piątek, 05 grudnia 2014
Wolność, równość i wyższe wykształcenie

Przez blogosferę oraz media społecznościowe przetacza się dyskusja o serii artykułów (bo reportażami trudno to nazwać) poświęconych wyzyskowi i strasznej sytuacji ludzi a to pracujących w polskim Amazonie, a to w szatni [linkuję, bo do tego będę się odnosić dalej]. Bohaterowie tych artykułów mają jedną cechę wspólną (która, nawiasem mówiąc, każe mi wierzyć, przynajmniej częściowo, w spiskową teorię głoszoną przez blogerkę tattwę, że są to postacie w jakiejś mierze powstające w głowach dziennikarzy): mają mianowicie poczucie, że im się należy coś więcej niż praca, którą dostali. Poczucie niepoparte w obu przypadkach żadnymi konkretami (dlatego, między innymi, teksty im poświęcone nie są reportażami), dlaczego konkretnie miałoby im się coś należeć.

Poczucie, że należy się nam coś więcej od tego, co życie samo przynosi,  może być bardzo twórcze, jeśli przeradza się w zdrową ambicję, która popycha nas do działania na rzecz poprawy tego życia. Działania realnego czyli, nie bójmy się tego słowa: wysiłku. Niewątpliwie znacznie łatwiej jest jednak usiąść na kanapie i roszczeniowo narzekać w nadziei, że może społeczeństwo (pracodawca, państwo) przerażone wizją łatki wstrętnego burżuja, jaka może mu zostać przypięta, samo wyciągnie do nas rękę i zaoferuje nam te kokosy za sam fakt tego, jacy wspaniali jesteśmy. Wspaniali, bo bieganie między półkami nas nie satysfakcjonuje zawodowo. Wspaniali, bo coś tam kiedyś studiowaliśmy.

Otóż pretensje te oparte są na specyficznej odmianie egalitaryzmu - przekonaniu, że skoro np. poszliśmy na wyższe studia, to po ich skończeniu coś konkretnego powinniśmy dostać (niestety nie wiedzę, jak wynika z wypowiedzi niezadowolonych, ale głównie pensję odpowiedniej wysokości i/lub pracę zagwarantowaną przez państwo, jeśli nie załapiemy się do sektora prywatnego, a konkretnie takiego, który zapłaci nam zgodnie z naszymi oczekiwaniami za niezbyt ciężkie obowiązki). Koncepcja ta zasadza się na przekonaniu tyleż prawdziwym, co fałszywym. Mianowicie, że skoro wszyscy ludzie są równi, to dlaczego, u diabła, niektórzy są jednak równiejsi? (Znaczy: wiedzie im się lepiej.)

Jestem całkowicie przekonana, że absolutnym fundamentem naszej współczesnej cywilizacji jest pierwszy artykuł "Deklaracji praw człowieka i obywatela" z roku 1789 - "Ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi wobec prawa."* Od tego się na poważnie zaczęło i wszelkie prawa człowieka formułowane później na tym się zasadzają. Ba, mam wrażenie, że lepiej takiej absolutnej podstawy nie da się sformułować. Chciałabym tylko nieśmiało zwrócić uwagę, że w tym pierwszym przykazaniu równości mowa jest o tym, że ludzie są równi wobec prawa - czyli prawo powinno im gwarantować równe szanse - a nie, że są tacy sami czyli mogą to samo osiągnąć.

Tymczasem populistyczny egalitaryzm - bo za taki uważam między innymi wspomniane publikacje oraz koncepcję społeczną opisaną dwa akapity wyżej - usiłuje nam wmówić, że równość oznacza "każdemu po równo", niezależnie od jego wkładu w wykorzystanie tego, co daje mu równość wobec prawa. Pozwolę sobie przypomnieć, że drugie zdanie owego pierwszego artykułu brzmiało: " Różnice społeczne mogą się opierać tylko na użyteczności wobec społeczeństwa"*. 

[Dygresja: pomińmy, proszę, kontekst historyczny, nie spierajmy się w potencjalnych komentarzach o rewolucję i jej koleje (chyba że twórczo, mnie to bardzo interesuje, ale to jednak offtopic), a także przystawalność sformułowań "Deklaracji" do konkretów różnych epok - potraktujmy ten tekst, a konkretnie ten jego fragment, jako idealną wizję i fundament cywilizacyjny właśnie, bo jako to go tu przywołuję.]

Ponieważ komunizm najwyraźniej nie jest cechą przyrodzoną ludzkości, mamy w każdym społeczeństwie grupę ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na dowolny status społeczny - w sensie tego, co mogą dać same pieniądze (pewnych elementów statusu nie da się kupić) - ponieważ po prostu odziedziczyli dostatecznie dużą fortunę. Próby likwidacji tego stanu są z góry skazane na niepowodzenie, bo nawet jeśli wytniemy w pień całą arystokrację/burżuazję albo też pogonimy obszarników na daleką północ i rozdzielimy ich ziemie pomiędzy chłopów i proletariuszy, to w tym, co pozostało, zacznie się na nowo wykształcać elita finansowa - znów, podobnie jak w odległym średniowieczu, w którym rodziły się nowożytne majątki, znajdzie się te kilka procent ludzi bardziej zaradnych i przedsiębiorczych, którzy najpierw choćby i ograniczonymi środkami dozwolonymi przez restrykcyjne prawo zaczną gromadzić dobra i wybijać się w społeczności, a potem osiągną na tyle wpływów, żeby zasady własności zmienić. [Nawiasem mówiąc, oligarcha wcale nie znaczy "człowiek bogaty" czy nic w ten deseń, ale to osobna sprawa.] A wszystko dlatego, że nawet w systemie istotnie gwarantującym prawnie równy start i równe możliwości, nie wyprodukuje się dekretami i deklaracjami ludzi, którzy tak samo będą potrafili z tego skorzystać i dojść do tych samych osiągnięć. Możliwości to możliwości (przepraszam za tautologię), a nie gwarancja określonego rezultatu. To ostatnie zależy od nas. Od nas bardzo od siebie różnych.

Może jeszcze wyraźniej - zwłaszcza w kontekście roszczeń związanych z faktem ukończenia studiów - ilustruje to przykład intelektu. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo byli równi wobec prawa i choćby nie wiem jak było to przez państwo i społeczeństwo realizowane, nie sprawimy, że wszyscy będą intelektualnie tacy sami ("równi"), tak samo jak nie wyrównamy sprawności fizycznej najlepszym programem upowszechniania sportu. Nie zagwarantuje tego najlepszy system edukacyjny ani żadne pieniądze - po prostu ludzie mają zróżnicowany poziom inteligencji i idealny system mógłby co najwyżej dać wszystkim gwarancję tego, że rozwiną swój potencjał zgodnie z tym, jaki on jest. Co więcej, gdyby nawet populacja składała się z samych przysłowiowych Einsteinów, to zgodnie z najprostszym prawem ekonomii ("zasada Pareto") w tej populacji znalazłoby się znów te 20% zdecydowanie bardziej inteligentnych i następnie w ich obrębie jakieś 5% wybitnych. A przeciętny Einstein pracowałby na taśmie (albo w Amazonie, albo w szatni), bo należałby właśnie do przeciętnej. Społeczeństwa identycznych jednostek (lub ich kilku grup, o osobnikach identycznych w każdej z nich) istnieją - na szczęście! - jedynie w antyutopiach. I zadanie domowe dla zwolenników populistycznego egalitaryzmu - dlaczego ten typ literatury nazwaliśmy antyutopiami?

Najłatwiej jest mi oczywiście pisać o kwestii studiów wyższych i związanych z nimi oczekiwań, ponieważ jest to coś, z czym mam na co dzień do czynienia. Uważam za karygodną pomyłkę popełnioną nie wiem, w którym konkretnie momencie naszych najnowszych dziejów (proszę o ewentualne uwagi precyzujące w komentarzach), postawienie na masowość wyższego wykształcenia o charakterze akademickim. Czyli posłanie większości absolwentów szkół średnich na uniwersytety, a raczej zmuszenie uniwersytetów do przyjmowania zdecydowanie za dużej liczby studentów i uzależnienie de facto od tego bytu finansowego uczelni. Spowodowało to nie tylko spospolitowanie wykształcenia akademickiego, drastyczny spadek jego prestiżu i poziomu, zmianę programów studiów na idiotyczne i niczemu nie służące (ani zawodowe, ani akademickie), ale również sprawiło, że nieźle funkcjonujące dotychczas Akademie, Politechniki i Wyższe Szkoły zamiast walczyć o prestiż wykształcenia wyższego zawodowego zaczęły się masowo przemianowywać na uniwersytety oraz, w związku z tym właśnie, dołączać do swoich zawodowych profili kierunki nijak się do nich niemające (np. Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, która o dziwo utrzymała tradycyjną nazwę, posiada obecnie Wydział Humanistyczny, kształcący m.in. psychologów).

Zmiany powinny były pójść inaczej: ku dowartościowaniu, finansowemu i kadrowemu, najlepszych wyższych szkół zawodowych (i tworzeniu nowych na podobnym poziomie), co pozwoliłoby na zwiększenie prestiżu takich profesji jak nauczyciel czy urzędnik państwowy, a ludziom rozważającym taką karierę życiową dałoby solidne podstawy zawodowe. Co więcej, państwo mogłoby w dużej mierze gwarantować ich absolwentom pracę, której wzrastający prestiż miałby szanse przełożyć się na finanse (model Grandes Écoles francuskich). Uniwersytetom zaś - zaledwie kilkunastu w kraju, o wyraźnie zróżnicowanym prestiżu, ale i możliwości podnoszenia poziomu - należało pozostawić kształcenie akademickie: ludzi, którzy albo studiują dla przyjemności zdobywania wiedzy niekoniecznie praktycznej i nie wiążą z wybranym kierunkiem ambicji zawodowych (model najlepszych uniwersytetów angielskich), albo też zamierzają kontynuować karierę naukową. Taka edukacja pierwszej grupie zapewniałaby rozwój intelektualny i start do dość dowolnej pracy niewymagającej konkretnych umiejętności na samym starcie, tym drugim - oczywiście ścieżkę kariery. Taka sytuacja uratowałaby może również humanistykę polską (tę najbardziej humanistyczną i "niepraktyczną"), która w obecnym systemie zepchnięta jest na margines marginesów.

Niestety w efekcie tego kierunku, w jakim poszła reforma szkolnictwa wyższego, mamy teraz walący się na łeb na szyję autorytet i poziom niedofinansowanych uniwersytetów, tłum uczelni niewiedzących tak naprawdę czym są ("uniwersytetów" pedagogicznych, ekonomicznych, technicznych, rolniczych czy medycznych), oraz całkowity brak wyższego szkolnictwa zawodowego na jakimkolwiek sensownym poziomie - bo w tę zaniedbaną niszę wkroczyły mnożące się na potęgę (i nierzadko nagle znikające) pseudoszkoły byleczego, kuszące rzekomym przygotowaniem do konkretnego zawodu.

Drugim efektem tego systemu jest przekonanie każdego absolwenta, że ukończone przez niego studia są pełnowartościowym produktem, który - co więcej - stanowi przepustkę do lepszego świata. A tymczasem 80% tych absolwentów (bo załóżmy nawet, że wszyscy jakoś kończą te studia) nie jest do niczego przygotowana, bo nie da się do niczego przygotować tłumu, w którym przeważają osobniki niezainteresowane niczym poza uzyskaniem dyplomu. Na dodatek w sytuacji, kiedy oblanie studenta i wyrzucenie go ze studiów ma wymierne skutki finansowe. Dopóki to się nie zmieni, postawa roszczeniowa spod znaku "studiowałem, a teraz pracuję w szatni, to niesprawiedliwe, wyjeżdżam" nie zniknie. Wykształcenie akademickie, zwłaszcza jeśli się przez nie przebrnęło na trójach otrzymywanych dlatego, że uczelnia bała się stracić finansowanie, nie jest przepustką do niczego. I używanie go jako argumentu w płaczliwych artykułach o strasznym życiu jest najzwyczajniej pod słońcem nieuczciwością i żerowaniem na populistycznym egalitaryzmie.

A zatem sorry, Dominiko z inkryminowanego artykułu, niezależnie od tego, czy jesteś prawdziwa czy fikcyjna, absolwent absolwentowi nierówny, nawet jeśli przebrnął przez trudny kierunek. (Nawiasem mówiąc, odnośnie tego konkretnego artykułu: akurat na neurobiologii publikacje można mieć bardzo prosto - opiekun pracy magisterskiej, jeśli jest człowiekiem uczciwym i rzetelnym, dopisze do swojej pracy wszystkich doktorantów i magistrantów, którzy brali udział w badaniach.) Jeśli to, że studia skończył, naprawdę go czegoś - czegokolwiek - nauczyło, to powinien wiedzieć, że teraz jego życie jest w jego rękach. Może wyjechać do Norwegii i tam pracować w szatni za nieco lepsze pieniądze. Może próbować jednak znaleźć pracę w swoim zawodzie albo na jego obrzeżach. Może zacisnąć zęby i próbować spełniać swoje marzenia, które popchnęły go na studia - jeśli takowe marzenia istniały. Jeśli naprawdę ma się marzenia i zdrowe ambicje, to mało co z rzeczy powszednich jest w stanie człowieka zniechęcić do ich realizacji. Tylko, jak już wspomniałam, do realizacji ambicji potrzebny jest jeden element: minimum wysiłku.

***

Pozwoliłam sobie o tym wszystkim napisać, ponieważ problem frustracji tym, jak pewne rzeczy działają w Polsce, znam aż za dobrze. Być może zdobędę się kiedyś na notkę coming-outową w kwestii tego, jak wygląda życie człowieka, który postanowił zmienić swoje życie, skończyć drugie studia po doktoracie z pierwszych, a następnie napisać drugi doktorat i robić karierę naukową w drugiej dziedzinie. I wpadł w dziurę prawną, a co za tym idzie finansową, bo polskie regulacje dotyczące finansowania nauki takiej sytuacji nie przewidują. Polskie prawo najwyraźniej nie przewiduje, że dla ludzi niezadowolonych z dotychczasowego życia oprócz drogi narzekania albo marzenia o wcześniejszej emeryturze, może też być droga działania. Dziennikarze też tego nie przewidują, bo moje dobijanie się do mediów w sprawie, wydawałoby się, pozytywnej: pokazania ludziom, że można walczyć z syndromem wypalenia lub błędnymi decyzjami życiowymi, a nie tylko się poddawać, oraz w kwestii dostrzeżenia przez prawo osób o nietypowych życiorysach, nie przyniosło żadnych skutków. Dlatego takie teksty jak ten o "Dominice" sprawiają, że mała gilotynka mi się w kieszeni otwiera (by pozostać w klimatach).

Place de la Bastille

* "Les hommes naissent et demeurent libres et égaux en droits. Les distinctions sociales ne peuvent être fondées que sur l'utilité commune."

niedziela, 23 listopada 2014
Dekalog tłumacza poezji

Dyskusja pod przedpoprzednim wpisem natchnęła/sprowokowała mnie do napisania - zamiast manifestu, który najwyraźniej nie został zrozumiany przez część czytelników - krótkiego nawet nie poradnika, ale zestawu przydatnych zasad warsztatowych, których warto się trzymać, zabierając się za tłumaczenie poezji. Uwagi te dotyczą w ogromnej mierze tłumaczenia poezji tradycyjnej - rymowanej, regularnej, ale większość ma zastosowanie też do wiersza wolnego, którego - wbrew temu, co niektórzy myślą - nie należy przekładać ani dosłownie, ani też bez zwracania uwagi na kwestie formalne, takie jak np. długość wersów. Pierwszy szkic przekładu można sobie zrobić w dość dowolnym momencie (najlepiej, żeby był możliwie wierny, ale i sensowny w języku przekładu), można też oczywiście poprzestawiać punkty albo je łączyć - to nie jest przepis na przekład, ale raczej przewodnik, który może pomóc ominąć najbardziej powszechne pułapki - zwłaszcza braku krytycyzmu wobec własnych dokonań oraz lekceważenia oryginału.

W pracy nad przekładem dobrze jest stosować horacjańską zasadę "nocturna versate manu, versate diurna" - dniem i nocą studiujcie - w odniesieniu zarówno do oryginału jak i własnego tekstu. Czytajmy to w kółko, szukając każdej nietrafnej nuty. Naprawdę nie musi się publikować natychmiast - jakakolwiek ma to być forma publikacji. Jeśli publikuje się "prywatnie" - na blogu, własnej witrynie, forum - to można poprawiać w nieskończoność. Publikując w obiegu "oficjalnym" też można wprowadzać zmiany pomiędzy kolejnymi wydaniami - robili to przecież również sami poeci (i inni pisarze), zapytajcie specjalistów od tzw. krytyki tekstu ;)

Nie piszę tu o rzeczy tak podstawowej jak po prostu zrozumienie wiersza w sensie jego ogólnego subiektywnego odczucia i przeżycia - zakładam to jako pewną oczywistość, bo zazwyczaj tłumaczymy te wiersze, które jakoś do nas przemówiły. Podane rady pomagają w to odczucie wejść głębiej, poszukać tego, jak to, co do nas przemawia, jest zrobione - bo same nasze wrażenia z lektury poezji nie dadzą dobrego przekładu: trzeba jeszcze wgryźć się w szczegóły, także te techniczne. Oczywiście zdarzają się tłumacze, którzy to wszystko, co spisałam poniżej, instynktownie czują. Warto spróbować swoich sił w pastiszu dowolnych poetów - jeśli efekty są dobre, to znaczy, że mamy ucho do poezji i opanowanie warsztatu przekładowego nie powinno być trudne. I jeszcze jedno: zasada "albo piękne, albo wierne" wcale nie działa w przypadku przekładów poezji. To dokładnie taki sam wykręt i wyraz lenistwa jak pisanie przypisów "od tłumacza" wyjaśniających "nieprzetłumaczalne gry słów".

1. Czytajmy wiersz, który chcemy tłumaczyć, w oryginale. Naprawdę. "Naprawdę" czyli zarówno: mówię serio, jak i przeczytajmy go naprawdę, czyli porządnie. Najlepiej najpierw po cichu, potem głośno (albo na odwrót, jak kt  woli), najlepiej kilka razy. Nie musimy przy tym już od razu myśleć, co poeta chciał powiedzieć - po prostu wsłuchajmy się w tekst. Czytajmy całość, jak leci, bez zastanawiania się nad czymkolwiek poza tym, jak to brzmi. Za którymś razem można przesadnie podkreślać akcenty - chodzi o to, żeby naprawdę poczuć melodię i rytm. Czy jest dynamicznie, czy spokojnie. Czy zaskakują nas przerzutnie, czy też wszystko grzecznie mieści się w wersach. Czy przeważają słowa i zdania krótkie, czy długie wysmakowane frazy. I tak dalej. Jak z muzyką.

2. Przeczytajmy go następnie bardziej analitycznie - czyli wczytując się w jego zawartość, nawet jeśli kochamy go od lat i wiemy dokładnie, o czym jest (albo tak nam się wydaje). Zastanówmy się, jak ta "treść" współgra z "formą" - gdzie i dlaczego poeta bierze oddech, zawiesza głos (rytm), bo zapewne ma to jakieś znaczenie. (Biorę tę treść i formę w cudzysłowy, bo na studiach uczono mnie, że ich szkolne rozdzielanie jest błędem, że są one ze sobą nierozerwalnie splecione. Niemniej bez samych terminów trochę trudno, zwłaszcza że przed nami praca raczej analityczna niż interpretacyjna, więc trzeba na początek wiersz rozebrać na części pierwsze.)

3. Rozpiszmy sobie wersyfikację - również w przypadku wiersza wolnego, bo może się okazać, że są jakieś regularności niewidoczne gołym okiem: warto mieć je na uwadze, a na pewno nie należy ich lekceważyć. Rozpiszmy rytm, rozpiszmy - koniecznie! - schemat rymów, jeśli są. Jeśli już zaczynamy pisać szkic, warto sobie zrobić rodzaj tabelki przed wersami - z długościami wersów i schematem rymów. To bardzo ułatwia życie. Nie lekceważmy kształtu wiersza, naprawdę nie lekceważmy. Poeta nagiął do niego swoją wyobraźnię, swoją swobodę językową - i zrobił to celowo. Nie odbierajmy tego aspektu jego dziełu.

4. Postarajmy się przeczytać, co na temat kształtu ("formy") wiersza, ale i jego zawartości ("treści") ma do powiedzenia krytyka/literaturoznawstwo, najlepiej w języku oryginału. Nie wszystko, co wymyślili i napisali specjaliści, ma sens, ale warto poszukać, czy jakiś aspekt formalny, który cudzoziemcowi może umykać, nie jest bardzo istotny, czy pewne obrazy/metafory nie odnoszą się do wcześniejszej tradycji danej kultury albo nie przeszły do języka potocznego - bo to też warto sobie zanotować jako element, który może dobrze będzie uwzględnić przy doborze słów i form w przekładzie.  [Przykład: fraza "tender is the night" z Ody do słowika Keatsa zakorzeniła się w polszczyźnie jako "czuła jest noc" ze względu na przekład powieści Fitzgeralda, w związku z czym zastępowanie jej frazą "noc czuła i cicha" (Barańczak) gubi to istotne kulturowe powiązanie.]

5. Zaznaczmy w tekście (niekoniecznie dosłownie: kolorem czy podkreśleniem, choć warto) te miejsca, które są szczególnie ważne: kluczowe metafory i porównania, powtarzające się obrazy (lub ich przetworzenia), aliteracje, "mocne" rymy (w sensie wagi słów, które znajdują się w pozycji rymowej, coś w ten sposób podkreślając) i inne podobne "mocne" miejsca (np. przerzutnie - przyjrzyjmy się, czy w drugim wersie mamy długą frazę - jak w Pani Twardowskiej: "i biésy | miały słuchać twego rymu" - czy też pojedyncze krótkie słowo jak wystrzał. To ważne). To są te elementy, które powinno się starać zachować w przekładzie w pierwszym rzędzie, bo one organizują materię wiersza, porządkują zawarte w nim myśli. Jeśli nie zdołamy zachować wszystkich takich ważnych elementów, to starajmy się ocalić przynajmniej większość. Ze świadomością rezygnacji z tych, których uratować się nie da, żeby spróbować je jakoś zrekompensować albo zasugerować. Można sobie ułożyć z  nich obraz wiersza jako przekazu - czym do nas przemawia, jakie obrazy i nastroje ewokuje, z jakimi barwami się kojarzy i tak dalej - tu wchodzi to nasze wcześniejsze "odczucie" i "zrozumienie" wiersza. Warto sobie teraz jeszcze raz przeczytać oryginał na głos, zwracając tym razem uwagę na to, jak słowa i melodia dopasowują się do obrazów. W tym miejscu warto też pomyśleć o interpunkcji: nie zawsze musimy się bezwzględnie trzymać oryginalnej, ale też nie należy dzielić, zwłaszcza kropkami, myśli autora inaczej niż to zamierzył: interpunkcja też ma coś do powiedzenia.

6. Wróćmy na chwilę do kwestii stricte formalnej i zastanówmy się, jaka miara wierszowa najlepiej pasuje do oryginału. Mamy tu pewną swobodę: dla polskiej wersyfikacji "epickiej" za najstosowniejszy uważany jest powszechnie trzynastozgłoskowiec, ale równie dobrze sprawdza się jedenastozgłoskowiec (Słowacki napisał nim "Beniowskiego", nie tracąc nic z narracyjności i epickości), który w formach krótkich często jest nawet lepszy. Jeśli w oryginale wersy są różnej długości, to sprawdźmy raz jeszcze, czy jest to regularne - jeśli tak, uwzględnijmy to w swoim schemacie. Jeśli nie, zastanówmy się, czy ważne jest, żeby naśladować dokładnie schemat oryginału, czy nie. Jest to po części zależne od języka - w tych z ruchomym akcentem policzmy jeszcze na wszelki wypadek zestroje akcentowe - może to one są regularne. Jeśli tak - rozważmy zastosowanie wiersza tonicznego lub (lepiej) sylabotonicznego zamiast zwykłego sylabicznego. Jeśli zaś w wierszu wolnym poeta znacząco wydłuża lub skraca wersy względem ich średniej długości (np. wers pięcio- lub mniej zgłoskowy przy zdecydowanej przewadze dziewięciozgłoskowych lub wyżej), to zazwyczaj robi to w celu podkreślenia czegoś i też należy to oddać w przekładzie. Zastanówmy się też nad rymami albo też rezygnacją z rymowania - może zdarzyć się tak, że lepszą strategią będzie porzucenie rymów oryginału, jeśli ich zachowanie na siłę dałoby niedobry efekt (np. angielski posiadając bardzo ograniczoną fleksję lepiej znosi rymy gramatyczne, nowogrecki natomiast może rymować sporo słów brzmiących identycznie, ale mających bardzo różną ortografię - z tym polszczyzna sobie nie poradzi, a w braku homonimów nie warto ich zastępować rymami banalnymi i prostackimi). W miejsce rymów można wprowadzić mocną rytmizację (analogicznie do tego, że poezję metryczną już od Kochnowskiego rzadko tłumaczyło sę metrycznie, stosując raczej miary naturalne dla polszczyzny i izosylabizm) albo zamiast rymów dokładnych oprzeć się na asonansach (to trochę wyższa szkoła jazdy, bo nie wszystkie dobrze brzmią, ale jest to jakieś wyjście); można też zastanowić się nad asonansowymi wygłosami męskimi, ale przy dłuższych formach istnieje ryzyko popadnięcia w monotonię.

7. Zastanówmy się teraz jeszcze raz nad zawartością treściową, słownictwem i obrazowaniem. Co jest z kolei najważniejsze tutaj? Jakaś idea, a może sam nastrój czy też budowanie bardzo plastycznego obrazu za pomocą słów? A może symbolika istotna dla epoki, w której powstał wiersz? Dwa pierwsze dają nam nieco większą swobodę leksykalną, pozostałe - domagają się precyzji językowej. Analizując obraz poetycki zwracajmy uwagę na jego szczegóły, zastanawiając się, czy poeta wybrał je z powodów wyłącznie formalnych (tak, czasami szczegóły oryginału też są dobierane dla rymu czy długości wersu), czy też mają one głębsze znaczenie - estetyczne, ideowe albo eufoniczne. Nie warto być nadmiernym purystą i wiernie się trzymać litery, zwłaszcza tam, gdzie może to dać efekt niezdarności lub złamania decorum - zasady stosowności, w myśl której np. do poezji - z bardzo nielicznymi wyjątkami (głównie część poezji XVII i XX w.) - nie pasuje słownictwo o charakterze "technicznym". [Przykład 1: uważam, że nie warto bić się o "jałówkę" w Odzie do urny greckiej Keatsa, choć w oryginale jest "heifer" - w grecko-rzymskiej tradycji ofiarniczej byk jest co najmniej równie popularny, więc zastąpienie jednego zwierzęcia drugim nic nie zmienia w treści, a zasadniczo zmienia w długości wyrazu i daje większą swobodę w obrębie wersu. Przykład 2: takoż uważam, że nie warto upierać się po polsku na różę piżmow i eglantyny w Odzie do słowika Keatsa, ponieważ jakkolwiek poprawne botanicznie, nazwy te brzmią po polsku zdecydowanie inaczej - w sensie chociażby ich potoczności - niż po angielsku. Warto natomiast umierać za konkretne rośliny w poezji średniowiecznej, jeśli to w nich ukryta jest istotna symbolika.]

8. Być może instynktownie już to czujemy, a może dopiero teraz czas to otwarcie sformułować - każdy wiersz ma swoją "dominantę" (adaptuję tu termin ukuty przez Barańczaka, z pewnymi modyfikacjami) - czasem tkwi ona w "treści", czasem w "formie". Ponieważ prędzej czy później coś będzie trzeba poświęcić, warto zastanowić się, co w danym przypadku jest tą dominantą. Konkretnie: co jest nią dla oryginału i jego autora, a nie tłumacza. Może nas zachwycać formalna maestria, ale jeśli o wymowie wiersza i wrażeniu, jakie robi, w większym stopniu decydują metafory i obrazowanie, to zepchnijmy wierność np. wersyfikacyjną na dalszy plan i skupmy się na tym, żeby językiem ewokować podobne wrażenia jak oryginał. Jeśli jednak wiersz jest kunsztownym popisem formalnym, możemy sobie pozwolić na większą swobodę w podmienianiu elementów, w wymyślaniu innych porównań i metafor. Zazwyczaj wystarczy starać się zachować proporcje między wiernością obu aspektom, ale zasada dominanty bywa bardzo przydatna. Po prostu są teksty, które wymagają w jakimś aspekcie (albo w kilku) niezwykłej precyzji, a są takie, gdzie materię można nieco swobodniej traktować.

9. Nie ufajmy swojej znajomości języka ani słownikom. Jeśli znane nam lub podawane przez słownik znaczenie żywcem nie pasuje do sensu tekstu, szukajmy dalej - w internecie zazwyczaj w końcu znajdziemy właściwe rozwiązanie. Jak nie znajdziemy - pytajmy ludzi, którzy się na danej dziedzinie znają. Sprawdzajmy, czy dziwne połączenia słów nie są wyrażeniami idiomatycznymi - to w sumie zazwyczaj jest ważniejsze w tłumaczeniu prozy, ale warto o tym pamiętać mimo wszystko. Sprawdzajmy, czy słowo, które na pozór nie pasuje do całości, nie miało w czasie powstania wiersza innego znaczenia. Może się też zdarzyć, że przegapimy jakiś szczegół, który zmienia znaczenie. [Przykład: pozornie pasująca do Śpiącego w dolinie Rimbaud rukiew wodna (fr. cresson) tak naprawdę nie ma sensu, bo rośnie w wodzie, a opisany tu żołnierz leży na łące (użycie zaś określenia "skąpany" w tych roślinach jest metaforyczne). Jeśli dobrze poszukać, to wychodzi, że "cresson bleu" to zupełnie inna roślina, jak najbardziej łąkowa - przetacznik bobowniczek, o problemach z którym pisałam w poprzedniej notce.]

10. Zakładam, że na tym etapie mamy już wstępny szkic - jeśli nie, to czas go zrobić. Nie przejmujmy się póki co rymami (chyba że od razu przychodzą) ani nawet długością wersów, załóżmy też od razu, że być może będziemy zmuszeni wyrzucić sformułowania, które uważamy za olśniewająco piękne i trafne, bo przekład jest sztuką kompromisu. Nie przywiązujmy się do żadnego sformułowania ani też do wymyślonych jako pierwsze rymów, ale oczywiście pogimnastykujmy się przez chwilę, starając się te najtrafniejsze i najcenniejsze zachować. Jeśli jednak nijak nie zgodzą się one z formalnymi wymaganiami - wyrzućmy je. Nie warto poświęcać całego wiersza dla jednej, choćby najpiękniejszej, zbitki słownej. Jeśli już ten szkic zrobiliśmy wcześniej - podkreślmy sobie w nim to, co wynika jako najważniejsze z punktów wcześniejszych i zastanówmy się, od czego zacząć żmudną pracę przekuwania tego szkicu w wiersz będący jak najlepszym odpowiednikiem oryginału. Dojście do tego miejsca oznacza tak naprawdę dopiero początek prawdziwej pracy. Teraz zacznie się dopasowywanie rymów, okupione nierzadko łzami nad czymś, co już było takie ładne i właściwe, szukanie synonimów pasujących rytmicznie, przestawianie elementów wersów, żeby średniówka była tam, gdzie powinna, żeby nie było transakcentacji (to bardzo ważne!!!) - a wszystko to w rygorze trzymania się tego, co jest w samym wierszu. [Rada praktyczna: czytajmy swój tekst w kółko tak, jakby go napisał ktoś inny (jeszcze lepiej: dajmy go najpierw przeczytać paru osobom, które możemy poprosić o konstruktywną krytykę. I nie obrażajmy się o nią - taki czytelnik często ma rację. Bywa tak - vide przykład z "niestety" w przedpoprzedniej notce - że nam może się wydawać, że coś jest zestawione dobrze i każdy zrobi oddech tam, gdzie my go założyliśmy. Nie należy tego zakładać, lepiej przerobić tak, żeby zlikwidować pułapki na czytelnika. ]

Ta praca wcale nie musi być długa, czasem nawet nie jest tak naprawdę żmudna. Osiągnięcie zamierzonego efektu w parę godzin jest możliwe i wcale nie musi oznaczać zgody na banalne rymy i trywialne porównania. Czasem iskrzenie między wierszem a tłumaczem jest takie, że za pierwszym podejściem wszystko się świetnie układa, a potem potrzebna jest tylko kosmetyka. Ale jeśli materia jest oporna - nie poddawajmy się, nie idźmy na łatwiznę, nie poprzestawajmy na  półproduktach. Lepiej, żeby tekst się przeleżał w szufladzie niż żeby został jedynie kadłubem lub cieniem tego, czym powinien być. I nie bójmy się krytyki: jeśli przyjaciel, bratowa, nauczyciel czy mama mówi nam, że coś jej nie brzmi dobrze, nie robi tego, żeby pokazać nam, że jesteśmy do niczego, ale po to, żeby naprawdę pokazać, co czytelnika może razić. To zawsze jest jakiś zawód: spędziliśmy nad jedną frazą pół nocy, a tu komuś się nie podoba. Ale to nie powód do obrazy, naprawdę.

Nie bójmy się też przeróbek, kiedy wydaje się, że już wszystko gra. Jeśli choćby jeden element nadal nas niepokoi, myślmy nad nim - może istotnie coś z nim jest nie w porządku i warto to zmienić. Nawet za cenę wywrócenia większości wykonanej pracy do góry nogami i przerobienia większości tekstu, bo koślawe miejsce jest w takiej pozycji, że wymusza np. zmianę rymów w całej strofie. Po prostu - nie zostawiajmy niedoróbek, nie pozwalajmy sobie na bylejakość. A jeśli musimy się poddać, jeśli kompromis jest bolesny (rym musi być niedokładny lub gramatyczny, jakaś metafora nie da się ująć po polsku, jakieś sformułowanie trzeba drastycznie skrócić itp.) - nie ukrywajmy tego przed sobą, pamiętajmy o niedoskonałościach. Za rok może przyjść nam do głowy rozwiązanie, które okaże się idealne.

Na koniec może jeszcze dwie zasady naczelne, które niczym duch nad wodami powinny unosić się nad całą pracą tłumacza poezji (i czegokolwiek innego w sumie też):

Po pierwsze: pamiętaj o decorum czyli stosowności - nie tłumacz wiersza innym stylem (rejestrem) niż został napisany, nie stosuj kolokwializmów, jeśli nie ma ich w oryginale, nie archaizuj na siłę.

Po drugie: nie dopisuj poecie tego, czego w jego utworze nie ma. To jego wiersz, nie twój.

Bruksela, listopad 2014

piątek, 21 listopada 2014
Śpiący w dolinie

Autoreklamowe postscriptum do poprzedniej notki. Na blogu Drakaina ogląda obrazki zamieściłam własną wersję "Le dormeur du val" Rimbauda, o którym to wierszu mowa była w notce poprzedniej. Po namyśle postanowiłam ją zaprezentować również tutaj, bo tu zamierzałam kiedyś pisać o przekładach poezji (a raczej się z nich tłumaczyć). Oryginał na końcu notki, pod obrazkiem.

Śpiący w dolinie

To zielona dolina, w której śpiew strumienia
Niczym szalony trąca łachmany szuwarów
Srebrzyste; którą z dumnych szczytów opromienia
Słońce; to blaskiem światła pieniący się parów.

Młody żołnierz – otwarte usta, goła głowa,
Ramiona zanurzone w barwinków błękity –
Śpi, leżąc w trawie, nad nim obłoków osnowa,
Blady w zielonym łożu, światłością obmytym.

Ze stopami w kosaćcach śpi. Uśmiechu tyle
Co u dziecka chorego; zdrzemnął się na chwilę –
Jest mu zimno, więc ciepłem go, naturo, otul.

Nie drgnie, choć nozdrza jego zapachy owioną;
Śpi w pełnym słońcu, z ręką na piersi złożoną,
W ciszy. Ma dwie czerwone dziury w prawym boku.

Wersja Bronisławy Ostrowskiej z 1911 nosi tytuł "Śpiący w kotlinie" i w sumie już ta kotlina versus dolina była problemem. Kotlina z początku wydawała mi się bardziej przytulna, pasująca do tego wiersza. Potem doszłam do wniosku, że neutralna dolina jest chyba lepsza. Jeśli ktoś ma argumenty za lub przeciw, będę wdzięczna, bo zanim to opublikuję "oficjalnie", pewnie sporo wody upłynie we wszystkich rzekach globu.

Zasadą główną w tym przypadku była jak największa wierność precyzji i prostocie tego wiersza, temu niezwykłemu, subtelnemu dążeniu do zaskakującej pointy. Założyłam, że tu wszystko musi być na swoim miejscu: przerzutnie dokładnie tam, gdzie są i o ile się da, zawierające dokładnie to, co oryginalne (w ostatnim wersie pierwszej strofy to musiałam nieco zmodyfikować, bo żadne jednosylabowe słowo, w dodatku czasownik, tu nie pasowało). Barwy te same. Obrazy w miarę możliwości jak najdokładniej takie same. Dwuznaczności - zachować, ile się da. Stąd wprowadzenie w miejsce "pleut" - światło, które pada (jak deszcz), ale również płacze, tego obmywania - na zasadzie nie tylko neutralnego znaczenia tego czasownika, ale również skojarzenia z obmywaniem ciał zmarłych.

Pod względem układu treści w poszczególnych wersach (bardzo mi zależało na jak największej dokładności, ale wiadomo - względy formalne czasem na to nie pozwalają) poddałam się tylko w ostatnim wersie trzeciej strofy - próby umieszczenia tego chłodu czy zimna na jego miejscu były skazane na porażkę ze względu na rym z wersem ostatnim całego wiersza - a w tym wersie możliwości manewru były bardzo ograniczone. Z tego samego względu dokładniejsze "spokojny" w tym ostatnim wersie zastąpiłam krótszym "w ciszy", w poincie nie należało opuścić ani jednego słowa, a polski ma tę fatalną skłonność do długich słów...

Problemem były także, oczywiście, rośliny. Okazało się, że "cresson bleu" to polski "przetacznik bobowniczek" (nie, nie rukiew wodna, jak chciał jeden z internetowych tłumaczy, nad którym pastwiłam się w poprzedniej notce), który do tradycyjnej jednak poezji żywcem nie pasuje nawet skrócony do przetacznik (znajomi z fejsbuka pamiętają wielką dyskusję o poetycko brzmiących małych niebieskich kwiatkach), stanęło więc na barwinku, który brzmi lepiej, a ma odpowiednio małe i gęste kwiatuszki w gamie kolorystycznej nieodległej od błękitu, a nawet o niego zahaczającej. Z kolei w przypadku "glaïeuls" - gladioli vel mieczyków - potrzebne było coś, co będzie miało jakiś militarno-niebezpieczny posmak, ale mieczyki właśnie wydały mi się zbyt dosłowne: po francusku jednak nie mamy homonimu,ale słowo, które z "glaive" (miecz) może się skojarzyć i od którego pochodzi. Zdecydowałam się na kosaćce, bo mieczyki należą do kosaćcowatych, więc botanicznie daleko nie odchodzimy, a skojarzenie z kosą nie jest aż tak narzucające się.

 Nie do uratowania okazał się - niestety! - paralelizm "trou" i "trous" w pierwszym i ostatnim wersie. Kombinowałam jak się dało - niby przecież większość tych wszystkich słów na określenie różnego rodzaju zagłębień ma wiele znaczeń i na siłę dałoby się je zastosować do poetyckiego określenia ran. Ale wszystko to dawało zupełnie inną poetykę, niepotrzebnie wprowadzało niedosłowność, psuło prostotę wyrazu, więc zrezygnowałam. Z bólem serca. (Koleżanka powiedziała mi zresztą, przeczytawszy Ostrowską a zanim pokazałam jej własną wersję, że "jeśli u ciebie nie ma 'jamek krwawych', to twój przekład już jest lepszy", co utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma co na siłę tego paralelizmu po polsku upychać, bo brzmi sztucznie.) Zrezygnowałam też z idealnie dokładnego rymu między końcem trzeciej strofy i wiersza, ponieważ tu arbitralnie uznałam, że zawartość jest ważniejsza od formy i samogłoski muszą wystarczyć.

I jeszcze słowo w kwestii wersyfikacji: kusiło mnie zabawienie się z bardzo subtelnym w oryginalnym aleksandrynie wygraniem sylab niemych, które w regularny sposób dają części wersów nieco inne brzmienie. Ale eksperymenty z trzynastozgłoskowcem przeplatającym się z dwunastozgłoskowcem, z rymami żeńskimi i męskimi jednak nie przyniosły pożądanych efektów: po polsku te różnice zbyt się wybijały na pierwszy plan.

I to chyba tyle, nie bardzo umiem pisać o poezji, a o swoich dylematach i wyborach napisałam, co do napisania miałam. Ponieważ zaś, jak już wspominałam, niniejsza notka jest powiązana z innym wpisem, bezczelnie jako ilustrację daję tu ten sam obraz, który jest głównym bohaterem tam, a który zrobił na mnie wielkie wrażenie i na dodatek jest dokładnym "negatywem" wiersza Rimbaud (ale o tym na drugim blogu). Émile Betsellère, "L'oublié" [Zapomniany], 1871/72.

Emile Betsellere, L'oublie (1872)

Arthur Rimbaud, Le dormeur du val

C’est un trou de verdure où chante une rivière,
Accrochant follement aux herbes des haillons
D’argent ; où le soleil, de la montagne fière,
Luit : c’est un petit val qui mousse de rayons.

Un soldat jeune, bouche ouverte, tête nue,
Et la nuque baignant dans le frais cresson bleu,
Dort ; il est étendu dans l’herbe, sous la nue,
Pâle dans son lit vert où la lumière pleut.

Les pieds dans les glaïeuls, il dort. Souriant comme
Sourirait un enfant malade, il fait un somme :
Nature, berce-le chaudement : il a froid.

Les parfums ne font pas frissonner sa narine ;
Il dort dans le soleil, la main sur sa poitrine,
Tranquille. Il a deux trous rouges au côté droit.

(1870)

sobota, 15 listopada 2014
Cenzury! Cenzury!

Drodzy czytelnicy, nie wnioskujcie z tytułu, że trzeba się lękać o mój stan umysłowy. Nie zostałam religijnym radykałem, którego uczucia ranią humorystyczne obrazki albo dżender w elementarzu.

Ale naprawdę, naprawdę odkryłam w internecie coś, co wyrzucałabym z niego bezlitośnie. No dobra, mogłabym pójść na ugodę z wolnością słowa i wypowiedzi i stworzyć dla tego osobne internetowe repozytorium, opatrzone etykietami "wchodzisz na własną odpowiedzialność" i "pod żadnym pozorem nie upowszechniać".

Tym czymś są amatorskie tłumaczenia poezji.

To nie jest tak, że te "oficjalne" (czyli takie, które przeszły przez jakiś proces wydawniczy) są zawsze znakomite albo przynajmniej przyzwoite. Ba, nawet te "kanoniczne" bywają, jak się im bliżej i w zestawieniu z oryginalnymi tekstami przyjrzeć, fatalne. Ale nie będę się na tym teraz wyżywać, bo to zupełnie inny temat. Wróćmy do naszych baranów (jak się za chwilę przekonacie, nawet prawie dosłownie).

Amatorskie tłumaczenia tekstów wszelakch są w internecie zjawiskiem powszechnym. Nie będę się wdawać w rozważania nad przydatnością przekładów list dialogowych filmów i seriali niedostępnych w wersji polskiej ani też nad tłumaczeniami twórczości również amatorskiej czyli netowych samizdatów i fanfików. To wszystko jest tak naprawdę własny obieg, fanowski, amatorski z założenia, niewychodzący poza swoją niszę, a poziomem językowym co najwyżej siejący spustoszenie w fanowskich umysłach, co oczywiście powoduje błędne koło - wszyscy piszą źle. Niemniej szkodliwość społeczna zarzynania języka w takich publikacjach jest stosunkowo niska, a i poziom - zwłaszcza tłumaczeń list dialogowych - nie zawsze tragiczny.

Grafomania "autorska" również zalewa internet i to też jest normalne na ogromnej platformie wolnej wypowiedzi. Każdy ma prawo być grafomanem, nikt nie ma obowiązku go czytać. Prowadziłyśmy kiedyś z N taką stronę, na której rozprawiałyśmy się z wczesnymi objawami fantastycznej polskiej grafomanii (takiej jednak z ISBN), ale dziś nie starczyłoby człowiekowi czasu na taką działalność, zresztą stała się ona popularna i podobnych witryn wyroiło się mnóstwo.

Z żadnym z opisanych powyżej zjawisk nie walczyłabym, bo, jak już wspomniałam, szkodliwość społeczna jest niska, a całość stanowi rodzaj nowoczesnego folkloru i raczej nikomu krzywdy nie robi, bo zasada jest taka, że fanfiki i innego rodzaju amatorską twórczość czyta się na własną odpowiedzialność.

Ale z poezją, a konkretnie z jej amatorskimi tłumaczeniami, sprawa ma się nieco zasadniczo inaczej. Poezja, zwłaszcza wielka poezja, to nie jest tekst, który można potraktować li i wyłącznie google translatorem albo pobieżną lekturą i przepisaniem na chybcika w języku przekładu, dodając na ozdobę i jak popadnie trochę rymów, jeśli były w oryginale.

Dobry wiersz, niezależnie od tego, co o twórczości poetyckiej uważamy: że poeta napisał go pod natchnieniem albo w pijanym widzie i nic nigdy w nim nie zmieniał, czy też że cyzelował go przez lata, jest wytworem wyobraźni, której większość z nas nie posiada, bo w przeciwnym razie wybitnych poetów byłoby znacznie więcej, a grafomanów znacznie mniej. Rzemiosła poetyckiego da się do jakiegoś tam stopnia uczyć, ale i tak naprawdę liczy się nieuchwytne coś, co już dawno dawno temu nazywano nescio quid czy też je ne sçay quoi czyli niewiadomym. Geniuszem. Natchnieniem. Niezwykłą wyobraźnią. Niebanalnymi skojarzeniami. Mistrzostwem językowym. Wszystkim tym na raz i jeszcze dużo więcej.

Tłumacząc poezję trzeba zatem przede wszystkim pamiętać o poecie. Moim skromnym zdaniem efekty tłumaczenia poezji przez innych wybitnych poetów zazwyczaj są marne, ponieważ nawet jeśli (podkreślmy to jeśli) efekt ostateczny jest poetycko ciekawy, to zazwyczaj jest on wypadkową wyobraźni poetyckiej obu poetów, a nie wsłuchaniem się w to, co miał do powiedzenia ten pierwszy. Bywa też tak, że np. za tłumaczenie poezji dawnej, która rządzi się prawami formalnymi, niekiedy bardzo ścisłymi, biorą się poeci, których domeną jest wiersz wolny, w związku z czym na melodię poezji wierszowanej i rytmicznej w sposób sztuczny są nieczuli lub wręcz głusi. Bywa też tak, że poetyka epoki do tego stopnia dominuje ich wyobraźnię, że dostajemy na przykład młodopolskiego Szekspira, pełnego uniesień w miejscach, gdzie przydałby się prosty, dosadny język.

Krytykuję przekłady na chybcika, ale nie twierdzę wcale, że nie da się dobrze przetłumaczyć wiersza w parę godzin - da się, jeśli zdarzy się tak, że coś w umyśle i wyobraźni tłumacza współgra idealnie z tłumaczonym poetą albo konkretnym utworem. Że po prostu forma układa się sama, a treść jej nie umyka. Ale zazwyczaj praca jest żmudna, bo tam, gdzie pasuje rym, zjada on zbyt wiele zawartości oryginału, a chcąc być wiernym temu, co zawiera obraz poetycki, tracimy odpowiedniość środków formalnych. Żmudność polega tu na trwającym niekiedy długo poszukiwaniu złotego środka. Na konieczności rezygnacji z idealnej metafory, porównania, obrazu, bo trzeba znaleźć kompromis. A niestety w przypadku poezji posługującej się tradycyjnymi środkami - a o takiej głównie tu piszę - wynikiem kompromisu nie powinien być niedokładny lub arcybanalny rym ani też (tym bardziej!) wers o niedobranej długości.

Nie wierzę również w konieczność spędzania nad przekładowym opus magnum połowy życia. Jeśli przełożenie liczącego nawet kilkadziesiąt czy kilkaset wierszy dorobku poety zajmuje komuś kilkadziesiąt lat, to zazwyczaj znaczy, że tak naprawdę tej poezji nie czuje, gdzieś w głębi duszy o tym wie, ale nie potrafi się przed samym sobą przyznać. A przekład jak był niedobry w dniu, w którym został szkicowo ukończony, tak niedobrym będzie i po półwieczu. Oczywiście przyjmuję, że może zdarzyć się taki wiersz (ale zazwyczaj są to pojedyncze utwory), który istotnie bardzo długo nie potrafi znaleźć swojego właściwego wyrazu - i w ten sposób może on psuć plany wydania całości. Ale to są przypadki odosobnione. A już zwłaszcza bardzo trudno jest wierzyć w te lata twórczego trudu, kiedy efekt, który otrzymujemy do czytania, jest delikatnie mówiąc marny i z oryginalną twórczością mający niewiele wspólnego.

Jak zwykle trzeba znać umiar, własne ograniczenia i szukać złotego środka. Z oporną materią nie iść na łatwiznę i proste kompromisy, ale też nie dać jej zniszczyć większego projektu. A przede wszystkim raz jeszcze i w nieskończoność: słuchać poety, czytać poetę, rozbierać wiersz na części pierwsze, czytać jego dobre analizy, bo często unikają nam - nawet władającym językiem oryginału mniej lub bardziej doskonale - właściwości formalne, o których nawet nie śniliśmy. Dla efektu końcowego mogą być one kluczowe.

Tłumaczenie poezji jest trudne z jeszcze jednego powodu - wymaga pokory i ukrycia samego siebie za kimś innym. To nie jest pole do popisu dla naszej własnej wyobraźni, to jest domena, w której musimy jak aktorzy ze szkoły Stanisławskiego stać się kimś innym, zacząć myśleć jak on. Oczywiście, nie trzeba psychologizować, wrzuciłam tego Stanisławskiego trochę dla efektu: wiele da się osiągnąć dyscypliną umysłową, zrozumieniem i słuchowo-wzrokowym ogarnięciem materii, metoda dotyczy raczej wczucia się językowego niż mentalnego. Bo naprawdę czasem musimy porzucić nasze preferencje językowe, napisać coś, co dla nas osobiście może być chropowate i nieprzyjemne, bo z oryginału tak właśnie wynika. Poety nie należy poprawiać. Nie wolno mu zbyt dużo dodawać - jeśli już poszerzać metaforę ze względów formalnych to tak, żeby było to w miarę niezauważalne, żeby ta nowa treść się nie narzucała jako istotny element tekstu, żeby była w miarę możliwości przezroczysta. Żeby służyła za tło temu, co jest w oryginale. Tłumacz powinien być dostrzegany (przez krytykę) dlatego, że całkowicie znika za poetą, a nie dlatego, że jest widoczny w materii słownej. (Uwaga: nie chodzi o to, że tłumacz ma nie być rozpoznawalny; chodzi o to, że nie ma być rozpoznawalny po własnym idiomie identycznym u każdego przekładanego poety, ale po precyzji językowej odpowiedniej dla każdego przekładanego poety.)

Uff. Manifest napisałam, to teraz wróćmy wreszcie do baranów.

W internecie plenią się również tłumaczenia poezji. Wielkiej poezji. Tej największej. Plenią się najczęście dlatego, że ludzkość ma potrzebę zmierzenia się z czymś, co się tej ludzkości spodobało. Czasem w oryginale, czasem w innym polskim przekładzie. Wróć: nie zmierzenia się, bo to jednak zakładałoby jakiś wysiłek intelektualny. Po prostu napisania własnymi słowami. W jakiś tam sposób powinno to się wydawać chwalebne: ludzkość chce poezję bliżej poznać. Tylko to wychodzi zupełnie tak jak z nieszczęsnym bohaterem Myszy i ludzi Steinbecka, bezwiednie zabijającym różne łagodne stworzenia i ludzi, ponieważ nie zdawał sobie sprawy ze swojej fizycznej siły i nie potrafił jej kontrolować. Z internetowymi zabójcami poezji jest dokładnie tak jak z owym Lenniem: oni nawet nie zdają sobie sprawy, że coś skrzywdzili. Jak on: z miłości i przez niezdarność.

Żeby nie być gołosłowną, przytoczę kilka przykładów. Wyłącznie tych, które rzuciły mi się szczególnie w oczy i uszy w związku z własnymi zmaganiami, bo tu wiem, jakie pułapki czają się na tłumacza. A zawsze po wykonaniu pierwszego szkicu przeglądam jak najwięcej różnojęzycznych przekładów, żeby z jednej strony wczytać się w to, co inni wyczytali w tekście oryginału, z drugiej zaś - żeby w razie czego nie powtarzać rozwiązań już istniejących, jeśli nie są one oczywiste i konieczne. Nie podaję linków ani nazwisk, kto zechce - i tak znajdzie; tłumaczy oznaczam jednakowoż numerkami, bo cytuję kilku różnych.

Przykład pierwszy - William Wordsworth, Daffodils (T1)

Tańczył też zastęp fal, niestety,
Nie tak wesoło, jak żonkile ...

[The waves beside them danced; but they
Out-did the sparkling waves in glee ...]

Drogi T1, niestety to "niestety" tak bardzo się narzuca w pierwszym z zacytowanych wersów, że wychodzi to tak, jakby poeta ubolewał nad tańcem fal. Czegokolwiek byś nie stworzył w pozostałych strofach (a nie stworzyłeś nic wybitnego), te dwa wersy i tak przekreśliłyby całą robotę i kazałyby ją wrzucić do kosza.

Przykład drugi - John Keats, Ode on a Grecian Urn (T 1)

 Cicha formo, co sądom naszym na złość robisz

 [Thou, silent form, dost tease us out of thought]

W sumie najlepiej pozostawić to bez komentarza, bo cisną mi się na klawiaturę wyłącznie złośliwości. Powiem tyle: decorum! decorum!

Przykład trzeci - Arthur Rimbaud, Le dormeur du val (T2)

Tam, w bruździe zielonej, gdzie rzeka śpiewa,
Rozczesując traw srebrzyste warkocze
Szaleńczo. Tam gdzie blask słońca dojrzewa,
Opadając dumnie na doliny zbocze,

Tam w deszczu promieni śpi żołnierz młody.
Wyciągnął się w trawie, usta rozchylone,
Goła głowa niknie pośród świeżych łodyg
Rukwi: posłanie pod niebem zielone.

[C'est un trou de verdure où chante une rivière,
Accrochant follement aux herbes des haillons
D'argent ; où le soleil, de la montagne fière,
Luit : c'est un petit val qui mousse de rayons.

Un soldat jeune, bouche ouverte, tête nue,
Et la nuque baignant dans le frais cresson bleu,
Dort ; il est étendu dans l'herbe, sous la nue,
Pâle dans son lit vert où la lumière pleut.]

Tu musiałam niestety zacytować więcej, bo co wers to problem. Po pierwsze T2 krytykując - słusznie - jedyny* dostępny "oficjalnie" przekład Bronisławy Ostrowskiej za młodopolszczyznę, sam w nią lekko wpada z tym rozczesywaniem traw warkoczy oraz dojrzewaniem słońca. Po drugie od przerzutni w tym tekście bolą zęby (dalej jest jeszcze: "Śpi z nogami w mieczykach, w uśmiech złożone | Ma wargi."). Po trzecie chwalony na forum, na którym ten tekst został zamieszczony, za brak naddatków, przekład ten naddaje coś, co go całkowicie kompromituje: "wyciągnięcie się w trawie" jako intencjonalną czynność opisywanego tu człowieka. Przy tym nadużyciu wobec oryginału, niszczącym całkowicie jego wyraz i koncept, darować sobie można nawet krytykę tej niknącej wśród łodyg rukwi głowy, która jako żywo w oryginale jest widoczna bardzo dobrze, a także częstochowskie rymy w pierwszej strofie oraz niedbałość wersyfikacyjną.

Przykład czwarty - to samo (T3)

To jest jama zieleni rzeką śpiewająca,
Co szaleńczo zaczepia trawy gałganami,
Srebrna, gdzie słońce, dumna góra lśniąca,
To jest mała dolina, która kipi promieniami.

(...)

Przyroda kołysze go czule, lecz zimno mu.

[Nature, berce-le chaudement : il a froid.]

Ponieważ nie chce mi się przepisywać całej tej grafomanii, dodam, że od drugiej strofy do samego końca rymowanie stopniowo zanika, co skądinąd nie ma wielkiego znaczenia, zważywszy poziom częstochowizmu rymów w strofie pierwszej. Chwała należy się T3 jedynie za to, że zauważył paralelizm między pierwszym i ostatnim wersem (trou/trous; tu: jama/jamy, niezbyt skądinąd szczęśliwy wybór), ale poza tym jest to przykład twórczości tyleż radosnej, co domagającej się starcia z powierzchni ziemi. Osobiście nie ogarniam już pierwszej strofy z nie wiadomo czym srebrnym i ze słońcem jako dumną górą. No i urzekł mnie oczywiście ten wygłos z "zimnomu".

Przykład piąty - Percy Bysshe Shelley, Ode to the West Wind (T1)
(uwaga, dochodzimy wreszcie do baranów!)

Ty, który świece pogrzebowe palisz
Rokowi, co umiera – jego zaś się stanie
Ostatnia noc sklepieniem sepulkralnej niszy.
(...)
Sprawiasz, że Atlantyku płaskie wody zieją
Przepaścią, a poniżej w morskim kwieciu chowa
Się muł i suchych liści porastają knieją
Głębiny
(...)
Rozrzuć po świecie moje słowa pośród ludzi
Jak z niewygaszonego pieca iskry chyże!
Przez me usta bądź ziemi, którą trzeba zbudzić,
Trąbą proroctwa, Wietrze! Zima coraz bliżej,
Dalekoż za nią Wiosna, gdy się owce strzyże?

[Thou dirge | Of the dying year, to which this closing night
Will be the dome of a vast sepulchre
Vaulted with all thy congregated might
Of vapours
(...)
Thou | For whose path the Atlantic’s level powers
Cleave themselves into chasms, while far below
The sea-blooms and the oozy woods which wear
The sapless foliage of the ocean,
(...)
Scatter, as from an unextinguished hearth
Ashes and sparks, my words among mankind!
Be through my lips to unawakened Earth
The trumpet of a prophecy! O Wind,
If Winter comes, can Spring be far behind?]

Jeśli ktoś pożądał autentycznej przekładowej grafomanii, oto ona w formie klinicznie czystej. Sepulkralnie sklepiona brednia pierwszego fragmentu chyba nie wymaga komentarza. Sięmuły to zapewne jacyś krewni Mickiewiczowskich murwali**, a knieja suchych liści w głębinie morskiej to oksymoron, którego nie wymyśliłby Jan Andrzej Morsztyn, szkoda tylko, że nieobecny w oryginale (oksymoron, nie JAM). A potem ta końcówka, gdzie człowiek już nie wie, czym robić facepalm...

Ta końcówka, to nieszczęsne strzyżenie owiec, to jest coś, za co T1 powinien zostać skazany na przepisanie milion razy wiersza Shelleya w oryginale. Najlepiej na murze i pod czujnym okiem rzymskiego centuriona. To jest bowiem coś, co gdyby poważnie potraktować ten przekład, mogłoby całkowicie odmienić interpretację wiersza - w miejsce romantycznego buntu na sam koniec pojawia nam się klasycystyczny sielankowy obraz! (Już widzę te wypracowania i opracowania o tym jak to Shelley w ostatnim wersie odrzuca wszystko, co powiedział wcześniej i tak dalej i tak dalej.)

Dobra. Czas na pointę. Bo w sumie to wszystko jest zamieszczane albo na forach wzajemnej literackiej (częściej: grafomańskiej) adoracji, albo na prywatnych stronach różnych osób, które w zakładkach "o mnie" najczęściej wypisują sobie dumnie "tłumacz", czasem nawet "poeta i tłumacz", choć cała ich twórczość nigdy nie wyszła poza fora i własne witryny. Czyli teoretycznie mamy do czynienia ze zjawskiem analogicznym do istnienia w necie fanfiction i amatorskich list dialogowych.

Jest jednak pewna różnica. Te pożalsięboże "przekłady" mają dalsze życie. Są rozpowszechniane - między innymi dlatego, że część tych wierszy znajduje się na takiej czy innej liście lektur (a w necie nie ma innych przekładów, po części ze względu na prawo autorskie), ale też dlatego, że "niektórzy lubią poezję" i tworzą strony z wierszami, kompletnie w swojej miłości do poezji nie zauważając, że propagują jej groteskowe truchła oraz grafomańską twórczość innych im podobnych, którzy bezkrytycznie mienią się tłumaczami poezji. Dalej z tych internetowych kolekcji trafiają one do serwisów brykowych, ponieważ, jak już napisaliśmy, innych przekładów nie ma w sieci. Następnie te gnioty są czytane przez szkolną młodzież i trafiają do obiegu, co nobilituje różnych T1-3 i utwierdza ich w przekonaniu, że są tłumaczami.

A co z samymi dziełami? Funkcjonują okaleczone, groteskowo zdeformowane. Brzmią tak, że nie sposób sobie wyobrazić, na czym miałaby polegać ich wielkość. Co gorsza, poprzez swoje funkcjonowanie wywołują głuchotę czytających na poezję. Ergo: obecność i wysokie pozycjonowanie tych koszmarków w necie autentycznie szkodzi. Krzywdzi poetów, ich dzieła, krzywdzi też czytelników.

I właśnie dlatego marzyłabym, żeby ich radosna twórczość, którą mogą sobie uprawiać, ile chcą, na własnym podwórku, nie miała szans na szersze funkcjonowanie. Żeby nie dało się jej powielać i upowszechniać. Żeby nie myliła ludzi szukających danego tekstu pozorem swojej legitymacji do reprezentowania oryginalnego twórcy. Bo to już nie jest kwestia osobistej potrzeby pisania pana X lub Y, który jest grafomanem i lubi przelewać słowa na papier lub ekran. To jest wypaczanie czyjegoś dzieła, odzieranie go z talentu, sprowadzanie do własnej grafomanii.

Mam osobiście wrażenie, że to jest poważniejsza szkoda dla kultury niż ściąganie z netu piosenek i filmów. Tylko że nie ma tu wielkich pieniędzy, które mogliby zarobić spece od praw autorskich, nie ma koncernów reprezentujących interesy żyjących dawno poetów. Można ich w związku z tym bezkarnie deptać, kaleczyć i strzyc. Jak barany.

Podcięte skrzydła

* Nie udało mi się wyśledzić żadnego innego, Ostrowska funkcjonuje nawet w czterotomowej Antologii  poezji francuskiej wydanej stosunkowo niedawno.

** W Powieści Wajdeloty w przeciwieństwie do większości znanych mi osób nie dostrzegłam w dzieciństwie (a nauczono mnie tego na pamięć jak miałam jakieś siedem lat) Zwierza Alpuharego (co najwyżej Zwierza [z] Alpuhary), za to zdecydowanie widziałam tam "okopy murwali", które uważałam za jakiś gatunek waleni. Naprawdę. I nie pytajcie, co zdaniem siedmioletniej Drakainy walenie robiły pod murami Granady.

czwartek, 07 sierpnia 2014
Luźne notatki okołoliterackie

(Disclaimer: z góry przepraszam za brak sensownej tezy i chaos tej notki. Nie uporządkowało się, a chciałam o tym wszystkim coś napisać, bo mnie dręczy.)

Magazyn Świąteczny Gazety Wyborczej od jakiegoś czas wypytuje różne osobistości o ich lektury - jest to, jak mniemam, jakiś kamyczek w ogólnej promocji czytelnictwa. Jak się nietrudno domyślić, większość wypowiedzi to po prostu wspomnienia i opowiastki o ulubionych czy też znaczących książkach każdego odpytanego, więc nie jest to lektura powalająca poziomem intelektualnym. Aktorzy, reżyserzy i inni celebryci (raczej z wyższej półki) wymieniają kolejne tytuły i opatrują tę listę mniej lub bardziej ciekawym komentarzem.

Wśród tych wypowiedzi wybija się refleksja Tadeusza Gadacza, który, jak przystało na filozofa, daje refleksję szerszą, nie tylko wspomnieniową, ale - nazwijmy ją tak umownie, filozof wybaczy - egzystencjalną. Dotyczącą bowiem istnienia oraz wartości literatury jako takiej. Gadacz tezę stawia mocną i odważną (i daje ją w tytule swojej wypowiedzi dla podkreślenia wagi): "Literatura skończyła się w połowie XX wieku". Argumentuje to następująco: "Jestem dość konserwatywny i uważam, że literatura skończyła się w połowie XX wieku, mam problem z percepcją wszystkiego, co było potem. Literatura musi nieść istotne filozoficzne przesłanie, dawać jakąś fundamentalną prawdę o człowieku - jeśli tego nie ma, nie jestem w stanie wytrzymać, odrzucam. (...) W literaturze szukam odpowiedzi na pytania o kondycję człowieka, o sens ludzkiej egzystencji, nie szukam nigdy pocieszeń. Zresztą ta prawdziwa ich nie daje. Daje zrozumienie, uspokojenie. Pokazuje niedomknięcia, konieczność balansowania na niestabilnym gruncie, jakim zawsze jest życie."

W kwestii funkcji i celu literatury (sztuki, muzyki i ogólnie kultury) nie zgadzam się z autorem tej wypowiedzi dość fundamentalnie, nie odrzucam bowiem kultury "pocieszenia" ani nawet tej stricte eskapistycznej. Wręcz przeciwnie - uważam, że jest niezwykle potrzebna, a poza tym najzwyczajniej pod słońcem daje mi radość i estetyczną bądź fabularną przyjemność. Nie widzę nic zdrożnego w sztuce dla sztuki. Owszem, na dłuższą metę wolę obraz, który mnie prowokuje intelektualnie od ślicznego obrazka, w którym jest jedynie estetyka (i jest to powód, dla którego dość nisko na mojej skali ogólnego lubienia stoi większość impresjonizmu), podobnie mam z wierszami (dlatego Kawafis jest o Empire State Building nad Pawlikowską-Jasnorzewską), ale za to wcale nie lubię czytać np. tekstów filozoficznych. (Skądinąd to zabawne, bo sam Gadacz deklarujący nielubienie literatury pocieszającej powołuje się na Boecjusza i jego "pocieszenie, jakie daje filozofia" - może więc chodzi tylko i wyłącznie o to, jakiego pocieszenia kto szuka? Nie można od każdego wymagać, żeby szukał go w wysublimowanym wysiłku intelektualnym.)

Pośrednio zgadzam się natomiast z główną tezą postawioną przez autora: dla mnie również literatura - ta głównonurtowa - w dużej mierze skończyła się jakieś zapewne będzie już pół wieku temu. Niemal wszystkie próby przeczytania czegoś z tych okrzyczanych nowych powieści głównonurtowych właśnie - kończyły się porażką. Jeśli ktoś miał mi ostatnio coś ciekawego do powiedzenia - w duchu tego, jak o conditio humana w literaturze upomina się Gadacz - to byli to pisarze zajmujący się zasadniczo ambitną fantastyką, z Jackiem Dukajem na czele.

Ale zaczęłam właściwie od końca. Ten artykuł sprzed kilku miesięcy wyskoczył mi w formie linka od innej wypowiedzi, która po prawdzie jest ważniejsza. W tymże samym Magazynie, ale zupełnie ostatnio, pojawił się felieton Kazimierza Orłosia (pisarza raczej drugoligowego, ale, co istotne, starszego pokolenia) poświęcony najnowszej literaturze. I mam wrażenie, że to, co w swojej wypowiedzi o własnych lekturach Gadacz pozostawia domysłowi czytelnika, nie rozwijając wątku pustki od drugiej połowy XX w., Orłoś dopowiada.

Znów nie zgadzam się do końca z jego wszystkimi tezami - przede wszystkim jakoby nie dało się dobrze pisać z wyobraźni i absolutnie koniecznie było doświadczenie. Zgoda, nie sposób pisać o czymś, czego się kompletnie nie zna, na podstawie wikipedii i innych mądrości internetowych - a ten błąd namiętnie popełniają przede wszystkim autorzy marnej fantastyki i powieści historycznych (albo, co gorsza, melanżu obu tych gatunków), produkując w efekcie idiotyzmy naukowe bądź obyczajowe. Wydaje mi się jednak, że niekoniecznie trzeba być obserwacji, wzorów i doświadczenia świadomym, żeby pisać dobrą literaturę, a tak zdaje się sugerować tekst Orłosia.

Najważniejsze w tym tekście wydaje mi się jednak co innego: ktoś wreszcie odważył się powiedzieć (odnośnie młodej polskiej literatury), że król jest nagi. Przytoczę in extenso: "Czytając książki autorów z młodego i średniego pokolenia, mam także wrażenie, że coraz mniej chodzi tu o opisanie życia, egzystencji i losów ludzkich, ale przede wszystkim o szokowanie czytelnika, epatowanie obrzydliwościami i skandalizowanie. Jak również o szczegółowe opisywanie aktów seksualnych, jak z poradnika erotomana, w czym przodują niektóre młode autorki."

Lektura tych dwóch tekstów o literaturze przypomniała mi wakacyjne rozmowy z N. o jednym z ostatnich "głośnych debiutów", powieści nominowanej do co najmniej dwóch uważanych za prestiżowe polskich nagród literackich. Powieści, od której odstraszają mnie już opisy w wypowiedziach reklamowych i krytycznych, frazy w rodzaju "ponowoczesna depresja", ale przede wszystkim streszczenia zaczynające się od tego, że znudzona pracą w korporacji kobieta ucieka w alkohol, narkotyki i ogólną autodestrukcję. I że na dodatek nie ma w książce potępienia dla takiej postawy, ale rodzaj akceptacji. No więc wtedy po pierwsze coś we mnie zaczyna krzyczeć: To już było! To już było do znudzenia milion razy! Potem myślę sobie: O, kobieta napisała Pod wulkanem o kobiecie. Ale zaraz zaraz: właśnie to już było. A ponieważ nie znoszę Lowry'ego, to autorka P. ma u mnie słabe szanse. Następnie czytam kolejne recenzje i myślę sobie, że to są kolejne flaki, bebechy, potem dochodzi do mnie, że autorka jest osobą bardzo ale to bardzo młodą, ergo nawet o wypaleniu i depresji spowodowanej nudą życia może mieć pojęcie bardzo marne. Ale tak czytam i czytam, wszyscy się zachwycają: mocny debiut, odwaga, poczucie humoru, głęboka psychologia, książka o granicach kobiecego upokorzenia. (Na szczęście już pisząc tę notkę wpadam wreszcie na głosy negatywne i oddycham z ulgą: są jeszcze blogerzy, którzy myślą.)

Efekt jest taki, że chcę do książki zajrzeć (ale nie mam najmniejszej ochoty wydać na nią kilkudziesięciu złotych, nie mówiąc już o zajmowaniu sobie miejsca na półce - miejsca, którego dawno już nie ma): udaje mi się znaleźć kawałek e-booka z kilkoma rozdziałami. I co? I jak na moje ucho jest to proza marna. Pretensjonalna do bólu. Momentami prostacka językowo. Poczucie humoru (wysilam się, żeby je znaleźć) nie jest moim poczuciem humoru - ale to kwestia subiektywna. Równie subiektywne jest oczywiście to, że po tych kilku rozdziałach kompletnie mnie nie interesuje, co wydarzyło się pomiędzy zapowiedzianym na wstępie finałem fabuły a jej początkiem. Bohaterka jest mi w najlepszym razie doskonale obojętna, z potencjałem na sporą irytację. Drażni mnie też sposób prowadzenia narracji, taki nieporadnie gawędziarski (może tu część krytyki upatruje humor i ironię?). Na pewno technicznie jest to powieść lepsza od moich ulubionych złych lektur czyli książek "wydawanych" w internetowym samizdacie przez różnej maści grafomanów, na pewno od większości z nich literacko oryginalniejsza - ale to nie jest różnica między poziomem morza a nawet Tatrami, że o Himalajach nawet nie wspomnę. To jest różnica między poziomem morza a w najlepszym wypadku Beskidem Niskim.

Natomiast uderza mnie w tej książce od pierwszych stron to, o czym pisał Orłoś: mam wrażenie, że jest to powieść obliczona, skalkulowana na sukces. Ma być prowokująca, skandalizująca, ma używać mocnych sformułowań, ma szokować. Ale tak naprawdę ma postawić krytyka w trudnej sytuacji: krytyk ma być zdezorientowany, bo szokująca materia i język stały się wyróżnikami literackiej wybitności, a ta powieść tym wszystkim wręcz bezczelnie epatuje. Krytyk ma więc dostrzec tę powierzchnię, ale już nie zauważyć topornej narracji, niezgrabnych zdań jak z opowiadania pisanego przez nastolatkę do szuflady (sama też pisałam, więc wiem).

Nie będę się szczegółowo wypowiadać o fabule, bo nie mam całości tekstu, a ta notka nie jest recenzją tej powieści - dlatego nie wymieniam jej z tytułu, a autorki z nazwiska. Byłoby nieuczciwością pisać o książce, której się w całości nie przeczytało: problem jednak w tym, że fragment, z którym się zapoznałam, wraz z bardzo szczegółowymi recenzjami od zachwyconych po wytykające autorce, że nie ma pojęcia o piciu, nie zachęca mnie do dalszej lektury.

Powieść ta jest dla mnie raczej egzemplifikacją tego, o czym pisze przede wszystkim Orłoś, ale pośrednio również Gadacz: pewnego rodzaju pychy pisarskiej (że o tym epatowaniu, szokowaniu i skandalizowaniu nie wspomnę). Jest ona cechą zarówno internetowych grafomanów (poleciłabym stronę jednego takiego, która przysporzyła mi sporo radości, ale postanowiłam sobie w tej notce nie rzucać nazwiskami autorów), jak i autorów na tyle przebojowych, że swoje dzieła są w stanie sprzedać wydawnictwom i, co więcej, uwieść krytykę. Pychy, która każe im myśleć: napisałem, a więc jest wielkie. Sęk w tym, że to jest myślenie bardzo niedojrzałe, na miejscu, kiedy piszemy wiersze i powieści w liceum, trochę nieprzystające komuś, kto literaturą chce się parać na serio.

(Na marginesie: Znam parę osób, które coś tam sobie piszą - zazwyczaj z ambicją wydania tego w jakiejś nieokreślonej przyszłości. Niektórzy nawet wydają, dzieła zazwyczaj przeciętne. Niektórzy z tych, którzy piszą najlepiej, jak dotychczas nic nie wydali, bo mnóstwo czasu zajmuje im research, tworzenie świata i postaci, konstruowanie fabuły, dopracowywanie stylu. Czasem dręczy ich ciągła niepewność, czy to, co stworzyli, ma jakąś wartość. To oczywiście drugi biegun od tego przekonania, że stworzyło się arcydzieło: zmierzamy ku Josephowi Grandowi z Dżumy i jego wiecznie cyzelowanemu zdaniu o amazonce.)

Pretekstowa konkretna powieść, do której się tu odniosłam, jest dla mnie również jakimś dziwnym tworem z jeszcze jednego powodu. Otóż mam wrażenie, że mogłaby to być "literatura dla kucharek" à rebours, gdyby tylko autorka naprawdę miała dystans do tego, co tworzy. Bo przecież sytuacja, kiedy znudzona pracą w korporacji kobieta rzuca tę pracę i znajduje ucieczkę w czymś innym, to dokładnie sytuacja z różnych romansideł i popularnych obyczajówek autorek, których nazwisk konsekwentnie też nie wymienię. Tylko zamiast sielskiego życia na wsi mamy tu destrukcyjne zachowania i degrengoladę. Gdyby autorka P. wymyśliła sobie tę powieść w ten sposób, może i byłaby to ciekawa powieść. Ironiczna. Mówiąca coś o kondycji współczesnej cywilizacji, jeśli już nie człowieka.

I tu chyba w końcu jednak wypływa ten Orłoś z jego pochwałą doświadczenia. Pal diabli, że autorka P. z racji wieku zapewne nie ma doświadczenia ani z długą pracą w korporacji, ani z wypaleniem, ani z piciem, ani z narkotykami - co zarzuca jej część recenzentów. Ona by mogła tego wszystkiego nie mieć, gdyby miała doświadczenie z literaturą, a zwłaszcza kulturą popularną. Gdyby była świadoma tego, co pisze, na choćby trochę wyższym poziomie. Gdyby jej powieść była autentyczną grą ze współczesnością - autoironiczną, przekorną. A ju.ż najlepiej gdyby okazało się, że cała ta powieść jest prowokacją - niemal na miarę słynnego humbugu Alana Sokala.

Na koniec tego chaosu myślowego jeszcze jedno. W komentarzach pod tekstem Orłosia prym wiodły uwagi na temat tego, ile to lat mieli Kafka, Gogol czy Puszkin, kiedy pisali swoje wielkie dzieła albo debiutowali. To w odniesieniu do uwag o doświadczeniu, oczywiście. Autorzy tych komentarzy zapomnieli jednak o fundamentalnej różnicy między światem 200 czy 150 lat temu a naszymi czasami: w XIX wieku już szesnastolatkowie byli ludźmi dorosłymi. A zatem trzydziestolatkowie mieli za sobą dziesięć-piętnaście lat dorosłego życia. Pracy, dowodzenia wojskiem, udziału w jakimś rodzaju władzy czy choćby tylko życia towarzyskiego, jeśli pochodzili z dostatecznie wysokich sfer. Dobrym przykładem jest Rewolucja Francuska - dzieło trzydziestolatków: z naszego punktu widzenia młodych chłopaków, wówczas jednak ludzi z poważnym doświadczeniem.

Dlatego nie można zrównywać nawet trzydziestoletniego debiutującego Kafki z dzisiejszym trzydziestolatkiem: bagaż doświadczeń nawet te raptem nieco ponad sto lat temu był znacznie większy. I może dlatego "młoda" literatura jest dziś tak dramatycznie niedojrzała, że przedłużamy coraz to bardziej dzieciństwo, dwudziestoparolatków wciąż traktujemy jak dzieci (trochę z innej beczki: proszę sobie przypomnieć "mamę Madzi" - dwudziestoparoletnią, dorosłą kobietę, wykreowaną na niedojrzałą dziewczynkę, która przedwcześnie została matką...), ale jednocześnie boimy się im wytknąć niedojrzałość, brak doświadczenia i młodzieńcze zadufanie, kiedy mamy do czynienia ze skandalizującą literaturą...

Carries

wtorek, 01 lipca 2014
Tryptyk

Będzie niefeministycznie. Trochę dlatego, że choć niewątpliwie żyję zgodnie z ideałami jakiegoś istniejącego zapewne odłamu feminizmu, to zasadniczo nie lubię żadnych ideologii i staram się być im wbrew. Czasem oczywiście muszę coś poprzeć, żeby zaznaczyć, że jestem przeciwko czemuś innemu (np. popieram masowe wystawianie gdzie się da "Golgota picnic" - mimo że to bardzo bardzo nie mój rodzaj teatru - bo jestem przeciwko kneblowaniu sztuki oraz fanatyzmowi religijnemu w każdej jego odsłonie). Ale czasem lubię sobie podywagować pod prąd wszelkiego rodzaju politycznym poprawnościom i nawet poglądom, które w ich umiarkowanej wersji wyznaję. Ale znów dygresjonuję.

Będzie niefeministycznie, bo będzie o kobietach. A konkretnie o kobietach, które postrzegam jako szkodniczki. A jeszcze konkretniej o kobietach, które nie dość, że ukształtowały obyczajowość XIX wieku, to na dodatek pozostawiły po sobie w spadku sporo memów, które do dziś zatruwają nam życie i sprawiają, że nie jest ono takie fajne, jakim być by mogło, gdybyśmy się choćby trochę mniej przejmowały (a czasem również przejmowali). Od razu zaznaczam - to jest felieton, a nie rozprawa historyczna. Felieton oparty na lekturach, na wizytach w muzeach, na własnych odczuciach.

Jest o trzech kobietach, które albo samodzielnie zasiadały na tronach, albo też tuż obok. Niezależnie od konkretnie zajmowanego ozdobnego krzesła oraz charakteru noszonej korony ich realny wpływ na politykę per se był podobny (czyli stosunkowo niewielki), na obyczaje zaś nieproporcjonalnie wręcz duży. Wiktoria, królowa Anglii (plus cesarzowa Indii i władczyni różnych innych krajów wokół całego globu), Elżbieta, znana lepiej jako Sissi, cesarzowa/królowa Austro-Węgier (oraz paru innych pomniejszych kraików, w tym tego, w którym mieszkam), Eugenia, cesarzowa Francuzów (oraz kilku kolonii).

Wiktoria - Eugenia - Sissi

Ciekawe, że żadna z nich nie pochodziła z jakiejś bardzo ważnej dynastii, która trzęsłaby sporym kawałkiem Europy od średniowiecza. Wiktoria była oczywiście potomkinią kilku brytyjskich monarchów, ale przed rokiem 1714 jej przodkowie z głównej linii władali zaledwie jednym z rozlicznych niedużych księstewek niemieckich. Pochodzenie Sissi było podobne: księżniczka bawarska, z bocznej linii rodu wprawdzie królewskiego, ale nieszczególnie ważnego. Eugenia de Montijo (i hiszpańskim zwyczajem posiadaczka mnóstwa innych nazwisk) była zaledwie hrabianką oraz markizą, choć z rodu bardzo starego.

Wszystkie w młodości szczyciły się wielką urodą - Wiktorii to przeszło dość szybko, Sissi zginęła na tyle jeszcze młodo (miała 61 lat), żeby nie zdążyć się poważnie zestarzeć (ale jej rodzina, jak na domy panujące od wieków, była statystycznie dość urodziwa, więc może i zestarzałaby się pięknie, choć pewnie by tego nie doceniła), Eugenia ślady urody zachowała do bardzo późnej starości, której dożyła (zmarła w 1920 roku, mając 94 lata), przeżywając o prawie dwie dekady nawet swoją przyjaciółkę, Wiktorię. Wszystkie trzy były dyktatorkami mody w drugiej połowie XIX wieku, ale o ile Eugenia i Sissi są odpowiedzialne za to, co w tej modzie było piękne (a więc głównie na fasony ubiorów dla zwykłych kobiet od święta), o tyle Wiktoria-wdowa głównie wpłynęła na to, że kobiety zaczęły nosić suknie wprawdzie eleganckie, ale coraz to bardziej zakrywające, co się da.

Wszystkie również miały całkiem - przynajmniej w młodości - przystojnych mężów, zwłaszcza jeśli przymknąć oko na standardy męskiego zarostu w owych czasach (choć trzeba uczciwie przyznać, że panowie zaczynali uprawiać w tym względzie dziwactwa w wieku, w którym z młodzieńczej urody już wychodzili, w związku z czym książę Albert nie dożył tego etapu, a poza tym i tak wszystkich bije na głowę pierwszy król zjednoczonych Włoch, Wiktor Emanuel).

Wszystkie ewidentnie miały charaktery z piekła rodem oraz niestety nie grzeszyły jakąś szczególną inteligencją. W przypadku Wiktorii świadczy o tym anegdota o lesbijkach (przytoczona poniżej), w przypadku Eugenii - bezsensowny i tragiczny w skutkach upór, żeby zmusić syna do wykazania się (takoż poniżej). Ale moja ulubiona anegdota związana jest z Sissi, która swoje ulubione i niezwykle cenne perły kąpała w morskiej wodzie, zgodnie zresztą z zaleceniami ich pielęgnacji. I na wyspie Korfu, gdzie miała willę, kąpała je w koszyczku zanurzanym wprost w morzu, po czym bardzo się zdziwiła, kiedy pewnego dnia koszyczek wyłowiono pusty. Wszystkie ponadto miały konserwatywne poglądy i tym najbardziej Europie zaszkodziły. Co gorsza, nawet kiedy bywały "nowoczesne" - jak chwilami Sissi, o czym też za chwilę - to też w szkodliwy sposób.

Wiktoria była skazana na tron: wprowadziła ją nań patologiczna wręcz niezdolność jej stryjów do płodzenia potomstwa z prawego łoża (a jak już jednemu, Jerzemu IV, się to udało, to całkiem skądinąd obiecującą córkę de facto uśmiercił przy wydatnej pomocy lekarzy). Obecność na tronach Sissi i Eugenii natomiast spowodowana została zadurzeniem ich mężów, z tym że o ile Franz Josef do pewnego stopnia został przez Elżbietę oczarowany (miał zamiar żenić się z jej starszą siostrą, ale podczas wieczorku zapoznawczego to ta młodsza zdobyła jego serce), o tyle Napoleon III ożenił się nieco na przekór całemu światu z panną, która innym sposobem nie chciała dać się zdobyć (winna tu była również konserwatywna część rodziny jego własnej kuzynki Matyldy - nieprzeciętnej kobiety, z którą zdecydowania powinien był się ożenić - ponieważ nie dopuściła do małżeństwa młodego Ludwika Napoleona z tąż właśnie). Wiktoria wyszła za mąż za człowieka, którego z wzajemnością kochała, ale którego zejście z tego świata przed dorobieniem się półmetrowych bokobrodów (ale po dorobieniu się dziewięciorga dzieci, co jest nie bez znaczenia) przyczyniło się zapewne do jej późniejszego szkodnictwa. Eugenia męża też straciła stosunkowo wcześnie, ale jednak w wieku dojrzałym, ponadto pod względem temperamentu seksualnego była przeciwieństwem Wiktorii. Jej osobistą tragedią była strata jedynego syna w wojnie zuluskiej - do czego walnie się przyczyniła, ubłagawszy swoją przyjaciółkę Wiktorię o wysłanie go na prawdziwą wojnę, na której mógłby się zasłużyć i pokazać, że jest godny swojego nazwiska. (To wieść o jego śmierci przyprawiła o atak serca pana Rzeckiego w "Lalce" Prusa, Eugenia natomiast kolejne czterdzieści lat przeżyła w żałobie.) Sissi jako jedyna zmarła (długo, bo 18 lat) przed mężem, za to los jej jedynego syna był w sumie gorszy niż syna Eugenii, który zginął głupio, niepotrzebnie i głównie przez niefrasobliwość swojego brytyjskiego dowódcy, ale przynajmniej wedle wszystkich świadków bohatersko. Natomiast nieszczęśliwy na austriackim dworze (był chyba jedynym w historii Habsburgiem z realnymi widokami na tron, który miał liberalne poglądy), nieszczęśliwy w aranżowanym małżeństwie i zadręczany przez oboje rodziców z powodu romansu, arcyksiążę Rudolf popełnił samobójstwo w zameczku Mayerling pod Wiedniem.

Reakcje trzech pań na osobiste tragedie były bardzo różne: Wiktoria po śmierci Alberta wpadła w rozpacz i uznawszy, że zakończyły się dla niej (przynajmniej oficjalnie, jak chcą niektórzy) uciechy życia, postanowiła uprzykrzyć życie swoim poddanym, a przy okazji zatruła "wiktoriańskim" purytanizmem i hipokryzją obyczajową pół Europy. Eugenia, mieszkając po upadku II Cesarstwa w Anglii, poświęciła się działalności charytatywnej, żyła z dala od wielkiego świata i jako pielęgniarka i pocieszycielka rannych wykazywała się jeszcze podczas I wojny światowej. Sissi wpadła w melancholię i wyrzuty sumienia i zrujnowała ostatecznie swoje od początku umiarkowanie udane małżeństwo.

A co z tym szkodnictwem? Kwestia Wiktorii jest chyba oczywista: odebrała ludziom radość z życia, produkując całą dulszczyznę tego świata. Oczywiście, miała tu niezłą bazę w postaci zaklepania wiodącej roli konserwatyzmu przez Kongres Wiedeński, ale może gdyby nie nieszczęście osobiste, nie czułaby aż takiej potrzeby układania wszystkim (a zwłaszcza kobietom) życia na wzór własnego wyrzeczenia, do którego sama siebie zmusiła w ramach żałoby. Zawsze jak tak myślę o tej Wiktorii, a zwłaszcza kiedy patrzę na jej późne portrety, to w jej zaciśniętych ustach widzę następujące przesłanie: jak ja nie mogę, to wy też nie będziecie mogły. A serio mówiąc, purytanizm i zakłamanie obyczajowe (plus utrzymanie bardzo ostrych przepisów przeciwko homoseksualistom - skądinąd tylko mężczyznom, jako że Wiktorii homoseksualizm kobiecy nie mieścił się w głowie, w związku z czym nie uznawała jego istnienia, dzięki czemu nie był formalnie penalizowany) epoki wiktoriańskiej to coś, co odbija nam się czkawką do dziś, wtórując dzielnie równie konserwatywnym i reakcyjnym poglądom Kościoła katolickiego. Stereotypy zachowań męskich i damskich, z którymi oświecenie i libertynizm jakoś tam zdołały się w XVIII i na początku XIX wieku rozprawić, nabrały siły w dekadach następnych pokutują do dziś. A wiktoriańska, wcale nie katolicka Anglia, wiodła prym w ustalaniu norm moralnych.

Główne szkodnictwo Eugenii polegało na tym, że jej mąż był w niej ewidentnie mocno zakochany (pomimo własnych romansów oraz jej oziębłości) i wygląda na to, że niestety zbyt często jej słuchał, również w sprawach politycznych. To Eugenia - zapewne zaniepokojona zakusami rosnących w potęgę Prus na tron jej rodzinnej Hiszpanii - skutecznie parła do tragicznej w skutkach wojny francusko-pruskiej. A jej niepokój wynikał zapewne głównie z głębokiego przywiązania do katolicyzmu (kompletnie niekompatybilnego z poglądami "cesarza-socjalisty", tak skądinąd), podczas gdy zastąpienie kompletnie nieudolnych i nieustannie skłóconych ze sobą Burbonów jakimś w miarę sensownym Hohenzollernem mogłoby się dla dramatycznie zacofanej Hiszpanii (np. ok. 25% alfabetyzmu w 1860 r., przy odpowiednio ok. 60% w Anglii i ok. 80% we Francji w tym samym okresie) okazać zbawienne. Muszę jednak Eugenii przyznać jedno: przy całej swojej religijności graniczącej z dewocją, potrafiła być zaskakująco otwarta. Będzie to na dodatek taki ładny przyczynek do tego, co się dzieje w kwestii tzw. "obrony wartości" w Polsce. Kiedy mianowicie Charles Baudelaire został skazany na karę grzywny za treści obraźliwe dla katolików, to arcykatolicka cesarzowa osobiście wystąpiła o złagodzenie kary dla poety i złagodzenie to uzyskała (choć zapewne na dodatek nie był to jej ulubiony poeta). Widać nie uważała, że sztuka obraża wiarę i religię.

I wreszcie Sissi. To najciekawszy przypadek. Od polityki trzymała się z daleka i ewidentnie nie miała ambicji na nią wpływać. Wobec dzieci wymagań nie miała, bo też na habsburskim dworze nie było to w zwyczaju: miała uświęcone tradycją prawo niewiele się nimi interesować. Miała zatem małe szanse zaszkodzić politycznie jak Eugenia (niektórzy twierdzą nawet, że jeśli jakikolwiek wpływ miała, to o tyle pozytywny, że popierała autonomię Węgier). Nie miała też chyba potrzeby wpływać na obyczaje poddanych, jak Wiktoria, albowiem w zupełności wystarczało jej, że ją podziwiali i uwielbiali. Problem z Sissi polega bowiem na tym, że tak naprawdę interesowała ją wyłącznie Sissi. A więc: uroda Sissi, stroje Sissi, biżuteria Sissi (pamiętacie perły?), uczucia Sissi, fryzury Sissi, uroda Sissi, sylwetka Sissi, uroda Sissi, kondycja Sissi, uroda Sissi.

Tak, cesarzowa Elżbieta była prawdopodobnie pierwszą kobietą o tak wysokiej pozycji, która była skupiona niemal wyłącznie na pielęgnowaniu swojego wyglądu. Dobra, dobra, powiecie, to samo robiły różne królowe, które poza tym niewiele miały do roboty. Jest jednak zasadnicza różnica: to Sissi w swojej obsesji wiecznej młodości i urody wynalazła rozmaite fetysze prześladujące rzesze kobiet do dziś. Diety, głodzenie się, fitness. I mogłaby nawet przejść do historii jako prekursorka zdrowego trybu życia - jako pierwsza "celebrytka" regularnie uprawiała sporty i interesowała się "zdrowym żywieniem" - gdyby nie to, że na wszystkie te z założenia szczytne ideały nakłada się mem bardzo szkodliwy: jedyną wartością kobiety jest jej wygląd.

I jak tak sobie to teraz podsumowuję, to wychodzi mi, że ta, której kiedyś najbardziej nie lubiłam, chłodna i konserwatywna w poglądach Eugenia, jawi mi się jako stosunkowo najmniejszy kobiecy szkodnik XIX w. - zwłaszcza z perspektywy obyczajowości, w której przyszło mi żyć w Europie XXI wieku. Triumf Bismarcka i jego państwa (hybrydy nowoczesności i konserwatyzmu) był w ówczesnej sytuacji raczej nieunikniony, a Francja była dla niego wrogiem wymarzonym, więc pewnie nawet bez udanej prowokacji do wojny by doszło i jej skutki byłyby porównywalne. Ambicje Eugenii co najwyżej ją przyspieszyły. Natomiast Wiktoria i Sissi, które na politykę miały znacznie mniejszy bezpośredni wpływ, oddziałują po dziś dzień na to, jak wygląda życie kobiet w naszym kręgu kulturowym. Jakie dręczą nas stereotypy, czego od nas oczekują bezmyślne media, co zdaniem tychże powinno nas, kobiety, interesować, a co jest rzekomo szkodliwe dla naszej "reputacji". Jeśli wciąż pokutuje (a pokutuje, mimo że kolejne roczniki są coraz bardziej "wyzwolone") poczucie, że porządnej dziewczynie nie wypada podrywać chłopaka, jeśli mamy, ciotki czy babcie wmawiają nam, że najgorsze, co się może dziewczynie przydarzyć to "uwiedzie i porzuci", jeśli różni mądrale gnają nas do garów i stosują podwójną moralność w zależności od płci - podziękujmy królowej Wiktorii. Jeśli zaś kolorowe tygodniki wmawiają nam, że nie będziemy szczęśliwe ani atrakcyjne bez zrzucenia kolejnych kilogramów, bez pozbycia się takiej czy innej niedoskonałości urody czy bez kolejnego gadżetu mającego ją poprawić - podziękujmy cesarzowej Elżbiecie.

I co? Wyszedł mi chyba jednak w końcu jakiś taki w sumie feminizm.

Wiktoria - Eugenia - Sissi

wtorek, 27 maja 2014
Citior altior fortior. Mane tekel fares?

Czytając o tym, że europejskie miasta nie chcą olimpiady zimowej (ja też jej nie chciałam w Krakowie i okolicach) i że zapewne w związku z tym zostanie ona zorganizowana w Chinach, Rosji albo Kazachstanie, zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest tak, że igrzyska olimpijskie zjadły właśnie na naszych oczach własny ogon i stały się dla krajów, w których społeczeństwo ma coś do powiedzenia, imprezą od strony organizacji nieatrakcyjną? No bo co? Na parę dni zabawy, która jest interesująca dla jakiegoś tam, może i sporego, odsetka ludzkości, mamy wydać mnóstwo pieniędzy z naszej kasy; część się oczywiście zwróci, ale my pozostaniemy potem z obiektami, których nie da się do niczego sensownego wykorzystywać i które są wspaniałymi pomnikami marnotrawstwa pieniędzy.

Ewidentnie coraz więcej ludzi tak właśnie myśli, Oslo jest właśnie podzielone na zwolenników, którzy liczą na to, że rezygnacja Krakowa da im szansę, i przeciwników, którzy liczą na to, że komitet olimpijski, rozochocony putinowskim pokazem bogactwa i rozmachu (Soczi), wybierze kraj, który będzie podobnie szastał pieniędzmi. Czyli, nie oszukujmy się, kraj, w którym przeciętnemu obywatelowi żyje się gorzej niż w Polsce (o Norwegii już nie wspomnę), ale za to władza ma pełną kontrolę nad budżetem i choćby metodą zastaw się, a postaw się, wystawne igrzyska zorganizuje. Co z tego, że chleba zabraknie? Zawsze można jeść ciastka, których trochę zapewne zostanie w kioskach po zakończeniu olimpiady. Na dodatek mała szansa, że w którymś z kandydujących krajów lud ruszy ścinać głowy marnotrawcom państwowych pieniędzy,

Wróćmy jednak do zjedzonego przez olimpiadę własnego ogona. Otóż kiedyś do jej zorganizowania wystarczał - w przypadku zimowej - dobry stok narciarski (a i to niekoniecznie, bo narciarstwo alpejskie weszło do programu dopiero w 1936 roku), trasa biegowa i skocznia oraz jedna hala dla wszystkich dyscyplin łyżwiarskich. Tyle. I na tyle to może sobie pozwolić każde miasto, w którym pada śnieg. Jeśli dołożyć narciarstwo alpejskie, to każde, w którego pobliżu są góry. Po wojnie liczba dyscyplin powoli rosła, w latach '90 przekroczyła pięćdziesiąt, a w tym roku w Soczi było ich 98. Oczywiście większość z nich nadal wymaga stoku narciarskiego, trasy biegowej, skoczni albo hali, ale trzeba liczbę tych miejsc dodatkowo przemnożyć, bo w każdej dyscyplinie jest teraz kilka konkurencji (w porywach nawet 12), a wszystko to trzeba upchnąć w stosunkowo krótkim czasie (około dwóch tygodni), żeby widz się nie znudził. Na w sumie dwadzieścia konkurencji alpejskich i snowboardowych trzeba sporo więcej niż jednego dobrego stoku (co dla każdego trzeźwo myślącego z góry dyskwalifikuje Tatry), a do tego jeszcze dochodzą dziwactwa w rodzaju "narciarstwa dowolnego".

W ramach tego ostatniego, jak informuje wikipedia, z której garściami tu korzystam, bo przecież sama z siebie tego wszystkiego nie wiem, istniało nawet coś, co się nazywało "balet na nartach", ale na szczęście jest to "dyscyplina obecnie już nie uprawiana", a "głównym powodem było niewłączenie jej do oficjalnego programu igrzysk olimpijskich". Ktoś się może oburzy, ale dla mnie to obrazuje pewne dziwaczne zjawisko: nie uprawia się już sportu dla uprawiania sportu, ale po to, żeby zabłysnąć (i, nie oszukujmy się, zarobić). Podejrzewam ponuro, że balet na nartach (że oksymoron prawie że? no trudno) uprawiali ludzie, którzy nie mieliby szans wybić się w tradycyjnych dyscyplinach, a mieli na tyle samozaparcia, żeby nauczyć się tańczyć na nartach, cokolwiek to oznacza. Fajnie, super, jestem za propagowaniem tańca na nartach, bo i taniec i narty są fajne. Tylko, na litość wszystkich bogów oraz górskich koboldów, co to ma wspólnego z olimpiadą? W sumie w tym przypadku komitet ewidentnie myślał podobnie jak ja, więc nie powinnam się czepiać, ale i tak "narciarstwo dowolne" ma dziesięć konkurencji, w tym podobno osobno jazdę po muldach i jazdę po muldach podwójnych.

To wszystko na pewno jest bardzo sympatyczne - z lat, kiedy na nartach jeździłam, pamiętam, że jazda po muldach może być niezłą zabawą - ale czy to znaczy, że musi od razu być dyscypliną olimpijską? Zastrzegam się przy tym, że nie miałabym nic przeciwko organizowaniu corocznych mistrzostw świata w jeździe po dowolnej liczbie muld w stu kategoriach, a nawet w balecie na nartach, ale najlepiej zawsze w tym samym miejscu, gdzie będą mieli możliwości i umiejętności szybkiego, sprawnego i niedrogiego zorganizowania odpowiednich warunków. Uczciwie przyznam również, że dokładnie te same uczucia żywię do sporej części dyscyplin letnich (wzrost od 43 w 1896, co już było kilkanaście razy większą liczbą od igrzysk starożytnych, do 302 w 2012, a w 2016 znów coś dochodzi). Na czele stawki jest tu dla mnie siatkówka plażowa oraz pływanie synchroniczne, a jakkolwiek pojmuję komercyjny argument "bo faceci lubią to oglądać", tak oczywiście nie zmienia to mojej opinii w kwestii sensowności tych miłych zapewne zabaw jako dyscyplin olimpijskich.

Tak, przyznaję, jestem pod tym względem tradycjonalistką. Uważam, że akurat igrzyska olimpijskie powinny mieć jakiś związek ze swoją najdawniejszą tradycją. Ideę już dawno szlag trafił, tradycyjne dyscypliny tracą popularność, bo są niemedialne, fair play musi być sprawdzane za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych testów medycznych (a w Olimpii za straszak robiły specjalne pomniki nieuczciwych zawodników, rodzaj alei hańby) i w sumie mleko jest już tak dawno rozlane, że wsiąkło w glebę i nic go nie uratuje, ale jakoś tak mi - nawet nie żal, bo w sumie sport obchodzi mnie dość marginalnie. W dzieciństwie lubiłam np. pooglądać turniej czterech skoczni, był podobnym zimowym rytuałem jak koncert noworoczny z Wiednia, zdarzało mi się też oglądać narciarstwo alpejskie. Ale to ostatnie, odkąd zjazd stał się dyscypliną mającą więcej wspólnego z kurczowym trzymaniem się sztucznie oblodzonego stoku niż doświadczeniem narciarza-amatora, przestało mnie bawić, przestało interesować. Podobnie mierzenie czasu w ułamkach ułamków sekund i walka o te ułamki - czyli takie "kawałki" czasu, których upływ dla człowieka jest w ogóle niepostrzegalny, a w każdych normalnych sytuacjach biegacze mieliby pierwsze miejsce ex aequo - odbiera mi przyjemność oglądania zawodów lekkoatletycznych.

Moim skromnym zdaniem upadła także ta idea, że ma być szybciej i wyżej: w sytuacji, kiedy zmiana rekordu o minutę, a nawet sekundę, o metr czy nawet centymetr jest ewidentnie fizjologiczne niemożliwa - uważam liczenie tych ułamków sekund i ułamków milimetrów za jakiś absurd (dla przykładu: odkąd w 1968 roku po raz pierwszy zastosowano elektroniczny pomiar czasu, do roku 2009, rekord świata w biegu na 100 m mężczyzn zmienił się o 0,37 sekundy). Wiem, wiem, sportowcom na tym zależy, ale jesteśmy tylko o krok od tego, żeby obudować ich całych elektroniką i jak w kostkowych grach fabularnych liczyć modyfikatory w zależności od np. tego, jak na kogo wiał wiatr, bo lada moment na zwykłe rekordy będzie trudno liczyć, a publiczność chce atrakcji.

I to wszystko, cała ta oprawa kilkuset dyscyplin, które potrzebują obiektów, ale i sprzętu do mierzenia czasów i odległości, które obstawione są dodatkowo setkami zupełnie do niczego niepotrzebnych ludzi, wykonujących jakieś magiczno-korporacyjne działania wokół zawodników i drużyn, wszystko to sprawia, że coraz mniej państw starego świata ma ochotę inwestować w dwa tygodnie zabawy dla publiczności niekoniecznie miejscowej, a coraz bardziej również dla tych ludzi, których stać na bilety. Tak naprawdę na zabawę dla znacznie większej liczby ludzi przed telewizorami, którzy wcale nie zainteresują się promocją miasta czy regionu wtykaną im w przerwach między zawodami z jednej strony, a reklamami z drugiej. Oni w tym czasie idą sobie zrobić kanapki albo wyjąć kolejne piwo z lodówki.

Zapewne rozdmuchane olimpiady z rozmnożonymi jak króliki Lejzorka dyscyplinami (wiem, królików nie było, ale z mojego skromnego punktu widzenia co najmniej połowy tych dyscyplin jako odrębnych też mogłoby nie być) utrzymają się jeszcze przez parę sezonów, dopóki znajdą się państwa (od pewnego momentu zapewne wyłącznie w miarę zamożne dyktatury) skłonne wydać na nie ciężkie miliony. Nie wiem, czy jest szansa, że organizację wszystkich igrzysk przejmie w końcu Arabia Saudyjska na zmianę ze Zjednoczonymi Emiratami - bo chyba tylko tam bogactwo utrzyma się na odpowiednim poziomie, żeby finansować olimpijskie szaleństwo (byłoby ich stać, jak sądzę, nawet na klimatyzowaną halę z czterema skoczniami włącznie z mamucią i sztucznym śniegiem). Problem w tym, że szejkowie wykazują nikłe (a może nawet żadne, nie śledzę kandydatur) zainteresowanie akurat tym sposobem promowania swojego regionu i przepuszczania bajkowego bogactwa. Co skądinąd powinno dać do myślenia tym strategicznym geniuszom, którzy uważają, że ogromne wydatki dadzą jakieś wymierne korzyści.

Niestety jeszcze bardziej niż w olimpiady w bogatych krajach arabskich nie wierzę w to, co byłoby dla mnie naprawdę satysfakcjonujące: powrót do sportu, który byłby naprawdę dla każdego. Pewne progi zostały przekroczone, pewne standardy ustalone, prawdziwi (de facto a nie de iure, tacy, którzy naprawdę żyją z czego innego) amatorzy liczą się już wyłącznie w kilku dyscyplinach (w tym nieolimpijskich jak brydż i szachy, skądinąd jedyne dwa sporty, gdzie zdarzyło mi się mierzyć z ludźmi mającymi tytuły mistrzowskie i czerpać z tego jakąś satysfakcję i to wcale nie dlatego, że byłam blisko ich poziomu, o, bynajmniej). Na dodatek w grę wchodzą tak niebotyczne pieniądze - i to wcale nie tylko dla zawodników, ale przede wszystkim dla tych setek korpomagików z ich obstawy oraz dla "działaczy" - że powrót do normalności nie nastąpi.

Tylko że w świecie, gdzie coraz więcej ludzi aspiruje do wyższego niż posiadają poziomu życia i chce na ten cel przeznaczać zarówno prywatne jak i publiczne pieniądze, w świecie, gdzie coraz więcej ludzi zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju marnotrawstwo, w świecie, gdzie ludzi zaczyna irytować fundowanie wspaniałego życia efemerycznym celebrytom - taka rozdmuchana impreza zacznie tracić prestiż, jeśli nie będzie chętnych do jej organizowania, a ci, którzy pozostaną na placu boju, będą dla wielu co najmniej kontrowersyjni. Bojkoty z powodów politycznych już się przecież zdarzały.

PS. Najzabawniejsza reakcja, jaką przeczytałam po ogłoszeniu rezygnacji Krakowa z kandydowania, była taka, że (jacyś) Słowacy mieli się wyrazić, że pozbawiono ich "wielkiego historycznego wydarzenia". Otóż pozwolę sobie zauważyć, że odbywająca się regularnie co cztery lata popularna impreza moim skromnym zdaniem nie mieści się w definicji wydarzenia historycznego, że o wielkim już nie wspomnę, ale może jakaś dziwna jestem.

wtorek, 13 maja 2014
A to Polska właśnie...

Zawsze lubiłam podróżować (skądinąd o tym, dlaczego irytują mnie obecne mody podróżnicze lansowane przez media usiłuję napisać notkę od dłuższego czasu, ale co rusz coś innego mnie od niej odrywa), a ostatnio pasja ta tylko się wzmogła (coraz więcej rzeczy mnie interesuje), na dodatek od prawie roku przestawiłam się praktycznie wyłącznie na tryb samochodowy (lekarskie zalecenie unikania samolotów), więc oglądam mnóstwo rzeczy również po drodze. Oglądam w sensie zwiedzam, ale i w sensie rejestruję. A także nabieram coraz większej wprawy w minimalizowaniu wydatków podróżnych, bo dojazd dokądkolwiek mi się wydłużył (co wbrew pozorom nie oznacza, że już dla dwóch osób bardzo podrożał), więc i w porównaniach cen w Europie jestem coraz lepsza.

I w tych podróżach rośnie mi lista dowodów na to, że wbrew temu, co do wierzenia dają nam media (świetne wyniki gospodarcze, ćwierć wieku od transformacji i różne takie tam), mieszkanie w Polsce jest frustrujące. Frustrujące, bo pomimo wszelkich zmian, popraw i czego tam jeszcze, pozostajemy pawiem o wyliniałych piórach i papugą o marnych talentach imitatorskich. Odrywając się jednak od metafor wieszczów powiedzmy sobie wprost: na tle większości innych krajów Europy Polska jest królestwem bylejakości, prowizorki i nieudolności. Niby wszystko jest, ale jakoś tuż za granicą jest (statystycznie) porządniejsze i sensowniej pomyślane. Dodałam, że statystycznie, bo znam w Polsce świetne restauracje (dobre jedzenie bywa niedrogie) czy miłe proste hoteliki w akceptowalnych cenach (ale już na Węgrzech i to w miasteczkach z wodami termalnymi za ten sam standard płaci się połowę, a w Niemczech kilka kilometrów w bok od autostrady w tej samej cenie jest wyższy standard).

Mam wrażenie, że już kiedyś pisałam (albo tylko zamierzałam) o tym, że do Polski nie sprowadza się pierwszego asortymentu sieciowych sklepów funkcjonujących w Europie. Przekonałam się o tym oglądając w Kopenhadze buty jednej z moich ulubionych firm, od dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat działających na polskim rynku: w Krakowie (Warszawie też) jej buty są zawsze estetyczne i wygodne, w Kopenhadze oprócz tego są również piękne. W Rzymie znalazłam kiedyś cudne tenisówki, również popularnej firmy, której salonów w Polsce nie zliczysz. Niestety nie było mojego numeru, a ja tego dnia wyjeżdżałam, więc odpisałam numer serii i poszłam do dużego firmowego sklepu w Krakowie, gdzie okazało się, że "tego modelu nie sprowadza się do Polski" i co więcej - nawet na indywidualne zamówienie sprowadzić się nie da. O ubraniach w sieciówkach ze środkowej półki to już w ogóle nie wspomnę - to, co w Londynie kupuje się w takich sklepach, u nas wylądowałoby w drogich butikach. Nawet sklepy z używanymi ciuchami w Paryżu i Londynie, gdzie za parę euro czy funtów można kupić absolutne cuda vintage, zawierają zazwyczaj pojedynczo całą naprawdę atrakcyjną ofertę wszystkich krakowskich sklepów z drugiej ręki.

Ostatnie obserwacje jednak były czysto drogowe. Odkryłam bowiem na przykład, dlaczego w takiej Francji czy w Niemczech trawa naprawdę jest bardziej zielona. Co więcej, odkryłam, że powód tego jest niezwykle prosty: po prostu jadąc nawet autostradą, nie mówiąc już o bocznych drogach, widzi się tę trawę. Nie jest ona zasłonięta milionami billboardów, reklam, reklameczek, banerów, napisów, ogłoszeń, szyldów, strzałek i drogowskazów do setek okolicznych firm, warsztatów, sklepów i salonów łazienek, oraz wszelkiego innego badziewia, którym upstrzona jest każda droga w Polsce.

Ponadto jadąc po nocy z Wiednia wiedziałam natychmiast, nawet nie patrząc na tablicę przy drodze, kiedy wjechałam z Czech do Polski: z jezdni autostrady znikły jakiekolwiek oznaczenia pasów i poboczy za wyjątkiem poblakłych i słabo odblaskowych pasków namalowanych na asfalcie. Ja już nawet nie marzę o autostradach nocą oświetlonych, jak w Belgii, ale o prostym i dobrze widocznym systemie wbitych w nawierzchnię odblaskowych światełek, które ułatwiają jazdę po ciemku. W Anglii są różnokolorowe, kodujące odpowiednio wszystko: wewnętrzną i zewnętrzną krawędź drogi, podział pasów, zjazdy z autostrady, zjazdy na parkingi przy poboczu. W Austrii, Francji, Niemczech i Włoszech są po prostu białe, czerwone, czasem dodatkowo żółte i niebieskie, ale pokazują zakręty i łuki idealnie. W Polsce, w której na dodatek pasy zazwyczaj nie są rozdzielone krzakami czy barierkami zasłaniającymi długie światła (co uniemożliwia ich użycie), rozsądek nakazywałby jazdę maksymalnie pięćdziesiątką, ponieważ trzeba ślepić w poszukiwaniu kierunku jazdy. A przecież nie od tego są autostrady.

Trzecia sprawa: objazdy. Kiedy w Niemczech za Berlinem był remont kawałka autostrady, to (długi) objazd był oznakowany tak, że dało się po sznureczku przejechać przez kilka miasteczek po drodze. W Polsce tuż za granicą okazało się, że dojazd z czeskiej autostrady do katowickiej jest w remoncie i nagle stanęłam przed możliwością jazdy do mnóstwa pobliskich miejscowości, których nazwy nic mi nie mówiły, ale nigdzie nie było napisane, którą z tych opcji wybrać, żeby dojechać do Katowic czy Krakowa. GPS wariował, usiłując wrócić na nieistniejący kawałek autostrady, wybrałam więc opcję Pszczyna, ponieważ przynajmniej w przybliżeniu wiem, gdzie to jest, i jakoś tak po kilometrze nad wielkimi tablicami z różnymi rzeczami pojawiły się maleńkie tabliczki informujące, że jest to również objazd do autostrady Wrocław-Katowice. No dobra, ja przynajmniej wiedziałam, co to Pszczyna, ale co ma z tym zrobić obcokrajowiec? Pomijam już fakt, że te objazdowe tabliczki może miał szanse zobaczyć od razu kierowca tira, ale z perspektywy samochodu osobowego były one na granicy wzroku.

O dziurach na wszystkich nieautostradowych drogach to już nawet nie wspomnę, bo to wiedza powszechna. Oraz o tym, że jakość autostrad jest zasadniczo w całej Europie odwrotnie proporcjonalna do ceny, jaką się płaci za ich użytkowanie, co oczywiście sprawdza się również w Polsce, gdzie wspomniany kawałek Katowice-Kraków jest koszmarnie drogi, a jakość infrastruktury woła o pomstę do nieba.

Jedno, co się poprawia z roku na rok (choć nie wszędzie) i nawet na tle zachodu Europy przestaje wyglądać obciachowo, to jedzenie przy autostradach. Coraz więcej jest ewidentnie lokalnych inicjatyw w rodzaju "domowa kuchnia", gdzie zapewne zatrudniono utalentowane okoliczne gospodynie, które gotują dobre pierogi i umieją przyrządzić kurczaka (pozdrawiam niniejszym osobę, która dla MOP Morawica piecze sernik), ale oczywiście oznacza to również loterię. Na innym MOPie (co za skądinąd cudna nazwa) miałam problem ze znalezieniem w menu czegokolwiek, co nie byłoby unurzane w tłuszczu i nie było rybą; jarskiej opcji nie było w ogóle, bo pierogi ruskie się skończyły (sernik w Morawicy był o północy, a pierogów w tamtym drugim miejscu, którego nazwy szczęśliwie nie pamiętam, zabrakło w porze obiadowej, co zresztą właścicielowi powinno dać do myślenia).

O tym, jak frustrujące są krótkie wizyty w miastach, gdzie non stop są ciekawe wystawy (przyjeżdżam na jedną i czytam, że zaraz po moim wyjeździe zaczyna się następna, która skończy się, zanim zdołam znów przyjechać), konieczność wyboru, na które książki można sobie pozwolić, jest powodem do głębokiej rozpaczy, a targ staroci można by wykupić w połowie, napiszę osobno, bo to osobny temat. Refleksje drogowe jednakowoż również są okołokulturalne: jeśli narzekamy, że turyści nie dość doceniają piękne polskie krajobrazy i nie przyjeżdżają tu dla piękna naszej ukochanej ojczyzny tylko dla taniego piwa, to może by coś zrobić, żeby przejeżdżając przez Polskę nie byli bombardowani wszechobecną szpetotą (dotyczy to również większości przydrożnej architektury), bałaganem, i mnóstwem innych śmieci przysłaniających te krajobrazy. Nawet we Włoszech i Grecji, gdzie billboardy są, nie ma ich aż tak dużo i jednak toskańskie miasteczko czy widok na Olimp da się sfotografować bez akrobacji i fotoszopa. Wiosenne złote pola rzepaku w Turyngii czy Szampanii wyglądają milion razy lepiej od takich samych pól na Dolnym Śląsku głównie dlatego, że je widać. Przepraszam za banał.

Valmy

PS. Na zdjęciu to właśnie bardzo nie Polska. Okolice Valmy, przypadkowy postój w miejscu, gdzie dało się zatrzymać na autostradzie.

wtorek, 15 kwietnia 2014
Czasami potrzeba kiczu

Kocham sztukę, kocham dobre malarstwo i grafikę, kocham ogólnie rzeczy piękne. Jednym z moich największych marzeń jest móc je kupować, kolekcjonować - mieć mieszkanie, z którego znikną meble z Ikei oraz im podobne, a wszystko będzie miało coś więcej niż umiarkowanie przyzwoitą jakość i funkcjonalność: będzie miało styl. Albo żeby przynajmniej wśród mebli funkcjonalnych (jestem jednak osobą praktyczną do pewnego stopnia) były akcenty prawdziwego piękna.

Niemniej to nie jest notka o projektowaniu wnętrz ani nawet o moich mieszkaniowych preferencjach czy też wciąż niezupełnie spełnionym marzeniu o byciu kolekcjonerem. To jest notka o jednej z rozlicznych okołokulturalnych afer, które wstrząsają ostatnio polską sferą publiczną i lądują na pierwszych stronach gazet, że się tak górnolotnie wyrażę.

Chodzi mianowicie o darmową książeczkę pt. "Pierwsza książka mojego dziecka", którą ministerstwo kultury wydaje po to, żeby cała Polska czytała dzieciom. Książeczka ma być rozdawana wraz z rodzajem wyprawki młodym matkom w szpitalach , na razie o ile rozumiem, rusza program pilotażowy w kilku województwach. Książeczka została zaprezentowana, a luminarze sztuki rzucili się na nią w mediach jak stado wygłodniałych psów na kość i jęło kąsać. Dobra, może daruję już sobie te marne metafory i przejdę do rzeczy. Otóż ci różni mniej lub bardziej znani i mniej lub bardziej zasłużeni na polu twórczości dla dzieci podnieśli larum, że książeczka jest be, głównie dlatego, że nie wpisuje się w wielką tradycję polskiej ilustracji książkowej, w tym dziecięcej. Bo kiedyś Szancer, a teraz standardowe obrazki: duże, oczywiste, kolorowe, koślawe.

Z dzieciństwa pamiętam, że lubiłam ilustracje Szancera, uwielbiałam też oryginalne ilustracje Kiplinga do "Takich sobie bajeczek", intrygowały mnie oryginalne ryciny z "Alicji w Krainie Czarów", choć pierwsza wersja tejże, którą czytałam, była z kolorowymi obrazkami dla dzieci (tłumaczenie Antoniego Marianowicza, ilustracje Olgi Siemaszko). Oczywiście jeśli chodzi o ilustracje - Kubuś Puchatek, Muminki. Książkowe, nie filmowe, żadne disneye i dobranocki. Płaskie, czarno-białe, a zarazem bardzo wymowne obrazki. Potem, jak miałam jakieś dwanaście lat, nie mogłam oczu oderwać od okładek Stasysa do "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Bałam się ich, fascynowały mnie, intrygowały. (Skądinąd uważam, że Stasys powinien był pozostać ilustratorem książek, a nie usiłować być wielkim artystą, ale to osobna sprawa.)

Teoretycznie zatem powinnam grać w drużynie atakujących ministerialną publikację, a tymczasem bardzo zdecydowanie nie gram. Nie gram, bo uważam, że ta książka nie jest dla dzieci takich, jakim ja byłam. Wychowanych w domu, gdzie ledwie odrosłej od ziemi istocie pokazuje się, na czym polega gra bryłą w "Akrobatce na piłce" Picassa, że odwołam się do jednego z najwcześniejszych posiadanych wspomnień; w domu, w którym w pokoju dziecinnym wisi reprodukcja Makowskiego, a w przedpokoju - Modiglianiego, a potem ogólnie zawisną abstrakcje. Nie dla dzieci od wczesnych lat przyzwyczajanych do tego, że godzinami chodzi się po muzeach - jednym z moich największych oczarowań dzieciństwa, oprócz greckich zabytków, była wizyta w muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji. Po takiej dawce Ernsta wspomniane okładki Tolkiena trzy lata później to nic trudnego. I na dodatek ze wszystkich zainteresowań Rodziców (którzy wcale nie są z wykształcenia humanistami!) akurat to, sztuka, znalazło we mnie szczególnie mocny oddźwięk.

Ta książka nie jest również przeznaczona dla dzieci z domów, w których otacza się je troską i opieką, a dbałość o wykształcenie jest co najmniej podobnie duża jak o wyżywienie i zdrowie. Z domów, w których chodzi się razem do kina czy nawet do teatru, choćby i na zgrzebnie wystawioną klasykę. Domów, w których kultura jest jakkolwiek obecna. Domów, w których na półce stoi choćby trochę książek - pamiętam, jakim szokiem był dla mnie niedawno fotoreportaż o mieszkaniach przeciętnych Polaków, przedstawiający reprezentacyjne pokoje u ludzi na przeciętnym poziomie wykształcenia i o przeciętnym stylu życia: na jednym zdjęciu z dwudziestu pięciu było widać ustawione za szybką kilka książek, chyba jakąś dekoracyjną serię!

To jest książka dla dzieci, w których domach czyta się w najlepszym razie tabloidy i ogląda się telewizyjną papkę. Albo też nawet nie robi się tych rzeczy. To nie jest książka, której potrzebują dzieci wykształciuchów ani rodziców aspirujących do wykształcenia czy udziału w życiu kulturalnym na choćby takim poziomie, na jaki pozwala lokalny Dom Kultury. A przede wszystkim to nie jest książka dla ich rodziców: jeśli w domu jest choćby tylko Sienkiewicz i Konopnicka albo też, z innej parafii, jakiś MacLean czy "Saga o ludziach lodu", to istnieje szansa, że rodzic dziecku książkę kupi i poczyta z własnej woli. Jeśli rodzic czyta Prousta, to zapewne kupi książkę o wyrafinowanych ilustracjach, jeśli tylko byle jak wydawane powieści popularne, to zapewne na jakość i styl obrazków uwagi nie zwróci (i nie mówimy tu o statystycznie nieistotnych przypadkach wyrafinowanych historyków sztuki, którzy czytają wyłącznie fantasy, z obrzydzeniem patrząc na większość jej okładek, lub rozkoszują się peerelowskim kryminałem). Ta książka nie jest dla żadnego z tych rodziców: jak już będzie w domu, to dziecko może ją obejrzy, choć pewnie część rodziców uzna, że nie ma takiej potrzeby i może odda do domu dziecka.

To jest książka dla dzieci, którym rodzice z własnej woli książek kupować nie będą i nie będą im ich czytać. Dlatego ta książka jest za darmo, dlatego jej misją jest dotrzeć do każdego domu. Dlatego w wyprawce jej towarzyszącej jest również poradnik, jak opiekować się dzieckiem i jak je szanować - znów skierowany nie do tych rodziców, którzy przez całą ciążę albo i wcześniej przygotowywali się do nowej roli, ale przede wszystkim dla tych, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Nie każdy ma obowiązek ministerialną książkę czytać - ale trzymajmy kciuki, żeby czytali ją ci, do których naprawdę jest skierowana. Światli i wybitni zapominają bowiem, że prawdziwym pierwszym odbiorcą tej publikacji nie są dzieci, ale ich rodzice. Bo to oni zadecydują, czy dziecko się z nią zapozna. Jeśli rodzic czytający już dziecku "Kubusia Puchatka" czy, z nowszych propozycji, "Julkę i Kulkę", odrzuci tę książkę z powodów estetycznych, to nikomu nie stanie się krzywda. Gorzej jeśli odrzuci ją rodzic, którego ambicje kulturalne ograniczają się w najlepszym (!) razie do lektury plotek o bieliźnie celebrytów.

Ten rodzic w większości przypadków odrzuci coś, czego sam nie będzie rozumiał i estetycznie akceptował. Jeśli jego kontakt ze sztukami wizualnymi ograniczał się do kiczowatego świętego obrazka wiszącego w rodzinnym domu albo nawet olejnego przysłowiowego jelenia na rykowisku spod Bramy Floriańskiej, to taki człowiek nie zaakceptuje wyrafinowanych, wymagających choćby trochę bardziej wyrobionego oka ilustracji. Światli i Wybitni w ministerialnej książeczce widzą zdeformowane postacie - nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym, co oni rysują, niezrozumiałą i odpychającą deformację może zobaczyć rodzic, do którego darmowa książka jest skierowana. (Nawiasem mówiąc, gdzieś w tej dyskusji przeczytałam oburzony głos, że na jednym z rysunków chłopiec wygląda jak garbaty. Nawet jeśli to nie było intencją rysownika, to może dobrze wyszło - żyjemy przecież w czasach, kiedy walka z uprzedzeniami na tle wyglądu jest jednym z naczelnych zadań państwa i edukacji...)

Wyrobionemu oku przywoływany często (i słusznie) przez Światłych i Wybitnych jako wzór ilustracji dla dzieci Jan Marcin Szancer wydaje się prosty: temat jest widoczny na pierwszy rzut oka, ilustracje nawiązują do tradycyjnego malarstwa, a zarazem wprowadzają konieczne dla odbioru przez dziecko uproszczenia. Są ładne kompozycyjnie i kolorystycznie. Ale proszę zawiesić na chwilę wytworzone przez lata obcowania ze sztuką i kulturą doświadczenie i spojrzeć na nie okiem kogoś, kto przywykł wyłącznie do prostackich zdjęć w tabloidzie, do walących po oczach jaskrawych kolorów, wielkiej czcionki i boleśnie uproszczonego przekazu, na dodatek pozbawionego treści. Taki człowiek zobaczy u Szancera, a jeszcze bardziej u wspomnianej wyżej Siemaszko, chaos, natłok postaci albo szczegółów, a ewentualnych nawiązań do innej sztuki nie będzie miał szans odczytać. Do takiego rodzica ma szanse przemówić jedynie obrazek, który może będzie toporny i schematyczny, ale zrozumiały.

Psy wiesza się również na tekście tej książeczki. Zgoda - rymy nie są z najwyższej półki, same historyjki też nie. Ale one nie są przeznaczone dla ludzi, którzy przeczytali całą bibliotekę. One są przede wszystkim dla tych, którzy z trudem przebrnęli przez podstawówkę i lektura "Zemsty" Fredry mogła być dla nich wyzwaniem ponad siły. Oni nie będą swoim dzieciom czytać Muminków, bo nie zrozumieją, o co w tym chodzi i po co tym zawracać dzieciakowi głowę. A poza tym są tam fragmenty z polskiej klasyki dziecięcej: Tuwima, Szelburg-Zarembiny.

Światli i Wybitni, jak to zwykle w Polsce bywa, nie odrobili lekcji pozytywizmu. Może dlatego, że u nas panuje kult tego dziwacznego tworu zwanego polskim romantyzmem, tych zrywów i poczucia wyższości i misji, trochę bez pomysłu na to, jak ta misja ma wyglądać, a już zupełnie bez zastanowienia, jak ją realizować w praktyce. Tymczasem ministerstwo, o dziwo, wyskoczyło z pomysłem, który spodobałby się społecznikom z ponurej drugiej połowy XIX w., kiedy romantyczne mity upadły z hukiem, a garstka rozsądnych ludzi usiłowała zacząć walkę o społeczne wykształcenie inaczej niż poprzez stawianie przed spracowanym chłopem czy robotnikiem Konradów i Kordianów, z których problemów odbiorca ów nie miał szans nic zrozumieć. Ta książka ma być nowoczesną pracą u podstaw, rekwizytem współczesnych Siłaczek. Światli i Wybitni wciąż nie otrząsnęli się z romantycznego snu, wedle którego każdy, kto zetknie się z Wielką Sztuką, musi być przez nią natychmiast porwany i zauroczony.

Tak nie jest, nigdy nie bywało i zapewne nigdy nie będzie. Największym osiągnięciem tak zwanej demokracji ateńskiej było moim skromnym zdaniem zachęcanie czy wręcz nakłanianie obywateli do uczestnictwa w życiu kulturalnym miasta. Chodzenie do teatru było finansowane przynajmniej po części z kasy państwowej, choć już same spektakle były produkowane przez osoby prywatne, dla których wygrana w teatralnych konkursach była powodem do chwały; którym w nagrodę wystawiano pomniki. Uczestnictwo w kulturze, związanej oczywiście z bardzo "świecko" traktowaną sferą sacrum, było postrzegane jako rodzaj obowiązku obywatelskiego. Późniejsze postępujące rozwarstwienie społeczne sprawiło, że kultura stała się dobrem elitarnym - różne ruchy oświeceniowe czy pozytywistyczne usiłowały to zmienić, podobnie jak usiłuje się to zmienić dziś. Rewolucja francuska pokazała, jak kolosalny potencjał, również kulturalny i intelektualny, drzemał w ludziach, którzy wcześniej nie mieli szans dostać się do elitarnych kręgów. Tyle że wedle znanych historykom statystyk poziom alfabetyzmu we Francji już w 1789 roku sięgał 50/40% (mężczyźni/kobiety) na prowincji i 90/80% w Paryżu, więc było z czego startować! Skądinąd ciekawe jest również inne zestawienie liczbowe z mniej więcej tej samej epoki: biblioteka w pałacu w Compiègne za czasów Ludwika XVI liczyła ok. 300 woluminów, za Cesarstwa – kilkanaście tysięcy...

We współczesnej Polsce teoretycznie statystyczny każdy umie czytać, bo mamy obowiązek szkolny i tak dalej. Ale od samej umiejętności czytania do czytania literatury dla przyjemności jest jeszcze daleka droga. W rewolucyjnej Francji nie każdy chłop zabierał się od razu za lekturę filozofów - to byłby materiał dla Mrożka - ale otwarcie wyższych szczebli edukacji oraz karier dla każdego, kto miał chęć, talent i życiową odwagę, owocowało tym, że w kulturze wyższej zaczęli uczestniczyć ludzie, którym wcześniej nawet by to nie przyszło do głowy. (Tu widzę potencjał na osobną notkę o elitaryzmie kultury, więc kończę historyczne dygresje).

Jakiekolwiek rozumowanie czy idee stały za decyzją stworzenia programu wspierania wczesnego czytelnictwa, jest to próba zachęcenia jak najszerszych rzesz ludzi do zmiany obyczajów. Dla dzieci z rodzin, które są realnym adresatem tego programu, ważne jest, żeby od małego być przyzwyczajanym, że sama czynność czytania jest rzeczą dobrą i przyjemną. Nie tylko ze względów poznawczych (choć oczywiście "pierwsza książka" ma jakoś tam przygotować do tego, że w szkole mamy poznawać świat), ale również ze względu na tworzenie więzi rodzinnych. Jednym z moich najmocniejszych wspomnień z dzieciństwa jest to, kiedy mając jakieś pięć lat zasadniczo czytam już sobie sama, ale wciąż skradam się do fotela, w którym siedzi (i czyta) mój Tato, w nadziei, że jednak jeszcze weźmie mnie na kolana i razem będziemy czytać "Księgę dżungli". Zawsze tak było i gdybym miała powiedzieć, co mi się kojarzy z pojęciem "dom rodzinny" czy "ciepło domu rodzinnego", to te późne wspólne lektury byłyby pierwszym skojarzeniem. Ciepłe światło lampy nad małą wnęką wciśniętą w pełen książek regał, fotel, którego peerelowski design jest teraz modnym vintagem, i wspólne przeżywanie przygód Mowgliego. Nawiasem mówiąc, większość naszego małego mieszkania (i dużego potem też) była po sufit zastawiona książkami (ta liczba wciąż rośnie) i jedną z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie było wyobrażanie sobie, co kryje się za tajemniczymi tytułami, których nie rozumiałam (pamiętam, że koszmarnie bałam się „Ubika”, natomiast czysto eufonicznie fascynował mnie i stanowił rodzaj azylu w tej zabawie „Atol Trydakny”; w moim pokoju stała głównie fantastyka, klasyka była w dużym). 

Ministerialna książka jest dla dzieci, które bez niej nie mają szans na takie wspomnienia. Dlatego jest prosta, niewyrafinowana, akceptowalna dla ludzi, którzy sami z dzieciństwa nie wynieśli poczucia, że warto wybierać się w fikcyjne magiczne krainy. Dla ludzi, którzy nie znajdą w sobie cierpliwości (a czasem i umiejętności, możliwości), żeby dziecku czytać choćby trochę bardziej skomplikowane bajki. Może warto o tym pamiętać, zanim podejmie się frontalną krytykę produktu, który mnie też wcale nie zachwyca, ale znajduję uzasadnienie dla tego, że prezentuje się tak a nie inaczej. Jest szansa, że dzieci, które zaczną przygodę z książką choćby i od niego, nie będą potem unikać szkolnej biblioteki, gdzie powoli będą się zapoznawać z coraz poważniejszą literaturą i sztuką. Może gdyby w moich szkolnych czasach istniał program wspomagania wczesnego czytelnictwa, dzieci, które nie były w stanie przebrnąć przez "Plastusiowy pamiętnik", miałyby z tym choćby minimalnie mniejszy problem. Bo było tak, że w ramach źle pojętego "wyrównywania szans" do mojej klasy, gdzie przyjęto zasadniczo dzieci już umiejące czytać, dodano nie te, których poziom inteligencji bez wyniesionych z domu umiejętności wskazywałby na to, że doskoczą do pozostałych, ale te z najcięższych patologii, same już od pierwszego roku mające poważne problemy ze zdolnościami poznawczymi, bez żadnych szans, żeby poradzić sobie z wymaganiami stawianymi reszcie klasy. To do współczesnych Doroty, Jarka i kilkorga innych, których imion nawet nie pamiętam, bo już na etapie nauczania początkowego repetowali klasy, skierowana jest ta niezbyt wysmakowana książka. Bo lepiej, żeby w późniejszym życiu sięgnęli po najprostsze i najkoszmarniej zilustrowane romansidło czy sensację, niż żeby mieli nie czytać w ogóle nic poza tabloidami. Bo od półanonimowych masówek zawsze można przejść do Rodziewiczówny, a dalej do Sienkiewicza, byle nauczyć się śledzić fabuły i przejmować losami bohaterów rozpisanymi na więcej niż dwie szpalty.

Oczywiście najgorszemu kiczowi okładek i ilustracji sama najchętniej wydałabym totalną wojnę, ale ministerialnej książeczce naprawdę daleko jeszcze do tego, co potrafią wyprodukować wydawnictwa zarówno specjalizujące się w różowych seriach czy masowej fantasy, jak i literaturze religijnej dla dzieci.

Po napisaniu tej notki znalazłam taki artykuł, który stanowi niezłą tragikomiczną ilustrację do szerszego problemu, którego ona dotyka.

czwartek, 10 kwietnia 2014
Drakaina czyta książki

Szanowni czytelnicy, proszę się nie lękać: nie ogłaszam powstania nowego bloga. Ale zapoznałam się ostatnio z kilkoma książkami, z czego jedna była czytana pod przymusem (tłumaczenia), a pozostałe z własnej woli, i te zupełnie różne od siebie lektury natchnęły mnie do ponarzekania sobie na pewne rzeczy, których w literaturze nie lubię. Tej tłumaczonej (czy też tłumęczonej, jak to przez przypadek nazwałam w komputerze i przyjęło się dla tego rodzaju roboty) nie będę z nazwiska i tytułu wymieniać, natomiast te czytane (choć kiedyś również tłumaczyłam jeden tom) to kryminały niejakiej Patricii Cornwell.

Teoretycznie wszystko te książki dzieli: jedna (1) czytana w trakcie tłumaczenia, pozostałe (2) dobrowolnie; jedna fantasy dla dzieci, pozostałe - ponure kryminały dla zdecydowanie dorosłych; jedną dość od początku znielubiłam, pozostałe kiedyś zdecydowanie lubiłam; jedna z fabułą prostą jak budowa cepa i to prymitywnego, pozostałe - z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji. Niemniej nagle odkryłam wspólny mianownik: wszystkie mnie irytują i to głównie kreacją bohaterów. A także pewnymi rozwiązaniami fabularnymi. Postanowiłam pokusić się o małe porównanie.

Sytuacja fabularna

(1) Małe królestwo jest zagrożone inwazją dużego i bardzo złego imperium. Stary król ginie na początku akcji, na tron wstępuje jego czternastoletnia córka, która następnie musi bronić tegoż królestwa przez straszliwym wrogiem, pozyskawszy uprzednio chwilami dziwacznych, ale bardzo potężnych sojuszników. Królowa toczy kolejne bitwy, długo czeka na obiecaną pomoc sprzymierzeńców, pod koniec staje do pojedynku z głównodowodzącym Złych, który to pojedynek oczywiście wygrywa, po drodze ucinając Złemu kawałek ręki.

(2) Kay Scarpetta została głównym lekarzem sądowym w stanie Wirginia po śmierci swojego poprzednika i odkąd objęła urząd boryka się z nieustannymi utrudnieniami i szykanami wobec siebie i swojego biura: prześladuje ją albo jakaś agenda rządowa, albo np. bardzo zły prawnik. Scarpetta posiada jednak sprzymierzeńców na podobnie wysokich stanowiskach, a ponadto wierną gromadkę nieco dziwacznych pomocników zatrudnionych w policji i innych służbach, którzy zawsze w końcu nadejdą jej z pomocą. Na zakończenie wielu tomów swoich przygód staje oko w oko z głównym Złym, który nastaje na jej życie.

Bohaterowie - pozytywni

(1) Po pierwsze księżniczka, potem królowa. Jest drobna i niewysoka, ale mimo to nie tylko dzielna, ale również bardzo silna i w walce dorównuje najpotężniejszym wojownikom (większość życia poświęciła na ćwiczenie walki mieczami, toporami i czym tam jeszcze; innych lekcji może wprawdzie nie lubiła, ale i tak jest świetnie wykształcona, bo uczył ją znakomity uczony z dalekich krajów); okazuje się również mądrą władczynią od pierwszego dnia. Ma ponadto Straszliwe Problemy Moralne i nieustające wrażenie, że nie ma szans wygrać wojny. Jest dobra i opiekuńcza dla swojego ludu, ale jak się do kogoś odezwie, to ciarki człowieka przechodzą: autor chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest najzwyczajniej pod słońcem wredna, czepialska i egocentryczna. Pomimo to wszyscy ją kochają, szanują i podziwiają. Wszyscy również bez słowa akceptują, iż jej głównym doradcą (a w perspektywie dalszych tomów również mężem) zostaje o rok starszy syn leśnej wiedźmy. Niezwykle mądry i wykształcony, mimo że od dobrych kilku lat mieszka sam w leśnej jaskini. Drugim doradcą jest wspomniany uczony, który oczywiście zna się na wszystkim. Żaden z dwójki doradców nie ma doświadczenia na dworze, ale w sumie jest ono niepotrzebne, bo w dobrym królestwie nie ma intryg, więc nikt się nie czepia, że nie nadają się do swojej roli. Żołnierze małego królestwa są dzielni, waleczni i bezwzględnie uczciwi, czym nadrabiają braki w wyszkoleniu. Sojusznicy są dostojni i szlachetni, nawet jeśli czasem trochę samolubni. Ale w końcu widzą powszechne dobro w perspektywie.

(2) Kay Scarpetta jest kobietą (wielkiego) sukcesu w Typowo Męskim Świecie. Jak sama twierdzi, już w dzieciństwie była genialna i przerastała rówieśników wiedza oraz inteligencją; ponadto w wieku lat 15 postanowiła zostać lekarzem w świecie, w którym kobiety zostawały co najwyżej sekretarkami (nawiasem mówiąc, studiowała w latach '70 w USA, rzecz nie dzieje się w wiktoriańskiej Anglii). Ma stałych współpracowników: genialnego policjanta-dziwaka o manierach prostaka oraz siostrzenicę, która już w wieku dziesięciu lat jest geniuszem komputerowym, a potem, niedługo po dwudziestce, superagentką różnych kolejnych rządowych agend. Oboje ci współpracownicy mają ewidentne problemy osobowościowe i każdy normalny człowiek wywaliłby ich na zbity pysk z takiej pracy, jaką wykonują, ale wszelkie takie próby spełzają na niczym. Scarpettę otacza ponadto cały sztab podwykonawców w jej biurze: specjalistów od wszelkich możliwych dziedzin medycyny sądowej i kryminalistyki, którzy właściwie nigdy nie popełniają błędów. Są również sojusznicy w rządowych agendach i lokalnym, stanowym rządzie - najczęściej są to niezwykle przystojni mężczyźni, rzadziej twarde kobiety torujące sobie pomimo przeszkód drogę w męskim świecie. Dodajmy, że dla większości tych przystojniaków, nawet jeśli mają 20 lat, ponadczterdziestoletnia Scarpetta jest niezwykle atrakcyjna. Kochają ją i podziwiają ogólnie wszyscy, jeśli nie liczyć tego, że czarne charaktery wyjątkowo jej nienawidzą. Bohaterka przedstawia samą siebie (narracja pierwszoosobowa) jako ciepłą i wyrozumiałą dla ludzi, ale dialogi niestety temu przeczą: Kay Scarpetta jest wyjątkowo wrednym babsztylem, traktuje wszystkich z góry albo protekcjonalnie, i niestety bardzo po niej widać, że tak naprawdę jest typowo nowobogacka.

Bohaterowie - negatywni

(1) Główny Zły jest tak zły, że bardziej złym się być nie da, jest bowiem szalony i okrutny (o tym dowiadujemy się pod koniec książki, ma to być w założeniu twist), wojny prowadzi nie zważając na koszty, no i szczerze nienawidzi przede wszystkim głównej bohaterki. Największym problemem są jednak nieustanne deklaracje autora, że jest on genialnym strategiem, który nie przegrywa wojen, ma olśniewająco inteligentne pomysły, a armia kocha go jak ojca. Armia, dodajmy, jest najbardziej zdyscyplinowana na świecie i do tego jest jak legiony rzymskie pod jeszcze jednym względem: pod względem liczebności jest nieskończona. Fajnie, niech jej będzie. Tylko że jak już widzimy tę genialną i niepokonaną armię w działaniu, to nawet dziecko w przedszkolu zauważy, że jej dowódcy popełniają same taktyczne i strategiczne błędy, a legiony umieją się głównie wycofywać w szyku. Wielki głównodowodzący nie dość, że pod względem braku zmysłu taktycznego nie różni się zasadniczo od swoich podwładnych, to na dodatek nie ma cienia szacunku dla swoich oficerów, karze z wyjątkowym okrucieństwem za najmniejszą przewinę, a legiony są dla niego wyłącznie mięsem armatnim. Jednym słowem: nie sposób zrozumieć, jakim cudem utrzymał się na swoim stanowisku ponad dwadzieścia lat - armia powinna była go rozszarpać dawno temu, niezależnie od liczby wygranych bitew.

(2) Każda powieść Cornwell ma Głównego Złego, którego oczywiście nie znamy od początku, bo to w końcu kryminały z suspensem i mniej lub bardziej seryjnym mordercą w tle. Nie spotyka się tu zatem kogoś, kto po prostu jest przestępcą: nie, on musi być skrajnym psychopatą, najlepiej z rzadkim schorzeniem, żeby można go było łatwiej przyszpilić, kiedy już nadejdzie czas na ostateczny przebłysk geniuszu głównej bohaterki. Obowiązkowo jest również szpetny lub przynajmniej skrajnie nieciekawy. I do tego wszystkiego najczęściej jest geniuszem zbrodni o ponadprzeciętnym IQ, który wodzi bohaterów za nos przez kilkaset stron, ale zarazem jest szaleńcem. Na tym jednak nie koniec czarnych charakterów, bo w serii o skomplikowanej fabule Zło jest rozpisane na kilka głosów: oprócz psychopatycznych morderców (których populacja w Richmond wystarczyłaby na całą kulę ziemską) mamy tu również geniuszy zbrodni ukrytych na rozmaitych wysokich lub lukratywnych stanowiskach. O ile psychopata tygodnia tomu zaczyna czyhać na Scarpettę dopiero jak uświadomi sobie, kto jest jego głównym wrogiem wśród śledczych, o tyle ci ukryci Źli nienawidzą jej od samego początku i zazwyczaj mieszają w śledztwie, żeby jej zaszkodzić i usunąć ją z urzędu. Najczęściej są to mężczyźni nienawidzący kobiet sukcesu, ewentualnie kobiety sukcesu, które przeszły na ciemną stronę mocy.

Fabuła

(1) Fabuła jest prościutka, choć momentami trudno się w niej dopatrzeć logiki. Główną rolę odgrywa w niej stolica królestwa, która została w stu procentach ewakuowana w środku zimy, a jej ludność bez problemu została przyjęta przez znacznie mniejsze miasto w wasalnym kraiku; ten następnie nie ma również problemów z aprowizacją całej armii, która jak już doszła na tę północ, brnąc przez śniegi, to wraca na południe, żeby bronić opuszczonej sto stron wcześniej stolicy, w międzyczasie - trwającym kilka tygodni - wyszkoliwszy pospolite ruszenie na elitarną jednostkę. Natomiast wszystkie klisze opisane powyżej mają rzecz jasna swoje przyczyny: główną jest to, że dobrzy bohaterowie muszą w końcu pokonać Imperium Zła. Cóż z tego, że jego armia liczy w końcu około półtora miliona, a ich chyba poniżej sto tysięcy w porywach, cóż z tego, że Źli mają armaty i muszkiety, a także sześciometrowe piki, a Dobrzy łuki, balisty i dość nieokreślone miecze! Armaty rozwala się przy pomocy balist, a muszkieterów wystrzela z łuków, ponieważ oni zasadniczo strzelają równie celnie jak szturmowcy, nomen omen, Imperium. A potem całą tę ogromną armię wycina się w pień za pomocą gadających lampartów o futrze tak gęstym, że kule w nim grzęzną.

(2) Fabuły teoretycznie są tu mocniejszą stroną: skomplikowane, nieoczywiste, ze zwrotami akcji. Ale jak się przeczyta kilka książek, pojawia się schemat: straszliwa zbrodnia nęka miasto Richmond, Kay Scarpetta, która powinna głównie przeprowadzić sekcję i wskazać przyczynę śmierci, prowadzi śledztwo w towarzystwie swoich niedostosowanych społecznie współpracowników oraz dzięki pomocy wysoko postawionych przyjaciół, którzy biorą się dość z powietrza. Na dodatek czasami konkretne rozwiązania wołają o pomstę do nieba: dzielna ekipa zakłada nagle (słusznie), że być przestępca wybiera swoje ofiary nie po wyglądzie, ale po głosie. Mają dane dotyczące dwóch zamordowanych kobiet, ale nikt nie pofatyguje się sprawdzić pozostałych przypadków. Albo: ofiara znana jest z wzywania policji w obawie o swoje życie, ale nigdy nie poda żadnych szczegółów stalkingu, ba, policja może spokojnie podejrzewać, że są to konfabulacje. Ale wystarczy jedno stwierdzenie Scarpetty, że ofiara zawsze dzwoniła po otrzymaniu (niczym w materiale dowodowym niepotwierdzonych) gróźb, i wszyscy przyjmują tę wersję, do której uprzednio byli nastawieni sceptycznie.

Prawdopodobieństwo, motywacje i sprawy pokrewne

(1) Trochę już było przy okazji fabuły. Dodajmy do tego łatwość, z jaką główna bohaterka przekonuje różne magiczne istoty, które zasadniczo albo nie lubią ludzi, albo nigdy wcześniej ich nie widziały, do udzielenia jej pomocy w wojnie. Po prostu jedzie do kolejnych krajów, rozmawia z odpowiednim władcą i już. Z kolei kiedy po drugiej stronie zdarzy się ktoś, kto wydaje się myśleć i nie być zwolennikiem twardej imperialnej linii, nic z takiego wątku nie wynika. Do tego mało prawdopodobne postacie: drobniutka dziewczyna wymachująca regularnym toporem bojowym lepiej od weteranów, wielce wykształcony (również w tamtejszej łacinie, bo Imperium Zła jest wzorowane na Rzymie) chłopak wychowany w lesie bez książek, wreszcie przemądre i prastare, i mówiące językiem dobrego małego królestwa (a nie na przykład po łacinie), i majestatyczne... kiciusie. No bo jak inaczej określić te wielkie śnieżne lamparty, do których w bitwie tuli się bohaterka? Jest w niej również wątek eko i new-age: nasze dobre królestwo nigdy nie walczy inaczej niż w obronie własnej, korzysta z natury tyle ile potrzebuje, i oddaje spory kawał swoich ziem legendarnym władcom dzikich puszcz. Są też wilkołaki i wampiry i paradoksalnie miałyby one szanse być najciekawsze, bo przynajmniej parę drobiazgów z nimi związanych ma jakiś tam sens.

(2) Pomijając nagromadzenie potwornych zbrodni w Richmond, Wirginia, pomijając wszystkoizm głównej bohaterki oraz przymykanie przez służby mundurowe oczu na nieustanną niesubordynację jej głównych pomagierów, irytujący jest też czarno-biały obraz świata, w którym na dodatek chyba dość bezwiednie mamy przekonanie, że dobro jest piękne, a zło brzydkie. I że światem oraz zachowaniem ludzi rządzą proste związki przyczynowo-skutkowe. Otyły chłopak, który kiedyś zbłaźnił się przed ulubioną pisarką, zostaje bezwzględnym prawnikiem, który pod płaszczykiem reprezentowania pisarzy i innych artystów, tak naprawdę ich niszczy. Do tego mnożenie elementów, które mają przedstawiać złych w świetle tak złym, że bardziej się nie da. Jakby było mało, że psychopata cierpi na najrzadszą odmianę bardzo rzadkiej choroby genetycznej, to jeszcze musi on być odrzuconym i trzymanym w piwnicy dzieckiem niezwykle bogatej rodziny, która nie dość, że trzęsie niezwykle potężnym międzynarodowym kartelem, to na dodatek od średniowiecza mieszka w ponurej rezydencji na Wyspie św. Ludwika w Paryżu. Poza tym po złej stronie są wyłącznie źli: nie ma skruszonych, nie ma takich, którzy chcą pomóc. Scarpetta jest jak szeryf w klasycznym westernie: może co najwyżej liczyć na wiernych druhów, których źli będą usiłowali usunąć.

Deklaratywność

Wyróżniłam to, nie dzieląc już na punkty. O deklaratywności w (1) wspomniałam przy okazji czarnych charakterów: mamy wyłącznie słowo autora na to, że Główny Zły jest militarnym geniuszem, a na dodatek wszystko, co robi, zdaje się bardzo wyraźnie przeczyć temu przekonaniu, do tego stopnia, że mam wrażenie, iż autorowi udało się to wmówić głównie temuż bohaterowi, który w związku z tym jest nieco zaskoczony, że na koniec autor kazał mu wojnę przegrać, w dodatku wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Deklaratywność w (2) polega głównie na tym, że bohaterka, snująca swoją pierwszoosobową narrację, mówi nam na przykład o swoich wyrafinowanych gustach zarówno kulturalnych jak i gastronomicznych. Niestety chodzi po prostu "do opery", a gotuje głównie pizzę i spaghetti i to takie, z którym nawet ja bym sobie poradziła (a N świadkiem, że miewam problemy z odgrzaniem pierogów). Deklaratywność dotyczy również często charakterów postaci (w obu przypadkach zresztą): czytamy dużo o tym, jacy różni bohaterowie są ciepli i dobrzy, ale z dialogów i działań nijak to nie wynika... Specyficznym rodzajem deklaratywności jest też coś, co bym nazwała "brakiem konsekwencji" i nie chodzi mi tu o absurdy fabularne. Chodzi mi o to, że obie bohaterki nie odczuwają konsekwencji tego, co przeżywają. Czternastoletnia królowa (1) widziała wojnę w jej wyjątkowo okrutnym wydaniu (tak nam się w każdym razie mówi), straciła sporo bliskich, odbyła podróż na biegun w poszukiwaniu sojuszników, a jej ukochany omal nie umarł - ale nie  niedługo po odniesionym zwycięstwie jest znów wesołą i beztroską dziewczyną, która nie może się doczekać przybycia na święta króla śnieżnych panter, który będzie przy kominku opowiadał o wojnach z trollami. Kay Scarpetta (2) nie dość, że zawodowo styka się z najstraszliwszymi zbrodniami i na co dzień przeprowadza najtrudniejsze autopsje, nie dość, że jej ukochana siostrzenica (ta genialna) non stop pakuje się w kłopoty, to jeszcze na dodatek zazwyczaj znajduje się na celowniku psychopaty, nie mówiąc już o prześladowaniach ze strony wszelkich nieuczciwych lokalnych polityków, ale w zasadzie nie potrzebuje pomocy psychologa, radośnie oddaje się kolejnym romansom, gotowaniu spaghetti i utrzymywaniu w nieskazitelnym stanie swojego eleganckiego domu na przedmieściu.

Wszystkie złe książki świata?

Może aż tak źle nie jest. A może jest źle, ale to nijak nie wpływa na poczytność, ba, nawet na przyjemność czerpaną z lektury? Numer (2) to bardzo popularna seria, co więcej - te powieści naprawdę wciągają i ma się ochotę je doczytać do końca. Numerowi (1) wróżę wielki sukces u docelowego czytelnika (młodsi nastolatkowie), którym ja chyba nigdy nie byłam, nawet w odpowiednim wieku metrykalnym. Pal diabli, że w wieku tych około 11 lat przeczytałam "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, "Diunę" Herberta i "Józefa i jego braci" Manna - wszystko to były książki podebrane Rodzicom, jak już wyczytałam do końca własne zapasy na wakacjach. Ważniejsze jest chyba to, że nigdy nie zachwyciłam się Narnią, której fabuła wydała mi się prostacka, a bohaterowie nudni. A (1) ma wiele narniowatych cech, z zacięciem new-age'owym zamiast chrześcijańskiego. To, że nadal czytam (2) wynika zapewne z tego, że mam specyficzny rodzaj choroby dennej: bardzo rzadko zdarza mi się zostawić nieobejrzany do końca film czy serial albo niedoczytaną książkę. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, kiedy coś poważnego przerwie mi oglądanie lub lekturę, a następnie dojdę do wniosku, że nie ciągnie mnie do powrotu. Ale i tak czasem wracam...

Poza tym w obu przypadkach znam gorsze książki. Kiedyś razem z N znęcałyśmy się nad nimi (oraz nad złymi tłumaczeniami) na specjalnej stronie, która wówczas dość szybko zdechła, potem przeniosła się na równie zdechły blog, bo trochę wyprzedziłyśmy epokę: moda na podobne krytyczne podejście podobno nadeszła niedawno. Znam również gorsze książki z własnej praktyki przekładowej - tłumaczyłam na przykład marne klony "Zmierzchu", gdzie do wszystkiego, co opisałam powyżej dochodzi jeszcze absolutnie nieznośny poziom sentymentalizmu i wzniosłości.

Niemniej uznałam liczbę analogii pomiędzy książkami znajdującymi się teoretycznie na dwóch czytelniczych biegunach za na tyle zabawną, żeby sobie to opisać. Zwerbalizować, co mnie w nich irytuje. I ten ostatni punkt, deklaratywność, jest chyba najważniejszy. Nie chodzi mi nawet o to, co wielu recenzentom na Goodreads: że pewne rzeczy są opisywane, a nie pokazywane w działaniu. Chodzi mi raczej o tę ewidentną nieświadomość pisarzy, że ich wychuchane i ukochane postacie są zupełnie inne, niż im się wydaje. I o to, że dbałość o szczegół nie oznacza (2) bardzo dokładnych opisów. Szczegół ma mieć jeszcze jakieś znaczenie. A wydarzenia muszą kształtować bohaterów - nie wystarczy, żeby były wspomnieniami w kolejnym tomie ((1) to też seria).

Pozwolę sobie na przywołanie jednej z moich ulubionych scen z książki, którą kocham, mimo że jest de facto pastiszem fantasy, z niemalże otwarcie deklarowanymi cechami gatunku: typowymi postaciami o przypisanych rolach w fabule, z akcją, która dosłownie prowadzi bohaterów po mapie całego znanego świata. Jest to "Belgariada" Davida Eddingsa. W czwartym tomie jest taki epizod, kiedy żyjąca na bagnach wiedźma prosi potężnego czarodzieja o obdarowanie darem mowy inteligentnych zwierzątek, które są jej jedynymi towarzyszami. Jest to jej cena za "odczarowanie" bagien, żeby bohaterowie zdołali się z nich wydostać. Epizod ten skupia się na dyskusji o konsekwencjach tak poważnej ingerencji w inteligencję, postrzeganie świata i w sumie istotę owych stworzeń. Odebrania im niewinności. Kiedy bohaterowie odchodzą, czytelnik widzi, że coś tam się już zaczęło zmieniać, kiedy fenlingi nieporadnie wymawiają pierwsze słowa, które znają ze słyszenia (żyły w towarzystwie wiedźmy). I to jest taki właśnie dodbany drobiazg. Nie przywołuję go na darmo ani przypadkiem: w (1) mamy mówiące koty. Tysiące lat minęły, odkąd jakieś niezbyt jasno określone najwyższe bóstwo obdarzyło je mową (ewidentnie od razu artykułowaną i to w języku małego królestwa głównej bohaterki), ponieważ uznało je za podobną koronę stworzenia jak człowieka. Po tych tysiącach lat koty są nadal kotami, a ich jedyną zdobyczą cywilizacyjną jest dość specyficzny parlamentaryzm, w którym zgromadzenie głosuje przez aklamację (a raczej ryczenie), a król i tak właściwie narzuca mu swoją wolę. Na właśnie takie rozwiązania literackie wyrażam zdecydowaną niezgodę.

Fontainebleau

czwartek, 03 kwietnia 2014
Drakaina ogląda obrazki

Już jakiś czas temu zauważyłam, że bardzo często w rozmowach o sztuce z rodziną i znajomymi powtarza się podobny schemat: mówimy o jakimś dziele, a konkretnie czymś, co powszechnie uważane jest za arcydzieło, a ja czuję (i czasem mówię), że to wszystko prawda, ale do mnie to dzieło nie trafia. Nawet nie "nie zachwyca", bo pod wieloma względami nawet i zachwyca: kompozycją, mistrzostwem techniki, pomysłowością, kolorami, czy po prostu trudnym do ujęcia w słowa pięknem. Ale to rozgrywa się na poziomie, powiedzmy, racjonalnym. Moje doświadczenie ze sztuką i jakaś tam jej znajomość podpowiadają mi, że to jest dobre, nawet wybitne. Najmniej ważne jest tu powszechne uznanie za arcydzieło, ważniejsza rzeczywiście obiektywna ocena. Świetnie namalowane, pełne ekspresji, nowatorskie, znakomite. I tyle. Mogę to wszystko stwierdzić i z doskonałą obojętnością pójść dalej.

Tak miałam na przykład z dwoma arcydziełami zdobionej architektury, że się tak wyrażę. Z Kaplicą Sykstyńską i Sainte Chapelle w Paryżu (zdjęcie w poprzedniej notce). Tę drugą podsumowałam na fejsbuku "weszłam, ładne, wyszłam". Trochę to było prowokacyjne, oczywiście, bo to rzecz jasna jest dużo powyżej ładnego, to jest bardzo piękne. Ale nie wywołało we mnie potrzeby spędzenia tam więcej czasu, kontemplacji, zastanawiania się nad symboliką i znaczeniami (uprzedzając argument strony przeciwnej: to nie jest tylko tak, że symbolika religijna mnie nie rusza i mało interesuje, to jest również tak, że tego jest tam za dużo, pod tym względem po prostu mnie przytłacza), a nawet nad grą kolorów. Podziwiam kunszt witrażystów, którzy w epoce, kiedy większość katedr na jakimś etapie budowy waliło się lub groziło zawaleniem z powodu niewłaściwych rozwiązań konstrukcyjnych, byli w stanie stworzyć wysokie na kilka metrów okna z witrażami. Jakoś z gotyckich witraży zawsze estetycznie najbardziej podobają mi się abstrakcyjne rozety, ale to też nieistotne. Cieszę się, że to zobaczyłam, jeśli znów trafię tak, że nie będzie kolejki a ja będę miała zbiorowy bilet na wiele zabytków, no i kiedy skończy się całkowicie remont, może nawet pójdę tam jeszcze raz. Ale jeśli nie zrobię tego przez najbliższe dziesięć lat, nie będę płakać.

Do Sykstyny szybko natomiast na pewno nie pójdę, ale temu winna jest po części koszmarna organizacja Muzeów Watykańskich (pisałam już o tym), sprawiająca, że aby tam dotrzeć, trzeba stracić ponad pół godziny na przejście absolutnie nieciekawych sal m.in. z prezentami dla papieży, a po części przesadna sława samej kaplicy (tłum i ścisk) oraz katarynka powtarzająca, że należy być cicho, nie wolno fotografować i coś tam jeszcze. To nie jest atmosfera do oglądania sztuki, a Michał Anioł do tego stopnia nie jest moim ulubionym artystą, że obejrzenie jego arcydzieła dwa razy (w dzieciństwie i niedawno) powinno mi wystarczyć. Wiem, jakie to jest duże, wiem mniej więcej jaką ma perspektywę (choć zapoznanie się z tym akurat tłum utrudnia), wiem, że lubię tam raczej szczegóły niż całość, a te mogę równie dobrze oglądać na dobrych reprodukcjach.

W szerszej perspektywie podobnie mam po pierwsze ze sztuką bizantyjską i pochodnymi. Bardzo mi się podobają chociażby mozaiki w Rawennie (tu akurat najbardziej lubię stylistycznie rzymskie Mauzoleum Galii Placydii, ale zaraz po nich te portrety Teodory i Justyniana z dużych tesser), podoba mi się czysto estetycznie mnóstwo ikon, w tym Rublow, ale znowu - nie mam potrzeby się w to wszystko zagłębiać poza sferę estetyki. Po drugie mam tak z impresjonizmem, gdzie z kolei najbardziej lubię te obrazy, które są całkowicie dekoracyjne, jak kolejne odsłony nenufarów Moneta. Lubię je mniej więcej tak samo jak secesyjne cuda Muchy czy Klimta, choć niektóre rzeczy tego ostatniego i tak intrygują mnie najbardziej z wszystkiego tego, co lubię głównie estetycznie, bo jednak czasem jego interpretacje postaci mitologicznych są niebanalne.

Bywa też de facto na odwrót: dzieła, które teoretycznie nigdy mnie nie porywały samym "wyglądem", zaczęły mnie niezwykle fascynować, bo mają mi coś do powiedzenia, ba, czasami wręcz jest tak, że odkrywam w nich coraz to nowe pokłady znaczeń. Tak się dość niespodziewanie (powody naukowe, konieczność zapoznania się z kontekstem) stało np. z francuskim neoklasycyzmem, który jeszcze jakoś tak dwa lata temu wydawał mi się aż śmieszny w swojej malarskiej dosłowności, a potem nie dość, że nagle zauważyłam, jakie to są genialne kompozycje, to na dodatek okazało się, że intrygują mnie historie z nimi związane i zaczynam w nich dostrzegać coraz to nowe ciekawe aspekty.

Zupełnie odrębny rozdział w moich lubieniach i nielubieniach sztuki zajmuje abstrakcja. Wprawdzie wiem, że krytykom zdarza się próbować przypisywać jej najróżniejsze znaczenia i podteksty, ale dla mnie pozostaje bardziej lub mniej mi się podobającą kompozycją barw i kształtów, które z założenia (mojego, bo może artysty i krytyka nie) nie mają nic do mnie mówić, ale po prostu się podobać. Teoretycznie podobne jest z tym, co mi się najbardziej podoba u impresjonistów oraz artystów z kręgu art nouveau czy secesji, ale zwłaszcza impresjonizm jest tak opatrzony i do znudzenia ograny na wszelkich możliwych popularnych gadżetach, że chwilami sama już nie wiem, czy mi się jeszcze podoba, czy męczy. Podobnie zresztą jest np. z Salvadorem Dalim, a także z Rafaelem, nie mówiąc już o Murillu - kiedy sztuka trafia do takiego nijakiego obiegu, bardzo trudno jest mi ją postrzegać w jej pierwotnym kontekście i w oderwaniu od znużenia jej wszechobecnością.

Surrealiści zresztą to jeszcze osobny problem, a Dalí nigdy nie należał do moich ulubieńców, może po części dlatego, że został spospolitowany w sposób jeszcze bardziej okrutny niż ozdabianie zeszytów, piórników i innych gadżetów życia codziennego: jego styl posłużył za wzór tłumowi potwornych ilustratorów książek fantasy. Nawiasem mówiąc, w surrealizmie najbardziej lubię nastrój tajemniczości, a Dalí wydaje mi się pod tym względem przedumany i czasami zbyt oczywisty. 

Po prawdzie jakkolwiek jest to wpis z cyklu Confiteor, dość celowo nie wymieniam tu zbyt wielu nazwisk, nie ilustruję też tekstu kolejnymi obrazkami, choć kusiło mnie (i może to kiedyś wyedytuję). Powód jest trywialny: ta notka jest zapowiedzią czy też reklamą kolejnego (tak, kolejnego, jakoś to będę się starała ogarniać) blogowego projektu czyli spin-offu, gdzie te obrazki i nazwiska się pojawią. Albowiem podobnie jak w przypadku opery chciałam tu zrobić sobie cykl o obrazkach, tych lubianych i tych niekoniecznie. I nagle przypomniałam sobie, że cykli tu zapowiedzianych w zasadzie nigdy nie realizuję: zawsze pojawi się na przykład coś aktualnego. Miałam pisać o tłumaczeniach poezji i co? Nic. Jakoś nie mogę się do tego zabrać, choć wiem, co chciałabym o tym napisać (no dobra, jedno napisałam do druku w Poważnym Czasopiśmie, więc się poniekąd spaliło jako temat).

Natomiast osobny blog, jeśli się na nim nic nie pisze, staje się wyrzutem sumienia i prowokuje do tego, żeby go choćby raz na miesiąc uzupełnić. A zatem tak jak opera zrodziła Wariacje operowe, tak postanowiłam dać sztuce wypączkować własny blog. Długo się zastanawiałam nad jego nazwą i w końcu po odrzuceniu różnych Sztuka i ja oraz Evviva l'arte stanęło na prostym Drakaina ogląda obrazki, ponieważ podobnie jak o operze chcę tam pisać w dużej mierze subiektywnie. Mogę jeszcze dodać jedno: kiedy robiłam (równolegle ze sporym towarzystwem) galerię ulubionych obrazów na fejsbuku, ranking w sensie liczbowym wygrali Jacques-Louis David oraz wspólnie surrealiści ze szczególną przewagą Paula Delvaux i René Magritte'a. Postaram się nie zdominować ich twórczością nowego projektu ;)

Drakaina ogląda obrazki

PS. Wpis programowy na obrazkach już opublikowany.

środa, 02 kwietnia 2014
Odszedł Mistrz

Dość okrężną drogą dowiedziałam się, że dziś (kalendarzowo wczoraj, ale dla mnie "dziś" jest do pójścia spać) zmarł Jacques Le Goff. Nie doniosły o tym w sposób wyraźnie widoczny polskie portale, choć ostatnio kilkakrotnie zdarzało się, że śmierć pomniejszego amerykańskiego aktora, którego nazwisko widziałam przy tej okazji po raz pierwszy, trafiała na ich czołówki jako wiadomość dnia. Oczywiście, koło fortuny i w śmierci wszyscy są równi, ale jakoś tak przykro mi się zrobiło, że na to, żeby się przekonać, że jednak jakaś tam noteczka (z rozdzielnika PAP) była, musiałam wpisywać nazwisko w wyszukiwarki portali informacyjnych. Żaden dziennikarz "opiniotwórczych" mediów nie uznał odejścia jednego z najwybitniejszych historyków wszech czasów za informację zasługującą na coś więcej niż przedrukowanie depeszy agencji prasowej.

Dla mnie osobiście Le Goff był bardzo ważny, bo poprzez swoje książki (a zwłaszcza "Kulturę średniowiecznej Europy") należał do tych, którzy przekonali mnie na powrót, że historia nie tylko jest ciekawa, ale może też być interesująco i wciągająco opowiadana. I stało się to w czasach, kiedy z młodzieńczej i związanej głównie z zamiłowaniem do fantasy oraz legend arturiańskich fascynacji średniowieczem wyrosłam. Po tę książkę sięgnęłam jako po lekturę na studiach, zakładając, że jakoś muszę również przez to przebrnąć. I nagle zrozumiałam, że między umownym rokiem 476 - "końcem starożytności" a "odrodzeniem karolińskim" zachodziły jakieś procesy społeczne, gospodarcze i polityczne, że ślady cywilizacji klasycznej po prostu powoli obumierały i popadały w ruinę, bo nie miał z nich kto korzystać - a te, które dało się zaadaptować do nowych warunków, zostały wchłonięte przez powoli podnoszące się z cywilizacyjnego upadku i wzrastające znów liczebnie społeczeństwa.

A przede wszystkim miałam w ręku książkę, która nie popadła w żadną z dwóch skrajności: ani nie widziała w średniowieczu wyłącznie wieków ciemnoty i zacofania, ale śledziła wszelkie przejawy ludzkiej pomysłowości i błyskotliwości oraz przemiany kulturowe w ich szerokim kontekście, ani też nie gloryfikowała religijnego wymiaru tej epoki. W nauce, która jak mało która jest podatna na podszepty subiektywizmu i osobistych sympatii/antypatii, Le Goff potrafił być tak obiektywny (czyli podchodzić z szacunkiem do źródeł), jak to tylko możliwe. Zawdzięczam mu nie tylko poznanie konkretnych aspektów jednej epoki, ale także kawał warsztatu.

A w przyszłym roku jadę na stypendium na uczelnię, w której przez lata wykładał.

Sainte Chapelle, Paryż

wtorek, 25 marca 2014
... et circenses?

Disclaimery: 1. to jest list otwarty do władz Krakowa, a po trochu i Polski, stąd forma; 2. to jest wpis o promocji i wizerunku Krakowa i ich priorytetach, a nie o wszystkich problemach miasta, bo na czyste powietrze i infrastrukturę w regionie powinny znaleźć się pieniądze z innej puli; 3. to nie jest wpis o wyższości kultury nad sportem, tylko o tym, że znaj propocją, mocium panie oraz kijem Wisły nie zawrócisz.

Szanowni Panowie Prezydenci, Premierzy, Marszałkowie, Ministrowie, Posłowie, Radcy Miejscy i ktokolwiek jeszcze ma realny wpływ na to, jakie decyzje są podejmowane!

Kraków od najdawniejszych czasów swego istnienia był przede wszystkim miastem nauki, sztuki i kultury - lepszej lub gorszej w zależności od czasów, sytuacji politycznej, ekonomicznej i społecznej oraz koniunktury - ale nauki, sztuki i kultury. Był miastem Akademii (Krakowskiej od XIV w. i Umiejętności od XIX w.) i miastem wielkich ludzi. Kopernika, Wita Stwosza, Jana Kochanowskiego, Jana Brożka, braci Śniadeckich, Stanisława Wyspiańskiego, Heleny Modrzejewskiej, Mariana Smoluchowskiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Pendereckiego, Piotra Skrzyneckiego, Wisławy Szymborskiej... można by długo wymieniać wielkich uczonych i artystów pióra, pędzla, teatru, muzyki. To jest dziedzictwo i kapitał Krakowa.

Tymczasem od kilku lat nie dość, że traktuje się po macoszemu (by nie rzec wprost: niszczy) w naszym mieście kulturę i sztukę, że o nauce już nie wspomnę, bo jeszcze mniej medialna, to na dodatek kolejne władze z uporem godnym lepszej sprawy usiłują zrobić z Krakowa stolicę sportu. Owszem, tradycje gry w piłkę nożną sięgają tu końca XIX wieku, owszem, o futbolu pisał nawet Tadeusz Boy-Żeleński, kolejny wielki krakowianin, łączący dziedzictwo naukowe z kulturalnym. Takich lekarzy-artystów, krakowian w najlepszym znaczeniu tego słowa, mieliśmy zresztą nawet niedawno, by wspomnieć zmarłego niedawno i przedwcześnie profesora Andrzeja Szczeklika.

Dla wielu ludzi w Polsce Kraków jest stolicą i ostoją konserwatyzmu i tradycjonalizmu, z czego po części wynika ta rozpaczliwa tendencja do rozsadzania od środka naszych instytucji kultury (najlepszym przykładem jest to, co się dzieje w Teatrze Starym) i czego efektem jest również przerażająca polityka miejskich władz, na siłę starających się nadać Krakowowi (pseudo)nowoczesne oblicze poprzez organizację masowych imprez. Zapomina się przy tym, że naukowe odkrycia, których tu dokonywano, bywały nowatorskie na skalę światową, i że pomimo dominującego niekiedy w "głównym nurcie" konserwatyzmu (szkoła Tarnowskiego w XIX w., peerelowska nijakość w XX w., wreszcie okołopapieska i okołopatriotyczna nijakość w wieku XXI czyli panoszące się wszędzie dźwigaje), to tu tworzyli tacy artystyczni "rewolucjoniści" jak wspomniany już Wyspiański, a także Tadeusz Kantor czy Jerzy Nowosielski. Krakowowi po części wmawia się zacofanie i tradycjonalizm, a po części winni są też piewcy tego XIX wieku i złotych czasów Franza Josefa. Błędem jest też założenie, że tradycja i nowoczesność wzajemnie się wykluczają. W Krakowie zawsze umiano podejmować dialog z tradycją (znów przywołam Wyspiańskiego i jego zmagania z romantyzmem, ale i wielkie dokonania teatralne drugiej połowy XX w. czy krakowską szkołę krytyki literackiej z Janem Błońskim i jego prowokującymi do myślenia i przewartościowań analizami, że o Piwnicy pod Baranami nie wspomnę) i to powinniśmy kultywować. Wychodzić w nowoczesność nie odrzucając tradycji. I nie usiłując na siłę być czymś, czym nie jesteśmy.

Mam bowiem wrażenie, że jedynym istotnym i na miarę europejską wkładem Krakowa w rozwój czegokolwiek choćby śladowo związanego ze sportem (a konkretnie z "kulturą fizyczną") jest idea ogródków jordanowskich, które jednakowoż były po pierwsze dziełem dziewiętnastowiecznego lekarza, pioniera pediatrii, dr. Henryka Jordana, po drugie miały związek z kwestią propagowania zdrowego trybu życia, a nie zawodów sportowych. Niestety ta idea została następnie skutecznie pogrążona w niebycie i dopiero ostatnio zaczyna się powoli odradzać. I proszę bardzo, promujmy w Krakowie kulturę fizyczną, choć nie jestem pewna, czy oddychanie pełnymi płucami naszym smogiem to naprawdę taki dobry pomysł, więc może zajmijmy się najpierw planowaniem miasta tak, żeby mogło oddychać, czyli między innymi ochroną terenów zielonych przed zabudową - kolejną bolączką Krakowa. Ba, wypromujmy na świecie pioniera gimnastyki w szkołach, o którym chyba mało kto wie cokolwiek poza tym, że musiał istnieć, skoro zdarzają się instytucje jego imienia. To wszystko będzie miało większy sens niż próba zorganizowania tu jakichkolwiek wielkich zawodów sportowych. A może ta wewnętrzna promocja kultury fizycznej zaowocuje tym, że kiedyś także i sport w Krakowie stanie na wyższym poziomie? Bo poza wszystkim innym na to, żeby przyciągać imprezy sportowe na jakimkolwiek poziomie, musimy mieć albo rozpoznawalne w świecie lokalne kluby/drużyny, albo też pieniądze na miarę Dubaju. Chwilowo nie mamy ani jednego, ani drugiego, mamy za to sny o potędze.

Słyszałam niedawno opinię (niestety nie pamiętam jej autora), że starania o organizację olimpiady to przy całych kosztach jeden z najtańszych sposobów promocji miasta w świecie. Nie mam pojęcia, jak to wygląda z punktu widzenia finansów, ale zważywszy, że na nijakie logo wydano prawie sto tysięcy, nie byłabym aż tak entuzjastyczna. Natomiast wiem jedno: to nie jest taka promocja, jakiej Kraków potrzebuje. Kraków nie potrzebuje napływu kolejnych fal imprezowiczów ani tym bardziej entuzjastów sportów zimowych: ci pierwsi psują wizerunek miasta, dla tych drugich nie stworzymy odpowiedniej bazy nawet kosztem kompletnej dewastacji naszych gór. Powiem jeszcze jedno: Kraków wcale nie potrzebuje również tłumów bezrefleksyjnych pielgrzymów, którzy ograniczą się do siedzenia w Łagiewnikach i wycieczki do Wadowic, ewentualnie fakultatywnie zaliczą Rynek i Wawel. Oni są może mniej szkodliwi od imprezowiczów, ale mimo że zapewne będą przyjeżdżać masowo (bo oprócz sportu religia jest jedynym towarem, jaki nasze władze chcą sprzedawać), nie wypromują miasta u jego właściwego "targetu".

Kraków potrzebuje natomiast bardzo zdecydowanie napływu turystów nastawionych na zwiedzanie zabytków i muzeów, a także tych, którzy szukają naturalnych, nieskażonych wszechobecnością klubów i dyskotek krajobrazów, a te jeszcze na szczęście istnieją w pobliskich Beskidach czy w Jurze. Potrzebujemy turystów świadomych, umiejących docenić zasoby naszych muzeów, które są maleńkie w porównaniu do Paryża, Rzymu, Londynu, Wiednia czy Berlina, ale posiadają autentyczne perły (Dama z gronostajem, kolekcja waz greckich, komnaty wawelskie) i perełki (sporo naprawdę dobrych dzieł od średniowiecza po współczesność we wszystkich właściwie działach Muzeum Narodowego). Potrzebujemy tego, żeby to oni stanowili większość odwiedzających Kraków.

Problem polega bowiem nie na tym, że nie mamy potencjału, problem polega na tym, że nie umiemy go pokazać i wspomóc czyli wypromować. Bo co z tego, że kulturalny i intelektualny turysta tu przyjedzie i znajdzie piękną architekturę (tę dawną, bo ta najnowsza to kolejny dowód na skandaliczne decyzje kolejnych włodarzy miasta), dobre muzea, a do tego przyzwoitą bazę noclegową i niezłe knajpy, skoro nie znajdzie tego, co europejskie stolice kultury proponują aż z nadmiarem: wystaw, koncertów, imprez kulturalnych. Każda moja wizyta we wspomnianych wcześniej europejskich stolicach, ale i w mnóstwie innych miast, również prowincjonalnych i mniej od Krakowa zasobnych w "stacjonarne" dobra kultury, owocuje frustracją: jestem do określonej daty, biegam z wystawy na wystawę, a kilka dni po moim wyjeździe zaczynają się kolejne, które bym chętnie obejrzała, ale nie dam rady. Podobnie z muzyką i teatrem: gdyby nie bariera finansowa (zazwyczaj bez problemu dostępne są bilety znacznie powyżej moich możliwości), chodziłabym na koncerty i spektakle najchętniej codziennie. Ba, nie żałuję żadnej z takich wizyt, na które wysupłałam te funty czy eura, niezależnie od tego, czy była to opera, musical czy teatr dramatyczny.

W Krakowie tego wszystkiego nie ma, a powinno być. Bezwzględnie powinno być. Kulturalni i intelektualni ludzie powinni chcieć tu siedzieć długo i wracać, a tego nie załatwi najlepsze muzeum, bo nawet Luwr czy British Museum w końcu obejdzie się całe. Żeby wracać, trzeba być autentycznym pasjonatem (ja tak mam, są muzea i ich konkretne sale, gdzie wejdę choćby na chwilę za każdą wizytą) albo mieć inny powód, żeby znów odwiedzić miasto. Tym powodem są właśnie imprezy czasowe.

Niestety krakowska opera nie ma szans przyciągnąć miłośników tego rodzaju muzyki spoza Polski, a w przypadku większości spektakli nawet spoza Krakowa czy też Małopolski, bo zakładam, że jedna czy druga szkoła czasem zagoni młodzież do obcowania ze sztuką, niestety pozostającą na poziomie, który mało kogo zachęci do dalszych poszukiwań. Podobnie jest z teatrami: większość gra nijaki repertuar z przeznaczeniem dla lokalnego i szkolnego widza, a prowokacje dyrektora Starego wywołują raczej zażenowanie niż zainteresowanie.

O tym, że ambitna widownia jest - zarówno w samym Krakowie jak i na świecie - świadczy fakt, że jeśli już zdarzy się w Krakowie jakaś naprawdę dobra impreza kulturalna, np. koncert którejś z młodych i dobrych lokalnych orkiestr albo festiwal Opera Rara, to bilety rozchodzą się na pniu, a na znakomitych wykonawców przyjeżdżają ludzie z dalekiej zagranicy. Ba, w sumie nawet na te marne przedstawienia Opery Krakowskiej trudno dostać bilety, więc ludzkość najwyraźniej jednak chce takiej kultury!

Dobre, naprawdę ciekawe wystawy zdarzają się w Krakowie co kilka lat, no i zazwyczaj są jednak o zasięgu lokalnym, dotyczą artystów polskich, co byłoby znakomitym pomysłem, gdyby po pierwsze takich wystaw było więcej, po drugie - gdyby oprócz nich zapraszano do Krakowa wielkie wystawy z tych, które podróżują po świecie (w tym roku taką wystawą jest rocznicowa poświęcona Oktawianowi Augustowi, gromadząca setki eksponatów, ale bywają też tego rodzaju imprezy poświęcone artystom - jak wystawa Breughli, którą ściągnął do siebie w zeszłym roku Wrocław - czy wydarzeniom historycznym).

Wreszcie - nauka. Pomijając kwestię tego, że miasto powinno wspomagać zdolnych uczonych w każdym wieku niezależnie od funduszy centralnych, Kraków ma historyczne, intelektualne i kulturalne zaplecze, żeby gościć znacznie więcej międzynarodowych konferencji, niż gości. I to nie tylko takich, w których urzędnicy zobaczą jakiś mityczny zysk, czyli nastawionych na biznes czy przemysł, ale prestiżowych konferencji z nauk zarówno przyrodniczych jak i humanistycznych. Te ostatnie w wielu ośrodkach organizuje się np. równolegle z wydarzeniami kulturalnymi lub rocznicami historycznymi, co obu imprezom dodaje prestiżu i zainteresowania.

I teraz dochodzimy do trudnego punktu. Organizacja wystaw, zwłaszcza takich, gdzie trzeba ubezpieczyć arcydzieła, kosztuje bardzo dużo. Podobnie zatrudnienie choćby na krótki sezon operowy czy teatralny wybitnych wykonawców. W przypadku muzyki trzeba również zainwestować w to, żeby znakomity wykonawca miał z kim pracować, bo tu niestety działa zasada nec Hercules conta plures: wybitny śpiewak musi mieć partnerów przynajmniej dobrych, żeby całość miała sens. Wybitny dyrygent podziękuje orkiestrze, która nie umie się zgrać. W sumie również wielki aktor potrzebuje umiejącego grać i współpracować tła oraz reżysera, który rozumie tekst.

Wszystko to wymaga nakładów, zgoda. Ale podobno na obiekty sportowe, które po ewentualnych igrzyskach będą stać i straszyć pustkami oraz powoli popadać w ruinę (takiego np. toru bobslejowego nie da się wykorzystać do niczego innego niż zawody bobslejowe, a jakoś nie widzę ich jako ważnej imprezy cyklicznej w Krakowie), mają być przeznaczone prawie dwa miliardy złotych. To dość, żeby przez kilka lat organizować w Krakowie imprezy kulturalne i naukowe na naprawdę światowym poziomie, to dość, żeby również ufundować parę stypendiów i grantów dla zdolnych naukowców i artystów. Zwłaszcza że takie inwestycje zwracałyby się również przez wiele lat: przyjeżdżaliby coraz to nowi ludzie, a nie tylko grupa entuzjastów sportu na parę tygodni.

Nie oszukujmy się: z tych, którzy przyjadą na ZIO, niewielu będzie tu wracać, a zastrzyk pieniędzy, które zostawią, szybko się przeje. Inwestycja w kulturę i naukę to inwestycja na długie lata, perspektywiczna, trwała i cykliczna. I oby łącząca tradycję i nowoczesność.

A teraz jeszcze pewne wyjaśnienie: wcale a wcale nie chodzi mi o to, żeby to krakowskie życie kulturalne było wyłącznie zwrócone w przeszłość. Nie lubię Habsburgów i nie jestem wielbicielką dziewiętnastowiecznych krakowskich czy galicyjskich tradycji, choć jakoś tam się z nich wywodzę. Wielkich krakowskich artystów lubię mniej lub bardziej (choć wymieniałam raczej tych, których bardziej), ale staram się nie odmawiać im wielkości i szanować ich dokonania. To jednak nie znaczy, że nie chcę tu ludzi nowych i z pomysłami, nawet obrazoburców. Niech odbędzie się tu wielka wystawa wideonstalacji zaraz po wystawie średniowiecznych kafli (oba tematy nie interesują mnie wcale albo śladowo), ale niech obie mają rozmach i sprowadzą dzieła na światowym poziomie - żeby ludzie chcieli tu przyjechać specjalnie po to, żeby takie wystawy zobaczyć. Niech młodzi reżyserzy wystawiają nowe, odważne wizje klasyki, ale niech oni najpierw zrozumieją teksty, które chcą inscenizować. Bo na razie to mamy bunt na poziomie przedszkola i obrażalstwo, a nie twórczy dialog z tradycją (tak, w tym momencie piję do teatru).

Postawmy na wydarzenia ciekawe, twórcze, takie, na jakie zasługuje miasto z potencjałem i tradycją. Ta tradycja to przecież nie tylko to, co było, to również pewne przyzwyczajenia: do jednych miast jedzie się po strawę kulturalną, do innych po emocje sportowe, do innych, żeby kupować najnowsze markowe ciuchy, do jeszcze innych, żeby grzać się w słońcu na plaży. Zmienianie tego porządku to zawracanie Wisły, czy dowolnej innej rzeki, kijem. I na dodatek populistyczna fanaberia, na którą nas nie stać. Co gorsza, przepraszam za to, co powiem, ale to robienie na siłę z Krakowa stolicy sportu przypomina mi robienie z Krakowa na siłę stolicy przemysłu w latach '50 XX wieku. Różnica jest taka, że wtedy chodziło o ideologię, a dziś chodzi o pieniądze. Kraków ma zabytki, a nie ma olimpijskich stadionów. Wykorzystajmy to, co mamy. Organizujmy fajne zawody na posiadanych obiektach i jednocześnie wykorzystujmy w pełni potencjał kulturalny. Takie miasto będzie żyło, bo ludzie, którzy do niego przyjadą, też pójdą do kawiarni i klubu, ale może nie tylko po to, żeby pić najtańsze piwo w Europie, jak reklamował się Kraków w gazetce pewnej linii lotniczej i to wcale nie tej najtańszej.

A zatem, drodzy decydenci, zastanówcie się, póki jeszcze jest czas, żeby te pieniądze wydać rozsądnie i zgodnie z tym, czym Kraków powinien być. Promujmy Kraków w świecie cytatami z naszych wielkich pisarzy i poetów, promujmy go zabytkami i dziełami sztuki (była kiedyś taka reklama Pragi, podobno bardzo skuteczna, pamiętam ją z londyńskiego metra), promujmy go imprezami nastawionymi na nowoczesność, ale nie tę z najniższej masowej półki, na dodatek zaściankowej, bo tylko na taką "nas stać". Przyciągnijmy tu śmietankę turystów z Europy i świata - i przekonajmy ją, że do Krakowa warto wracać, bo ciągle dzieje się tu coś ciekawego. Wszyscy na tym zyskamy znacznie więcej niż na jednorazowych i niepewnych igrzyskach.

Z poważaniem,
Nowoczesna Krakauerka z dziada pradziada

Wyspiański

PS. Nie jestem przeciwna sportowi. Po prostu uważam, że Krakowa nie stać na inwestycje, z którymi potem nikt nie wie, co zrobić, które niszczeją,  bo nie wiadomo, kto ma je zagospodarować, a nie ma pieniędzy, żeby je wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem (patrz: kwestia stadionów). Na organizowanie sensownych imprez sportowych wystarczy zmodernizować istniejące obiekty, właszcza że tradycje sportowe są w regionie, choćby w Nowym Targu, zainwestujmy więc w szybką kolej, niech wielbiciel sportu mieszkający w Krakowie dojedzie tam w niecałą godzinę na zawody. W ten sposób wypromujemy dodatkowo region, a wilk będzie syty i owca cała. Tylko nie oszukujmy się, że w Tatrach i Beskidach zrobimy ośrodki sportowe na miarę Alp. Poza wszystkim szkoda Tatr i ich przyrody, za małe są.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
       

       Copyright