłaś się przez przypadek krwi jakiegoś potężnego wampira, co dało ci niezwykłą moc magnetyzmu: przez parę godzin masz zdolność przekonania każdego człowieka do dowolnej rzeczy. Kogo i do czego przekonujesz? (możesz podróżować w czasie)

2. Możesz przenieść się w świat dowolnej powieści i zmienić w niej jeden (ale koniecznie istotny!) szczegół - w tym sensie istotny, że od pewnego momentu wszystko musi pójść inaczej. Gdzie lądujesz i co zmieniasz?

3. Możesz zaangażować kompozytora z dowolnej epoki do napisania opery wg dowolnej książki, filmu itd. Według czego piszesz libretto i dla kogo?

4. Możesz sobie u dowolnego malarza z dowolnej epoki zamówić portret z dowolnym swoim fangirlingiem. Z kim się portretujesz i u kogo?

Wyzwane blogerki to (choć chętnie dałabym również zwrotnie...):

Ysabell

Fabulitas

Rusty Angel

Sherlockistka

 

piątek, 15 listopada 2013
Jak (znów) nie polubiłam Toski

Obejrzałam Toskę. Po raz pierwszy w całości od bardzo wczesnej młodości, prawie dzieciństwa, kiedy byłam na tej operze w Teatrze Wielkim w Warszawie. Podśmiewałyśmy się trochę z N, że wytrzymałam do końca ze względu na epokę vel kontekst historyczny. Który, skądinąd, do wczoraj kojarzył mi się jakoś tak z Garibaldim i Risorgimento (co zresztą, w świetle zwiedzanych w ostatnie wakacje muzeów, nie jest całkowicie pozbawione głębszego sensu).

Ale tak po prawdzie powód, żeby zmusić się do obejrzenia całości, miałam zupełnie inny, choć też podszyty dziwacznymi powiązaniami. Mianowicie jakiś czas temu wrodzona ciekawość połączona z zainteresowaniem epoką popchnęła nas do obejrzenia innej opery werystycznej, mianowicie Andrei Chéniera Umberto Giordano. Było to miłe zaskoczenie, albowiem dotychczas opera ta znana mi była jedynie z pojedynczej arii - którą skądinąd uważam za jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek napisano - mianowicie La mamma morta. Do całości nie podchodziłam z jakimiś wielkimi nadziejami na doznania estetyczne, ale okazało się, że doskonale napisanych kawałków jest tam znacznie więcej. Fabuła zaś - jakkolwiek pobrzmiewająca obowiązkowym w operze seria, a weryzm z założenia ma być bardzo poważny, "wszyscy kochają X (w tym przypadku niejaka Maddalena de Coigny) i wynika z tego tragedia" - nie jest całkowicie pozbawiona sensu.

Ale nawet nie to, że Giordano pozytywnie mnie zaskoczył, było powodem zmuszenia się do obejrzenia jednego z moich głównych operowych wrogów (jeszcze główniejszym jest Cyganeria tegoż Pucciniego z rzeczy tradycyjnych), na zasadzie "może ten weryzm nie jest taki zły". Nie. Powodem było zauważenie dziwacznej zbieżności fabularnej: w obu przypadkach mamy do czynienia ze sceną, w której główna bohaterka spotyka się z nastawaniem na swoją cnotę i ważnym duetem barytona i sopranu z tej okazji. Zapewne ktoś pomyśli, że powinnam była napisać "ze sceną, w której czarny charakter nastaje na cnotę głównej bohaterki", zwłaszcza że byłoby to gramatycznie znacznie składniejsze. Ha, a właśnie, że nie, bo tu zaczynają się rozbieżności. Które ja osobiście rozstrzygam na korzyść Giordana.

W Chénierze mamy bowiem do czynienia z bardzo sensowną historią: na cnotę Maddaleny nastaje Gérard, były służący w domu jej matki, który oczywiście niegdyś podkochiwał się w panience, ale był przez nią poniżany, a teraz, jako ważny rewolucyjny przywódca, zyskał nad nią władzę. Co więcej - zorganizował aresztowanie kochanego przez nią poety, żeby móc ją szantażować.

Coś to przypomina? Ano, jak ja to oglądałam, to byłam przekonana, że zostało to prawie żywcem skopiowane z drugiego aktu Toski: Scarpia aresztuje Cavaradossiego, a od Toski żąda zapłaty w naturze za życie ukochanego.

Problem w tym, że jak pokazało parę kliknięć w guglach, Andrea Chénier, jest wcześniejszy od opery Pucciniego o całe cztery lata. Fakt, sztuka Victoriena Sardou (dramaturga w swoim czasie niezwykle popularnego, a dziś kompletnie właściwie zapomnianego), wedle której powstało libretto Toski, jest jeszcze wcześniejsza i była pokazywana w Italii, ale nie znam jej tekstu, więc nie wiem, jak dokładnie wygląda jej fabuła. Niemniej prawie zapomniany Giordano na pewno nie ściągnął tej sceny od Pucciniego, a to jest w tej chwili istotne.

Ta właśnie scena zatem stała się przyczyną, dla której przemęczyłam Toskę. I dokonałam kolejnych odkryć. Pierwsze było w sumie pozytywne: przy naprawdę świetnej obsadzie (u mnie był Jonas Kaufmann, Bryn Terfel i Angela Gheorghiu) da się tego słuchać. Następne jednak nie wypadły dobrze dla Pucciniego i jego dzieła.

Przede wszystkim przekonałam się, że oprócz kontekstu historycznego pomyliłam również układ arii - byłam bowiem przekonana, że Vissi d'arte jest na samym końcu, bo po prawdzie pasowałoby mi treścią do bohaterki zdecydowanej na śmierć, kiedy odkryła, że została podle oszukana. Ale nie, ona to śpiewa w chwili, kiedy Scarpia ma właśnie targnąć się na jej wspomnianą już cnotę (i proszę mi wybaczyć ten seksizm czy co tam, ale na dodatek mam problem z tą arcycnotliwą śpiewaczką w libertyńskim roku 1800), on zaś zawiesza na dłuższą chwilę swoje przestępcze czynności, coby ona sobie pośpiewać o sztuce i miłości mogła.

Pewnie, to opera, sztuka ze sztuczności swej słynna - choć weryzm, jak wiemy, miał z tym przecież walczyć. I na dodatek w sumie nawet nie o to mi chodzi, że to sensu nie ma. Bardziej uderzyło mnie co innego: wplecenie tej arii dokładnie w tym momencie jest po prostu przepisaniem sceny Giordano! Kompozytor i librecista nie zauważyli jedynie, że tam scena, w której oboje bohaterowie dobrze się znają, opowiadanie w takim dramatycznym momencie Gérardowi o śmierci matki Maddaleny ma jakiś fabularny sens. Zwłaszcza że następnie on pokazuje ludzką twarz, lituje się nad swoją byłą panią i postanawia naprawdę uwolnić jej ukochanego. Że nic z tego nie wychodzi, to osobna sprawa, ale dramatycznie to wszystko jest składne.

Niestety to samo w przypadku Scarpii i Toski nie ma sensu. Po pierwsze on jest tu tylko lubieżnym okrutnikiem (ta postać jest w zasadzie karykaturalna, co też daje w pysk realizmowi), a samo to wystarcza, żeby nieuzasadnionym stało się odstąpienie od czynności zakazanych z tego powodu, że przedmiot tych czynności postanowił rozsnuć przed oprawcą obraz swego nieszczęsnego życia, a raczej wzniosłych uczuć. Gérard ma pełne fabularne prawo przejąć się historią opowiedzianą przez Maddalenę - zwłaszcza że w pierwszym akcie widzimy, że jednym z decydujących powodów, dla których przyłącza się do rewolucji, jest widok jego starego ojca, również służącego, pomiatanego przez arystokratów. Aria Maddaleny jest tu w związku z tym jakąś paralelą do tamtej sceny - pokazuje, że w obliczu okrucieństwa wszyscy są równi.

Zatem o ile jestem w stanie zaakceptować zawieszenie dramatycznej akcji u Giordana, o tyle wydaje mi się ono wyjątkowo sztuczne i naciągane u Pucciniego. Do tego ten groteskowy Scarpia, który jest tak bardzo zły, że Darth Vader przy nim to przyjemniaczek (w końcu okazuje jakieś ludzkie uczucia wobec syna). Scarpia jest tak bardzo bardzo zły, że robi się to prawie zabawne i, jak stwierdziła N, rodem z Disneya. Podczas gdy Gérard jest postacią - zwłaszcza jak na niezbyt długą operę - naprawdę skomplikowaną psychologicznie, niejednoznaczną, co więcej - wiarygodną. Scarpia wiarygodny nie jest, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę realia Państwa Kościelnego w 1800 roku i jego wszechwładzę w Rzymie.

Do tego wszystkiego Floria Tosca, która jest, proszę mi wybaczyć, tak niemożebną idiotką, że tylko zgrzytać zębami. W scenie rzekomej umowy, wedle której Cavaradossi ma niby zostać uwolniony po udawanej egzekucji, Scarpia i Spoletta tyle razy powtarzają - niemalże muzycznie mrugając do siebie okiem - że wszystko ma się odbyć "jak w przypadku Palmieriego", że tylko ktoś kompletnie pozbawiony rozumu nie domyśli się, że knują. Tosca, jak wiadomo, nie domyśla się.

Zakończenia w obu przypadkach pozostawiają wiele do fabularnego życzenia, niemniej chyba łatwiej jestem operze w stanie wybaczyć kochanków radośnie i ze śpiewem na ustach idących na śmierć niż skok z Zamku św. Anioła (czyli Mauzoleum Hadriana) do Tybru. Byłam, widziałam: na to nie ma szans nawet mistrz olimpijski w skoku w dal.

No i tak w moim osobistym rankingu Andrea Chénier wygrywa z Toską w przedbiegach. I muzycznie, i fabularnie. I również w sensie wpisania romantycznej historii w tło historyczne: u Giordana to naprawdę gra. A co do muzyki: wedle różnorakich opisów, Puccini w Tosce zastosował wagnerowską koncepcję motywów przewodnich - mam jednak wrażenie, że jej dramatycznie nie zrozumiał. Owszem, tu i ówdzie powtarzają się rozpoznawalne tematy (zwłaszcza całkiem ładny mroczny temat śmierci), ale to trochę mało. Cała reszta rozmywa się w materii muzycznej i jest do wyłapania chyba tylko przy lekturze partytury albo przez kogoś, kto ma bardzo ćwiczone ucho do takich rzeczy, bo raczej nie dla "zwykłego" melomana. I nic na to nie poradzę, że Puccini nadal pozostaje dla mnie kompozytorem fenomenalnych i jak mało co wyciskających łzy z oczu piosenek. Choć chyba i tak wszystkie oddałabym za tę jedną arię:

PS. Na blogu operowym zamieszczę bardziej recenzyjne refleksje z wszystkich obejrzanych spektakli tych oper (Chéniera obejrzałam w dwóch różnych inscenizacjach już chyba pięć razy).

niedziela, 13 października 2013
Uciąć jej głowę!

Tak, te właśnie słowa, jakże umiłowane przez Królową Kier w Alicji w Krainie Czarów towarzyszyły mi przez prawie dwie godziny filmu o innej królowej. Jak na ironię, film ten powinien kończyć się spełnieniem mojego marzenia, ale się nie kończy. Kończy się za to boleśnie pretensjonalnym obrazem rozbitego żyrandola w splądrowanym pokoju.

Tak, przez prawie dwie godziny filmu o Marii Antoninie, który wyszykowała - to w sumie nawet niezłe określenie, zważywszy, że kostiumy są jedynym, co się tam broni - niejaka Sofia Coppola (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie na ekranie pojawił się jakiś Robespierre (albo choćby Królowa Kier) i poucinał łby wszystkim, komu by się dało: parze głównych bohaterów, parze głównych aktorów, reżyserce, autorce książki, która posłużyła za kanwę scenariusza, pomysłodawcy podkładu muzycznego do tej pretensjonalnej szmiry.

Tak, użyłam tego słowa świadomie. Film Sofii C. nie jest po prostu zły ani pretensjonalny: to jest szmira w najgorszym gatunku: mdła, ckliwa, nudna, usłodzona do rzygania (pardon my language). Na dodatek fatalnie zagrana; jeśli powiem, że aktorsko najlepsza jest występująca jedynie w kilku niewielkich epizodach Marianne Faithful jako Maria Teresa, to chyba wystawię odpowiednią laurkę reszcie obsady. No dobrze, nieznany mi poza tym kompletnie pan, który gra Ludwika XV, przynajmniej ma kawałek ekranowej prezencji. Szkoda tylko, że nie ma nic do zagrania, podobnie zresztą jak wszyscy pozostali snujący się po ekranie aktorzy. Siostrzeniec Francisa F., ojca reżyserki, grający Ludwika XVI (dzięki, N, za info!) wygląda jak włoski sprzedawca ryb ewentualnie smutny Meksykanin i nijak do znanych portretów rumianego i zadowolonego z siebie króla nie pasuje. Grać też nie umie, dla jasności. Kirsten Dunst w roli głównej zachowuje się zaś tak, jakby zapomniała, że od czasu Wywiadu z wampirem minęło dobre parę lat, a ona nie jest już słodką dziewczynką, której rola polega na tupaniu nóżką i strojeniu dziecięcych minek. Ja wiem, że jej bohaterka poziomem intelektualnym od Klaudii zapewne jakoś zasadniczo nie odbijała, ale...

Tak, przyznaję, że Maria Antonina należy do tego szeregu postaci historycznych, do których mam wyjątkowo mało sympatii (mówiąc oględnie), a zatem byłam zapewne uprzedzona, zabierając się do oglądania tego wątpliwego arcydzieła. Intencją niejakiej Antonii Fraser (wspomniana wyżej autorka fabularyzowanej biografii) oraz Sofii Coppoli było zaś niewątpliwie jakby się to dziś powiedziało ocieplenie wizerunku królowej, ba - pokazanie jej jako osoby miłej, pełnej wrodzonej dobroci, spontanicznej i niezrozumianej przez wściekle sformalizowany i na dodatek ksenofobiczny dwór. Takiej, co to chciała dobrze, męża kochała nad życie, ludziom (i zwierzętom) nieba by przychyliła. I właściwie nie wiadomo dlaczego nagle pod koniec filmu w Wersalu zbiera się jakiś motłoch, żądny królewskiej krwi.

Tak, ten pomysł, że przez ogromną większość filmu lud nie istnieje - życie głównej bohaterki składa się wyłącznie z dworskich rytuałów (jakże jałowych i pustych), dworskich intryg (jak wyżej), dworskich zabaw (jak wyżej), okraszonych wieloletnimi staraniami o utrzymanie pozycji dzięki powiciu nareszcie potomka płci męskiej - mógłby być nawet niezły. To nagłe pojawienie się żądnego krwi tłumu stanowiłoby pojawiający się w życiu bohaterów stanowczo za późno potencjalny punkt zwrotny, który w fikcji literackiej miałby szanse uratować im życie i zapobiec różnym strasznym wydarzeniom. W filmie historycznym stanowiłby zaś ładne i nagłe zamknięcie tej półtoragodzinnej parady strojów, biżuterii, rozmówek o niczym i ogólnie życia w całkowitym oderwaniu od zewnętrznego świata. To naprawdę mogłaby być mocna scena.

Nie, nie była. Po prawdzie miałam wrażenie, że w tej bajce o dobrej ale nieszczęśliwej księżniczce odpowiedzią na gniewne okrzyki tłumu szykującego się do plądrowania pałacu będzie jakaś nowa wersja Don't cry for me, Argentina. I w sumie prawie była - królowa wyszła na balkon, stając oko w oko z tłumem (długo nie postała, bo najpierw wykonała jakąś dziwaczną baletową figurę, pochylając się nad balustradą i niemal się na niej kładąc, a potem wróciła do środka - i to zresztą było na tyle w kwestii udziału ludu w fabule), po czym nastąpiła kolejna (straciłam rachubę, która) scena królewskiego posiłku.

Nie, całkowicie nie wyszedł ten pomysł z ocieplaniem wizerunku. Maria Antonina jest w tym filmie tak niemożebnie głupia i pusta, że to aż boli, nawet jeśli pierwowzoru się nie lubi. Najzabawniejsze (ehem, nie wiem, czy to jest tak naprawdę zabawne, raczej żałosne) jest zresztą to, że autorka/reżyserka chyba zupełnie nie dostrzega, że część jej zabiegów scenariuszowo-realizacyjnych działa na niekorzyść intencji, z jaką robiła ten film. Na przykład impreza (nie da się tego inaczej określić) z okazji osiemnastych urodzin królowej, odbywająca się w filmowej narracji natychmiast po podniosłej scenie koronacji, to najzwyklejsza pod słońcem pijacko-narkotyczna orgietka okraszona dodatkowo hazardem. Ma być zapewne cool, ale wychodzi na to, że jak tylko stary król (dziadek nowego) wreszcie kopnął w kalendarz, to młode pokolenie - obdarzone właśnie niemal absolutną władzą w kraju - ma w głębokim poważaniu rządy i państwo, z entuzjazmem natomiast rzuca się w wir zabawy. Po nas choćby i potop.

Nie, nie udała się też sekwencja z Marią Antoniną bawiącą się w agroturystykę. Ponoć historyczna również w ramach wszechogarniającej nudy zabawiała się w Wersalu w dojenie czyściutko umytych kózek i tym podobne fanaberie miała, ale nie jest to wcale rys przydający jej sympatii, a raczej świadczący po raz kolejny o całkowitej sztuczności jej życia i oderwaniu od rzeczywistości, co musiało skończyć się katastrofą. Marie Antoinette Sofii C. czyta w swojej wersalskiej wiosce Rousseau (no dobra, ponoć grała Zuzannę w dworskim przedstawieniu Wesela Figara, co na moje oko świadczy znów o totalnym braku zdolności poznawczych wszystkich, którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu, więc można założyć, że z innych pisarzy Oświecenia cały dwór zrozumiał tyle samo, co z Beaumarchais), karmi jagnięta, spaceruje wśród wiejskich kwiatów i uczy córeczkę życia w zgodzie z naturą. Kicz, ziew i propaganda.

Nie, nijak nie gra również wprowadzony na parę minut pomysł z czarnym piarem Marii A. Kiedy już gdzieś tam coś tam domyślamy się, że źle się dzieje w państwie francuskim, widzimy nagle przebitkę na roznegliżowaną królową z umalowanymi na ciemno wiśniowo ustami wypowiadającą swoją najsłynniejszą kwestię: "niech jedzą ciastka". Nie no, przecież ona tego na serio powiedzieć nie mogła. Zaraz potem sceny należące do akcji (a raczej jej namiastki, bo w tym filmie właściwie nic się przez większość czasu nie dzieje) przeplatane są przebitkami na takie memo-plakaty oczerniające królową. Ogólnie nie ma w tym filmie nikogo ani niczego, co mogłoby rzucić cień na postać głównej bohaterki, zwłaszcza w oczach dzisiejszego liberalnego widza. Nie ma ukochanej szwagierki, Madame Élisabeth, prywatnie poza tym dewotki najgorszego sortu; nie ma obu cud braciszków pana męża, zwłaszcza przyszłego Karolka X, który za królowania brata urządzał sobie libacje w ossuarium (bo przyszły Ludwik XVIII zapewne już wówczas był śmiertelnie nudny, więc może lepiej, że jeszcze jego na dodatek do całej nudy nie było). Nie ma całej sprawy z oskarżeniem o seksualne molestowanie (mówiąc dzisiejszym językiem) własnego syna, skądinąd w towarzystwie kilku dworskich przyjaciółek. Nie ma ani jednego kontrowersyjnego elementu - pozostaje czysta hagiografia. Cała krytyka jest ujęta, jak już wspomniałam, w nawias niesprawiedliwej czarnej legendy.

Tak, bywają w tym filmie ładne, wysmakowane kadry. Niestety przeważają ujęcia przedumane, a montaż to już w ogóle jest jakiś koszmarny sen wannabe dadaisty. Trochę tu maniery paradokumentalnej: urywane dialogi, że niby mikrofon krąży po sali, podsłuchując coraz to inne osoby (ma to chyba pokazywać, że te rozmowy dworskie to one o niczym są, same plotki i intrygi, panie), przejścia między scenami chaotyczne, niedopowiedziane, przeskakujące o nie wiadomo ile czasu do przodu. Pewnie, można zrobić jednym cięciem przeskok o parę milionów lat, ale trzeba się na to nazywać Stanley Kubrick i być autentycznym wizjonerem kina. Dodajmy, że do tego mamy powtórki przywodzące na myśl Dzień świstaka (ma to chyba pokazywać, jak bardzo rutynowe jest życie na dworze, a dodatkowo budzić w nas współczucie dla nieszczęsnej bohaterki, której mąż nie jest zainteresowany płodzeniem dzieci), co bywa zabawne w dobrze zrobionych komediach, ale tylko tam. Pomysłu z muzyką pop jako tłem większości scen balowych (choć raz gdzieś tam jakiś menuet się przewija, a i parę scen z opery wklejono, żeby móc pokazać spontaniczną i idącą wbrew skostniałym obyczajom naturę Marii Antoniny) nie kupuję.

Nie, nie mylisz się czytelniku. Austriacka księżniczka jest w tym filmie ucieleśnieniem naturalnej i niczym nieskrępowanej (do czasu przybycia do Wersalu - bo akcja prawie się stamtąd nie rusza) swobody, niemalże bezstresowego wychowania w liberalnej atmosferze. W sumie może Sofia C. powinna była zrobić film o Dianie Spencer - wyszedłby pewnie podobny gniot, ale może przynajmniej nieco mniej ahistoryczny. Nieco mniej też arogancki w tej ahistoryczności, w tym całkowitym pominięciu kontekstu. A nowoczesne fryzury głównej bohaterki nie raziłyby nachalnym anachronizmem, mającym nam powiedzieć, że to przecież zwykła miła dziewczyna była, zupełnie taka jak my. Skądinąd dzieje księżnej Walii nie są tu jedynym wtrętem z dwudziestowiecznej historii Anglii: zachowanie Ludwika XVI i Marii Antoniny już podczas rewolucji (zamarkowanej jednym zgromadzeniem ludu w Wersalu, przypomnijmy, oraz mało konkretną wzmianką o tym, że w jakimś tam domu służba przejęła władzę - nie wiem, może to zresztą subtelna aluzja do wspomnianego Beaumarchais) wzorowane jest, idę o zakład, na Jerzym VI i Królowej Matce podczas bombardowań Londynu (co wydaje mi się wyjątkowym nadużyciem). Para królewska bohatersko zostaje we Francji, pożegnawszy wszystkich bliskich, którzy udali się na emigrację. No dobra, można by i tak, bo w końcu akurat oni zwiali dość późno i nieudacznie, tylko że bohaterowie tego filmidła nijak zadatków na heroiczną parę, która pozostaje wierna jakimkolwiek ideałom, nie mają - ba, oni w tym filmie żywcem nie mają żadnych ideałów. Nie są nawet bezgranicznie oddani idei etykiety, noblesse oblige czy czegoś w tym rodzaju. Są przez cały czas parą rozwydrzonych i rozpuszczonych nastolatków (przypomnijmy, że kiedy kończy się film, oboje mają około czterdziestki), a scena, w której pomimo rozgrywającej się za ich oknami rewolucji jedzą najspokojniej pod słońcem dworskie śniadanie - w zamierzeniu chyba mająca robić za tę wierność ideałom - jest ilustracją popisowej wręcz arogancji.

Tak, to mógł być dobry film o ludziach władzy, którzy tańczą sobie w najlepsze na tonącym Titanicu (wybaczcie tę wariację na temat oklepanej metafory nawy państwowej). Ale na to musiałby on być zrobiony na podstawie innej książki, z innym scenarzystą, reżyserem, no i koniecznie inną obsadą. Autorka kostiumów może zostać. Wedle informacji w paryskiej Conciergerie (gdzie i nasza bohaterka spędziła nieco czasu, a za Restauracji wystawiono jej tam nawet kaplicę) Trybunał Rewolucyjny skazywał na śmierć tylko pięć procent sądzonych, więc i my postąpmy łaskawie wobec osoby, która sprawiła, że na tę nieziemską nudę przynajmniej czasami dało się patrzeć. Nawiasem mówiąc, skoro już o Trybunale mowa: skoro Sofia C. chciała zrobić film o sztywnych obyczajach dworskich, o strasznym świecie, który tłamsi wrażliwe kwiatuszki, to czemu u diabła nie zamknęła tego klamrą, w której pokazałaby, że ten idealizowany przez bohaterkę (tak, obawiam się, że dopisuję filmowi i postaci coś, czego w nich nie ma) austriacki dwór wcale nie był lepszy i nie upomniał się o aresztowaną arcyksiężniczkę, na co ponoć po cichu liczyli rewolucjoniści, mający nadzieję, że kupią sobie w ten sposób pokój z Austrią.

Tak, muszę powiedzieć jeszcze jedno. Uważam, że ten film jest nie tylko głupi, nudny i pretensjonalny. Uważam, że on jest przede wszystkim arogancki i niesmaczny. Zgadzam się, że kino jest sztuką, a twórca ma prawo do swoich wizji oraz do lubienia lub nielubienia swoich bohaterów. Jest jednak pewna cienka granica, za którą traktowanie faktów z totalną dezynwolturą, sprawiającą na dodatek wrażenie całkowitej ignorancji, staje się niesmaczne właśnie. Może to jest kwestia tego, że Sofia Coppola nie pozostawia widzowi pola do refleksji nad portretowaną postacią? Widziałam przecież sporo ahistorycznych filmów oraz filmy, w których niekoniecznie lubiane przeze mnie postacie są pokazane z odautorską sympatią lub na odwrót. Żaden jednak nie pozostawił we mnie tego uczucia niesmaku, co Maria Antonina Sofii Coppoli. Aleksander Stone'a zeźlił mnie lekceważącym stosunkiem do anachronizmów, paskudnymi fryzurami i makijażem, ale głównie jednak mnie niemożebnie znudził. Obejrzane wczoraj filmidło ukazało mi zupełnie nowe obszary twórczej arogancji, ale i indolencji.

Nie, nie jest tak, że odmawiam autorce lubienia późnych Burbonów oraz Habsburgów en masse (choć uważam, że portret Józefa II jest zdecydowanie lepszy w okropnie poza tym zestarzałym Amadeuszu). Nie rozumiem, ale jej prawo. Sęk w tym, że nawet lubiąc tytułową bohaterkę i współczując jej, można by zapytać, opowiadając jej historię, jak to się stało, że uwielbiana przez kilka pierwszych lat żona następcy tronu zaczęła budzić wśród swoich poddanych tak skrajnie negatywne uczucia, że tłum najchętniej by ją rozszarpał. Co zabawne, to jest w tym filmie - patrząc na Kirsten D. w tej roli naprawdę ma się ochotę bohaterkę ukatrupić. Niestety, nie jest to autorska intencja.

I jeszcze jedno Nie. W kwestii zakończenia, o którym wspomniałam na początku notki. Ten żyrandol roztrzaskany na posadzce małżeńskiej komnaty. To zamknięcie otwarte z powozami odjeżdżającymi w stronę Varennes. Nie, to nie jest jedna z tych opowieści z otwartym zakończeniem, które prowokują myśl, marzenie, że może ten jeden raz historia potoczy się inaczej i wszyscy przeżyją. Nie, nie i jeszcze raz nie. Historia opowiedziana przez Sofię C. wywołuje, we mnie w każdym razie, jedynie reakcję Królowej Kier: Uciąć jej głowę! Jak najszybciej! Niech już będzie na full ahistorycznie!


niedziela, 25 sierpnia 2013
Kto zabił marzenia?

Kiedy byłam mała, znaczy się w podstawówce, jednym z pytań, które powtarzały się we wszystkich młodszych klasach, było „kim chciałbyś zostać, jak będziesz dorosły”. I snuło się fantazje. Mniej lub bardziej fantastyczne, ja na przykład chciałam być astronautą i archeologiem i to drugie w sumie w końcu udało mi się nawet zrealizować, pomimo popełnionych po drodze pomyłek życiowych. Astronautą chciałam być oczywiście dlatego, że czytałam Lema oraz książki popularnonaukowe kupowane przez Tatę Fizyka i oglądałam seriale fantastyczne, archeologiem chciałam być dlatego, że w wieku lat sześciu zakochałam się w starożytnej Grecji. Piszę to dlatego, żeby dodatkowo podkreślić, że moje marzenia życiowe były osadzone głęboko w przekonaniach, że to właśnie chcę robić i czynniki zewnętrzne miały na nie nikły wpływ, a już na pewno nie miała na nie wpływu opinia publiczna wskazująca na to, co jest cool a co nie.

Nie pamiętam dokładnie, co chcieli robić wszyscy moi koledzy z wczesnej podstawówki, ale na pewno ten, który chciał być lekarzem, dzisiaj nim jest (i to dobrym), a ten, który chciał być razem ze mną astronautą jest już uznanym genetykiem na niezłej uczelni. W sumie bardziej trzymałam się (i biłam) wtedy z chłopakami, więc o dziewczynach pamiętam głównie, że chciały być piosenkarkami lub aktorkami, ale ta jedna, która miała na to drugie realne szanse (czytaj: autentyczny talent) nie nauczyła się wiersza na pamięć i oblała przez to egzamin na PWST, mimo że komisja stawała na głowie, żeby ją przepchnąć dalej.

W liceum niestety trochę zaniedbano kwestię "co byś chciał robić w życiu" na rzecz korowodu osób, które przychodziły reklamować nam swoje kierunki studiów, a że byłam wówczas urzeczona teatrem, dałam się zwieść, że teatrologia to kierunek dla mnie. A w sumie to roiłam wówczas również, że chciałabym być reżyserem, ale warsztaty teatralne na wzmiankowanym kierunku dość mnie do tego zniechęciły (w sumie to do dziś sobie myślę, że przynajmniej klasykę dramatu rozumiałabym znacznie lepiej od młodego pokolenia, które jej nie rozumie wcale). Nie będę się rozpisywać o moim dalszym skomplikowanym życiorysie studentki wszystkich możliwych stopni studiów, bo nie o to tu chodzi.

Chodzi o to, że nawet jak studiowałam niewłaściwy kierunek, to starałam się robić coś, co mi sprawiało przyjemność, na przykład kończąc polonistykę (to ten błąd) pracowałam w krakowskiej Gazecie Wyborczej, za wierszówkę. Z gadżetów dostałam może kiedyś długopis. O co chodzi z tymi gadżetami? Ano o to, że w jednym z najnowszych tekstów w dyskusji o biedactwach "millenialsach" przeczytałam, że w latach '90 to było lepiej, bo w korpo na wejściu dostawało się gadżety, a teraz nie ma. Czyli w pracy chodzi o to, żeby dostać telefon za darmo. Hmmm. Jak ja poszłam do Gazety, to dlatego, że chciałam spróbować dziennikarstwa. I do dziś mam satysfakcję, że dostałam nagrodę dnia ogólnopolskiego wydania za to, że udało mi się dostać po wywiad do Giulio Andreottiego, mimo że konkurencja teoretycznie zaklepała sobie wyłączność... Nie wiem jak dla millenalsów, ale dla mnie coś takiego jest więcej warte niż smartfon od firmy (niezależnie od oceny Andreottiego jako polityka - pokazałam sama sobie, że potrafię).

Zastanawiam się, czytając tak te teksty z prawa i lewa o biedactwach millenialsach, czy to pokolenie ktokolwiek kiedykolwiek pytał, co chcieliby w życiu robić. W sensie takim naprawdę osobistym: co lubisz, co cię interesuje, co cię pasjonuje. Wiadomo, że nasze marzenia z podstawówki (ci astronauci i piosenkarki) zazwyczaj pozostają w sferze marzeń. Ale ważne jest, żeby rozwijać poczucie, że marzyć warto i że warto mieć pasje. Bo jakoś nie jestem w stanie uwierzyć, że większość ludzkości fascynuje wyścig w sprzedawaniu produktów i korpo projekty. Oczywiście nie jest tak, że zawsze studiowanie tego, co się lubi robić, ma sens - mój osobisty przykład "lubię czytać książki, więc skończę polonistykę (w sensie literaturoznawstwo) i jakoś to będzie" jest najlepszym dowodem, jak złudna bywa taka perspektywa. Dobry psycholog powiedziałby mi, że mam lepszą pamięć do obrazów niż tekstów i z kilku fascynacji (literatura, sztuka, muzyka) sztuką będzie mi się najłatwiej zajmować. Dobry psycholog powiedziałby mi pewnie też, że tak naprawdę pasjonuję się historią i epizod fatalnej nauki w liceum nie powinien tego zniweczyć. Na szczęście w końcu sama doszłam do tych wniosków.

Mam natomiast wrażenie, czytając zwłaszcza te narzekania millenialistyczne, że autorów kolejnych łzawych listów nie interesuje nic poza zarabianiem pieniędzy, żeby móc wziąć kredyt, oraz pakietem socjalnym i gadżetami od firmy.

Proszę nie zrozumieć mnie źle: ja też lubię mieć pieniądze. Do tego stopnia, że robiąc dwa lata studiów magisterskich na archeologii w jednym roku i pisząc długą, ambitną pracę magisterską, przetłumaczyłam równolegle osiem (tak 8, w jednym roku, plus kilka trudnych egzaminów i magisterka) książek, bo 250 zł stypendium naukowego zdecydowanie nie wystarczało mi na maleńki nawet procent potrzeb, nie mówiąc o realizacji marzeń.

I byłabym nawet skłonna pochylić się z sympatią nad pokoleniowym lamentem, który u podstaw miałby właśnie niemożność realizacji marzeń. Gdyby autorzy tych płaczliwych manifestów pokoleniowych pisali, że chcą latać szybowcem, zwiedzić całą Syberię albo Amerykę Południową, zebrać kolekcję pamiątek związanych z wojną secesyjną... Ba, gdyby ktoś nawet wprost napisał, że marzy o małym domku z białym płotem, dwójką dzieci i psem na trawniku, to miałby szanse wzbudzić we mnie sympatię. Ale niestety z tych listów i narzekań wyziera widmo rozwalonego w łamiącym cały kodeks drogowy bmw byznesmena z najnowszym smarfonem w ręku, planującego wakacje w najdroższym hotelu w Hurghadzie. Z tych listów wyziera widmo korporacyjnej urawniłowki jako ostatecznego celu, do którego należy dążyć. Żeby mieć dokładnie tak, jak wszyscy zamożni dyrektorzy i prezesi. Bo nawet nie jak ci najbogatsi, których stać na prawdziwe fantazje, i którzy je realizują, nawet jeśli są podpowiedziane przez doradcę.

Tak sobie myślę, że gdyby ci millenialsi mieli jakieś autentyczne fascynacje czy hobby, gdyby interesowało ich cokolwiek poza wmówioną im koniecznością stanięcia w blokach do wyścigu szczurów, który ma im zapewnić jakieś niejasne szczęście w przyszłości, to jednak chcieliby podejmować pracę za nawet minimalną pensję bez socjalu, bo to jest jakiś punkt wyjścia do realizacji tego, co naprawdę daje smak życiu, czyli własnych marzeń. Zapewne do tej marnej pensji dorabialiby po nocach, bo jeśli czegoś się naprawdę chce, jeżeli to coś jest dla nas naprawdę ważne, to większość z nas jest w stanie dla tego czegoś wiele poświęcić i wiele włożyć wysiłku w osiągnięcie tego celu. Pomińmy już nawet takich wariatów jak ja, których marzenia obejmują specyficzny rodzaj podróży, tworzenie dziwacznych kolekcji i uczestnictwo w kulturze. Myślę, że ci, którzy naprawdę marzą o spokojnym życiu rodzinnym, tworzą je sobie za "te polskie dwa tysiące". Wiem, że na szczęście istnieją również wciąż bardzo młodzi ludzie, którzy chcą być lekarzami, żeby pomagać ludziom, prawnikami, bo interesuje ich prawo, inżynierami, bo fascynują ich nowe możliwości techniki, nauczycielami, bo wierzą w edukację i wykształcenie, naukowcami w dowolnej dziedzinie, bo ciekawi ich świat. Ale oni nie zabierają głosu w dyskusji o millenialsach, bo się nimi nie czują i zapewne szkoda im czasu na pisanie listów do gazet - świat i życie są na to zbyt ciekawe. A oni mają coś więcej niż sztucznie kreowaną i napędzaną więź pokoleniową, opartą na wspólnym narzekaniu. Choć oczywiście, oni też woleliby mieć pensje na poziomie zachodnich krajów Unii Europejskiej, na przykład po to, żeby podróżując po Europie nie musieć oszczędzać na wszystkim. Tylko że jak mają do wyboru: podróżować oszczędzając czy siedzieć w domu narzekając, że mogliby podróżować nie oszczędzając, wybierają to pierwsze.

Niestety mam wrażenie, że dzisiejsza szkoła z wydatną pomocą mediów oraz wszelkiego innego przekazu publicznego, zabija indywidualne marzenia. Pokazuje się raptem kilka pożądanych ścieżek kariery, w sklepach internetowych bombardują nas masowe produkty sprzedawane jako "oryginalne" i "podkreślające indywidualność", przedmioty są jednorazowego albo bardzo krótkiego użytku, więc się do nich nie przywiązujemy i nie tworzymy poprzez nie swojej indywidualności... I można by tak wyliczać dalej. Nic dziwnego, że aspiracją staje się bycie takim samym, posiadanie tego samego. No, w najlepszym razie: nieco nowszego modelu. Który zaraz zostanie przebity jeszcze nowszym. I tak ewig... usque ad finem. (A tymczasem pierwsza połowa tego mojego ulubionego cytatu z Lorda Jima brzmi "To follow the dream, and again to follow the dream...")

Dziś zamiast obrazka muzyczna dedykacja dla millenialsów (choć nie jestem pewna, czy zrozumieją, o co mi z tą dedykacją chodzi):

PS. Jeszcze jedno: wielka prośba do dziennikarzy i blogerów, żeby wreszcie przestali udawać/wmawiać, że społeczeństwo składa się z pracowników korporacji/narybku korporacji. To produkuje samonapędzający się mechanizm: czytelnik zaczyna wierzyć, że poza korporacją nie ma życia, nie ma szczęścia, nie ma świata. A na dodatek politycy mogą sobie dzięki temu spokojnie zapominać o tym, że istnieją również inne grupy, które od transformacji nie mogą się doprosić poprawy swojego bytu. Grupy naiwnych wykształciuchów, którzy - taki przekaz płynie z mediów - są biedni na własne życzenie, bo sami chcieli być tym, czym są.

piątek, 23 sierpnia 2013
Słoń a sprawa polska

Poszerzenie horyzontu zainteresowań historycznych sprawiło, że w wakacje dyskutowałyśmy z N dużo o tym jak się w Polsce uczy historii i dlaczego źle. Wiem, wiem, wakacje nie są od tego rodzaju dyskusji, ale te nasze wakacje są zawsze historyczne i zawsze prowokujące do niewakacyjnych dysput i tak już pewnie zostanie. A że tym razem leitmotivem była epoka napoleońska (Elba i Korsyka plus nieco północnych Włoch oraz powrót przez Austrię i Czechy), wyszłyśmy zasadniczo poza utyskiwanie na temat tego, że o antyku to przeciętny maturzysta wie tyle co nic, a jak już wie, to zazwyczaj z bezsensownej perspektywy. I tak skacząc od starożytności po przełom XVIII i XIX wieku (ten ostatni od jakiegoś czasu ostro sobie przewartościowujemy, w różnorakich fascynacjach nieco się czasem rozmijając, ale w sumie dochodząc do podobnych odkryć i wniosków) uznałyśmy, że chyba wszystkich epok uczy się w Polsce źle. I zrodził się z tego pomysł na notkę: grzechy główne nauki o kolejnych epokach. Są to przemyślenia subiektywne i oparte na niezbyt wielkiej próbie bezpośredniej (N, ja i parę osób, z którymi się o tym rozmawiało), ale również na tym, co obserwowałam niedawno kończąc drugie studia (na Wydziale Historycznym, jakby nie patrzeć) oraz następnie rozmawiając ze studentami. Poniżej zatem lista owych grzechów głównych, a chwilami to raczej może nawet bezsensownych ale wszędobylskich memów, które zatruły mi osobiście naukę historii na etapie zwłaszcza liceum - czyli tym, który dla wielu wyborów jest decydujący. Ponieważ na większości opisywanych epok znam się za mało, żeby pokusić się o pełniejszą argumentację, opiszę jedynie to, co rzuca mi się w oczy jako błąd w nauczaniu.

1. Starożytność.

Grzech główny: Atenocentryzm. Jest to grzech dość globalny, bo dziewiętnastowieczna historiografia w połączeniu z tradycyjną historią sztuki zrobiły z greckiego (czytaj: ateńskiego) V w. p.n.e. złoty wiek nie tylko w antyku, ale ogólnie w dziejach ludzkości i bardzo trudno z tym memem walczyć. Zapatrzeni w hasło "demokracja" nie widzimy, że z naszym współczesnym rozumieniem tego słowa nie miała ona wiele wspólnego. I że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu mało kto w "Atenach Peryklesa" miał wszelkie obywatelskie prawa (sam Perykles miał przecież z tym cudownym systemem osobiste kłopoty).

Grzechy poboczne: zaniedbanie epoki hellenistycznej, która jest okresem największych osiągnięć kulturalnych i naukowych starożytności; w przypadku historii Rzymu skupienie się na podbojach (zarówno republikańskich jak i cesarskich), w związku z czym ze świeczką szukać nauczyciela, który potrafiłby wyjaśnić, na czym polegało znaczenie okresu augustowskiego, a to powinien być ten moment, na którym nauka szkolna się skupia, bo wtedy zmienia się oblicze świata.

2. Średniowiecze.

Grzech główny: jak ujęła to N "średniowiecze było w Polsce" (i po prawdzie stosuje się to do większości kolejnych epok, a do starożytności tylko dlatego nie, że Polski jeszcze nie było, ale za to na lekcjach literatury będzie o Sarmacji, więc to nadrobimy). Wiadomo, wszędzie uczy się w sporej mierze o "dziejach ojczystych", ale polska szkoła wpaja w człowieka przekonanie, że po "upadku cesarstwa rzymskiego" (spuśćmy zasłonę miłosierdzia na zasadność tego określenia) mamy zaraz rok 966, bo od "chrztu Polski" zaczyna się na serio nauczanie o średniowieczu. I ten polonocentryzm rzuca się następnie cieniem na wszystko inne, w związku z czym kończymy szkołę przekonani, że a ekspansja Krzyżaków stanowiła największy problem epoki, a bitwa pod Grunwaldem była najważniejsza na skalę europejską. Aha, a jedyną istotną zasługą Ottona III było to, że przyjechał na zjazd gnieźnieński i lubił Bolesława Chrobrego.

Grzechy poboczne: przemknięcie się nad całym wczesnym średniowieczem włącznie z epoką karolińską (kto pamięta jedynie wkuwanie kolejnych "renesansów", z czego absolutnie nic nie wynikało?), kompletny brak kontekstu (jeśli nie liczyć podkreślanego w kółko czeskiego pochodzenie Dąbrówki, choć nie wiedzieć czemu całkowicie pomija się prawdopodobne dynastyczne powiązania z Kanutem Wielkim, co byłoby znacznie ciekawsze i jest znacznie ważniejsze), kompletny brak pokazania, że pewne mechanizmy i procesy (np. "rozbicia dzielnicowe") były powszechne na pewnym etapie kształtowania się państwowości.

3. XVI w./"Renesans" (tak, polska szkoła uwielbia przypisywać epoki kultury do konkretnych wieków, co oczywiście nie ma sensu od samego początku)

Grzech główny: oderwanie od kontekstu europejskiego, który ogranicza się do Jagiellonów na tronach środkowoeuropejskich, Bony Sforzy oraz ewentualnie, jeśli nauczyciel jest ambitny, to jeszcze Elżbiety Habsburżanki. Konia z rzędem temu, kto po przeciętnej nauce szkolnej, nie zaglądając do wikipedii, powie, dlaczego Henryk Walezy "uciekł z Polski", zasługując sobie na miano nieudacznika w polskiej szkole. A konia ze srebrnym rzędem temu, kto po rzeczonej polskiej szkole ma pojęcie, czym następnie Henryk III zasłużył się we Francji...

Grzechy poboczne: brak pokazania linii rozwojowej renesansu w Europie, w tym podkreślenia, że w Italii XVI w. to już schyłek. Jestem przekonana, że dla rzesz absolwentów Michał Anioł jest współczesnym Jana Kochanowskiego.

4. XVII w./"Barok"

Grzech główny: litania królów elekcyjnych (do nauczenia się na pamięć z datami panowania). O połowie z nich można ograniczyć się do stwierdzenia, że byli i dać im (a zwłaszcza uczniom) spokój.

Grzechy poboczne: niestety do stwierdzenia, że "był" ogranicza się wiedza np. o Ludwiku XIV i potem człowiek nijak nie rozumie, dlaczego w tej Francji tak go wszędzie pełno. Ja już pominę fakt, który może być moim osobistym problemem, że ze szkoły wyniosłam przekonanie, że Richelieu był ministrem Ludwika XIV właśnie i długo nie mogłam w związku z tym uporządkować sobie fabuły Trzech muszkieterów. O braku jakiejkolwiek wiedzy o sukcesji brytyjskiej, Stuartach i Cromwellu (skąd, dlaczego, o co chodziło, poza tym, że "był") to już przez litość nie wspomnę. Dodam tylko, że w tej ostatniej kwestii znacznie więcej nauczyłam się w swoim czasie ze słynnej piosenki Monty Pythona.

5. XVIII w./"Oświecenie"

Grzech główny: praktyczne nieistnienie pierwszej połowy XVIII wieku, bo chyba polska szkoła nie wie, co z tym zrobić, jako że okres panowania Wettynów w Polsce nie niesie ze sobą żadnych spektakularnych wydarzeń, w których słoń a sprawa polska mogłyby znaleźć się na pierwszym miejscu w programie edukacji. Oczywiście sytuacja zmienia się w momencie, kiedy w drugiej połowie stulecia osiągamy rok 1772 i można już przez pięć lekcji lżyć oświecony absolutyzm za rozbiory Polski. Gdzieś po drodze miga nam amerykańska wojna o niepodległość (Kościuszko i Pułaski, no może jeszcze Waszyngton) oraz Rewolucja Francuska, ale o tym za chwilę.

Grzechy poboczne: jak zwykle brak kontekstu europejskiego. I wyliczanka wielkich umysłów oświeceniowych, która właściwie służy głównie temu, żeby podkreślić, że Krasicki et consortes i my też mieliśmy dobre chęci i wszystko byłoby super, gdyby Katarzyna nie uwiodła króla Stasia. A potem jedzie człowiek w Europę i widzi Katarzynę i Marię Teresę na piedestałach, ale w uszach brzmi mu jedynie, że to straszne kobiety były, bo cały czas zaprzątało im robienie Polakom wbrew. I - wiem to ze słyszenia - że wielu osobom bardzo trudno zmienić perspektywę nawet stojąc w Wiedniu czy Kazaniu.

6. XVIII/XIX w./"rewolucja i epoka napoleońska" oraz pierwsza połowa XIX w.

Grzech główny: po wzmiance o upadku Bastylii oraz ścięciu króla (w wykonaniu polskiej szkoły tych dwóch wydarzeń nie rozdziela bynajmniej trzy i pół roku, nad terrorem przemykamy wzmiankując Robespierre'a) przechodzimy do litanii bitew i obowiązkowego zapamiętywania dat oraz wskazywania na mapie. Fajnie, jeśli nauczyciel się zająknie o Kodeksie Napoleona. Potem następuje "o roku ów", Somosierra, Berezyna i Kongres Wiedeński, studnie i Waterloo. A następnie Powstanie Listopadowe. Ot tak, ni stąd, ni zowąd. Za to przez kilka lekcji.

Grzechy poboczne: powtórzmy to jak mantrę - brak kontekstu. Mamy wielką armię włóczącą się nieco bez ładu i składu po Europie od bitwy do bitwy, i mamy również Księstwo Warszawskie, oczywiście, ale nie mamy ani słowa o północnej Italii, Związku Reńskim czy królestwie Holandii. Zero o reformach społecznych, dziedzictwie rewolucji i powodach oporu kolejnych koalicji. Nie mamy nic o tym, że Kongres Wiedeński przypieczętował zwycięstwo konserwatyzmu i reakcji w Europie, nie mamy w zasadzie nic o niepokojach społecznych przed Wiosną Ludów. Nie mamy nic z tego, co w dziejach pierwszej połowy XIX w. jest fascynujące, tylko jakąś taką niestrawną papkę.

7. XIX w. (druga połowa do I wojny światowej)

Grzech główny: litania niepowiązanych ze sobą wydarzeń powybieranych na chybił trafił z historii Europy i Ameryki - obowiązkowo co nieco o wojnie secesyjnej (za to nie żebym po szkole wiedziała cokolwiek o wojnie krymskiej, wojnie francusko-pruskiej czy skąd u diabła wzięło się II cesarstwo), wśród których czołowe miejsce zajmuje Powstanie Styczniowe. Pozbawione skądinąd kontekstu społecznego, co nieco utrudnia następnie zrozumienie choćby Lalki Prusa.

Grzechy poboczne: całkowite zepchnięcie na margines kwestii "epoki wiktoriańskiej" - wszelkie sprawy społeczne załatwia się (a w każdym razie załatwiało, kiedy chodziłam do szkoły, bo w sumie w ramach kontestacji PRL to akurat mogło się zmienić) historią ruchu robotniczego, który trochę nie wiadomo przeciwko czemu występował (poza wyzyskiem w fabrykach, oczywiście). Obok powstania na plan pierwszy wybija się Otto von Bismarck jako kolejne wcielenie Katarzyny i Marii Teresy, Kulturkampf definiowany jest jako działania antypolskie, a jedna lekcja musi być o Drzymale i dzieciach z Wrześni. (I jak fajnie by było, gdyby nauczyciel potrafił tu przeprowadzić analogię do antypolskich nastrojów na dawnych kresach...)

8. XX w.

Grzech główny: skupienie się na dwudziestoleciu międzywojennym (w Polsce) z litanią prezydentów i premierów, nie mówiąc już o niekończących się mutacjach głównych partii politycznych (do wyuczenia się na pamięć z datami kolejnych metamorfoz). Nuda taka, że chce się wyjść z klasy. Grzech główny jeśli w klasie maturalnej starczy czasu na II wojnę i historię najnowszą: litania dowódców polskiego podziemia zbrojnego oraz mutacji różnych oddziałów tegoż.

Grzechy poboczne: brak kontekstu, to już chyba oczywiste. Dobrze, jeśli wspomni się o Republice Weimarskiej, Wielkim Kryzysie i Anschlussie. Ciekawam wielce, jak obecnie uczy się o Rewolucji Październikowej. Brak jakiejkolwiek wyniesionej ze szkoły wiedzy o organizacji państwa podziemnego, jeśli nie liczyć partyzantki; w kontekście II wojny brak właściwie jakichkolwiek informacji o tym,  w czym choćby trochę nie brali udziału Polacy. Ponieważ zaś w klasie maturalnej nie wyszliśmy prawie poza II wojnę, o reszcie nie napiszę, ale nie sądzę, żeby było lepiej. Zapewne jest gorzej.

Taak, jak już wspomniałam, jest oczywiste, że trzeba uczyć o "ojczystych dziejach", ale z tego pobieżnego przeglądu wiedzy, jaką wyniosła absolwentka klasy humanistycznej renomowanego krakowskiego liceum, wyłania się portret niewyobrażalnej wręcz zaściankowości. Polskiej edukacji nie obchodzą nie tylko naprawdę wielkie wydarzenia ani procesy historyczne, ale co gorsza - nie obchodzi jej, jak polska historia sytuuje się choćby w kontekście europejskim. Co gorsza, słyszałam, że w innych dziedzinach edukacji humanistycznej bywa podobnie - znajoma mówiła np. o szkole muzycznej, że uczyła się o mnóstwie czwartorzędnych kompozytorów, ponieważ mieli jakieś śladowe choćby powiązania z Polską. I fajnie, ale nadawałoby się to na monograficzny wykład na muzykologii, a nie na pierwszy czy nawet drugi poziom edukacji.

Chciałabym to jakoś podsumować, ale nie wiem jak. Oryginalnie notka miała mieć inny tytuł, ale doszłam do wniosku, że jeśli nie oderwiemy się od tej sprawy polskiej wszędzie, gdzie tylko się da, to będziemy uczyć źle i głupio. Na dodatek każdy słoń a sprawa polska nadaje się na wzmiankowany wykład monograficzny na odpowiednim kierunku studiów, ale żeby go zrozumieć, trzeba mieć najpierw ogólną wiedzę o tym, do czego się ta sprawa polska może w szerszej perspektywie odnosić.

PS. Zwierz Popkulturalny, która poza byciem Zwierzem jest również/głównie historykiem, podpowiedziała mi na fejsbuku, że "grzechem głównym najgłówniejszym uczenia historii w szkołach jest uczenie historii politycznej z jakimiś strzępkami historii gospodarczej (tu dopiero jest nie powiązany nie wyjaśniony misz masz który w żaden sposób nie składa się w całość) i kompletnie olanie historii społecznej która winna być dla uczniów, historią najważniejszą bo najlepiej tłumaczy świat" i ja się z tym jako podsumowaniem bardzo bardzo zgadzam. Dodam tylko, że ujęłabym to wręcz tak: w szkole mamy co gorsza sieczkę z historii politycznej i niewiele więcej...

środa, 15 maja 2013
Trzy pieczenie na jednym ogniu

Dziś będzie mały przerywnik od kultury wysokiej. Jeżdżąc i chodząc mianowicie sobie po Krakowie doszłam do wniosku, że istnieje niezwykle prosty sposób uzdrowienia polskiej gospodarki i dziedzin przyległych, a przynajmniej dania temu wszystkiemu potężnego kopa energetycznego finansowego. Wymagałoby to wprawdzie wytężonej pracy jednej grupy społecznej, ale długofalowe korzyści powinny zrekompensować nawet duże premie poszczególnych osób za skuteczność.

Mianowicie mamy w Polsce dość sensowny i zarazem bardzo szczegółowy kodeks drogowy (nazywa się to konkretnie "Ustawa prawo o ruchu drogowym", co jak dla mnie nie brzmi po polsku, ale prawnicy tak mają i trzeba się z tym pogodzić, bo się ich nie zmieni), którego przepisy jednakowoż są nagminnie łamane przez wszystkich użytkowników ruchu uliczno-drogowego, jacy istnieją. I nawet nie mówię tu o przekraczaniu prędkości czy też wymuszaniu pierwszeństwa, mówię o całej masie zdroworozsądkowych ustaleń, które nawet nie powinny być przedmiotem regulacji prawnych, ale właśnie pomyślunku. Ale są w kodeksie - i słusznie, bo Polska niestety nie Anglia, gdzie widziałam żart o tym, że kiedy kilku kierowców wjeżdża na rondo w tym samym czasie, to stoją tam do dziś, ponieważ każdy ustępuje pierwszeństwa temu z lewej.

Weźmy na przykład taki przepis, który każdemu kto robił prawo jazdy w czasach, kiedy jeszcze na kursach uczono rozsądnej i przepisowej jazdy, a nie wygibasów między pachołkami, wyda się on oczywisty: "Kierujący pojazdem jest obowiązany zawczasu i wyraźnie sygnalizować zamiar zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu oraz zaprzestać sygnalizowania niezwłocznie po wykonaniu manewru." (rozdz. 5, oddz. 4, art. 22, ust. 5)

N. zapytała mnie kiedyś, czy z ulicy Zacisze w Krakowie da się jechać na wprost, bo jeśli nie, to wszyscy kierowcy, których zaobserwowała podczas kilku minut czekania tam na mnie, złamali przepisy, nie sygnalizując kierunku, w którym zamierzali skręcać. Zaczęłam wówczas obserwować to zjawisko - i bingo! Ok. 2/3 do 3/4 krakowskich kierowców (a sądzę, iż jest to trend ogólnokrajowy) nie uznaje za stosowne poinformować innych, że zmieniają pas, będą skręcać, zamierzają zjechać na pobocze itd. Są też tacy, którzy najpierw bez kierunkowskazu zjeżdżają na pas do skrętu, stoją następnie na światłach również nie migając, a następnie włączają na parę sekund kierunkowskaz, kiedy już znajdują się na łuku skrętu. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości co do ich zamiarów.

Z kolei rozdz. 5, oddz. 2, art. 49 określa bardzo jasno, gdzie i w jakich warunkach nie wolno zatrzymywać samochodu, i są tam między innymi wymienione wszelkie sytuacje blokowania ruchu kołowego przez taki zatrzymany pojazd. Wystarczy zaś przejść się lub przejechać po dowolnym mieście, żeby naliczyć dziesiątki przypadków, kiedy ktoś na dłużej lub krócej zostawia sobie samochód po prostu na środku ulicy i idzie do sklepu albo w ogóle znika. Czasem zostawia taki samochód na migających światłach - że to niby tak na chwilkę, no i w ogóle przecież ostrzega, że stoi.

Przytoczę jeszcze jeden paragraf: "Kierującemu pojazdem zabrania się ... wjeżdżania na skrzyżowanie, jeżeli na skrzyżowaniu lub za nim nie ma miejsca do kontynuowania jazdy" (rozdz. 5, oddz. 7, art. 25, ust. 4). No z tego malutkiego przepisu to chyba by trzeba zrobić osobny kurs z osobnym egzaminem, którego zaliczenie byłoby warunkiem przystąpienia do egzaminu na prawo jazdy...

Przyjrzyjmy się teraz drugiej grupie, rowerzystom. "Kierujący rowerem, korzystając z drogi dla rowerów i pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym." (rozdz. 5, oddz. 11, art. 33, ust. 1, powtórzone w bardzo podobnym brzmieniu w par. 6). Doświadczenie zwracania uwagi osobom na rowerach podpowiada mi, że ich reakcja na odczytanie im tego paragrafu streszczałaby się następująco: "Ustąpić miejsca? Ja, rowerzysta?? Chyba was p*o!"

I jeszcze to: "Korzystanie z chodnika lub drogi dla pieszych przez kierującego rowerem jednośladowym jest dozwolone wyjątkowo, gdy, 1) opiekuje się on osobą w wieku do lat 10 kierującą rowerem; 2) szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 50 km/h, wynosi co najmniej 2 m i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów lub pasa ruchu dla rowerów; 3) warunki pogodowe zagrażają bezpieczeństwu rowerzysty na jezdni (śnieg, silny wiatr, ulewa, gołoledź, gęsta mgła)." (rozdz. 5, oddz. 11, art. 33, ust. 5). O tym staram się uprzejmie informować spotykanych na chodnikach rowerzystów, ale w odpowiedzi dostaję do wyboru: udawanie głuchego; wiązankę bluzgów; wymijające "wiem" (w domyśle: i co z tego).

Najbardziej kontrowersyjne są oczywiście regulacje dotyczące pieszych, bo tu zgadzam się z Brytyjczykami, którzy pieszym pozwalają robić co im się żywnie podoba - ale na własną odpowiedzialność. Wolno ci wbiec przed jadące szybko ruchliwą ulicą samochody, ale jeśli nie będziesz dość szybki i zwinny, żeby przebiec na drugą stronę, to sam jesteś winny swojemu stanowi po konfrontacji z ruchem kołowym. Pieszych więc penalizowałabym wyłącznie za wykroczenia przeciwko przepisom dotyczącym "kolumn pieszych" (rozdz. 5, art. 12), ponieważ tu mamy do czynienia z narażaniem życia innych, zwłaszcza grup dzieci itp.

Dobra, poprzytaczałam sobie paragrafy, ale o co mi właściwie chodzi? Otóż, gdyby na rok, dwa lata zaprząc do porządnej codziennej żmudnej roboty policyjną drogówkę, a nie tylko kazać jej stać z radarem w dni wzmożonego ruchu oraz jeździć do kolizji i wypadków, to codzienne wpływy do kasy policyjnej przekraczałyby zapewne to, co obecnie na mandatach zarabia przez miesiąc. Zwłaszcza gdyby wprowadzić fiński system mandatowania, w którym płaci się odpowiedni procent od dochodów (czy przychodów - to nawet byłoby lepsze) wykazywanych w zeznaniach podatkowych. Chodzi o to, żeby mandat uderzał po kieszeni każdego, bo przecież jeśli facet w służbowym czarnym audi czy bmw ma zapłacić 200 czy nawet 500 zł za parkowanie poza dozwolonym obszarem czy wjazd na krakowski Rynek, nie mówiąc już o takich bzdurach jak zablokowanie ruchu tramwajowego, to jemu się to bardziej opłaca niż szukanie miejsca parkingowego w centrum miasta albo kłopotanie się z ustawieniem limuzyny poprawnie na chodniku. Ale jakby parę razy zapłacił kilka lub kilkanaście tysięcy, to może jednak by w końcu zaczął myśleć.

Podobnie zresztą niepotrzebne byłyby wszelkie debaty o ograniczeniu ruchu samochodowego w ścisłym centrum Krakowa, gdyby z kolei Straż Miejska konsekwentnie pilnowała tego, żeby do stref o ograniczonym ruchu nie wjeżdżały pojazdy nieuprawnione. Przydałoby się również zmniejszenie liczby abonamentów wydawanych "na firmę" oraz urzędnikom, ale to osobna sprawa.

Wracając do moich pieczeni. Wyobraźmy sobie, że przez ten rok, dwa a może i trzy drogówka ciężko pracuje i konsekwentnie, nieustępliwie daje mandaty wszystkim tym, którzy wyraźnie naruszyli któryś z przytoczonych przeze mnie paragrafów. Liczba kierowców niesygnalizujących zmiany kierunku ruchu, wjeżdżających na skrzyżowanie na samych Alejach Trzech Wieszczów w Krakowie, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zablokują w ten sposób przejazd z ulic prostopadłych, a także rowerzystów śmigających po chodnikach jest tak wielka, że wpływy do budżetu będą ogromne. Wpływy te powinny następnie zasilić finanse policji oraz budowy dróg, zwalniając wielkie sumy w budżecie państwa na finansowanie nauki, kultury, zdrowia i innych skandalicznie niedofinansowanych dziedzin, które niestety nie mają na wyciągnięcie ręki tak łatwego i stałego źródła dochodów. Mamy więc już dwie pieczenie: dodatkowe pieniądze w budżecie i możliwość dofinansowania w związku z tym innych sfer. Powiedzmy, że za mandaty budujemy drogi i finansujemy badania naukowe.

Oczywiście należy założyć, że ten model się w końcu wyczerpie, to znaczy po tych kilku latach wychowamy wreszcie użytkowników dróg i dochody się zmniejszą. Ale pamiętajmy, że w międzyczasie dofinansowaliśmy innowacyjne badania naukowe, w związku z czym de facto dostajemy nawet cztery pieczenie. Trzecia: przestrzegające przepisów drogowych społeczeństwo (co dodatkowo zwiększa bezpieczeństwo, pieczeń trzecia i pół). Czwarta: wzrost gospodarczy dzięki dofinansowaniu badań i innowacji, nowe miejsca pracy, i tak dalej i tak dalej. Policyjna drogówka zostaje bohaterem narodowym.

Londyn, Russell Square 2011

PS 1. Oczywiście nie można po tych kilku latach zrezygnować z kontroli, co zapewne wymyśliłby ktoś światły w Polsce. Prawo Kopernika-Greshama zadziała i tu: zły kierowca wyprze dobrego.

PS 2. Korzystałam z Kodeksu drogowego, Ustawa prawo o ruchu drogowym, Stan prawny: styczeń 2013 r

PS 3. Jeżdżąc dużo po całej Europie, jeżdżę wszędzie jak kameleon, tzn. dostosowuję się do panującego w danym kraju wzorca. I ze smutkiem zauważyłam, że jak w Wielkiej Brytanii czy Niemczech jeżdżę przepisowo, a w Grecji - po wariacku, tak w Polsce mam skłonności przede wszystkim do jazdy nieuprzejmej, bo wiem na przykład, że zasada "na zamek błyskawiczny" nie działa i wpuszczenie jednego samochodu chcącego włączyć się do ruchu skutkuje wymuszeniem tego samego przez cały sznurek stojący na podporządkowaniu... Skądinąd, uprzedzając pewne argumenty czy zarzuty oraz czyniąc uwagę w kwestii schamienia społeczeństwa: obserwacja i trochę statystycznego pomyślunku upewnia mnie, że wśród kierowców i rowerzystów jest dokładnie taki sam odsetek chamów, ponieważ obie te grupy odzwierciedlają ogólny stan społeczny. Tylko że kierowców jest po prostu znacznie więcej i nie mają za sobą ekologicznego lobby. 

PS. 4. Dzisiejszy obrazek dedykuję polskiemu lobby rowerowemu właśnie, które wmawia nam, że w krajach takich jak Wielka Brytania, czyli przyjaznym rowerom, rowerzystom wolno wszystko i w związku z tym u nas też tak powinno być. Nie, nie wolno. Głównie ze względu na bezpieczeństwo wszystkich zainteresowanych, zwłaszcza jednak pieszych.

PS 5. Tak, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę chodzi o coś, o co różne światłe umysły w Polsce upominają się od XVII jeśli nie XVI w. - egzekucję praw...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Dilectissimo poetae

N poinformowała mnie, że dziś jest rocznica zarówno urodzin (sto pięćdziesiąta) jak i śmierci (osiemdziesiąta) mojego ulubionego poety, Konstandinosa Kawafisa. Odkryłam go nie aż tak bardzo dawno, ale szybko się zakochałam. Głównie oczywiście w wierszach "hellenistycznych". A potem nagle odkryłam, zapoznawszy się nieco z nowożytną greką, że istniejący polski przekład nijak nie oddaje melodii tych wierszy, tego, że one są zazwyczaj wersyfikacyjnie regularne, albo bardzo regularności bliskie. I tak jakoś, na fali sukcesu angielskich romantyków, postanowiłam z tym Kawafisem się zmierzyć, zwłaszcza że już wcześniej opublikowałam przekład jednego wiersza jego rodaka, Andreasa Embeirikosa.

Teraz więc, z okazji tych aż dwóch okrągłych rocznic, pozwalam sobie wkleić tu jeden z moich ulubionych wierszy w moim przekładzie. Jest on o mieście, którego nigdy nie zobaczę takim, jakie bym je chciała zobaczyć. O czasach, o których napisałam kilka artykułów. A gdyby mi zaproponowano podróż w czasie, to tam - choć może o dwa stulecia wcześniej - najbardziej chciałabym wylądować.

BÓG OPUSZCZA ANTONIUSZA

Kiedy nagle w północnej godzinie usłyszysz,
jak orszak idzie niewidzialny
przy dźwiękach świetnej muzyki i głosów –
los, który się od ciebie odwrócił, uczynki
niespełnione, a także zamiarów życiowych
ułudę nie na darmo będziesz opłakiwał.
Od dawna jesteś gotowy i mężny,
żegnaj więc Aleksandrię, żegnaj odchodzącą.
Przede wszystkim zaś nie oszukuj siebie, nie mów
że to są mary, że słuch cię omamił
i do daremnej nie zniż się nadziei.
Od dawna jesteś gotowy i mężny,
bo byłeś przecież godny tego miasta,
podejdź zatem do okna pewnym krokiem,
słuchaj pełen emocji, lecz nie pozwól sobie
na błagania ani żale tchórzliwe;
słuchaj w ostatnim zachwycie tych głosów
tajemnego orszaku instrumentów świetnych
i żegnaj Aleksandrię, żegnaj utraconą.

1911

Harpokrates z Aleksandrii

niedziela, 17 marca 2013
Nie spełniać marzeń!

Nigdy nie przypuszczałam, że napiszę notkę pod takim tytułem, ja, która wśród ulubionych cytatów na jednym z pierwszych miejsc (jeśli nie pierwszym ex aequo z patronującym temu blogowi Keatsem) mam Conradowskie "To follow the dream, and again to follow the dream – and so – ewig – usque ad finem..."

Ale zastanawiając się nad różnymi możliwymi tytułami i początkami dla tego wpisu ten właśnie uznałam za najsłuszniejszy. Alternatywą było przede wszystkim retoryczne zapytanie PT Czytelników, co łączy Tannhäusera Wagnera, Szeherezadę Rimskiego Korsakowa oraz musical Les Misérables. Po którym to pytaniu nastąpiłby wykład o tym, że nie chodzi mi o powracające tematy muzyczne, choć, co zabawne, akurat to łączy. Ale oczywiście retoryczność tego pytania polegałaby na tym, że jest na świecie chyba tylko jedna osoba, która byłaby w stanie poprawnie nań odpowiedzieć, bo wie, że elementem łączącym są moje osobiste doświadczenia, które na dodatek należą w sumie do dwóch zbiorów. Dobra, dość tego bełkotu, przejdźmy do rzeczy.

Zacznę od końca i spróbuję jakoś ruchem spiralnym dojść do sedna, tytułu i początku. Część czytelników zna zapewne moje odczucia po obejrzeniu filmu Les Misérables, które ujęłam w takiej mniej więcej mini-recenzji: nudna muzyka, nijakie recytatywy przerywane popowymi piosenkami, a na dodatek nikt nie umie śpiewać. No i film wydał mi się jako film bardzo nierówny, a w kinie siedziałam marząc głównie o tym, żeby wreszcie przestali mnie katować nieczysto śpiewaną nieciekawą muzyką. Co zabawne, kiedy do tegoż kina weszłam - lekko spóźniona z powodu korków w pięknym mieście Krakowie - właśnie brzmiała uwertura i zaczynało się "Look Down", które chwyciło mnie za serce. Niestety potem zaczęli śpiewać aktorzy i z minuty na minutę moje zniechęcenie rosło, ledwie ożywione powrotem początkowego motywu jakoś w połowie tej drogi przez mękę.

Kiedy następnie N. jednak dostała ostrej fazy fanostwa, uznałam, że tak bywa, bo w końcu jej ulubioną operą jest Wesele Figara a moją Tristan i Izolda, więc jakkolwiek gusta muzyczne mamy zasadniczo podobne, w szczegółach wariactwa na jakiś konkretny temat często się rozmijamy. Zasadniczo odmówiłam zatem wspominania koszmaru. Ale ta podstępna kobieta małymi kroczkami podsuwała mi pewne sugestie, głównie z jubileuszowych koncertów w 1995 i 2010: a to puściła "Master of the House" w wykonaniu aktora, który grał ważną - i całkowicie niemusicalową - rolę w jednym z moich ulubionych brytyjskich seriali (Garrow's Law), a to puściła "Stars" (2010) z niewinnym na pozór pytaniem, jak mi się - niezależnie od muzyki - podoba wykonawca, a to podesłała youtubowe kawałki zaśpiewane przez panów, których widziałyśmy wcześniej w jubileuszowym Upiorze w operze i bardzo nam się spodobali. Po krótkim okresie takiej nadprogowej reklamy doprowadziła do tego, że sama zaczęłam odsłuchiwać coraz więcej kawałków i odkryłam, że całość może brzmieć zupełnie inaczej niż w filmie. Ba, że przy całej prostocie pomysłu, żeby wszystko oprzeć na kilku powtarzających się i powracajcych melodiach, tej muzyki całkiem fajnie się słucha.

Teraz będzie dygresja, tłumacząca, o co chodzi z resztą przywołanej tu wcześniej muzyki, do której powinnam jeszcze dorzucić IX symfonię "Z nowego świata" Dvořaka oraz Błękitną rapsodię Gershwina. Otóż te dwie ostatnie znałam w dzieciństwie z takich sobie, w najlepszym razie przyzwoitych nagrań i nie tyle nie lubiłam, ile trafiły do mnie naprawdę dopiero kiedy odkryłam nagrania bardziej dynamiczne, wydobywające naturę tej muzyki. Z Szeherezadą było podobnie, tyle że winną była tu krakowska Filharmonia i jej orkiestra, która zagrała ten śliczny przecież utwór tak, jakby muzykom płacili od czasu trwania utworu, a na dodatek tak, jakby w partyturze nie istniały oznaczenia głośności, o tempie już nie mówiąc.

Tannhäuser to z kolei nieco inna bajka: jak już kiedyś pisałam, zupełnie nieoczekiwanie zakochałam się w tej operze od pierwszego wejrzenia, a raczej odsłuchania fragmentów, a następnie pełna zapału poszłam obejrzeć gościnny występ Opery Śląskiej w Krakowie. Jasne, Teatr Słowackiego ma bardzo taką sobie akustykę, zwłaszcza dla muzyki, ale nie sądzę, żeby teatr w Bayreuth z jego custom made wagnerowską akustyką był w stanie uratować to wykonanie, ba, obawiam się, że pogrążyłby je dodatkowo. Nie dość, że zwłaszcza wykonawcę tytułowej partii ledwie było słychać, nie dość, że śpiewano po polsku (!!!), to jeszcze na dodatek znów w tempie czterogodzinnego marsza pogrzebowego i bez jakiejkolwiek modulacji tempa czy natężenia dźwięku. Pamiętam ten spektakl jako jakąś ogólną bezkształtną masę dźwięków, w której nawet nie bardzo słychać główne motywy muzyczne.

I teraz powrót do Les Misérables. Film wywołał we podobne wrażenie: jakieś orkiestrowe, niezbyt wyraźne dźwięki plus mamrotanie wykonawców. A na okrasę coś, czego wyjątkowo nie znoszę w śpiewaniu, mianowicie piszczenie. Wszystkie jak jeden mąż panie w tym filmie śpiewają na granicy (albo i poza nią) swojego rejestru i w sumie nie ma znaczenia, czy Anne Hathaway (Fantine), jak mówią, odebrała wykształcenie muzyczne, a Amanda Seyfried (Cosette) śpiewała w Mamma Mia! - w obu przypadkach ich głosy atakowały moje bębenki nieznośnym piskiem à la "księżniczki Disneya", że posłużę się trafnym porównaniem N. Na dodatek również Hugh Jackman (Valjean), aktor, którego nie dość, że lubię, to jeszcze znałam z kilku musicalowych klipów, w których był świetny (i w rodzinnej Australii był przede wszystkim aktorem śpiewającym), został tu ustawiony zdecydowanie powyżej swojego naturalnego rejestru, w związku z czym męczył się niemiłosiernie z każdą frazą i niestety często fałszował, a jego Valjean głosowo sprawiał wrażenie odwiecznego suchotnika a przynajmniej astmatyka, zamiast potężnego zarówno ciałem jak i duchem siłacza.

Co więcej, nie to wszystko było w tym wykonaniu najgorsze. Helena Bonham Carter, aktorka wybitna zarówno w rolach poważnych jak i komediowych, jak również Sasha Baron Cohen, komik może nie w moim guście ale wyrazisty, nie powinni zabierać się na serio za śpiewanie, nawet jeśli chodzi o role groteskowe. A skoro już reżyser uznał ich za idealnych odtwórców koszmarnej rodzinki Thénardierów (aktorsko i ruchowo w bardzo ładnie zainscenizowanej sekwencji "Master of the House" są rzeczywiście dobrzy) to należało ich przekonać - co udało się w przypadku Minnie Driver w filmowym Upiorze - że śpiewać powinien ktoś inny.

A i oni nie są największą katastrofą muzyczną tego filmu. Jest nią aktor, którego marzenia o muzycznej karierze zainspirowały tytuł niniejszej notki. Szanowni państwo, oto zdobywca statuetki, Russell Crowe w roli inspektora Javerta. Na pierwszy rzut oka duet Jackman-Crowe wydawał się do dwóch głównych ról całkiem dobry; nie jestem wielbicielką Crowe'a, ale kilkoma rolami pokazał, że daje sobie radę z postaciami charyzmatycznymi i mającymi na ekranie efektownie się prezentować. Niestety, zamiast kontynuować pełną sukcesów karierę specjalisty od szlachetnych bohaterów z problemami, Russell C. postanowił spełnić swoje marzenie i co więcej, przekonał do tego osoby od castingu do Les Misérables, które całą obsadę kompletowały chyba w stanie pomroczności jasnej. Russell C. nadaje się bowiem na aktora musicalowego mniej więcej tak jak ja na zdobywcę biegunów. Russell C. nie umie śpiewać w stopniu wręcz katastrofalnym, w związku z czym to wszystko, co muzycznie jest jedną z dwóch najmocniejszych (obok scen zbiorowych) stron omawianego dzieła, czyli konfrontacje Javerta z Valjeanem, wzięło kompletnie w łeb. Z jednej strony mamy bowiem przesterowanego, zadyszanego i mocującego się z własnym falsetem Jackmana, z drugiej - mamroczącego w miejscami dość dalekich okolicach melodii Crowe'a.

Na szczęście są inne wykonania, w których główne role śpiewają ludzie umiejący śpiewać, a muzyka nie jest zarżnięta przez zmianę sporych kawałków z melodyjnych recytatywów w partie mówione (tego pomysłu w filmie już całkowicie nie ogarniam) ani też spowolniona; osobiście moim chwilowo bezwzględnie ulubionym jest londyński koncert z okazji dwudziestopięciolecia (2010). I wszystko byłoby w tej właśnie wersji w porządku, nie musiałabym wykreślać tego przysłówka z poprzedniego zdania, gdyby nie jeden drobny szczegół: również w tym przypadku realizatorzy postanowili spełnić czyjeś marzenie i skończyło się to (muzyczną) katastrofą. Tym razem marzycielem był niejaki Nick Jonas (Marius), na co dzień wokalista boysbandu, chłopak może i śladowo muzykalny, ale potrafiący śpiewająć wyłącznie w manierze boysbandowej, zapewne chwytającej za serce spore rzesze nastolatek, ale do poważnego musicalu nienadającej się w sposób dramatyczny. Między innymi dlatego, że wszelkie partie liryczne natychmiast staczają się w specyficzny zaśpiew i charakterystyczne niewykończone, jakby połknięte frazy. Z innym Mariusem przełknęłabym w tym spektaklu całą niekoniecznie jak na mój gust idealną reszę (Eponine, Cosette i Thénardier - ten ostatni głównie dlatego, że rewelacyjny jest gdzie indziej), bo duet Valjean/Javert wynagrodziłby mi wszystko, a i rewolucjoniści są jeden w drugiego znakomici.

Przyznam bowiem, że niezbyt podoba mi się również to, jak w tym konkretnym wykonaniu oraz w filmie śpiewa Samantha Barks (Eponine), choć niewątpliwie z osób występujących w filmie jest najlepsza technicznie. Niestety jej maniera z kolei jest raczej w stylu r&b, za którym w ogóle nie przepadam, a poza tym średnio się sprawdza w dziele, które oparte jest jednak na tradycjach muzyki klasycznej, z aranżacją na dużą orkiestrę itd. Ani boysband, ani r&b mi do tego musicalu nie pasują (nie pasowałyby takoż do Upiora), za to sprawdza się tu zarówno śpiew operowy jak i śpiewający aktorzy, w związku z czym zachwycają (tak, zachwycają) mnie zarówno występujący wcześniej głównie w English National Opera Alfie Boe (Valjean 2010), jak i nowocześni aktorzy musicalowi Norm Lewis (Javert 2010), Ramin Karimloo (Enjolras 2010) oraz Lea Salonga (Fantine 2010, Eponine 1995), a nawet umiejący śpiewać aktorzy dramatyczni, jak przywołany wcześniej bez nazwiska Alun Armstrong (Thénardier 1995 - jedyny, który nie jest tylko groteskowy, ale również kiedy trzeba - przerażający).

Nadal w warstwie muzycznej nie przekonują mnie postacie kobiece - ich solówki za bardzo jak na mój osobisty gust wyrywają się z dramatycznej całości i brzmią zanadto jak popowe piosenki wplecione w dramatyczną fabułę, która jednak jest przede wszystkim o Valjeanie i Javercie z jednej strony, a o nieudanej i idealistycznej rewolucji z drugiej, i na szczęście w obu tych przypadkach muzyka staje na wysokości zadania. W związku z tym na moim osobistym soundtracku, sklejonym z dwóch wersji koncertowych (a właściwie trzech, jako że "Empty Chairs" wzięłam z kolei z solowego występu Johna Barrowmana, bo Marius jest nieznośny w obu koncertach - w 1995 Michael Ball śpiewa go zbyt manierycznie, jak liryczne role z lat '80, a o 2010 pisałam) role kobiece ograniczyłam do minimum i to raczej scen dramatycznych a nie solówek.

Wrócę sobie teraz do samego początku. Nie mam pojęcia, czy etatowi artyści Opery Śląskiej marzyli o zaśpiewaniu Wagnera, ale na pewno nie powinni byli się na niego porywać. Nie mogę też mieć pretensji do przyzwoitych, choć nieporywających wykonań Gershwina czy Dvořaka. Stanowczo natomiast protestuję przeciwko spełnianiu takich marzeń aktorów, które skutkują takimi sytuacjami jak opisana: że mało brakowało, a obraziłabym się na Les Misérables na wieki i tylko pewnej polytropos gyne zawdzięczam, że tak się nie stało, a nawet zawdzięczam jej pewien stopień fangirlingu. O ścieżce dźwiękowej filmu staram się zapomnieć, aczkolwiek "Stars" z tejże może powinnam sobie puszczać, kiedy na przykład wydaje mi się, że coś, co robię - zwłaszcza z tego powodu, że lubię lub chcę to robić - jest do niczego. Zawsze przecież może być gorzej.

gladiator

PS. Ukułam nawet termin "russelizm" na coś wyjątkowo nieudacznego.

PS 2 (pół dnia później). Przekonana przez jednego z komentatorów zmieniam :"russelizm" na "krowizm", z przeproszeniem wszystkich krów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
       

       Copyright