wtorek, 19 czerwca 2018
Ile razy NIE?

Zapoznałam się właśnie z referendalnymi pytaniami pana prezydenta. W zasadzie odruchowo byłam nastawiona na 15 x NIE (skądinąd odpowiedź NIE na pierwsze pytanie - "Czy jest pan/pani za uchwaleniem nowej konstytucji RP, bądź zmian w obowiązującej konstytucji?" - powinna z automatu oznaczać NIE na wszystkie pozostałe), ale po namyśle zmieniłam zdanie.

Po pierwsze w obecnej sytuacji politycznej i przy światowych tendencjach odpowiedziałabym TAK na pytania (7) i (9) - UE i NATO - po to, żeby utrudnić rządzącym podjęcie głupich decyzji. Zasadniczo nie uważam, żeby przynależność do organizacji ponadpaństwowych miała być wpisana w ustawę zasadniczą, ale w obecnej sytuacji...

Po drugie uważam, że sprawy społeczne, których dotyczy większość pytań, co skądinąd pokazuje, że chodzi o kupowanie głosów przed wyborami, a nie poprawę prawodawstwa, powinny regulować dobre ustawy szczegółowe, a nie Konstytucja. Jestem zatem przeciw wprowadzaniu tego do Konstytucji, aczkolwiek popieram ideę poprawy w kwestii: (14) opieki medycznej (ale nie dla wybranych grup, tylko dla wszystkich obywateli!!!), praw ojców (11) oraz ochrony pracy (12)  - tu z zastrzeżeniami, bo nie wiem, co właściwie autor ma na myśli, bo jeśli niewyrzucanie z pracy nienadających się do niej pracowników, to jestem przeciw. Cała reszta to czysty populizm.

Nie wiem, co z pytaniem (2) o referenda konstytucyjne - z jednej strony dobrze, żeby suweren mógł powstrzymać zapędy władzy. Z drugiej...

Co do pytania (1) - jestem za zmianami w Konstytucji. Ale idącymi w zupełnie innym kierunku, niż sugerują pytania prezydenckie i oczekiwania partii rządzącej. Jestem za wpisaniem w Konstytucję pełnej tolerancji religijnej i ze względu na wszystkie inne kryteria, pełnego rozdziału państwa i kościoła, pełnej wolności słowa, związków partnerskich, a jeszcze lepiej związków o charakterze małżeńskim w dowolnych konfiguracjach płciowych. Oraz jestem za zmianą preambuły.

Ale oczywiście projekt referendum nie daje możliwości wypowiedzenia się w kwestii tych niewygodnych dla władzy spraw, które chciałabym widzieć w Konstytucji. W związku z tym nie wiem, jaka będzie najlepsza metoda wyrażenia obywatelskiego sprzeciwu wobec formy i treści tego głosowania?

czwartek, 31 maja 2018
Artykuł 45

Żadna ceremonia religijna nie będzie miała miejsca poza budynkami poświęconymi dla kultu katolickiego w tych miastach, gdzie istnieją świątynie przeznaczone dla innych kultów.

Artykuły organiczne, Art. 45, ogłoszone 18 germinala roku X (8 kwietnia 1802) przez Pierwszego Konsula Republiki Francuskiej, Napoleona Bonaparte

 



środa, 07 marca 2018
Czterdzieści i cztery

Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

Niewiele jest chyba równie powszechnie (bo wcale nie wiem, czy dobrze) znanych kawałków literatury polskiej, wałkowanych w kółko na lekcjach i w mniej lub bardziej trafionych cytatach, trawestacjach i parodiach. Do tego stopnia, że pierwotnie ta notka miała mieć tytuł "Coś ty Polakom zrobił, Mickiewiczu?" Bo na przykład krzywdę i poecie i temu fragmentowi jego dzieła robi Krzysztof Piskorski w dalibóg nie wiem za co nagradzanej powieści pod takim właśnie - Czterdzieści i cztery - tytułem. Książka jest źle napisana i jako powieść i jako fantastyka, że o historii alternatywnej miłosiernie zmilczę, 44 odnosi się tylko do roku, w którym dzieje się akcja (tysiąc osiemset, na szczęście w nieszczęściu), Mickiewicz jest w niej płaską nieciekawą postacią jak ze szkolnej czytanki (a zapewniam was, to był fascynujący człowiek!), a na dodatek kompletnie pozbawiony poetyckiego ucha i wyczucia autor masakruje tam jednego z bezwzględnie najlepszych polskich poetów, pisząc alternatywne wersje jego wierszy.

Ale ja nie o tym, bo o tym powinnam osobną notkę, tylko wciąż nie mogę sie za nią zabrać. Ja oczywiście o prezydenckiej Antologii niepodległości. "Liczba tekstów nie jest przypadkowa, nawiązuje do widzenia księdza Piotra z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza" - powiedziała pierwsza dama. W sumie pomysł fajny, bo mógłby twórczo ograć ten zgrany cytat. Mógłby, gdyby prawica była w stanie twórczo myśleć. Niestety - na ten temat napisano już całkiem sporo - dobór fragmentów pozostawia, delikatnie mówiąc, sporo do życzenia. Jest, jak się nietrudno domyślić, skrajnie zideologizowany. Co trochę nie wypada w oficjalnym prezydenckim pomyśle, który powinien być neutralny, ale sorry, taki mamy klimat.

Nie będę powtarzać argumentów wybitnych polonistów wypowiadających się o tej antologii, można je znaleźć w prasie.

Ja tylko pozwolę sobie powiedzieć, że poniekąd idea takiej antologii, zwłaszcza w ujęciu prawicowym, z konieczności dziejowej zawiera w sobie trolla i to takiego, którego w tym ujęciu nie da się ominąć. Można co najwyżej udawać, że go nie ma, i właśnie dlatego pozwalam sobie popełnić tę notkę.

Myślę, że gdyby przeciętnemu przyzwoicie wykształconemu Polakowi zadać pytanie o teksty, które na pewno znajdą się w takiej antologii przygotowywanej pod takimi a nie innymi auspicjami, wymieni zapewne (słusznie) takie utwory: Bogurodzica, Do matki Polki, Rotę i Boże coś Polskę. Reszta jest nieco bardziej losowa (choć, jak przeczytać, to do bólu przewidywalna), ale ta czwórca ma murowane miejsce.

No więc ja chciałabym tylko przypomnieć, że Alojzy Feliński napisał wiersz Boże, zachowaj Króla (znany powszechnie jako Boże coś Polskę) w roku 1816 na zamówienie wielkiego księcia Konstantego, na cześć cara Aleksandra I jako króla Polski, w związku z pierwszą rocznicą powołania na Kongresie Wiedeńskim Królestwa Polskiego ("Kongresowego").

Pomijając samą wiernopoddańczość Felińskiego, Kongres Wiedeński był dla Polski - jak i dla całej Europy - nieszczęściem, a pod szumną nazwą Królestwa Polskiego kryła się okrojona i całkowicie nieautonomiczna wersja Księstwa Warszawskiego (zawierającego od początku czyli 1807 Poznań, a od 1809 również Kraków!), o czym jakoś dziwnie zapomina się w powszechnej nauce historii. Kongresówce, co więcej, zawdzięczamy główną "narrację" historyczno-polityczno-martyrologiczną.

Mimo to epizod Księstwa Warszawskiego jest pogardzany jako kadłubowe państwo, a Kongresówka posiada rząd dusz, no i lizusowski wiersz stał się symbolem walki o niepodległość.

Troll siedzi i zaciera łapki.

 Transparent z okazji koronacji Aleksandra I na króla Polski

Zapisz

Zapisz

czwartek, 22 lutego 2018
Przyczynek olimpijski

Nie oglądam olimpiady, nie czytam doniesień z zawodów - sport znudził mi się wiele lat temu, kiedy skończył być fajną zabawą, a stał się wielką komercyjną machiną. (Tak, przyznaję się bez bicia: irytuje mnie to, że ludzie, którzy często nie mają sensownego pomysłu, na co można wydać wielkie pieniądze, dostają ciężkie miliony za kopanie albo odbijanie piłki. I tak, wiem, że to nie dotyczy wszystkich konkurencji, ale i tak to, co można dostać za udział w olimpiadzie, jest niewspółmierne do tego, co można dostać np. za książkę czy inną działalność kulturalną. Wiem również, że ta różnica wynika z oglądalności - ale jakkolwiek igrzyska zawsze były popularniejsze od czytania, a gladiator zarabiał więcej niż poeta, to jednak to akurat jest po prostu smutne.)

Nie jestem jednak w stanie uciec od tego, że media mnie tą olimpiadą bombardują - nie da się uciec od nagłówków gazet czy serwisów internetowych. (To z nich zresztą wiem, jak bardzo ci najlepiej zarabiający sportowcy nie mają pomysłu, na co wydawać pieniądze, ale i tak stają na głowach, żeby zarobić jeszcze więcej.)

No i nie mogę w związku z tym uciec od kompleksu polskiego. Zwłaszcza że N ogląda olimpiadę, bo sport nadal lubi, i podzieliła się ze mną ciekawą obserwacją. N ogląda sport głównie na Eurosporcie, ma więc niezłą konfrontację z polskimi mediami.

Otóż od prawa do lewa media polskie obchodzi jedynie to, co na olimpiadzie uzyskują / nie uzyskują / mogliby uzyskać Polacy. Jak co dwa lata, a może i częściej, bo przy innych wielkich imprezach sportowych to też działa, mamy taką specyficzną krzywą: od wyliczeń, ile to medali zdobędziemy (przed rozpoczęciem imprezy), przez smętne miny, kiedy okazuje się dzień po dniu, że jednak coś nie wychodzi, po podsumowujące "znowu nie wyszło". A po drodze głównie dramatyczne nagłówki, że miało być tak wspaniale, byliśmy prawie na pozycji medalowej, ale zły wiatr, złe strzelanie, zła trasa, złe warunki. Nigdy po prostu, że np. inni zawodnicy po prostu okazali się lepsi. Do tego wykrzykniki, jakby to wszystko naprawdę była narodowa tragedia.

Na dodatek jak już nie wychodzi i musimy się z tym wśród wykrzykników pogodzić, to w nagłówkach na próżno szukać informacji o tym, kto wygrał, albo zachwytów nad jakimś niezwykłym wyczynem innej nacji. (Jak już było, to o Irance bez realnych olimpijskich szans - bo sprzęt treningowy dostała od Polki! Skądinąd rzeczona Iranka wzbudziła moją autentyczną sympatię, bo jak dla mnie, to sport powinien tak właśnie wyglądać: ludzie, amatorzy, którzy na marginesie swojej zwykłej pracy robią coś, żeby pokazać głównie sobie, że mogą.)

A potem narzekamy, że nikogo na świecie nie obchodzimy*. Ale czy nas obchodzi świat?

* Co zresztą nie jest wcale prawdą. Francuska Biblioteka Narodowa uruchomiła właśnie na swoim ogromnym i bardzo odwiedzanym portalu specjalną stronę poświęconą pięciuset latom stosunków polsko-francuskich, z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale ponieważ nie ma tam nic o widelcach, to pewnie suweren nie będzie zadowolony.

Tagi: sport
14:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (6) »
czwartek, 08 lutego 2018
Polak potrafi!

Jak już myślałam, że nic nie zdoła mnie zaskoczyć, to zaskoczyło. Co? Ano to, że obecne kręgi rządowe były w stanie wymyślić własną odmianę politycznej poprawności.

Pewien pan poseł zaproponował właśnie, choć chyba należałoby powiedzieć: zażądał, poprawienia tekstu "Medalionów" Zofii Nałkowskiej, ponieważ znalazło się w nich trefne z punktu widzenia najnowszej wykładni sformułowanie.

Na celowniku wiadomej ustawy jest przede wszystkim jedno konkretne określenie, o którym na dodatek zrobiło się naprawdę głośno dopiero z okazji tej ustawy. Ale sama ustawa mówi ogólniej o szkalowaniu.

A to oznacza, że być może będziemy zmuszeni rozprawić się z ogromną częścią literatury polskiej. I nie tylko polskiej.

Ze względu na nocną porę i chwilowy brak czasu proponuję na początek zająć się trzema szkalującymi autorami i ich wypowiedziami ( zapraszam do zgłaszania kolejnych kandydatur w komentarzach):

1. Juliusz Słowacki o Polsce: "pawiem narodów byłaś i papugą".

2. Alfred Jarry: "w Polsce czyli nigdzie"

i przede wszystkim

3. Jan Kochanowski: "Nowe przysłowie Polak sobie kupi, | Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi."

A że wszyscy autorzy nie żyją? Co to dla nas! Mieliśmy już ministra, których chciał się spotykać z nieżyjącym malarzem, więc możemy mieć i takiego, który będzie karał nieżyjących pisarzy. Polak potrafi!

Le veritable portrait de Monsieur Ubu

Zapisz

Zapisz

piątek, 02 lutego 2018
Kopernik a sprawa polska

Jednym z głównych problemów, jakie ludzkość, a po prawdzie głównie teologowie, bo ogółowi ludzkości było to wówczas zapewne głęboko obojętne, mieli z teorią heliocentryczną, było to, że w jej świetle Ziemia przestała być uprzywilejowanym punktem we wszechświecie. Została przesunięta na bok i zrównana z innymi planetami. A to oznaczało, że człowiek nie jest w centrum stworzenia. Przez stulecia teologowie musieli się pogodzić z tym, że teorii heliocentrycznej nie da się podważyć, a mimo to antropocentryzm ma się nieźle w postaci tzw. hipotezy czy też zasady antropicznej. Jak na ironię, podobno powstała ona z okazji obchodów pięćsetlecia urodzin Kopernika.

Jednym z głównych problemów, jakie mają propagatorzy "polityki historycznej" oraz ostatnio autorzy skandalicznych zapisów w ustawie o IPN, jest najwyraźniej niemożność pogodzenia się z tym, że Polska, podobnie jak Ziemia, nie posiada wyróżnionego miejsca we wszechświecie. Że nie jest jego centrum, z powodu którego i dla którego wszystko inne się kręci.

Podobnie jednak, jak prawa fizyki nie dążyły celowo do tego, żeby mogło powstać ziemskie życie, tak historia nie miała na celu stworzenia Polski i Polaków. Im szybciej się z tym pogodzimy, tym lepiej się nam będzie żyło i tym przyjaźniej spojrzymy na otaczający świat.

Byłoby dobrze, gdybyśmy potrafili zaakceptować, że nasze społeczeństwo, podobnie jak każde inne, składało się, składa i składać będzie z ludzi bardzo różnych. I tak jak nikt nie neguje, że są w nim np. bogaci i biedni albo wykształceni i niewykształceni, tak musimy pogodzić się również z tym to, że są w nim ludzie szlachetni i podli. I że tak jak bogactwo, bieda i poziom wykształcenia niekoniecznie muszą być nam dane na zawsze, tak i postawy ludzkie mogą się zmieniać. Historia zna nie tylko przypadki "od pucybuta do milionera", ale także "od łajdaka do bohatera". Niestety, również na odwrót. Ale to jest normalne, ot, natura ludzka.

Udział procentowy poszczególnych grup w społeczeństwie, a także możliwości zmian, zależą w dużej mierze od edukacji i tego, jakie w jej ramach wzorce moralne są wpajane uczniom. Zależy też od języka władzy, mediów, od tego, co się oficjalnie propaguje. Także od tego, na co się przyzwala. I jak się traktuje przeciwników. Słowem, od całego tego "dyskursu publicznego", którym jesteśmy zewsząd otoczeni. W znacznie mniejszym stopniu natomiast zależy to od zapisów w ustawach.

Andreas Cellarius 1708

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 04 grudnia 2017
Dwa słowa o patronach

Trwa "dekomunizacja" nazw ulic, która zapewne znów nie dość, że wytnie z upamiętnienia kilka osób, którym się ono należy, niezależnie od opcji politycznej (zawsze jestem np. ciekawa, jak długo w Krakowie utrzyma się Ignacy Daszyński, a raczej kiedy i komu i on zacznie wadzić). Przypomina mi to niezmiennie dwie historyjki typu se non è vero, è ben trovato o zmianach nazw ulic: 1) protest prawicowych radnych w nie pamiętam jakim mieście przeciwko ul. Czerwone Wierchy; 2) propozycję, w Krakowie, utworzenia ulicy Obrońców Monte Cassino.

Trwa również wymiana nazw szkół i zapewne mnóstwa innych rzeczy z nieprawomyślnych na zgodne z jedyną słuszną drogą, jaką dziś dyktuje nam partia.

A w cieniu tego wszystkiego, w ramach promowana właściwych wzorców, jakieś miasto organizuje turniej sportowy o puchar im. Janusza Walusia. Prawomocnie w innym kraju skazanego zabójcy.

Mam w związku z tym propozycję: idźcie, cni prawdziwi patrioci, za ciosem i zorganizujcie konkurs plastyczny im. Eligiusza Niewiadomskiego. Wystawa prac nagrodzonych oczywiście w warszawskiej Zachęcie. A jak jej władze nie będą chciały, to się je przecież bez trudu wymieni, co najwyżej jakiś nieprawomyślny artysta pod rękę z intelektualistą zaprotestują.

***

Napisałam powyższe z zamiarem ironicznym, zakładając, że moja wizja nie może się ziścić, że istnieje jednak jakieś powszechne polityczne tabu. Po czym zabrałam się za szukanie odpowiedniego obrazka. I okazało się, że bardzo, ale to bardzo się myliłam. Natychmiast dostałam po głowie artykułem pt. "Dla was zbrodniarz, dla nas bohater" (nie będę linkować, kto ciekaw, może sobie wyguglać), autorstwa  anonimowego oenerowca. Następnie oczom moim ukazały się zdjęcia z jakiejś kieleckiej demonstracji innego odłamu narodowców, z transparentem "Prawdziwy bohater". A także okładka książki "Eligiusz Niewiadomski - człowiek zasad", wydanej przez kolejny odłam.

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy w razie czego urosły w siłę ruch narodowy chwyci za broń przeciwko swoim wrogom ideowym, to ja już nie.


Save

Save

Save

Save

sobota, 04 listopada 2017
Nie sądźcie

Dwa razy w czasach licealnych zostałam wyrzucona z klasy z naganą za ten sam naganny czyn. Raz z lekcji polskiego wyrzucił mnie mający zastępstwo w naszej klasie tzw. szkolny ubek, główny partyjny ideolog mojego znakomitego skądinąd liceum, facet wciąż groźny w czasach, kiedy PRL wydawał ostatnie tchnienie. Drugi raz zostałam wyrzucona z przykościelnej lekcji religii przez panią uczącą "przygotowania do życia w rodzinie". Jak już powiedziałam - w obu przypadkach za to samo.

A za co? Ano za odmowę potępienia uczynków ludzi, którzy znaleźli się w skrajnych sytuacjach. Za to samo, dokładnie to samo wypowiedziane zdanie: "Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nie wiem, jak sama bym się zachowała, więc nie mogę oceniać tych ludzi". Za pierwszym razem chodziło o jednego z bohaterów Popiołu i diamentu Andrzejewskiego, tego, który w obozie z porządnego człowieka zmienia się w oprawcę współwięźniów. Za drugim razem chodziło ogólnie o kobiety dokonujące aborcji.

Przypomniało mi się to dziś, kiedy przeczytałam reportaż o syryjskich uchodźcach z łodzi, która zatonęła na Morzu Egejskim. A konkretnie komentarze pod tym reportażem. Komentarze w tonie "mogli siedzieć w domu", "mogli nie dać się oszukać przemytnikowi", "mogli postępować mądrzej". Pewnie mogli. Ale idę o zakład, że żaden z komentujących nigdy nie przeżył wojny, realnego, ciagłego zagrożenia życia, więc nie ma pewności, że sam w ich sytuacji zachowałby się inaczej. "Mądrzej." Ja o sobie też tego nie wiem. Ba, myślę, że próbowałabym uciekać za wszelką cenę, nie wiem, czy potrafiłabym na zimno kalkulować szanse.

Wiem, że moja rodzina, dziadkowie z malutkimi dziećmi, uciekali we wrześniu 1939 z Krakowa do Lwowa - wygodnie, własnym samochodem. Po czym kilka miesięcy później, w środku zimy, z babcią w ciąży, uciekali z powrotem ze Lwowa do Krakowa, tym razem przez zieloną granicę i bardzo szybko na piechotę, bo Rosjanie zabrali im samochód, w zamian dając bumagę potwierdzającą ten rekwirunek. Samochodu oczywiście dziadek nigdy więcej nie zobaczył.

Co świadczy o tym, że nawet ludzie mający flegmatyczny charakter i wręcz patologicznie trzeźwo myślący jak mój śp. Dziadek, ulegają presji ucieczki przed wojną oraz są zdolni przebyć kilkaset kilometrów w bardzo trudnych warunkach, byle dostać się w nieco bezpieczniejsze miejsce.

Z tych dwóch powodów nie czuję się uprawniona do oceniania tego, co robią uchodźcy.

I żeby było jasne: mam z kwestią uchodźców spory problem moralny. Nie udaję, że ta ogromna migracja nie niesie ze sobą zagrożeń. Uważam, że są kraje, jak choćby bogate państwa arabskie, ale również Polska, których moralnym obowiązkiem jest wziąć czynny udział w rozwiązywaniu tej katastrofy humanitarnej, a tego nie robią. Mam jednocześnie wrażenie, że Unia Europejska nie opracowała dobrych procedur - ale nie bardzo miała na to czas. A poza tym jeżdżę dużo po Europie, byłam w kilku z miejsc, które media opisywały jako ogniska zapalne problemu z uchodźami i nie widziałam tam zagrażających mojemu bezpieczeństwu tłumów. Owszem, w podparyskim Saint-Denis tabliczki w rękach oblegających samochody żebraków zmieniły się z "famille de Roumanie" albo zwykłego "j'ai faim" na "famille syrienne". Ale to ci sami ludzie, zawodowi żebracy, żerujący teraz na aktualnych emocjach.

Ale jakiekolwiek miałabym problemy z tym problemem, nie mogę potępić Syryjczyków za to, że uciekają. I bardzo bym chciała nigdy nie nabyć prawa moralnego do takiej oceny.


Save

środa, 04 października 2017
Abszmak

Dawno chyba nie napisałam recenzji. Paradoksalnie po trochu dlatego, że czytam ostatnio sporo, mając minimalnie więcej czasu niż nieco wcześniej, ale prawie wszystko, co czytam, dramatycznie mnie rozczarowuje. Tak to jest - nadrabiam zaległości, chwilowo konkretnie głównie kryminalne, i konfrontuję się z własnymi oczekiwaniami budowanymi po części przez entuzjastycznych recenzentów. I tak kłębią się we mnie te uwagi krytyczne, a zarazem poczucie, że może nie powinnam być aż takim malkontentem, powstrzymuje mnie przed pisaniem.

Dziś jednak udało mi się uchwycić, z czym konkretnie mam główny problem w przypadku jednej z nadrobionych książek: "Festung Breslau" Marka Krajewskiego.

Serii, jak sądzę, nie muszę przedstawiać - był czas, że strach było otworzyć lodówkę, żeby nie ujrzeć w niej Eberharda Mocka. Dodam jeszcze, że N lojalnie uprzedzała mnie, że poziom obrzydliwości w tych książkach może być trudny do przełknięcia nawet dla mnie, a mnie naprawdę bardzo trudno jest obrzydzić, nawet przy jedzeniu.

I może nawet przeżyłabym obrzydliwość, choć przyznam, że najzwyczajniej pod słońcem nudzi mnie to, że w pisanych ostatnimi czasy kryminałach wszystko musi być unurzane w zgniliźnie, bebechach i okrucieństwie nie do pojęcia. Ej, powie mi ktoś, przecież to są kryminały. Kryminały są o zbrodniach. Zbrodnie są ohydne i tak dalej. Tak, ale to jeszcze nie znaczy, że 1) literacki opis zbrodni musi być obrzydliwy do potęgi n+1; 2) wszyscy bohaterowie, z pozytywnymi włącznie, muszą być obrzydliwi. Po prawdzie jak dla mnie stosuje się tu zasada Stephena Kinga: straszy znacznie bardziej to, co nie do końca opisane, niedopowiedziane, tylko zarysowane. Dosłowność nie pozostawia pola dla wyobraźni, a straszy nas wyobraźnia. Podobnie przegięcie w opisie obrzydliwości nuży, a nie przeraża. Moim skromnym zdaniem.

Ale, jak już powiedziałam, przeżyłabym obrzydliwość i opisy, które nastawione są na szokowanie burżuja. Proszę bardzo, jakkolwiek to już było tyle razy, że chyba nawet burżuj się nie zszokuje.

Zniosłabym jakoś również to, że niemalże od pierwszego wejrzenia znielubiłam głównego bohatera. To też jakaś moda (bo nie tylko u Krajewskiego, palmę pierwszeństwa dzierży pod tym względem w polskim kryminale niejaka Marta Guzowska): detektyw ma być antypatyczny. Mam wrażenie, że po części wynika to z nieudolnego naśladowania Chandlera, tylko że do autorów tych podróbek nie dotarło, że Marlowe jest zmęczony, szorstki, nierzadko niemiły, topi swoje traumy i lęki w whisky i tak dalej, ale nie jest antypatyczny. W tych wszystkich Mockach, Yblach i innych zapijaczonych detektywach polskich autorów nie znajduję tej nuty wielkości i szlachetności, która sprawia, że Marlowe mnie fascynuje jako człowiek. No, nie znajduję i już. Ale to też bym przeżyła, bo zmęczyłam nawet jeden tom Katarzyny Bondy, a wierzcie mi, to wymaga sporo samozaparcia i to bynajmniej nie przez to, że główny bohater jest kolejnym noszącym nietypowe nazwisko spsiałym klonem Philipa Marlowe'a.

Byłabym skłonna nawet pogodzić się z deusexmachinowym zakończeniem, w którym bohater ucieka z oblężonego Breslau miniaturową łodzią podwodną, aczkolwiek pomysł ten wydaje mi się, delikatnie mówiąc, naciągany. Poddałam się w kwestii researchu, czy takie łodzie - zdolne wpłynąć w górny bieg Odry - istniały; wikipediowy artykuł o klasach łodzi podwodnych podczas II wojny światowej mnie pokonał. W artykule o oblężeniu Wrocławia nie ma nic o takim środku transportu. Problem w tym, że nawet gdyby istniały, to rozwiązanie jest po prostu z innej bajki. Ale znowu: przeżyłabym.

Kilka miesięcy zatem zeszło mi na to, żeby wreszcie sprecyzować, co tak naprawdę w "Festung Breslau" sprawia, że moja bardzo, ale to bardzo wysoko postawiona - prawie że nieistniejąca - poprzeczka dla tabu w kulturze zmaterializowała się przede mną i protestowała przeciwko tej książce.

Ale już wiem: chodzi o wątek Gertrudy von Mogmitz

Jak już zaznaczyłam, jestem przeciwna tabuizacji jakichkolwiek tematów w kulturze. Irytuje mnie również, choć w jakiś sposób jest zrozumiałe, zróżnicowanie w obrębie tej tabuizacji: nie mamy żadnych oporów, żeby przypisać dowolne motywacje, czyny i dziwactwa ludziom z dawnych epok, czy też dość dowolnie zmieniać życiorysy postaciom historycznym żyjącym co najmniej 150 lat temu, podczas gdy bliska przeszłość podlega swoistej cenzurze. Rozumiem ten mechanizm, ale ponieważ zasadniczo interesuje mnie historia dawniejsza niż te 150 lat i przywiązuję się do ludzi, którzy wtedy żyli, mam żal o to, że traktuje się ich z pełną dezynwolturą. Ale to na inną recenzję, innej książki.

W przypadku Krajewskiego jednak tabu zadziałało nawet u mnie. I nie na sam temat, ale na bardzo konkretne szczegóły tego wątku. Otóż uważam za najzwyczajniej pod słońcem niesmaczne wymyślenie historii [SPOILER ALERT] radykalnej masochistki, która daje się zamknąć w obozie koncentracyjnym i udaje męczennicę za grzechy swego narodu oraz kombinuje mistyczny plan ucieczki po to, żeby spełniać swoje masochistyczne zachcianki ze swoim dawnym kochankiem-dręczycielem, który został tegoż obozu komendantem. Po prostu mam wrażenie, że została tu przekroczona granica dobrego smaku, zwłaszcza że nie mamy do czynienia z groteską (gdzie, gdyby to było uzasadnione, zapewne zaakceptowałabym taki pomysł fabularny), ale teoretycznie serio obyczajowym kryminałem. A ta historia jest tak przedumana i tak - wróćmy do poczatku tej notki - przesadnie obrzydliwa, że nie zniesmacza opisami zbrodni, ale nieprzystawalnością konceptu do opisywanych okoliczności.

W sumie nawet jestem sobie w stanie wyobrazić wariację na temat tego wątku, która byłaby dla mnie do przełknięcia: osoby, która trafiwszy do obozu, uświadamia sobie, że ból, cierpienie i upokorzenie sprawiają jej przyjemność. Osoby, która ma z tym cholerne problemy, bo wie, że coś jest z tym straszliwie nie tak. Tylko że to jest temat na powieść obyczajową, psychologiczną, a nie kryminał. I w sumie nie wiem, czy nie wolałabym jako scenerii np. więzienia w jakimś mało cywilizowanym kraju. Jakoś idea, że ktoś - nawet jeśli ma to być czarny charakter powieści - daje się zamknąć w obozie, żeby sobie zrobić dobrze, jest dla mnie przekroczeniem granicy dobrego smaku. Nie przez sam pomysł, bo ludzie są zdolni do wszystkiego, więc czysto teoretycznie i to jest możliwe, ale przez jego doprowadzone do poziomu niezamierzonej chyba groteski ujęcie, bo mam wrażenie, że w autorskim zamyślę ma być prze- i po-rażająco, oraz wpisanie w literaturę - bądź co bądź - rozrywkową.

Co z tego, że kiedy Mock orientuje się w prawdziwych motywacjach hrabiny i jej związku z (obrzydliwym i obrzydliwie opisanym) morderstwem własnej siostrzenicy, to porzuca zamiar wywiezienia Gertrudy z Breslau (miniaturową łodzią podwodną)? Co z tego, że autor malowniczo (czy raczej turpistycznie) przekonuje nas, jak bardzo obrzydliwą osobą jest Gertruda? Gdyby to była prawdziwa historia, byłaby porażająca. Jako kreacja literacka jest, że się powtórzę, zaledwie niesmaczna.

I to by było na tyle.

PS. Znalazłam istniejące miniaturowe łodzie podwodne, ale nadal nie jestem przekonana, czy 1) były one zdolne płynąć dość daleko rzeką, 2) ktokolwiek użyczyłby ich do wywiezienia z oblężonego miasta dość przypadkowych ludzików.

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

poniedziałek, 17 lipca 2017
Ale to już było... (2)

Dziś pewna posłanka napisała (jak następnie tłumaczyła: ironicznie), że nie przewiduje zmiany władzy.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy, powiedział ponad pół wieku temu towarzysz Wiesław.

 

piątek, 14 lipca 2017
Suweren

Obecna władza bardzo lubi powoływać się na "wolę Suwerena", którym jest Naród. Władza zapomina, że wybrała ją zaledwie 1/5 uprawnionego do głosowania Suwerena, ale to drobiazg. Skoro połowy uprawnionego Suwerena najwyraźniej nie obchodzi, kto będzie nim rządził, to ma za swoje. A sądząc po reakcjach, a raczej ich braku, nadal go niewiele obchodzi.

Ponieważ na wpis o Bastylii nie mam pomysłu, pozwolę sobie uprzejmie przypomnieć kilka dokumentów z tamtej epoki, odwołujących się do idei Narodu jako Suwerena.

Konstytucja korsykańska Pasquale Paolego (1755, ale jej zręby powstały w latach 1735-45, czyli przed publikacją "O duchu praw" Monteskiusza), tworząca porządek prawny dla "szczęścia narodu", stawia obok władzy wykonawczej kolegialną władzę ustawodawczą oraz osobne sądy.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki (1787) zaczynająca się od Suwerena (słynne "My, Naród"), bardzo wyraźnie rozgranicza władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądową.

Francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela (1789), która stanowi, że "Źródło wszelkiego zwierzchnictwa spoczywa całkowicie w Narodzie", mówi też jasno, że "Społeczeństwo, w którym nie ma należytej gwarancji praw ani określonego z góry podziału władz, nie ma ustroju konstytucyjnego."

Nawet bardzo niepostępowa, zwłaszcza w rozdziałach I-II, Konstytucja polska 3 Maja poświęca trzem władzom osobne rozdziały (VI-VIII) i mówi wprost: "Władza sądownicza nie może być wykonywanąani przez władzę prawodawczą, ani przezkróla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane."

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Suweren w końcu sobie o tym przypomni. Choć, wracając jednak do Bastylii, Suweren nader często orientuje się dopiero wtedy, kiedy zabraknie mu chleba.

Save

Save

środa, 12 lipca 2017
Śmiech pusty mnie porwał

W każdym państwie istnieją trzy rodzaje władz [...]

Na mocy pierwszej, panujący lub urzędnik stanowi prawa na przeciąg pewnego czasu lub na stałe, tudzież poprawia lub znosi prawa istniejące. Na mocy drugiej rozstrzyga o wojnie lub pokoju, wyprawia lub przyjmuje poselstwa, strzeże bezpieczeństwa, zapobiega najazdom. Na mocy trzeciej, karze zbrodnie lub sądzi pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Tę ostatnią władzę nazwiemy władzą sądowniczą, drugą zaś po prostu wykonawczą państwa.

[...] Gdzie w jednej osobie lub jednym ciele urzędowym władza prawodawcza łączy się z władzą wykonawczą, tam nie masz wolności albowiem istnieje obawa, że ten sam monarcha [...] stanowić będzie prawa tyrańskie, by je wykonywać po tyrańsku.

Nie masz wolności, skoro władza sądownicza nie jest oddzielną od władzy prawodawczej i wykonawczej. Jeśli złączona jest z władzą prawodawczą, powstaje samowolność w stosunku do życia i wolności obywatela, albowiem sędzia będzie zarazem prawodawcą. Jeśli jest złączona z władzą wykonawczą, sędzia będzie posiadać władzę ujarzmiciela. [...].

Monteskiusz,  O duchu praw (1748),
oprac. M.  Szczaniecki, Warszawa 1957

Wiecie, gdzie znalazłam ten tekst? W pliku o nazwie e-biblioteka, który ściągnął się z oficjalnej strony prezydenta Polski.


wtorek, 04 lipca 2017
Przyjdzie Edek i wyrówna

Z powodu remontu i książek leżących w stertach w całym mieszkaniu nie byłam w stanie znaleźć mojego egzemplarza "Tanga" Mrożka. Wyprawa do biblioteki po to, żeby sobie przypomnieć jeden cytat, wydała mi się zbytnią ekstrawagancją, poszukałam więc w sieci. I zamiast tekstu znalazłam spektakl. Z początku chciałam szybko przeskoczyć na koniec, żeby sobie ten cytat sprawdzić. Ale jak zobaczyłam, że spektakl reżyserował jeden z idoli mojej wczesnej młodości, Jerzy Jarocki, w Narodowym, a na samym początku moim oczom ukazali się Ewa Wiśniewska i Jan Englert w rolach Eugenii i Eugeniusza, obejrzałam od początku do końca.

Spektakl jest znakomity, a młodego pokolenia nie uczy się scenicznej emisji głosu - pozwolę sobie poprzestać na takiej uwadze w kwestiach teatralnych, bo ja nie o tym.

Ja o tym, że ciarki mnie przechodziły na to, jak bardzo trafnie Mrożek ponad pół wieku (konkretnie 53 lata) temu opisał dzisiejszą Polskę.

Mamy w tej sztuce Artura, młodego idealistę, którego męczy - a raczej przeraża, ponieważ nie daje przepisu na życie - wszechobecna wolność. Artur najpierw myśli, że coś zmieni narzucając światu reprezentowanemu przez jego dziwaczną rodzinkę formę. Staroświecką, uporządkowaną, przewidywalną, skostniałą i tromtadracką, ale za to bezpieczną, bo jasno wytyczającą kolejne życiowe kroki. Potem okazuje się, że forma nie wystarcza, że konieczna jest idea i zaczyna się eskalacja.

Mamy rodzinę: ojca artystę (Mrożek przewidział tu warlikowszczyznę i jej nieślubne potomstwo), matkę wówczas protohipiskę, babcię, która za wszelką cenę usiłuje być nowoczesna i demokratyczna, więc (powierzchownie) przejmuje plebejski język i obyczaje.

Mamy też wujka-dziadka, starego kawalera, który nie potrafi się do nowoczesności dostosować. Wujek jest na pozór miłym i kulturalnym starszym panem, któremu przez usta nie przechodzą prostackie karciane odzywki. Ale wystarczy, że Artur zacznei swoją obyczajowo-moralną antynowoczesną i antywolnościową rewolucję, a Eugeniusz przeistacza się w dość przerażającego obozowego strażnika (to zostało napisane kilka lat przed eksperymentem Zimbardo!).

I jest jeszcze Edek. Ten, który tak pięknie poprawia spodnie i uwodzi wszystkie panie wokół. Który Arturowi pod koniec pierwszego aktu proponuje "Panie Artku, jakby pan czego potrzebował..." Którego Artur wtedy odpycha, ale niedługo zmieni zdanie: "To nie pachoł, tylko ramię mojego ducha!" I o którym obłudny Eugeniusz powie pod koniec: "Ulegam przemocy, ale w głębi duszy będę nim gardził."

Nie będę streszczać całości, bo "Tango" chyba nadal jest szkolną lekturą obowiązkową. I bezwzględnie powinno nią być.

Zacytuję tylko kilka fragmentów (tekst wg spektaklu, bo nadal nie znalazłam ksiażki), zupełnie innych, niż ten cytat, którego szukałam, bo chciałam napisać zupełnie inną notkę, którą miał zaczynać.

Akt I
Stomil: Czego ty właściwie chcesz? Tradycji?
Artur: Porządku świata.

Akt II
Eleonora (do Artura i Eugeniusza): Co chcecie z nami zrobić?
Eugeniusz (grożąc pozostałym pistoletem): Chcemy wam przywrócić godność, wy upadłe społeczeństwo.
Eleonora: Siłą?
Eugeniusz: Choćby i siłą, skoro nie można inaczej.

Akt III
Artur: Możliwa jest tylko władza! Tylko władza da się stworzyć z niczego! Tylko władza jest, choćby niczego nie było!
(...)
Edek (po zabiciu Artura): Teraz moja kolej. Wy będziecie mnie słuchać.
Stomil: My ciebie?
Edek: A dlaczego nie? Widzieliście, jaki mam cios. Ale nie bójcie się: byle cicho siedzieć,nie podskakiwać, uważać, co mówię, a będzie wam ze mną dobrze, zobaczycie. (...) Tylko posłuch musi być.
Eugeniusz: Won. Ciesz się, że nie wystawiamy ci rachunku.
Edek: Panie Genek! Co to za niegrzeczna mowa?

"Tango" rozgrywa się wokół nas.

Artur w garniturze demonstruje pod teatrem przeciwko nowoczesnej sztuce.

Stomil i Eleonora "jakoś sobie układają życie", bo tak naprawdę niewiele ich obchodzi.

Eugeniusz głaszcze kota i wygłasza kwestie o wyższości moralnej, ale szykuje się już do finałowego tańca z Edkiem.

A Edek już puka do naszych drzwi [---- Ustawa o kontroli publikacji i widowisk].

Save

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright