czwartek, 23 lutego 2017
Karasek niebezpieczna ryba (Belle epoque 2)

Właściwie to powinnam była się od razu domyślić, że zabił nauczyciel imieniem Karaś, bo jak zauważył mistrz Gombrowicz, który pół roku temu stał się przypadkiem bohaterem tego bloga, karasek ryba niebezpieczna. Ale w sumie i tak się tego domyśliłam, bo kiedy aresztowano drugiego podejrzanego, to pozostawała jeszcze jedna przerwa na reklamy, więc musiał zabić ten trzeci.

W sumie mogłabym tę recenzję tu skończyć, jako że wszystko inne przewidziałam w recenzji z pierwszego odcinka. Żaluzje pojawiły się znowu, ponieważ ewidentnie to samo wnętrze posłużyło tym razem za biuro armatora wożącego pasażerów za ocean. W Krakowie pojawiła się w miejsce Reformackiej ulica Poselska, ale siano rozsypane po asfalcie było tak samo malownicze, jak poprzednio. Aktorstwo było równie drewniane jak w pierwszym odcinku, a wybijał się na plus tym razem tylko Olaf Lubaszenko, bo jego ojciec pojawił się na parę sekund i nie miał do zagrania absolutnie nic. No dobrze, Cielecka pokazała, że w przeciwieństwie do większości obsady umie grać, ale ekspresja pozostała niestety nadal teatralna, co czyni jej postać niezamierzenie chyba pretensjonalnym pannidłem. Emocji jak nie było, tak nie ma, a dialogi nadal nie nadają się do słuchania.

No i wszyscy - wszyscy! w mieście i na wsi, przepraszam, w skansenie - są tak czyści, jakby wówczas nie palono w ogóle w piecach, nie pracowano w polu, nie chodzono po zakurzonych ulicach i w ogóle zajmowano się jedynie strząsaniem pyłków z ubrania i przecieraniem odkrytych części ciała wilgotnymi chusteczkami. Albo jakby wypożyczalnia kostiumów zastrzegła sobie ich zwrot w stanie absolutnie nienaruszonym.

Na plus mogę zaliczyć to, że przynajmniej kamerzysta się uspokoił i praca kamery w zasadzie była przezroczysta, za co go błogosławię, bo przynajmnie to mniej męczyło. Muzyki było jakby mniej, więc też nie irytowała aż tak bardzo.

Fabuła natomiast miała zdecydowanie więcej potencjału (zmarnowanego) w pierwszym odcinku, ponieważ tu intryga była tak nawymyślana, że wymagała dużej dozy dobrej woli, żeby uwierzyć w to, że ktoś - nauczyciel nazwiskiem Karaś, pozbawiony poza tym cech i motywacji psychopatycznego mordercy - aż tak się natrudził. W sumie gdyby mniej nawymyślał celem pozbycia się matki swojego niechcianego ze względu na potencjalną karierę dziecka, to chyba byłoby go trudniej wykryć.

Mam jednak wrażenie, że w tym serialu wykrywanie zbrodniarzy będzie polegało na tym, że odtwórcy głównych ról będą wygłaszali kolejne kwestie ujawniające kolejne elementy zagadki. I zawsze będą trafiać za pierwszym razem, jak Weronika (czy ktoś może ją zabrać z ekranu, proszę?) identyfikująca natychmiast, za pomocą jednego zerknięcia na trocinę pod mikroskopem i położenia na kolanach ksiażki, drewno czereśni. Miałam na studiach kurs dendrochronologii i wspomnienia z tegoż pozostawiły mnie w głębokim przekonaniu, że cały proces identyfikacji w tym konkretnym przypadku stał na głowie. Specjalista albo posiadacz odpowiednich tablic zasadniczo rozpoznaje drewno na podstawie oglądu w skali makroskopowej, a od gapienia się w mikroskop ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, nie zrobi się mądrzejszy. A wiedza zawarta w książce nie wchłonie się przez osmozę, nawet jeśli pracuje się w prosektorium bez rękawiczek (ale w maseczkach na twarzach). Wnioski o charakterze medycznym (np. dotyczące zaawansowania ciąży denatki pozbawionej narządów rodnych) też wołają o pomstę do nieba.

Na dodatek w warstwie okołofabularnej znów zabrakło riserczu. Otóż tym razem odcinek otarł się o ważny element galicyjskiej kultury, mianowicie mieszkających tu dość powszechnie Żydów. Problem w tym, że ich w tym odcinku nie było. Za całą żydowskość robiła wstawiona do jednej ze skansenowych chałup menora, całkiem zresztą współczesna, obstawiam, że z kramów w Sukiennicach. Rodzina Hirszów wyglądała dokładnie tak samo, jak polscy chłopi umieszczeni w tym samym skansenie (skądinąd znajdującym się na terenie dawnego zaboru rosyjskiego, bo na Kielecczyźnie), mówiła też równie bezbarwną polszczyzną bez choćby cienia charakterystycznej wymowy, nie mówiąc już o choćby kilku słowach w jidysz wtrąconych w język polski.

Na dodatek scenarzystom wszystko się pokićkało, ponieważ w dialogach wspomniany został jakiś lekarz (znajomy głównego bohatera, uczeń jego ojca, czy co tam), który wyjściowo był ortodoksyjnym żydem. Nie jestem specjalistką, ale mam wrażenie, że prawdziwie ortodoksyjny żyd to i dziś nie bardzo zostanie lekarzem bez rezygnacji z ortodoksji. Z kolei wiejski żydowski stolarz, który miał spore szanse być tym klasycznym "Żydem z Wesela", nosić pejsy, jarmułkę i tałes, wyglądał jakby był co najmniej zwolennikiem haskali albo i działaczem Bundu (co skądinąd mogłoby być ciekawym wątkiem). Jego rodzina też wyglądała na wysoce zasymilowaną i właściwie, gdyby nam nie powiedziano, że to Żydzi, to nie mielibyśmy szans tego wymyślić. (No dobra, menora rzucała się w oczy.) Podsumowując: w szumnie zapowiadanym programie drobiazgowego odtwarzania realiów epoki kolejny element nie wyszedł i z epoką niewiele ma wspólnego.

A wiek XIX tym razem hasłowo reprezentował - a jakże - Alfred Dreyfus. Tylko że scenarzyści nie doczytali, że tam chodziło o rzekome szpiegostwo i antysemityzm zinstytucjonalizowany, więc potencjalne zamieszki z powodu "mordu rytualnego" nijak nie będą "drugą sprawą Dreyfusa".

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

piątek, 17 lutego 2017
Dzień kota: Ludwik czyli Zezowate szczęście

Dziś Dzień Kota, a ja poniekąd akurat mam kota. To znaczy jak zwykle w przypadku zwierzątek futerkowych mam kota trochę wirtualnie, tak jak kiedyś miałam króliki. Mam albowiem alergię i jakkolwiek chwilowo dała mi trochę spokój, to nigdy nic nie wiadomo. Kot zatem mieszka u N, która zawsze, ale to zawsze była kocią mamą i nasze wakacyjne rozmowy nader często wyglądały następująco:
N: Jaki piękny koteczek.
D: No, kot jak kot.

Louis 1

A kota mam(y) dlatego, że pewnego sierpniowego dnia znalazłam go w ogrodzie górskiego domku letniego moich Rodziców. Wyglądał zupełnie jak jedno z kociąt mieszkającej po sąsiedzku kotki, która czasami żywi się u nas (i wszystkich wokół, jak się okazało), być może nawet urodziła się pod naszym dachem (dosłownie: kotka poprzedniego pokolenia miała kocięta w naszym dachu), no i czasem przyprowadza podrośnięte dzieci.

Louis 2

Pomaszerowałam więc w poszukiwaniu właściciela kotki, ale jak się okazało, oba kocięta były na miejscu. Tyle że jak wróciłam do domu, to "naszego" kocięcia nie było ani widu, ani słychu. Dobra, pomyślałam, pewnie mały spryciarz przebiegł ogródkami do mamy. I co? I następnego dnia kocię było pod domem. A jak przyszła kotka (sama), to kocię miauczące na trawniku zmierzyła wzrokiem podejrzliwym i nieelegancko mówiąc, olała. Wtedy przypomniało mi się, że poprzedniego dnia za płotem stało nieznane auto, jacyś ludzie pobyli chwilę na drodze i razem z autem znikli.

Louis 3

Zaczęło się polowanie na kocię, ponieważ kocię było wprawdzie ospałe i słabe, ale uciekało w rododendron oraz pod werandę z niebywałą wręcz zwinnością. Nie dawało się skusić na mleczko w miseczkę ani na żadne tam kici kici. I przede wszystkim nie dawało do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. W końcu podstępnie się czołgając chwyciłam małego drania, który rozcapierzył łapki i miauknął przeraźliwie, by moment później przytulić się i mruczeć, i prawie że nie złazić z kolan. Dobra, trochę tu licencja poetycka mnie poniosła, bo przez następne parę dni trzeba było go jednak troszkę podstępem łapać, ale raz złapany nie protestował, tylko tulił się i mruczał.

Louis 4

Pojawił się za to - po pierwszym złapaniu - problem. Kocię nie umiało pić z miseczki. A w domu żadnej strzykawki, bo o pipecie w ogóle zapomnijmy. (W sumie moi Rodzice, którzy są farmaceuto-chemiko-fizykami mogliby mieć jakieś chemiczne narzędzia w domu, prawda?) Z palca - nie. Z pyszczkiem w miseczce - nie. Ze źdźbła trawy - nie. Zbawieniem okazał się listek, który na szczęście rozbudził też instynkt i następnie kocię jadło i piło bez problemu.

Louis 5

Kolejny problem - dom. O pozostaniu w tym domku nie było mowy, bo to dom sezonowy. Akcja na fejsbuku i tym podobnych nic nie dała. W końcu powiedziałam N, że trudno, kot póki co będzie miał u niej dom zastępczy i będziemy szukać nadal.

Hortensja zatem, albowiem miała to być koteczka, została przywieziona do Krakowa - podróż zniosła nad wyraz dzielnie, śpiąc u Taty na kolanach przy dźwiękach Toski. W Krakowie jednakowoż wyrokiem lekarskim okazało się, że Hortensja jest chłopcem (taki dżender), została więc Ludwikiem.

Louis 6

Ludwik ma lekkiego zeza. I jest strasznie śmieszny. Uwielbia taplać się w wodzie. I nadal jest wielką przytulanką, i bardzo lubi ludzi. Ma niestety również tryb zwany Wiewiórą (na cześć Ratatoska - potwornej wiewiórki zamieszkującej Yggdrasil w mitologii nordyckiej), kiedy rzuca się na wszystko z zębami i (obcinanymi) pazurkami, oraz tryb Luxtorpedy, kiedy pędzi z końca mieszkania na drugi koniec, sam chyba nie wiedząc, po co i dlaczego. Ale przede wszystkim jest nieskończenie uroczy z tym swoim zezikiem. I wiedziałyśmy to właściwie od pierwszej chwili, w związku z czym Ludwik... no, po prostu został. I chyba nadal lubi operę.

Louis 7

Tagi: kot
17:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (4) »
Belle epoque czyli epokowy facepalm

Skusiłam się na polski serial. Nie będę udawała, że łączyłam z nim naprawdę wielkie oczekiwania, bo jestem świadoma wyobraźni polskiej telewizji, nawet tej, która ma duże pieniądze, rozmach, a nie ma za to misji upowszechniania jedynego słusznego światopoglądu. Niemniej po szumnych zapowiedziach, że "tego jeszcze w polskiej telewizji nie było", ładnych, choć bezczasowych winietkach, kilku nazwiskach, do których mam zaufanie, w obsadzie, kostiumach z londyńskiej wypożyczalni filmowej, a nie magazynu teatrzyku prowincjonalnego domu kultury (vide niesławna uczta w Wiedźminie, która nasuwała mi skojarzenie z biesiadą w peerelowskim geesie) - po tym wszystkim spodziewałam się poziomu przynajmniej przyzwoitego.

Niestety PPP nie został przez serial Belle epoque osiągnięty. Pierwszy odcinek zaprzepaścił tę szansę i jakkolwiek zamierzam dzielnie dać szansę odcinkowi drugiemu (kołacze mi się po głowie jakiś serial, który niesłusznie osądziłam po jednym odcinku, może N pamięta, co to było), to nie obiecuję już sobie po nim nic, tak na wszelki wypadek.

Bo co mam sobie obiecać po tym, jak z wypiekami na twarzy czytałam o drobiazgowym odtwarzaniu epoki, a następnie po oczach walą mnie współczesne żaluzje w oknach urzędu, przypadkowe obrazki, które sobie na ścianie zawiesił pozbawiony gustu właściciel wynajętego wnętrza, blat z katalogu każdej firmy robiącej kuchnie na wymiar z płyty wiórowej, fryzura à la mroczny, ale łagodny metalowiec i jeszcze sporo szczegółów, o których wolałabym zapomnieć?

Co mam sobie obiecać po tym, że Kraków - prawda, miasto wówczas niezbyt duże - składa się z dwóch czy trzech ulic (na pewno Reformackiej i Pijarskiej), a tabliczki informujące, z jakim urzędem mamy do czynienia przyklejono do fasady tak, żeby nie trzeba było zdejmować tych aktualnych, a filmowe dawały się łatwo zdemontować? Zapyziałe miasto, w którym ulice świecą czystością ledwie maskowaną rozrzuconym tu i ówdzie malowniczo niczym na obrazkach jakiegoś Styki czy Stanisławskiego sianem?

Co mam sobie obiecywać po nieznośnej, przestarzałej i pretensjonalnej pracy kamery, której operator na dodatek zachowuje się tak, jakby w ciągu niecałej godziny postanowił przetestowac wszelkie możliwe ograne i niemodne sztuczki swej profesji (albo, co gorsza, jakby po raz pierwszy dostał do ręki bajerancką cyfrową kamerę i włączał na chybił trafił wszystkie wodotryski). W związku z tym raz kamera skacze gwałtownie po całym pomieszczeniu, innym razem snuje się za bohaterem, zazwyczaj na dodatek nieciekawie prześwietla zdjęcia (ach, te refleksy!) albo też zabawia się ogniskową i filtrami, sztucznie zamazując nam część kadru i nienaturalnie wyostrzając postaci. Efekt niestety jest taki, jakbyśmy wrócili się do pierwszych plenerowych spektakli teatru telewizji albo w ogóle do czasów rear projection, ponieważ postacie wydają się wycięte z otoczenia.

Co mam sobie obiecać po fabule, której rozwiązania domyśliłam się, gdy tylko na ekranie pojawiła się pierwsza palma męczeńska (o podobny przebłysk geniuszu przyprawiła mnie ostatnio powieść Florystka niejakiej Katarzyny Bondy - kto jest mordercą zgadłam przy pierwszym pojawieniu się postaci w jednej dziesiątej książki -  a jest to wyjątkowo niepochlebne porównanie), a która na dodatek została poprowadzona tak prymitywnie i na skróty, że bardziej się nie da? Co po zbieraninie nijakich i na dodatek mało prawdopodobnych i nie z tej epoki (nie z tej ponoć przedstawianej z taką dbałością epoki, znaczy się) postaci będących w najlepszym razie podręcznikowymi typami, a nie bohaterami z krwi i kości? Co po dialogach, od których sztuczności i anachroniczności dostaję gęsiej skórki? Co po kompletnym braku emocji wszystkich po kolei bohaterów?

Co wreszcie mam sobie obiecać po skrajnie nijakim aktorstwie, które tym drewnianym postaciom nie daje choćby cienia życia? W pierwszym odcinku obronili się wyłącznie dwaj panowie Lubaszenko, mimo że nie mieli wiele do zagrania, a kwestie, jakie im napisano, musiały być męczarnią. Paweł Małaszyński sprawia wrażenie, jakby do obsady dostał się z castingu dla naturszczyków, a i to przez pomyłkę. Sprawdziłam sobie jego filmografię i niestety widziałam go jedynie w Pianiście, w którym jest "niewymieniony w czołówce" oraz Katyniu, który grzeszył między innymi drewnianymi postaciami i niewiele lepszym aktorstwem, więc nie mam pojęcia o jego realnych zdolnościach aktorskich. Magdalena Cielecka miała właściwie jedną krótką scenę mówioną, w której wypadła wysoce nieciekawie, nie tylko z powodu fatalnie napisanego tekstu, ale i źle dobranej ekspresji. Pozostałych aktorów nie znam, ale żaden nawet nie zainteresował mnie swoją rolą. A niektórzy, jak np. pani grająca Weronikę i pan grający podejrzanego młodzieńca, byli po prostu fatalni.

A w tym wszystkim tak naprawdę szkoda mi nie tylko zmarnowanej ewidentnie szansy na stworzenie, naprawdę, nowej jakości w polskiej telewizji, skoro już znalazły się na to duże pieniądze. Szkoda mi również pomysłu fabularnego tego pierwszego odcinka, bo on był sam w sobie jako pomysł na motywację seryjnego mordercy całkiem nienajgorszy. Zrobiony dobrze, obroniłby się nawet w Krakowie belle epoque. Niestety scenariusz potraktował go najbardziej prymitywnie, jak się dało, prowadząc bohaterów (bohatera właściwie, bo reszta była tylko tłem) od punktu do punktu i modelowo niwecząc wszelkie napięcie. Skądinąd rozpoczęcie z tak wysokiego konia - seryjny morderca - to nie lada wyzwanie, bo dalej trzeba będzie te zbrodnie eskalować. (To znaczy wcale nie trzeba, fascynujący kryminał można zrobić o zaginionej walizce albo włamaniu do sklepu, ale mam ponure podejrzenie, że twórcy mogą to uznać za konieczne dla utrzymania zainteresowania widzów.). Czytam sobie ostatnio polskie kryminały i to właśnie jest jednym z ich największych problemów - dzieją się one w jakiejś dziurze na końcu świata, znaczy w środku Polski, i w tej właśnie dziurze co rusz to psychopatyczni mordercy i zbrodnie na miarę milionowej metropolii...

Aha, no i oczywiście ktoś musiał wspomnieć Kubę Rozpruwacza. To zapewne na wypadek, gdyby widz miał wątpliwości (np. na podstawie scenografii i dialogów), w jakiej epoce rzekomo dzieje się akcja. Bo przecież nie może być XIX wieku bez Kuby Rozpruwacza.

Kraków

PS. Dopisuję pod wpływem komentarza pfg, bo pisząc powyższe nocą, zapomniałam o jednym aspekcie.  Otóż fatalnie wypada pomysł z współczesnymi piosenkami jako ilustracją muzyczną. Wierzę, że to sie może sprawdzić w filmie czy serialu mocno przestylizowanym, którego cała estetyka jest pod taką koncepcję dobrana. Ale w czymś, co jest robione środkami do bólu tradycyjnymi i bez wyraźnego zamysłu stylistycznego, wychodzi estetyczny bełkot. Jak w jednym z moich skądinąd ulubionych filmów fantasy, "Ladyhawke", gdzie wszystko jest cudne, tylko niech ktoś wymieni muzykę...

Save

Save

Save

Save

wtorek, 14 lutego 2017
A kto to jest ten Penderecki?

Mam wrażenie, że pytanie to w tytule postawione tak śmiało zadaliby mi redaktorzy większości polskich mediów. Wnioskuję tak na podstawie prostej obserwacji: po tym, jak z "Faktów" TVN, podsłuchiwanych podczas wizyty u rodziców, dowiedziałam się o nagrodzie Grammy, którą wczoraj dostał Krzysztof Penderecki za płytę, na której dyryguje własnymi utworami, nie znalazłam tej informacji na pierwszej stronie żadnego polskiego portalu informacyjnego.

Owszem, w ogólnych artykułach o wczorajszej gali znajdują się lakoniczne wzmianki. I nie dziwi mnie, że "muzyka.onet" pisze jedynie tyle: "Warto wspomnieć, że wśród wyróżnionych znalazł się także polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Amerykańska nagroda przemysłu muzycznego Grammy trafiła do Polaka za płytę Penderecki conducts Penderecki, vol. 1 wydaną przez Warner Classics". Bardziej smuci, że niegdyś opiniotwórczy portal gazeta.pl, a co gorsza również pretendująca nadal do bycia medium ambitnym wyborcza.pl też przegapiły tę okazję.

Tym jednakowoż, co smuci naprawdę, jest fakt, że znalazło się tam miejsce dla newsów tak porażających jak przekąski skoczków narciarskich oraz to, że jakaś pani (nazwiska nie pomnę, a news w ciągu kilku godzin został wyparty przez inne) nie pojawiła się w jakimś programie. Co więcej, jestem przekonana, że gdyby polska trenerka fitness, które mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiła na okładkę jakiegoś branżowego pisemka w Ameryce, to news byłby jako pierwszy i najważniejszy, o ile gdzieś by nie nastąpił wybuch jądrowy albo zamach terrorystyczny.

A o Pendereckim nic. Powiem tak: to nie jest mój ulubiony kompozytor, choć zarazem jest to jedyny kompozytor, którego aż dwa dzieła słyszałam na żywo na europejskich prapremierach (jedna, Credo, była chyba w ogóle światowa). Ale z całym szacunkiem dla skoczków narciarskich oraz bez szacunku dla sztucznie rozdymanej sławy prężących mięśnie płaskich brzuchów pań od fitness, Krzysztof Penderecki zrobił dla Polski jako jej nieformalny ambasador na świecie znacznie więcej, niż oni wszyscy razem wzięci. Poza wszystkim jest to sława i wartość nieprzemijająca, obecność trwająca już ponad pół wieku, podczas gdy nawet najbardziej utytułowani sportowcy to jednak gwiazdy sezonowe i tak jak kilka(naście?) lat temu największą gwiazdą był Małysz, tak teraz jest inny (nawet nie wiem, który konkretnie, bo dużo się ich zrobiło), a moda na fitness zapewne zostanie wkrótce wyparta przez coś zupełnie nowego i o tych wszystkich jej gwiazdkach nawet internet zapomni.

A muzyka przetrwa. I wielka szkoda, że tych naprawdę wielkich i odnoszących ogromne sukcesy Polaków w ogóle się nie fetuje, ba, nawet nie zauważa. Podam jeszcze jeden przykład również muzyczny, tym razem z bardziej mojego fanowskiego podwórka. Jedyną polską śpiewaczką operową, z jaką media czasem zrobią wywiad i będą ochać i achać, jest Aleksandra Kurzak, która jako sopran jest bardzo przeciętna, a na dodatek polskie media robiły stosunkowo niedawno szum z okazji jej małżeństwa z gwiazdą opery bardzo przebrzmiałą, Roberto Alagną, który głos i swoje kilka minut miał kilkadziesiąt już lat temu, a ostatnio nie da się go słuchać. Tymczasem taki Piotr Beczała zebrał ostatnio fantastyczne recenzje za wielki i ryzykowny krok w karierze - zaśpiewanie, na razie w Dreźnie, tytułowej partii w Lohengrinie Wagnera. Dla kogoś, kto do niedawna specjalizował się - ze znakomitymi wynikami zresztą - w Mozarcie, operze włoskiej bez Pucciniego czy Czajkowskim, jest to bardzo poważna decyzja i spore ryzyko. Wyszło fantastycznie i jemu, i również debiutującej w tym repertuarze Annie Netrebko - dzięki YouTube widziałam, słyszałam, więc wiem, a recenzje poczytałam.

I co? Ktokolwiek o tym napisał? Nie. Za to nie ma dnia, żeby media nie zasypywały nas informacjami o pseudo celebrytkach, blogerkach i innych efemerydach, które tu przyszły, tam nie przyszły, wyszły na spacer, pokazały albo nie pokazały dziecko, nową kreację albo za dużo tyłka. Trochę wstyd.

Fama

piątek, 14 października 2016
O urnie i ziemi włoskiej

Malowani Patrioci (używam wielkiej litery, żeby nie nadużywać cudzysłowu, a poza tym oni lubią wielkie litery) nie przestają prześcigać się w kuriozalnych pomysłach. Potwierdzają one tezę, którą sformułowałam sobie już dość dawno: im bardziej ktoś w Polsce o swoim Patriotyzmie krzyczy, tym mniej zna własny język i własną historię. Polszczyzna wypowiedzi Patriotów zazwyczaj woła o pomstę do nieba, dowodząc braku szacunku dla języka, jego zasad i historii (bo te co bardziej absurdalne zasady mają swoje źródło w zmianach historycznych języka).

W ostatnich dniach dwie radykalnie odmienne sprawy pokazały, że również z edukacją w zakresie rodzimej literatury oraz historii jest u Patriotów krucho.

Przypadek 1. Literatura polska

Mazowieckie kuratorium ogłosiło konkurs dla gimnazjów, zatytułowany "Lech Kaczyński - historia najnowsza". Pomińmy to, że z tytułu wynika, iż Lech Kaczyński był najważniejszą personą ostatniego mniej więcej półwiecza i że w ogóle na nim historia się zamyka - konkurs dotyczy lat 1944-2010 (trochę to dziwne, bo bracia Kaczyńscy urodzili się, wg wikipedii, dopiero w 1949).

Pomińmy cały kuriozalny opis tego konkursu, do którego byłego prezydenta wciśnięto tak na siłę, że to aż boli (całość "programu merytorycznego" można sobie przeczytać w załączniku pod takim właśnie tytułem na oficjalnej stronie kuratorium). Przyjrzyjmy się mottom. I tu zaczyna się problem, bo nie wiem, od którego zacząć. Jest bowiem tak, że drugie urąga pierwszemu i to na więcej niż jednym poziomie i właściwie należałoby się z nim najpierw rozprawić. Otóż uważam, że autor motta pierwszego (Cyprian Kamil Norwid) powinien jako ta hrabini z Ballady o jednej Wiśniewskiej ze zbiorowej paryskiej mogiły wstać, wyrwać z trumny sękatą deskę i zdzielić nią kogoś po głowie. Zostawmy w spokoju śp. autora motta drugiego, bo w końcu Norwid należy do domeny publicznej i można go cytować jako motto*. Grzechem niewybaczalnym w szkolnym konkursie jest zestawienie dwóch mott: jednego z poezji wybitnej, drugiego z marnej amatorszczyzny, nie wydanej nawet oficjalnie czyli tak naprawdę nienależącej do obiegu literackiego**, a zarazem niebędącej nawet dziełem osoby powszechnie znanej, co mogłoby od biedy taką decyzję usprawiedliwiać.

Po tej dygresji wróćmy do motta pierwszego. Są nim słowa z jednego z bezwzględnie najlepszych i najwybitniejszych wierszy, jakie powstały w języku polskim, a zaznaczę może, iż nie jestem wielbicielką Norwida en masse. Cytat brzmi "Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie" i pochodzi, oczywiście z Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie. Kiedy przeczytałam, że ten wers, fragment tego konkretnego wiersza stał się mottem takiego konkretnego konkursu, najpierw śmiech mnie porwał pusty, a potem litość i trwogę zastąpił iście diabelski chichot, przyszło mi bowiem do głowy, że może w tym kuratorium pomysł z tym mottem wyszedł od kogoś, kto postanowił konkurs strollować?

Wers, jak to z mottami bywa, jest wyrwany z kontekstu. Zazwyczaj jednak, wybierając motto, mamy również na uwadze właśnie kontekst, z którego pochodzi (hmm, historia w sumie obfituje w źle czy raczej ahistorycznie i wbrew oryginalnym intencjom zastosowane motta, ale idealne założenie jest właśnie takie). A o czym jest wiersz Norwida? Oczywiście o tym, że wybitnych ludzi często nie doceniano za życia. Tak. Ale oparty jest na pewnym zamyśle kompozycyjnym i historycznym: jest w nim mowa wyłącznie o takich wybitnych, którzy doczekali się drugich pochówków (czasem symbolicznych), bo tym, co ich łączy, jest to, że po śmierci zostali pochowani byle jak, bez pompy, a dopiero po latach ich współobywatele docenili ich zasługi i wyprawili im uroczyste pogrzeby lub wystawili pomniki.

Czyli mamy bardzo wyraźne następstwo wypadków: śmierć w zapomnieniu, pogardzie lub na wygnaniu -> nędzny pogrzeb -> docenienie po śmierci -> drugi, wystawny pogrzeb/grobowiec lub wzniesienie pomnika.

Pytanie, które natychmiast się nasuwa, jest następujące: co oznacza motto z tego wiersza wobec pośmiertnej narracji (wybaczcie), która zaczyna się dokładnie po stronie przeciwnej czyli od wystawnego pogrzebu i wspaniałego grobowca w najważniejszym miejscu Polski?

Przypadek 2. Historia Polski

W ostatnich dniach publicysta i pisarz Jaś Kapela został skazany (jeszcze nieprawomocnie) na karę grzywny za obrazę hymnu polskiego. Oskarżycielami byli oczywiście Patrioci. Co takiego zrobił Kapela? Pomyślałby kto, że podeptał albo spalił jakieś wydanie Mazurka Dąbrowskiego, śpiewał hymn po pijanemu trzymając w ręce flagę ze swastyką albo coś w tym rodzaju.

Nie. Kapela napisał wiersz, bo jego dzieło jest tak naprawdę autonomicznym utworem, opartym na słowach i rytmie Mazurka. Wiersz jest całkiem dobry - na pewno o siedem nieb lepszy od podzielonej na wersy prozy jezuity, który jest autorem motta nr 2 wzmiankowanego powyżej. Wiersz bardzo sprawnie operuje obrazami i kontekstem powstania naszego hymnu narodowego i jest, co więcej, społecznie ważny. Prowokacja jest często najlepszym sposobem zwrócenia uwagi na jakiś problem, i miejmy nadzieję, że Kapeli się to uda - kampania rozdmuchiwania sprawy jest tu jak najbardziej słuszna.

W bardzo sensownej rozmowie z dziennikarzem Kapela tłumaczy założenia tej prowokacji: my też byliśmy kiedyś "uchodźcami". Wykorzystanie tekstu powstałego na uchodźstwie w kontekście katastrofy humanitarnej, wydaje się bardzo na miejscu. Pomija przy tym jednak pewien aspekt, który do linii ideowej jego prowokacji pasuje przecież jeszcze lepiej. Przypomnę go, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że po edukacji szkolnej (bardzo Patriotycznej, mój licealny historyk dołączył po 1989 do szeregów skrajnej prawicy) nie miałam pojęcia o realnym kontekście powstania Legionów Polskich w Italii. Gdzieś tam, coś tam, sprawa polska. Wybicki, Dąbrowski - nazwiska bez znaczenia.

Drodzy Patrioci, pozwólcie zatem, że wam uświadomię, jakiego to tekstu, którego dziejów i kontekstu, najwyraźniej nie znacie, bronicie jako nietykalnej świętości. Może któregoś z was ten kontekst będzie parzył. Mazurek Dąbrowskiego powstał, oczywiście, w Legionach Polskich. Legiony Polskie zaś powstały w 1797 jako przybudówka republikańskiej, ba: rewolucyjnej armii francuskiej, która w północnej Italii walczyła z opresją habsburskiej Austrii, ale też Państwa Kościelnego. Polscy legioniści brali udział we francuskim marszu na Rzym i pierwszym w historii obaleniu tegoż papieskiego państwa, a także w obaleniu rządów burbońskich w Neapolu. Walczyli w armii, której hasłem były "wolność, równość i braterstwo". Nie robili tego pod przymusem - to byli ochotnicy. Nie robili tego wyłącznie z politycznego wyrachowania i dla ugrania czegoś dla Polski, choć na pewno było to istotnym czynnikiem. Niemniej o wolnościowe ideały i przeciwko konserwatywnej tyranii walczyli z przekonania. Dla tej właśnie armii Józef Wybicki napisał Pieśń Legionów Polskich we Włoszech (i mógłby się czepiać, że obecny hymn zmienił nieco jej słowa).

I jeszcze jedno: proponuję na wszelki wypadek zlustrować Jana Henryka Dąbrowskiego. Miał wprawdzie epizod niepodłegłościowy (powstanie kościuszkowskie, Legiony, armia Księstwa Warszawskiego), ale jednak zaczynał z własnej woli w wojsku niemieckim - saskim i pruskim (za Fryderyka Wielkiego!), a potem został oficerem armii carskiego Królestwa Polskiego.

Na koniec wbiję wam jeszcze w związku z naszym hymnem nóż w samo Patriotyczne serce. Otóż, jak wyczytałam w naukowym artykule poświęconym przeróbkom różnych hymnów narodowych z Marsylianką na czele, ale i o Hendrixie i Star Spangled Banner też tam jest, polski hymn narodowy jest jednym z trzech w Europie (obok francuskiego i włoskiego, wszystkie trzy są skądinąd genetycznie i ideowo pokrewne), który nie ma żadnych religijnych korzeni i powiązań.

I co teraz zrobicie z tym naszym hymnem?

Reggio Emilia 

* Tak, drogi czytelniku, wzrok cię nie myli. Motto drugie jest z utworu, którego mottem jest inny fragment tego samego wiersza Norwida, na dodatek stoi tak jak byk "Motto (fragment)", po czym następują dwa oddzielone trzykropkiem w nawiasie kawałki z Coś ty Atenom... Niestety świadczy to o tym, że autor, który za motto (nr 2) posłużył kuratorium oświaty, nie rozumie idei motta.

**Pseudo-wierszowana (bo jest to marna proza podzielona na wersy) kiczowata pisanina (felietonistyka?) jezuity Mirosława Paciuszkiewicza dostępna jest  jedynie jako dokument tekstowy online, a "wydana" jest "staraniem Przyjaciół Ojca Mirosława", bez ISBN, bez instytucjonalnego wydawcy, najwyraźniej nawet bez jakiejkolwiek formy trwałej, bo nie jest to nawet nieedytowalny pdf. Przed lekturą należy się uzbroić w dużą dawkę poetyckiej niewrażliwości, ponieważ większość utworów nie łapie się nawet na usprawiedliwiające określenie "naiwne".

 

 

poniedziałek, 10 października 2016
Koniec epoki

90 lat to piękny wiek, zwłaszcza jeśli człowiek do końca jest sprawny umysłowo, czynny zawodowo, a i zdrowie w miarę dopisuje. Niemniej wiadomość o śmierci Andrzeja Wajdy przyjęłam z wielkim smutkiem. To był dla mnie ktoś, kto istniał w mojej świadomości od zawsze, kto patronował moim największym zachwytom teatralnym i filmowym. I mimo że ostatnim jego filmem, który mnie zachwycił, była Zemsta sprzed, bagatela, czternastu lat, będzie mi go brakowało w krajobrazie kulturalnym Krakowa, Polski, Europy, świata.

O tym, że był najważniejszym ambasadorem naszej kultury, przekonałam się jako dziecko: nie dorósłszy jeszcze do większości jego filmów, oglądałam Retrospectiva de Andrzej Wajda w dużym kinie w Caracas, kiedy w Polsce trwał stan wojenny. Jako całkowita smarkula zaliczyłam dzięki temu takie naprawdę dorosłe filmy jak Ziemia obiecana, Wesele czy Popiół i diament. Nie jestem pewna, ile z nich zrozumiałam, ale jedno wiem: zachwyciły mnie robotą filmową, choć wtedy bym pewnie tego tak nie określiła. Wtedy zachwyciły mnie tym, co na tę robotę się składa: kolorem, dynamiką, dźwiękiem - to były dzieła totalne. I zaraziły mnie miłością do kina. Trwającą do dziś, choć teraz w zalewie filmów coraz rzadziej znajduję takie, które zachwycają mnie tak absolutnie.

Potem, już w czasach licealnych, zdołałam wyłowić w krakowskich DKFach i kinach studyjnych w zasadzie wszystkie pozostałe filmy Wajdy. Na Smudze cienia byłyśmy same z moją Mamą, która do dziś pozostała fanką w zasadzie bezkrytyczną Mistrza. Ba, siedziałyśmy w nieogrzewanej sali maleńkiego nowohuckiego kina, którego nazwy nawet nie mogę sobie teraz przypomnieć. To był dla nas drugi koniec Krakowa, środek zimy, tuliłyśmy się w ciepłych kurtkach, nasze oddechy zamieniały sie w parę, a operator projektora zapewne klął po cichu, że w ogóle ktokolwiek na ten seans przyszedł, bo w jego kanciapie musiały panować równie syberyjskie warunki.

Był jeszcze teatr, który zachwycił mnie chyba nawet bardziej niż filmy. Miałam ogromne szczęście, bo na czas mojej największej teatromanii przypadł nie tylko schyłek złotego okresu Starego Teatru w Krakowie, ale również kilka sezonów wznowień najważniejszych spektakli z lat siedemdziesiątych, w związku z jakimiś rocznicami festiwalu w Edynburgu, gdzie te przedstawienia święciły w swoim czasie triumfy. Dzięki temu zobaczyłam na scenie moją miłość absolutną czyli Noc listopadową, którą wcześniej widziałam w wersji telewizyjnej (miałam może jakieś dziesięć lat) i zakochałąm się od pierwszego wejrzenia, a następnie nauczyłam się jej na pamięć dzięki czarnej płycie, którą gdzieś mi wynalazł Tato. W teatrze chodziłam na prawie każde przedstawienie. Tekst w wersji Wajdy pamiętam do dziś, mam praktycznie cały spektakl przed oczami - wydane stosunkowo niedawno dvd jest mi prawie niepotrzebne, a jak sięgam po tekst Wyspiańskiego, to dziwię się, że są tam jeszcze jakieś sceny nieobecne w adaptacji.

Zobaczyłam też, co wymagało naprawdę wielkich zabiegów w organizacji widowni i godzin wystawanych przed teatrem, wznowienia Biesów i Nastasji Filipowny - legendarnych spektakli według Dostojewskiego. Zwłaszcza ten drugi to było naprawdę teatralne objawienie. Oczywiście przez to wszystko popełniłam ten błąd, że poszłam w odruchu serca na teatrologię jako pierwsze studia, gdzie z moim uwielbieniem dla klasyki, tekstu i Wajdy okazałam się rarogiem, bo w modzie była przebrzmiewająca awangarda spod znaku Grotowskiego i dojrzewające eksperymenty spod znaku Gardzienic. A ja ani tego, ani tego. Teatrologię zakończyłam po roku, a stara miłość nie zardzewiała.

Z filmami Wajdy nieco się w ostatnich latach rozchodziłam. O ile również jako może dwunastoletnia smarkula obejrzałam Człowieka z marmuru z wypiekami na twarzy, o ile adaptacje literatury zachwycały mnie niezmiennie i totalnie, o ile widziałam w kinie Dantona około dziesięć razy (a może więcej? dialogi z tego filmu właściwie też znam do dziś prawie na pamięć), o ile doskonale bawiłam się na filmach lżejszych: Polowaniu na muchy, Przekładańcu czy Niewinnych czarodziejach, o tyle jakoś od Miłości w Niemczech (z przerwą na urokliwą Kronikę wypadków miłosnych) miałam wrażenie, że coś się zmieniło, że już te filmy nie trafiają aż tak do mojej wrażliwości. Że tak jednak nie jest, przekonał mnie Pan Tadeusz, mimo zastrzeżeń obsadowych (coś, co właściwie wcześniej mi się w adaptacjach literatury nie zdarzało - dobra, z wyjątkiem teatralnego Hamleta, tego z Jerzym Stuhrem - którego skądinąd bardzo lubię jako aktora - w roli tytułowej), później również Zemsta. A potem byłam okropnie zła na Katyń, po którym spodziewałam się goryczy Popiołu i diamentu, a nie płaskiej hagiografii. I pomyślałam, że może za wyjątkiem adaptacji literatury to już rzeczywiście nie moje kino, że ta różnica pokoleniowa w końcu dała o sobie znać.

Ale jak czytam o Powidokach - filmie o malarzu, który "wygrał" mi licealną olimpiadę z historii sztuki - to mam zdecydowaną ochotę pójść znów do kina na polski film. Mam nadzieję, że okaże się on bliski Czlowiekowi z marmuru, którego uważam za jedno z największych arcydzieł kina wszech czasów. Że to ostatnie dzieło mnie znów zachwyci, jak te pierwsze, które oglądałam.

Noc listopadowa, Stary Teatr Kraków

PS. Bardzo długo nie mogłam znaleźć odpowiedniego zdjęcia: nie pasowały mi żadne nagrobki czy posągi ze zbiorów własnych, nie pasowały mi fotosy z filmów. A to - to jest ta scena, w której odchodząca do Hadesu Kora-Persefona przekonuje swoją żałobną matkę Demeter, że taka jest kolej rzeczy... I dwie cudowne aktorki: nieżyjąca już Zofia Jaroszewska i młodziutka wtedy Anna Dymna. Jaroszewską widziałam w Nocy listopadową niemalże taką, jak na tym zdjęciu, Dymną - sporo starszą, ale nadal dziewczęcą. To jedna z moich ulubionych scen tego dramatu i tego spektaklu. Chyba pasuje.

 

niedziela, 09 października 2016
Płot a sprawa polska

Historia dziewczynki rysującej kredą po chodniku i reakcji współmieszkańców osiedla poruszyła internety. Pomijając bezsensowną formę reakcji mieszkańców i mój ambiwalentny stosunek do całej sprawy (zarówno zdarzenia jak i masowej reakcji na nie), tym, co oczywiście mnie uderzyło, była kolejna bezmyślna i bezrefleksyjna fala hejtu na "grodzone osiedla".

To hasło stało się wytrychem do pokazywania chorób toczących współczesne społeczeństwa, ale jak zwykle u nas wylewa się dziecko z kąpielą oraz usiłuje leczyć objawy, pomijając przyczyny. To nic nie da. Milion artykułów w mediach wszelakich nie sprawi, że ludzie zaczną czuć się bezpiecznie i wspólnotowo na tyle, żeby nie chcieć odgradzać się od zagrożeń albo po prostu bałaganu. Przyczyna bowiem jest taka, że jak komuna (a może i zabory, serio) zniszczyła u nas poczucie dobra wspólnego, pozostawiając jedynie fantom (jakże bolesny i patologiczny) wspólnotowości na poziomie narodowej abstrakcji. Komuna przyzwyczaiła nas do tego, że tym, co nie prywatne, "zajmuje się" państwo - czyli nikt. I jak menele albo chuligani zniszczą, to ktoś ma naprawić. Że nie naprawi? No to nie naprawi. Przewróciło się, niech leży. Przestrzeń publiczna jest ciągle w Polsce przestrzenią niczyją i jakkolwiek mam wrażenie, że to się zmienia, to ta zmiana zachodzi bardzo powolutku i kulawo, bo jednak wiele inicjatyw obywatelskich pada ofiarą wandalizmu i potem nie ma już środków, żeby naprawić szkody.

Powiem szczerze: kiedy ponad dziesięć lat temu kupowałam mieszkanie, celowo wybrałam takie, które jest w bloku z bramą, garażem i portierem. Nie jest to osiedle, blok jest pojedynczy i w sumie kształtem oraz układem bardziej przypomina dawne kamienice, niż cokolwiek innego, tyle że stoi sobie wolno, w otwartej przestrzeni, a nie zabudowie ciągłej. Ale teren jest ogrodzony, są furtki i otwierana na pilota brama wjazdowa. Jest też ogródek, w którym stoi niezdemolowana altanka i fontanna z niepobazgraną i nie rozbitą kamienną figurką. Od razu powiem jeszcze jedno: to nie jest luksusowy blok, większość mieszkań to typowa deweloperka: poniżej 55 m2, sporo wynajmowanych. Mieszkańcy są zwykłymi ludźmi, a metr kwadratowy, jak na prawie centrum dużego miasta był w bardzo przystępnej cenie.

Dlaczego tak wybrałam? Bo miałam dość. Przez lata mieszkałam z rodzicami w szacownej kamienicy będącej własnością uniwersytetu. Jak miałam osiemnaście lat, zostałam tam napadnięta przez zboczeńca (bo tak, bez ogródek się to wówczas nazywało), kilka lat później bardzo bliską mi osobę jakieś bandziory zrzuciły ze schodów, kradnąc jej torebkę. Do samochodu stojącego pod domem włamywano mi się po radio albo po nic, kilka razy wyrwano mi lusterko, raz stłuczono szybę. Podobnie z samochodami rodziców i sąsiadów. (To akurat nieco się ostatnio uspokoiło, po części dlatego, że radia nie nadają się już do montażu do innego samochodu, ale drugi ze wspomnianych napadów na klatce schodowej miał miejsce stosunkowo niedawno.)

A ja chciałam mieć spokój. Wracać do domu o dowolnej porze dnia i nocy bez lęku, który po latach we mnie pozostał, że ktoś wejdzie za mną do klatki i niewinnie rozpocznie rozmowę, ktora przerodzi się w coś zupełnie innego. Tu, gdzie mieszkam, też ktoś może oczywiście wejść - to nie ten typ portierni, gdzie goście się legitymują, aczkolwiek byłam u koleżanki w takim domu i mnie to osobiście nie przeszkadza. Ale samo to, że ktoś jest i potencjalnie obserwuje, i że nad bramką jest kamera przemysłowa, odstraszy takich przypadkowych pomniejszych napastników, jak ten, który zaatakował mnie w otwartej klatce bez żadnych zabezpieczeń. A poza tym - cóż, poczucie, że w przypadku obu napadów w kamienicy moich rodziców policja rozłożyła ręce, bo sprawcy byli naprawdę niewykrywalni, i im wszystkim uszło to na sucho, jest frustrujące.

Mój blok nie jest idealny - zdarzali się okropni sąsiedzi, ale plusem obecności portiera jest też to, że można go poprosić o zwrócenie uwagi hałasującym po nocy, zanim w desperacji zadzwoni się po policję. Z kolei natrętnych akwizytorów można odesłać do dzwonienia na portiernię - w efekcie mamy tu bardzo mało makulatury w postaci ulotek.

Wbrew temu, co wmawiają nam czasem media, takie bloki jak mój, podobnie jak osiedla z bramami i terenem prywatnym oraz tabliczkami o tym informującymi, istnieją na całym świecie i nie zawsze są zamieszkane wyłącznie przez nowobogackich. Myślę, że te, które widziałam w wielu wielkich miastach Europy, są zamieszkane głównie przez takich zwykłych obywateli jak ja i moi sąsiedzi. U mnie mieszkają uniwersyteccy profesorowie (co najmniej dwóch), ale i agenci ubezpieczeniowi, właścicielka biura nieruchomości, inżynierowie i nauczyciele. Samochody są w najlepszym wypadku ze średniej półki cenowej.

Wróćmy jednak od szczegółów do ogółu. To, że ludzie zamykają swoją przestrzeń prywatną, jest wynikiem degradacji przestrzeni publicznej. W wielkich miastach Europy ta ostatnia posiada zazwyczaj większe niż w Polsce enklawy, ale jest tam też więcej miejsc niebezpiecznych. W większości tych miast granice są dość powszechnie znane, a przenikanie się stref ograniczone - choć to akurat się zmienia i stąd zapewne coraz więcej domów czy osiedli zamyka się od zewnątrz. Jak lata temu byłam na stypendium w Oksfordzie, znajoma z college'u zabrała mnie do swojego domku na przedmieściu - zostawiła na ulicy niezamknięty samochód z otwartymi oknami, dom zamykała na jeden zwykły zatrzask typu Yale. Nie jestem pewna, czy dalej tak robi.

Teraz pytanie do tych wszystkich, którzy tak ochoczo podchwycili hasło "grodzonych osiedli" i hejtują je, że hej. Czy kogoś dziwi, że ogradzamy teren, na którym znajdują się wolnostojące domy jednorodzinne? Albo i takież w zabudowie szeregowej? Zamykamy również nasze mieszkania, nikt nie podnosi rwetesu o zamknięte na klucz i zaopatrzone w domofon klatki schodowe w blokach. Dlaczego zatem akurat ogrodzenie osiedla czy terenu wokół bloku budzi takie emocje? To wszystko służy może izolacji w niewielkim odsetku osiedli, tych naprawdę dla nowobogackich, ale myślę, że w ogromnej większości przypadków jest jak u mnie: dla bezpieczeństwa i zachowania porządku. Czasem nieco mniejsze zabezpieczenia służą uniemożliwieniu wjazdu samochodom innym niż mieszkańców - bo w mieście brakuje miejsc postojowych, a mieszkańcy bloku mogą sobie zamknąć swój teren, w przeciwieństwie do tych, którzy mieszkają w centrum miast i parkują na ulicach (za co jak na ironię płacą abonament, w przeciwieństwie do blokowiczów...)

A na koniec apel do mediów: zamiast podsycać podziały i wzbudzać hejt, może by tak zająć się przyczyną i prawdziwą chorobą, czyli wspomnianą degradacją przestrzeni publicznej? Jeśli ludzie poczują, że publiczna znaczy należąca do wszystkich, zaczną ją szanować tak samo jak prywatną. Na razie rozziew między tymi dwiema sferami naszego życia jest tak ogromny, że chronimy to prywatne - nawet jeśli prywatność jest rozłożona na mieszkańców bloku czy osiedla, co nadal pozostaje policzalne i przez to nie anonimowe, nie rozmyte - i odgradzamy je od publicznego czyli niczyjego.

Jeśli ten sposób myślenia się nie zmieni - a nie zmieni się bez inicjatyw i akcji, które nauczą ludzi współodpowiedzialności za publiczne - prywatne będzie stało w opozycji do publicznego, zamiast stanowić jego nieco bardziej intymne przedłużenie.


czwartek, 06 października 2016
Ci z innej planety

Nie jestem zwierzęciem kawiarnianym, ale czasem w przerwie między zajęciami zdarza mi się w takim lokalu posiedzieć. Jakkolwiek zasadniczo nie lubię być zmuszana przez okoliczności do wysłuchiwania cudzych rozmów, przyznam, że czasem bywa to interesujące doświadczenie. W każdym razie krakowska "Bona" dostarcza mi niekiedy naprawdę ciekawych obserwacji. Zwłaszcza kiedy stykam się z ludźmi, którzy wydają mi się pochodzić z innej planety. Raz to było towarzystwo od jakiejś jakości zarządzania czy innych zasobów ludzkich - podobnego stężenia pseudonaukowego bełkotu rzadko zdarza mi się słuchać.

Przedwczoraj to byli dwaj księża, jeden zdecydowanie starszawy, drugi w sile wieku. Nawet sympatyczni w sensie poglądów. Wyrażający się poprawną polszczyzną. Ogólnie raczej na plusie. Gdyby nie to, że raz za razem słuchając ich ukrywałam - mentalnie ale i dosłownie - twarz w dłoniach z zażenowania. Nie, powtórzmy, poglądami w rodzaju księdza Oko na przykład. Nawet nie poziomem wysublimowania i abstrakcji teologicznej dysputy, która miałaby szanse być podobnym pseudonaukowym gadaniem jak zarządzanie. Nie. Tym, co mnie uderzyło, było kompletne oderwanie tych dwóch panów stanu duchownego od życia i otaczającego ich świata.

Po pierwsze sprawiali wrażenie, jakby świat poza kościołem (instytucją) w ogóle nie istniał. Dobra, mogę to jakoś tam usprawiedliwić, bo ja z dawno nie widzianym kolegą po fachu pewnie też rozmawiałabym głównie o wspólnych znajomych po fachu. Ale mam jednak wrażenie, że nie tylko. Niemniej to mały problem.

W pewnym momencie zastrzygłam uszami, ponieważ rozmowa - prowadzona głośno, bez przejmowania się tym, że ktoś jeszcze w sali się znajduje, więc w sumie nawet nie podsłuchiwałam: nie dało się ich nie słyszeć - zeszła na gender. O dziwo żaden z panów nie zaczął pomstować, raczej pochylili się z duszpasterską troską. Ba, skrytykowali nawet jakiegoś kolegę po fachu za to, że bredzi. Zasygnalizowali jedynie, że jakkolwiek demonizować nie należy, tak i nie należy z tym iść na sztandary. Chwała im za to.

Po czym jeden, ten starszy, opowiedział temu drugiemu, skądinąd ewidentnie pracującemu na Ukrainie, o swoim własnym doświadczeniu z gender. Konkretnie o tym, że sam spotkał się z "takim przypadkiem". Mówił bez emocji - wielki plus - i raczej z sympatią o osobie, z którą się zetknął - kolejny plus. Po czym powiedział coś, co nawet nie zaskarbiło mu minusa, tylko pokazało, jak dramatycznie księża nie mają pojęcia, o co chodzi i jak mierzyć się z problemem. Przytoczył mianowicie swoje rozmowy z osobą. Urodzoną jako kobieta, ale czującą się mężczyzną - stop, to moje sformułowanie. On powiedział "dziewczyna, która chciała być chłopakiem". Na litość... ja osobiście przez całą podstawówkę zupełnie całkowicie chciałam być chłopakiem, teraz też w sumie wolałabym być mężczyzną, bo miałabym bez wątpienia łatwiej w wielu aspektach. To jeszcze nie czyni mnie osobą transpłciową, choć wedle radykalnych teorii transseksualności, mieszczę się w spektrum.

No więc mamy pierwszy dowód niezrozumienia problemu. Drugi był bardziej bolesny. Sympatyczny, łagodny i niezideologizowany duchowny usiłował bowiem przekonywać tę osobę, która najwyraźniej przyszła do niego po radę czy też duchowe wsparcie, że... macierzyństwo jest piękne i dlatego warto pozostać kobietą. To był moment, kiedy miałam ochotę podejść do ich stolika i powiedzieć: panowie, to nie tak! Tej osobie, czującej się mężczyzną, inny mężczyzna - urodzony jako mężczyzna (szczęśliwiec), ale który jak by nie patrzeć, odrzucił sporo społecznych ról związanych z byciem mężczyzną - klaruje, że fajnie jest być kobietą!

Potem panowie opowiedzieli kilka budujących historyjek o tym, ile ich koledzy po fachu robią dobrych rzeczy. Trochę to rozmyte było w nowomowie w rodzaju "dzieł parafialnych", ale niech im będzie - wierzę, że w każdej grupie społecznej są ludzie, którzy robią dobre i sensowne rzeczy. Tylko że następnie dwaj panowie przeszli gładko do utyskiwania na to, że źli ludzie tak strasznie nadają na księży, podczas gdy tyle dobra oni robią i tego się nie zauważa. I oni tego nie lubią, że ludzie tak krytykują. Znów bez zacietrzewienia. Taka refleksja miłego starszego pana.

Drodzy ogólnie sympatyczni i światli panowie. Nie podeszłam do waszego stolika, nie wyłożyłam wam, że z tą transpłciowością to jest inaczej, niż wam się wydaje. Nie zrobiłam tego, bo do takiego stopnia sprawialiście wrażenie zamknięcia w jakimś waszym świecie, że nie widziałam szans na przebicie przez dzielące nas mury. Nawet nie ideologiczne, ale wiedzy o świecie.

Żałuję jednak, że nie powiedziałam wam jednego: nikt nie lubi być krytykowany, a tym bardziej być sprawiedliwym padającym ofiarą krytyki wobec grupy. Ale walka z tymi, którzy psują grupie opinię, jest waszym zadaniem. Was, światłych, miłych i mających dobre intencje, nawet jeśli niewiele rozumiecie. To wy możecie sprawić, że grupa zacznie być postrzegana inaczej, jeśli wyraźnie odetniecie się od ksenofobicznych, nienawistnych, krzywdzących innych ludzi wypowiedzi waszych kolegów po fachu. Jeżeli to wy staniecie się twarzami waszej instytucji.

A teraz będzie postscriptum. Przez przypadek przejrzałam wczoraj wydane niedawno "ostatnie rozmowy" z kardynałem Ratzingerem czy też eks-papieżem Benedyktem - przyznam, że nie wiem, jaka jest formalna nomenklatura. I przeczytałam w nich między innymi fragment o II wojnie światowej. Ta rozmowa jest skandaliczna, drodzy panowie. Stanowi nie tylko pokaz pychy hierarchy, ale też bardzo mało eleganckie usprawiedliwianie tchórzostwa. I proszę mnie dobrze zrozumieć: nie mam do nikogo pretensji, że nie był bohaterem. Większość ludzi to nie są bohaterowie. Nie sądzę, żebym ja była potencjalnym bohaterem. Ale usprawiedliwianie tego skamlącym tonem i próba przeniesienia na siebie i swoją grupę całego cierpienia - to jest poniżej krytyki. A wystarczyło powiedzieć: my też się baliśmy i teraz nam głupio, że mogliśmy zrobić więcej, a nie zrobiliśmy. Przyznać się. Tylko tyle.

Wbrew pozorom nie jest to oderwane od wysłuchanej, bo nie podsłuchanej, przedwczoraj rozmowy. Jeśli ci mili panowie potrafiliby zobaczyć źdźbło w oku własnym, może zrozumieliby, że bliźni widzą belkę.


wtorek, 27 września 2016
Nie na czarno

"Bo my Polacy, my lubim pomniki" - pisał wieszcz Gałczyński w jednym ze swoich najbardziej błysktotliwych wierszy i miał rację.

Pomniki, manifestacje z mnóstwem pięknych słów, fejsbukowe akcje, teraz symboliczny "czarny protest" - to są wszystko uspokajacze sumienia. Prześlicznie pokazujące, że tylu nas. Tyle że do niczego nie prowadzące.

Nie założyłam przedwczoraj, wczoraj ani dziś czarnych ciuchów, choć mam ich sporo, a kierunek, w jakim mogą pójść zmiany prawne w Polsce mnie przeraża. Nie założyłam między innymi dlatego, że inicjatorem "protestu" jest partia, która nadal nie przeprosiła za swoją postawę podczas wyborów prezydenckich - za przekonywanie swoich sympatyków, że nie było różnicy między kandydatem Dudą i kandydatem Komorowskim. "Razem" dołożyła swoją cegiełkę do tego, jaką mamy sytuację polityczną w Polsce i odmawiam jej moralnego prawa do krytyki, dopóki nie powie jasno, że w maju 2015 się pomyliła.

W maju stałam ponad godzinę w kolejce do ambasady, żeby zagłosować. W obu turach. Z pełnym przekonaniem, że głosuję słusznie. Nie dlatego, że uważam Bronisława Komorowskiego za wybitnego polityka, nie dlatego, że mamy zbieżne poglądy na wszystko. Głosowałam m.in. dlatego, że podpisał ustawę antyprzemocową - to mi wystarczyło, żeby wiedzieć, że tak będzie dalej. Nie idealnie, ale też nie źle.

W jesieni nadal głosowałam - nie za wskazaniem serca (bo też nie było takiego ugrupowania, które by jego porywom odpowiadało), ale pragmatycznie - na jak najsilniejszą parlamentarną opozycję. To nie wystarczyło, ponieważ rozdrobnienie frakcyjne "naszej" strony było zbyt duże.

Ale przynajmniej mam czyste sumienie. Zrobiłam dokładnie wszystko, co mogłam zrobić. Czyli poszłam na wybory i spełniłam obywatelski obowiązek. Dlatego teraz nie ubieram się na czarno - nie muszę zagłuszać wyrzutów sumienia symbolicznymi gestami.

K. Malewicz, Czarny kwadrat na białym tle

PS. Żeby było całkiem jasno: treść protestu popieram. Nie uważam też, że pomysł porwał wyłącznie tych, którzy nie głosowali i mają podświadome wyrzuty sumienia - dużo ludzi zapewne robi to spontanicznie, wierząc w siłę sprawczą takich symbolicznych gestów. Niemniej uważam, że to po prostu nic nie da poza poczuciem zadowolenia i uspokojonego sumienia (coś zrobiłem) tych, którzy się bardzo małym kosztem przyłączą.

 

sobota, 24 września 2016
Mary Sue w szwedzkim piekle

[Uwaga: bardzo dużo spojlerów. Ale pewnie wszyscy już czytali.]

Z przyczyn różnych nadrabiam chwilowo hurtem autorów (płci obojga) kryminałów z lat ostatnich. Celowo napisałam autorów, a nie powieści - bo założenie jest, że na razie po jednej ksiażce każdego z modnych, głośnych itd. pisarzy tego gatunku. Jeśli dany autor porwie mnie tą jedną przeczytaną książką, to sięgnę po następne. Jeśli nie - daruję sobie resztę jego twórczości. (Jak na razie na liście do powrotu jest tylko jeden autor.) Otwieram zatem cykl: Drakaina czyta kryminały.

Teraz pewnie mnóstwu osób się narażę, ponieważ na odcinek pierwszy wybrałam książkę, która zirytowała mnie w stopniu maksymalnym i jak na razie jest rozczarowaniem nie miesiąca, nie roku nawet, ale chyba dekady, a zasadniczo jest kultowa. Zirytowała mnie zresztą w tym stopniu głównie z tej przyczyny, że ma właściwie jedynie entuzjastyczne recenzje, a jak się sięga po coś takiego, to oczekiwania są ogromne. Ja tymczasem nad pierwszym tomem Millenium Stiega Larssona na zmianę ziewałam i miałam ochotę z irytacji wyrzucić książkę za okno. Ostatnie ok. 100 stron czytałam już głównie marząc, żeby to się wreszcie skończyło, ale także zastanawiając się, ile razy przed końcem zrobię jeszcze epicki facepalm albo na stereotypowość rozwiązań, albo na nieprawdopodobieństwo postaci.

Postacie to mój główny problem z tą książką - nie tylko nie jestem w stanie z żadną z nich się identyfikować, ale też żadnej nie jestem w stanie polubić. Mikael Blomkvist jest dla mnie pretensjonalnym pseudointelektualistą z ego rozdętym do niemożności, a Lisbeth Salander antypatycznym dziewczyniskiem, które cynicznie wykorzystuje swoje oficjalnie stwierdzone społeczne nieprzystosowanie (z którego podejrzanie dobrze zdaje sobie sprawę i którym doskonale umie manipulować, a jak potrzeba, to zmienia się w osobę idealnie wpasowującą się w społeczeństwo, toteż czuję w tej kreacji jakiś niewiarygodny wręcz fałsz).

Jest zwłaszcza w Lisbeth, ale i wszystkich pozostałych bohaterach pozytywnych tej bajki, taki poziom marysueizmu, że mnie osobiście nie tylko niewiara spada z hukiem z kołka, na którym była zawieszona (bardziej niż w przypadku poszukiwań grobu Gombrowicza w wykonaniu Wojciecha T.), ale śmiech mnie porywa pusty, po którym nie następuje litość ani trwoga. W bohaterach negatywnych zresztą jest to samo, tylko à rebours.

Jaka jest Lisbeth? Przede wszystkim nieprawdopodobna. I nie miałabym z jej postacią ani odrobiny problemów, gdyby zaistniała na kartach cyberpunku albo komiksu Marvela. Bo tam to ona doskonale pasuje. Tam nawet poziom, do jakiego jest ona Mary Sue autora, mógłby okazać się znośny, bo te gatunki tolerują postacie przerysowane i nierealne, a zwłaszcza obdarzone de facto nadprzyrodzonymi cechami.

W cyberpunku i komiksie też bym zapewne za Lisbeth nie przepadała (nie lubię bohaterów, którym pakuje się wszelkie możliwe cechy, mogące okazać się atrakcyjne dla jakiejś grupy odbiorców - zaraz przejdę do szczegółów), bo jak dla mnie jest ona po prostu antypatyczna, nie ma ani jednej cechy, za którą mogłabym ją polubić, ale przynajmniej uważałabym ją za literacko na miejscu. Problem w tym, że Larsson bardzo wyraźnie deklaruje - tym, jak drobiazgowo opisuje miejsca oraz jak uporczywie serwuje nam product placement (pamiętacie ten moment, kiedy nawet podaje adres strony w necie, z której można ściągnąć program używany przez któregoś z bohaterów?) i jak wmawia nam, że Szwecja jest piekłem i nie da się w niej żyć, opisując równie szczegółowo warunki tego strasznego życia (tak, ta Szwecja z więzieniem, które jest jak spokojne wakacje na koszt podatnika) - że napisał powieść realistyczną. A w powieści realistycznej Lisbeth nie ma sensu.

Albo inaczej. Lisbeth ma prawo bytu w źle napisanej powieści realistycznej. Bo Lisbeth jest najzwyczajniej pod słońcem wcieleniem doskonałym Mary Sue. Nie trzeba szukać po internecie testów na Mary Sue, wystarczy otworzyć podany w poprzednim zdaniu link do polskiej wikipedii, żeby zobaczyć to gołym okiem: Lisbeth jest pozornie nieatrakcyjna, a zwłaszcza wydaje się taka samej sobie, niemniej mało który mężczyzna jest w stanie oprzeć się jej seksapilowi, nawet jeśli jest człowiekiem obyczajowo i kulturowo raczej konserwatywnym (Armansky) i wszystkie jej tatuaże i piercingi powinny go co najmniej zniechęcać, jeśli nie wręcz obrzydzać. Lisbeth jest zbuntowana, jest ofiarą przemocy w przeszłości (tick, tick, testy na Mary Sue), postępuje wbrew przyjętym normom społecznym (tick), jest arogancka i niemiła. Pomimo tych ostatnich cech wszyscy pozytywni bohaterowi ją lubią albo wręcz kochają (tick!), wybaczają jej (tick!!) wszelkie gafy, nieuprzejmości, a nawet przestępstwa (o tym dalej). Lisbeth jest poza tym geniuszem (tick!!!): mimo braku formalnego wykształcenia na poziomie choćby szkoły średniej i wychowywania się w dysfunckyjnej rodzinie oraz na ulicy nie tylko rozumie w mig wszystko, co dotyczy komputerów, elektroniki, budowy maszyn, ale do tego mówi po angielsku "z oksfordzkim akcentem", a po niemiecku celowo z akcentem norweskim, no i ma fotograficzną pamięć. Jest zbuntowanym dzieckiem ulicy, a co więcej, jak wmawia nam przez około 500 stron powieści autor, ma autentycznie upośledzone funcjonowanie społeczne. Niemniej kiedy potrzebuje działać tak, żeby nikt tego niedostosowania nie zauważył, potrafi bezbłędnie zagrać dowolną społeczną rolę (ostatni rozdział).

Panie świętej pamięci autorze - albo, albo. Albo Lisbeth jest społecznie niedostosowana, co się zdarza i co jest powieściowo męczące, jeśli przypomina się o tym czytelnikowi co drugą stronę, ale stanowi jakiś pomysł na postać, albo jest po prostu zręczną manipulatorką, a cała jej postawa zamknięcia na konakt ze strony społeczeństwa jest jednym wielkim udaniem od początku do końca. Grą - i to wyjątkowo perfidną, bo nastawioną na wykorzystywanie ludzkiej empatii, współczucia, a tam, gdzie go nie ma (wredny adwokat) usprawiedliwiającą postępowanie w myśl zasady oko za oko. Tylko że wtedy powinna być co najmniej bohaterką ambiwalentną, ale tak naprawdę stanowiłaby materiał na Czarny Charakter. Do ostatniego rozdziału byłam skłonna wierzyć, że Larsson konsekwentnie tworzy postać niedostosowaną, która powolutku wychodzi ze swojej skorupy, przełamuje swoje okołoautystyczne (czy raczej nabyte, a podobne do autystycznych) zahamowania. Niestety ostatni rozdział, gdzie Lisbeth w pełni świadomie i bezbłędnie (oczywiście!) gra role radykalnie odmienne od tego, czym była dotychczas, sprawił, że konstrukcja ta załamała się z hukiem i legła w żałosnych gruzach.

Mikael Blomkvist, a także Erica Berger i Harriet Venger też są Mary Sue, choć w nieco mniejszym stopniu. Z Blomkvistem mój problem jest taki, że okropnie nie lubię postaci, co do których autor tak bardzo bardzo bardzo, prawie że z miną Kota ze Shreka (uwierzcie mi na słowo, proooooszę), deklaruje, że są wspaniałe, uczciwe i nieskazitelne, podczas gdy bardzo wiele ich postępków i wypowiedzi przeczy tej deklaracji. Blomkvist zwłaszcza w tym, co pisze (jego książka demaskująca wszystkich innych dziennikarzy śledczych jako mniejsze lub większe szuje), wychodzi mi na antypatycznego dupka, przekonanego o własnej doskonałości i pogardzającego tłumem szaraczków, którym tak daleko do jego wielkości i wielkoduszności, że albo pozostają miernotami, albo chwytają się brudnych tricków, żeby zyskać swoje pięć minut sławy (które i tak prędzej czy później zostanie zniweczone przez rycerza w lśniącej zbroi Mikaela B.).

W ogóle ten świat, w którym deklaratywnie pozytywnym bohaterom wolno wszystko, a źli są na miarę Złych z filmów o Jamesie Bondzie. Taki Wenerström nie może po prostu być oszustem finansowym - on, jako główny przeciwnik, który na chwilę pogrążył, a nawet wpakował do - och, więzienia - zob. wyżej - naszego rycerza w lśniącej zbroi, musi mieć powiązania z wszystkimi światowymi kartelami, a do tego być po prostu obrzydliwym typkiem i dręczyć innych ludzi. Dobra, zapewne większość gangsterów ma rozmaite złe i nieprzyjemne cechy, bo inaczej nie byliby gangsterami, ale proszę, niech oni nie mają ich aż tyle, ile Mary Sue cech pozytywnych... No i niech ktoś mi powie, po co właściwie w tej powieści rozdmuchiwany początkowo wręcz niemożliwie wątek szwedzkich nazistów, z którego tak naprawdę nic nie wynika (nie jest nawet mylącym tropem), a który - mam wrażenie po przeczytaniu całości - służy wyłącznie podkreśleniu, jak bardzo niedobrzy byli niektórzy Vangerowie. Jakby po prostu maltretowanie w dzieciństwie nie wystarczyło, maltretujący musi być zdeklarowanym, ideowym nazistą (do tego stopnia, że zastanawiam się, czy jedynie przypadkiem nazywał się Richard Vanger, a jeśli nie, to jest to jeden z najbardziej żałosnych chwytów w tej książce).

W powieści najbardziej jeszcze broni się fabuła (dość prostacko napisana z nadmiarem szczegółów charakterystycznym dla debiutanta, dlatego przymykam oko) i tylko chęć dowiedzenia się, jak autor rozwiąże zagadkę zniknięcia Harriet była tym, co trzymało mnie przy lekturze przygód bohaterów, których nie znosiłam coraz bardziej z każdą przeczytaną stroną. Rozwiązanie zagadki lekko rozczarowuje, podobnie jak to, kto z rozlicznych Vangerów jest tym Złym, ale mogłoby być gorzej. Facepalm zrobiłam, kiedy autor nie darował mi sceny, w której rycerz w lśniącej zbroi ląduje w komorze tortur Złego Vangera (po to jedynie, aby ten miał okazję wygłosić stereotypową Mowę Czarnego Charaktera Tuż Przed Śmiercią, mającą na celu poinformowanie czytelnika o uczynkach i motywach Czarnego Charaktera), a następnie zostaje ocalony (w ostatniej chwili, oczywiście) przez Mary Sue, która bez trudu rozprawia się ze Złym Vangerem za pomocą kija golfowego i pokładów własnego angstu na facetów, którzy krzywdzą kobiety.

Powiedzmy zatem, skoro to już się pojawiło - ten wątek, który dla wielu czytelników jest podobno jednym z afrodyzjaków tej powieści, czyli światowego niemalże spisku potwornych mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, jest dla mnie również mało przekonujący. Bynajmniej nie dlatego, że lekceważę problem. Wręcz przeciwnie, ponieważ zetknęłam się z nim osobiście, to mimo że moje doświadczenia są może promilem tego, przez co Larsson każe przechodzić swoim bohaterkom i tego, co spotyka ludzi (bo nie tylko kobiety i nie tylko z rąk mężczyzn!) na całym świecie, wiem, jak bardzo nawet pozornie drobny epizod może ważyć na psychice. Może dlatego buntuję się przeciwko temu, jak bardzo łatwo okrutnie skrzywdzone bohaterki radzą sobie z traumą. A raczej, jak łatwo radzi sobie z nią autor. Trauma Lisbeth jest wysublimowana w literacką kreację, trauma Harriet nie istnieje. Może tak jest dlatego, że tak naprawdę dla zamożnego dziennikarza z państwa dobrobytu (autor i bohater) problem ten jest z pewnością ważny, ale tak naprawdę obcy? Żaden z nich nigdy takiej traumy nie doświadczył choćby w promilowej części tego, co autor funduje bohaterkom, w związku z czym nie jest w stanie wyjść poza ideologiczne frazesy i pochylanie się z troską oraz sublimację w sensacyjną fabułę i bohaterkę, która zostaje karzącą ręką Boga w obliczu nieudolności instytucji państwowych?

Tu dochodzimy do jeszcze jednego wątku, który zniechęca mnie do tej powieści. Od bardzo dawna (obejrzenia lata temu niedobrego filmu pt. Dzika rzeka) jednym z chwytów fabularnych, których najbardziej nie lubię, jest tworzenie pozorów katharsis za pomocą pozbycia się Czarnego Charaktera poprzez jego eliminację za pomocą Bohaterów Dobrych. Konkretnie w takiej sytuacji, że ci drudzy są wcześniej są jego de facto zakładnikami i cała fabuła polega na tym, że z nim walczą, robią uniki, a następnie, kiedy już szczęśliwie dobijają do brzegu, cudem uniknąwszy zbiorowej śmierci z rąk szaleńca, kiedy już słychać syreny policyjne, Czarny Charakter podejmuje jeszcze jedną próbę wprowadzenia w czyn swoich szaleńczych planów i ginie z ręki jednego z Dobrych Bohaterów. Kiedy tamten film się skończył, po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie, że tak jest zbyt często, a ja wolałabym, żeby ta sensacyjna fabuła, którą właśnie obejrzałam, była tylko wstępem do oddania Czarnego Charaktera w ręce policji i sądu, a następnie dowiedzenia się czegoś więcej o nim i jego desperackim czynie. Od tamtego czasu mam alergię na takie rozwiązania w powieściach i filmach rzekomo realistycznych. W komiksie, który jest o samotnym vigilante w mieście bezprawia - proszę bardzo. W mniej lub bardziej antyutopijnej fantastyce - proszę bardzo. Ale nie w czymś, co udaje realny świat. Dlatego sposób, w jaki autor rozprawia się zarówno ze Złym Vangerem (na dodatek Martin nie wydaje mi się typem, który nawet przyłapany na gorącym uczynku popełni samobójstwo), jak Jeszcze Bardziej Złym Wennerströmem, którego nasza Mary Sue wystawia polującemu na niego prawnikowi, ten zaś z kolei najwyraźniej nie ma problemów z wysłaniem płatnych zabójców, wywołuje u mnie wysypkę. Bo to jest pójście na łatwiznę. A przekonywanie czytelników powieści realistycznej, że policja i inne instytucje państwowe to wyłącznie samo zło i nie należy z nimi współpracować, uważam za wręcz społecznie szkodliwe, mimo że nie mam jakiejś nadmiernie wysokiej opinii o ich realnym funkcjonowaniu (nobody's perfect, to są instytucje zagrożone błędami czynnika ludzkiego) ani też nie jestem radykalną legalistką. Niemniej niekontrolowane społecznie branie spraw we własne ręce przez samozwańczych szafarzy sprawiedliwości uważam za wysoce niebezpieczne, dopóki nie mamy do czynienia z całkowitym rozkładem funkcjonowania państwa.

[Dygresja, trochę: wyobrażam sobie realistyczną powieść o np. Mexico City, w której w obliczu zabójstw nieskorumpowanych polityków i policjantów grupa takich vigilante usiłuje walczyć z kartelami i ich bossami. Tylko mam wrażenie, że gdyby jakiś meksykański pisarz napisał o takiej swojej wizji zła dziejącego się w jego kraju, to dostalibyśmy tych vigilante psychicznie poranionych i zbrukanych, ponieważ taka walka musi naznaczać i robić krzywdę również walczącemu. Po Blomkviście i Lisbeth zetknięcie z tym, co nam autor opisuje, spływa jak woda po kaczce - może dlatego, że to szwedzkie piekło jednak tak troszkę wymyślone i wyolbrzymione na potrzeby cierpienia Mary Sue?]

W każdym razie w sumie tylko fakt, że dzięki temu wybiegowi narracyjnemu z uśmierceniem złoli nie musiałam czytać kolejnych dwustu stron o cierpieniach Blomkvista i Salander podczas procesów Czarnych Charakterów, jest tu okolicznością łagodzącą.

Wrócę jeszcze do Lisbeth, skoro już poruszyłam jak dla mnie bardzo niesympatyczny wątek prawnika z Miami i zejścia Wennerströma z tego świata. Powiedzmy sobie jasno: Lisbeth Salander jest przestępcą. Nie tylko, kiedy włamuje się na cudze komputery i konta mailowe i czyta prywatną korespondencję czy też ściąga prywatne pliki na swój laptop, nie tylko, kiedy de facto zleca morderstwo. Lisbeth Salander jest przestępcą przede wszystkim w ostatnim przed epilogiem rozdziale, kiedy na własne szemrane konto przelewa za pomocą swoich hakerskich sztuczek wielkie zasoby finansowe złego do potęgi n+1 Wennerströma. Autor, a za nim bohaterka i całe grono oddanych wielbicieli jego prozy zapomnieli, że grabienie zagrabionego nadal jest grabieżą. Pieniądze nielegalnie zgromadzone na koncie na Kajmanach nie należą do Lisbeth, ona je ordynarnie kradnie, a proceder jest opisany tak, żeby czytelnik mu przyklaskiwał. We mnie cały ten rozdział wzbudził kolosalne zażenowanie (robotą literacką, postawą bohaterki i stosunkiem autora do niej), a wraz z beztroskim spowodowaniem przez bohaterów krachu na szwedzkiej giełdzie w epilogu sprawił, że kończyłam tę lekturę z poczuciem maksymalnego niesmaku.

Ten ostatni rozdział to też ostatnia cegiełka pomnika Mary Sue, jakim jest Lisbeth Salander - bohaterka, której autor wybacza wszystko, której wolno więcej, niż zwykłemu człowiekowi, która jest doskonała w każdym względzie. Uprzedzając potencjalne argumenty: ostatnia scena nie jest w stanie tego w moim odbiorze zniweczyć, ponieważ jakkolwiek zaplanowana zapewne jako pokazanie, że coś jednak naszej Mary Sue nie wychodzi, jest tak naprawdę jej triumfem - przecież ona to wiedziała od początku, że nie jest stworzona do normalnego życia, szczęścia i radości. Ona jest stworzona po to, żeby cierpieć ponad miarę nie tylko człowieka, ale i sensownie napisanej postaci literackiej, i szantażować w ten sposób emocjonalnie czytelnika. Otóż ja odmawiam lektury dalszych tomów, ponieważ na mnie ten szantaż nie działa i nie mam ochoty męczyć się z kolejnym tysiącem stron, na których Lisbeth cierpi jako genialny vigilante.

Facepalm

PS. Taki mały drobiażdżek z mojej działeczki. W pewnym momencie opowiada się nam historię rodziny Vangerów od jej przybycia do Szwecji. Jest tam powiedziane, że "they came with the king Jean Baptiste Bernadotte" (czytałam przekład angielski, po polsku pewnie jest podobnie, chyba że tłumacz angielski się rąbnął, ale nie sądzę). Nie wiem jak się w Szwecji mówi, nie jestem Szwedką, ale mam wrażenie, że jednak albo z J.-B. Bernadottem, albo z (przyszłym) królem Karolem XIV Janem, jako że kiedy Bernadotte przybył do Szwecji, to nie był jeszcze królem, ale jedynie kandydatem na następcę tronu.

 

 

 

 

czwartek, 25 sierpnia 2016
Drakaina w Vence

Nigdy nie przypuszczałam, że pisać będę o Gombrowiczu. Nie żebym jakąś szczególną antypatią wobec autora Ferdydurke pałała. Nie. Gombrowicza cenię, doceniam, zazwyczaj lubię w teatrze, czasem (rzadziej) również do czytania. Co więcej - uważam go za doskonałego diagnostę Polski, Polaków i polskości. Mamy też podobne doświadczenia w kwestii bezradności w ratowaniu żuczków (choć u mnie bywają to czasem np. winniczki na szosie zamiast owadów na plaży). Wychodzi na to, że może jednak znalazłabym jakieś powody, żeby o Gombrowiczu pisać.

A zatem zacznijmy inaczej, żeby było prawdziwiej. Nigdy nie przypuszczałam, że w podróżach moich świadomie i celowo udam się dokądkolwiek śladami Gombrowicza. Zrobił mi to jednak zbieg okoliczności.

Od jakiegoś czasu preferując spokojne noclegi w kwaterach prywatnych i pragnąc odwiedzić Niceę z powodów całkiem niegombrowiczowskich, osiadłam mianowicie wraz z N. na dni dwa w malutkiej mieścinie Bar-sur-Loup, do której wracałyśmy dnia jednego przez Vence, gdzie z kolei zaniósł nas odbywający się tam targ staroci (francuskie targi staroci to temat na osobną notkę).

Vence, powiedziałyśmy dwugłosem w samochodzie, wracając już do Bar-sur-Loup, ponieważ zaczęło nam chodzić po głowach, że z czymś nam się ta nazwa kojarzy. Szybko się skojarzyła właściwie, a następnie już na kwaterze wyguglałyśmy to i owo. W tym jeden artykuł, przez który afera cała, o czym za moment. Na razie okazało się, że N. zostawiła w knajpie w Vence, gdzie zjadłyśmy kolację, torbę. Mimo sympatii do torby zapewne nie wracałybyśmy się po nią, gdyby nie to, że oprócz kilku wiktuałów pozostał w niej aparat fotograficzny N. ze wszystkimi jej zdjęciami z wyprawy. Telefon upewnił nas, że panowie z knajpy zabezpieczyli już nasze dobra i możemy je odebrać dnia następnego, a zatem decyzja zapadła: skoro los niesie nas z powrotem do Vence, to zmierzymy się z wyzwaniem, jakie postawił nam wzmiankowany artykuł. Przejdźmy więc do meritum czyli do rozprawy z rzeczonym.

Szacowne czasopismo Teatr zamieściło dziesięć lat temu felieton niejakiego Wojciecha Tomczyka (autora, wedle wikipedii.pl, kiedyś obiecującego, ale o dokonaniach jednak dość miernych, jeśli spojrzeć na ich listę w tejże wikipedii) o poszukiwaniach grobu Gombrowicza w Vence. Wedle relacji Tomczyka jest to przedsięwzięcie heroiczne i z góry skazane na klęskę, toteż poczułyśmy się wyzwane, jako że w znajdowaniu różnych rzeczy, w tym konkretnych grobów na zabytkowych cmentarzach, mamy pewne doświadczenie.

Naszą wyprawę mogłabym właściwie zamknąć w takim oto zdaniu: jedynym problemem okazały się wprowadzone ewidentnie niedawno zmiany organizacji ruchu w miasteczku, które sprawiły, że gps przeliczał kilka razy drogę na cmentarz i kluczyłyśmy nieco. Niemniej jak już zaparkowałyśmy... Dla dramatyzmu oddajmy głos Tomczykowi, bo na komentarz zasługuje w zasadzie całość tego kuriozalnego tekstu (którego fragmenty przeklejam wraz z błędami). Ponieważ zaś jakichś skrótów muszę dokonać, czytelnik szanowny całość znajdzie tutaj. Dla porządku zauważmy tylko, że felieton zaczyna się od żalu do Gombrowicza o to, że umarł i to przed dostaniem Nobla, i przejdźmy o akapit dalej, do listy innych okołośmiertelnych przewin Witolda G.

Po pierwsze zmarł był daleko. Z Warszawy do Vence jest ponad tysiąc osiemset kilometrów. Jedzie się głównie płatnymi autostradami. Tylko tam, gdzie – jak w Polsce –autostrady nie istnieją, opłaty się nie pobiera.

Nieprawda. Mniej więcej połowa najkrótszej drogi z Warszawy (skąd, zakładam, odbywały się peregrynacje opisane w tekście) do Vence wiedzie przez Niemcy, gdzie autostrady zarówno w 2006 były jak i 2016 pozostały bezpłatne i na dodatek bez ograniczenia prędkości. Na niewielkim kawałku Szwajcarii można bez trudu ominąć płatne autostrady, we Włoszech lepiej zapłacić, żeby oszczędzić czas, a kawałek autostrady francuskiej między Niceą a granicą włoską jest akurat bezpłatny.

Po drugie miasteczko Vence jest tak piękne, że nie sposób zrozumieć, jak to się stało, że taki skądinąd inteligentny pisarz zechciał akurat tam umrzeć. W Vence chce się żyć i na to nie ma siły.

Vence jest ładne. Podobnie jak np. Bar-sur-Loup oraz inne miasteczka położone między nimi. Nie jest jakoś nadzwyczajnie piękne, widziałam w swoim życiu sporo ładniejszych zarówno architektonicznie, jak i pod względem położenia. Gombrowicz skądinąd mieszkał w najpiękniejszej willi w Vence (Villa Alexandrine, perła architektoniczna belle epoque), znajdującej się przy jednym z głównych placów miasta, ale Wojciech Tomczyk pomija to milczeniem. Może dlatego, że 1) nie pasuje to do obrazu nieszczęsnego emigranta; 2) Gombrowicz zmarł w mniej spektakularnym miejscu, dokąd przeniósł się z powodu windy (nie jestem taka mądra, doczytałam). Dam sobie jednak spokój z tym fragmentem, ponieważ pewien poziom pretensjonalności pozbawia mnie zdolności komentowania. Robię też ciach następnego kawałka, gdzie jest m.in. o Polakach nieprzejednanych, ale struktura zdania nie pozwala ustalić, o kogo właściwie chodzi: bohatera czy autora tekstu.

I kiedy już dotrzemy do Vence, zobaczymy dom Gombrowicza, pozostałe zabytki, jedną, drugą knajpkę, to każdemu Polakowi strzeli do głowy, by odwiedzić także cmentarz. A na cmentarzu grób pisarza.

Przyznam uczciwie: gdyby nie tekst Wojciecha Tomczyka, nie strzeliłoby mi to do głowy, mimo że w wakacyjnych notatkach miałam na tym cmentarzu jeden nagrobek marginalnie interesujący mnie z powodów akademickich. Ale oto dochodzimy wreszcie do głównego wątku.

Grobu Witolda Gombrowicza w Vence należy unikać jak ognia. (..) grobu Witolda Gombrowicza w przecudnej urody miasteczku Vence poszukiwać nie należy (...) ze względu na jego niefortunne położenie. Nie owijając w bawełnę – jest to grób położony wyjątkowo złośliwie. Poszukiwanie grobu Gombrowicza na cmentarzu w Vance to gehenna (...). Samemu można kopnąć w kalendarz ze zmęczenia i z nerwów (...).

Melduję posłusznie, że żyję i mam się dobrze.

Zacząć należy od stwierdzenia, że cmentarz w Vence jest niewielki, kameralny. I nieco zdradliwy. Przez lata gmina powiększała go o kolejne sekcje.

Czytając w przecudnej urody Bar-sur-Loup po raz pierwszy tekst Tomczyka popatrzyłyśmy po sobie ze zdumieniem i politowaniem. Nie sądziłyśmy, że dalej czeka nas lektura autentycznego eksploracyjnego thrillera.

Człowiek myśli, że już zaliczył całą nekropolię, aż tu nagle znajduje bramę do kolejnej kwatery. Warto dodać, że Vence leży w górach i w związku z tym cmentarz ma budowę tarasową, co dodatkowo utrudnia właściwe oszacowanie jego rozmiarów. 

Z doświadczenia powiem, że akurat kameralne tarasowe cmentarze świetnie nadają się nie tylko do szacowania ich rozmiarów, ale także oceny, gdzie mogą znajdować się groby z jakiego okresu. Horrorem są cmentarze płaskie, a także ogromne (polecam autorowi poszukanie czegoś, co nie jest dokładnie oznakowane, na Père Lachaise; nieskromnie przyznam, że umyka mi tam wciąż tylko jeden zajmujący mnie akademicko grobowiec). Dodam też, że wbrew ewentualnym pozorom doświadczenie znalezienia czegokolwiek na jednym cmentarzu nie gwarantuje znalezienia czegoś innego na innym - to tak nie działa. Ono daje jedynie poczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych (a raczej zdarzają się bardzo rzadko).

Wszystkie te trudności sprawiają, że na tym cmentarzu zdecydowanie łatwiej jest się zgubić, niż znaleźć cokolwiek.

Ehem. Dwa cytaty wyżej było zdanie prawdziwe (bodaj, czy nie najbardziej prawdziwe w całym tekście): cmentarz w Vence jest kameralny. Na dodatek góruje nad nim spory pomnik poległych w wojnach, widoczny jako punkt orientacyjny z każdej chyba kwatery. Żeby się tam zgubić, trzeba mieć albo duży talent, albo dużo promili we krwi, albo też sporo samozaparcia w gubieniu się (ale wtedy będzie to zgubienie udawane: budowa tarasowa ułatwia orientację, jako że wchodzi się na górze).

Pragnę tu dodać, że nie opieram się wyłącznie na własnym doświadczeniu.  (...) w tym roku odbyły się co najmniej trzy ekspedycje do grobu Gombrowicza. Pierwszą, ekspedycją wiosenną kierowała znamienita redaktor Telewizji Polskiej Zuzanna Łapicka. (...) Ta ekspedycja zakończyła się całkowitym fiaskiem. Stało się tak, być może dlatego, że Zuzanna jako osoba światowa i wszechstronnie wykształcona dysponuje więcej niż biegłą znajomością języka francuskiego. Dlatego w miejscowej informacji turystycznej otrzymała zbyt dokładne wskazówki. Mało tego, narysowano jej plan. Wszyscy wiemy z własnego doświadczenia, że przy pomocy planu czy mapy nigdzie się nie trafi.

Z całym szacunkiem dla pani Zuzanny i jej ekipy, odkąd w wieku lat około ośmiu (było to w epoce przed nawigacją gps) nauczyłam się posługiwać mapą i pilotowałam kierującego samochodem tatę po całej Europie, nie łapię się na takie bonmoty jak ostatnie zdanie. Nadal zresztą korzystam z mapy, kiedy gps wymyśli coś głupiego. W kontekście cmentarza w Vence natomiast nie jestem w stanie zrozumieć, jak mając wskazówki i plan można było nie trafić.

Dalej jest o kolejnej wyprawie, latem roku tego samego, jak rozumiem (narracja jest dość pokrętna i zawiera długą dygresję na temat kompetencji harcersko-grzybiarskich kolejnego kierującego nią dziennikarza telewizyjnego, tym razem Macieja Orłosia).

Jako wnuk znakomitego grzybiarza i mikologa Maciek ma po prostu zakodowany w genach instynkt poszukiwania. Jego wyprawa zakończyła się sukcesem. Ale nie przyszło im to łatwo. Mimo przyjęcia wzorowej taktyki (wieloosobowa ekspedycja przeszukała cmentarz dwukrotnie tyralierą) grób Gombrowicza znaleźli na samym końcu. Jako po prostu ostatni.

W literaturoznawstwie istnieje taki termin: zawieszenie niewiary. W dużym skrócie chodzi o to, że dla akceptacji fikcji literackiej i świata przedstawionego konieczna jest niekiedy rezygnacja z racjonalnego myślenia i odniesień do świata rzeczywistego. Niestety podczas lektury powyższego fragmentu ta zdolność mi się zawiesza. Trzeba naprawdę ogromnych starań, żeby do grobu Gombrowicza dotrzeć na samym końcu, ponieważ położony jest w środku cmentarza. Pod murem, to prawda. Ale w środku. Ekipa musiała więc chyba wyznaczyć jakieś specjalne itinerarium, które pominęło ten konkretny kawałek, zostawiając go sobie na sam koniec.

Ale co tam, ważne, że znaleźli. Jeśli zatem myślisz, drogi czytelniku, że oto dobrnęliśmy do finału gombrowiczowskiej odysei Wojciecha Tomczyka, to się mylisz. Mimo że Orłoś znalazł, to albo nie opisał i nie zaznaczył, ale znalezisko zachował dla siebie, albo też WT postanowił - zgodnie z najlepszymi wzorcami nauk ścisłych - powtórzyć eksperyment od początku (pytanie tylko: po co? tu nie mamy do czynienia z naukami ścisłymi). Zamiast bowiem zapytać "Maćka" (o którym tak właśnie pisze, co wskazuje na stopień zażyłości wystarczający chyba, by otrzymać informacje o grobie Gombrowicza i jak go znaleźć?), Tomczyk przedsięwziął rodzinną wyprawę numer trzy. Po co jako wyprawę poszukiwawczą czegoś, co zostało znalezione? Nie wiem.

Po tym sukcesie wysłano kolejną wyprawę  (...). Na jej czele stanąłem niestety ja. Również przyjęliśmy wzorową taktykę. Mianowicie, rozdzieliliśmy się na samym początku i każdy z uczestników wyprawy przeszukiwał kolejne kwatery na własną rękę. (...) Wreszcie, po godzinnej lekturze strzelistych epitafiów, po przejrzeniu fotografii z grubsza wszystkich nieżywych mieszkańców Vence, moja żona słabnącym od upału głosem przejmująco jęknęła raczej niż krzyknęła - JEST!

Taktyka zaiste dobra, z N. też ją często stosujemy, choć częściej idziemy razem, rozdzielając raczej między siebie strony ścieżki. Akurat w Vence rozdzieliłyśmy się, a zatem zasadniczo stosowałyśmy taktykę identyczną z opisaną. Dla porządku: epitafiów strzelistych nie znalazłyśmy dużo, fotografii też nie było nie w nadmiarach. Ale może to dlatego, że odnalezienie grobu Gombrowicza zajęło nam dziesięć minut. Konkretnie po niecałym kwadransie byłyśmy już z powrotem w samochodzie, zaparkowanym na pobliskim placyku.

A teraz najciekawsze. Może jednak wśród gombrowiczolubnych poszukiwaczy grobu panuje niepisana zmowa, że informacji ułatwiających jego odnalezienie nie ujawnia się postronnym, choćby byli nie wiem jak zakumplowani. W kolejnym akapicie czytamy bowiem, co następuje:

Grób Gombrowicza, znajduje się, dodam dla porządku, złośliwie tuż przy wejściu na cmentarz. Tylko trzeba wiedzieć, przy którym. 

Otóż nie. Gdyby ktokolwiek z was, szanowni czytelnicy, odczuwał arcypolską potrzebę szukania grobu Gombrowicza, to jako osoba wobec zagadnienia obojętna, która jedynie podjęła wyzwanie, a zatem niemająca żadnego interesu w upowszechnianiu mitu o nieodnajdywalności, informuję, że żadnego wejścia/wyjścia koło grobu Gombrowicza nie ma; co więcej - dokładne oględziny okolicy nie wskazują, żeby kiedykolwiek było. Grób, jak już wcześniej zaznaczyłam, jest w środku cmentarza. Konkretnie na trzecim tarasie od góry, po lewej (patrząc od znajdującego się na górze wejścia) i pod murem, w samym lewym kącie kwatery. Z górnego tarasu, na który wchodzi się właśnie po lewej, należy się jednakowoż najpierw skierować na prawo od pomnika poległych, do jego drugiej części (tarasu, nie pomnika), a dopiero tam na dół (inaczej się po prostu nie da!) i w lewo, w kwaterę pomiędzy tabliczkami 1bis i 2bis.

Aha, przy jedynym (!) wejściu na wiszącym na ścianie planiku cmentarza grób Gombrowicza i droga do niego prowadząca zaznaczone są żółtym markerem. Kartka wygląda na dość starą, ale może umieszczona została dopiero po kolejnych rozpaczliwych poszukiwawczych wysiłkach polskich celebrytów. Znalazłyśmy ją już wychodząc z cmentarza po odtrąbieniu szybkiego sukcesu, więc nie jest tak, że nam w czymkolwiek pomogła - szukając, dysponowałyśmy jedynie mylącymi informacjami Tomczyka.

Koniec i bomba.

Cmentarz w Vence

Widok na drugi i trzeci taras (licząc od góry). Grób - w tylnym rzędzie dolnego tarasu, w kącie między wysokim i niskim żywopłotem (napis Tu jest nad nim). Poniżej planik dojścia wywieszony przy wejściu (wiem, trzeba nieco wysilić wzrok, ale przy tym świetle i za szybą to i tak niezły wynik).

Cmentarz w Vence - jak trafić

PS. Jest jeszcze jedna możliwość, w którą jednak pozwalam sobie nie wierzyć: ekipa pierwsza szukała na niewłaściwym cmentarzu. Co jednakowoż podważałoby albo znajomość francuskiego przez redaktor Zuzannę Ł., albo kompetencje biura turystycznego w Vence (w co wątpię, znając te instytucje akurat we Francji), albo polskich researcherów... Pod Vence znajduje się bowiem bardziej znany cmentarz Saint-Paul-de-Vence, na który błędnie w kwestii Gombrowicza kieruje np. serwis Find a Grave w notce z 2005. Ale Wojciech Tomczyk nie wspomina o dwóch cmentarzach, toteż albo poszukiwania dotyczyły za każdym razem poprawnie Cimetière de Vence, albo autor pominął informację o dwóch cmentarzach dla dodania dramatyzmu swojej opowieści. Co nie zmienia faktu, że grób Gombrowicza jest najzwyczajniej pod słońem łatwo znajdowalny.

 

 

 

piątek, 17 czerwca 2016
Ninedin i Drakaina piszą powieść

Tak, wiem, te kilka osób, które jeszcze czytają ten blog pewnie powie, że mogłabym jakąś notkę napisać (wiecie, ile jest w szkicach?), a nie reklamować nowy projekt. Ale to nie jest tym razem tylko mój projekt, więc jest szansa, że nie zdechnie. Wraz z N(inedin) piszemy powieść. Wymyśliłyśmy ją już ponad półtora roku temu i do niedawna miałyśmy mnóstwo pomysłów fabularnych, dwa niewykończone opowiadania wprowadzające świat i bohaterów i kolejne mnóstwo pomysłów na ewentualny dalszy rozwój akcji. Ale ostatnio pojechałyśmy na długi weekend na Słowację (to miało być takie miejsce, gdzie nie będzie nas rozpraszać zwiedzanie, co najwyżej wyjedziemy kolejką na Łomnicą - co akurat nie wyszło, bo 50 euro w złą pogodę to lekka przesada, więc oczywiście znalazłyśmy w okolicy jakieś pałace do obejrzenia) - i napisałyśmy spory kawałek.

W związku z tym, ponieważ reklama jest dźwignią handlu, a my chciałybyśmy kiedyś (niedługo!) tę powieść wydać, postanowiłyśmy ją zacząć reklamować już. I w tym celu powstała strona, gdzie będziemy umieszczać materiały reklamopodobne. A ponieważ N jest blogerką odpowiedzialną i regularną, istnieje spora szansa, że coś tam będzie wpadać często i gęsto, bo nie dość, że będzie pisać sama, to jeszcze i mnie upilnuje.

A ja, żeby utrzymać pozory życia tego zombibloga, wrzucam tu zajawkę.

1807 projekt literacki

Projekt literacki 1807

 

 

sobota, 20 lutego 2016
Dzieje jednego pomnika

Przeczytałam właśnie zapowiedź poczytnego ministra, że "może to będzie za 20 lat, być może to będzie za 2 lata, ale jestem pewny, że stanie". Czasami pesymizm opłaca się bardziej, bo przyjemne zaskoczenia są lepsze od nieprzyjemnych rozczarowań, załóżmy więc najgorsze - że istotnie stanie. Kto, co? Pomnik smoleński, oczywiście. Gdzie? Przed Pałacem Prezydenckim, oczywiście.

W dalszej części swojej wypowiedzi minister tak uzasadnia konieczność postawienia pomnika akurat w tym konkretnym miejscu: "bo to jest to miejsce symboliczne, a symbole są szalenie ważne". Niewątpliwie. Wątpię jedynie, czy narodowy w treści i patriotyczny w formie pomnik będzie zasługiwał na miano symbolicznego. Obawiam się, że będzie topornie dosłowny. To oczywiście tylko kwestia estetyki. Dla mnie osobiście bardzo ważnej, ale to takie zboczenie zawodowe.

Co ciekawe, uzasadnieniem rzeczonej symboliczności miejsca nie jest jego historia, choć mogłaby. Na przykład miłośnikom muzyki Pałac Namiestnikowski może się skojarzyć z pierwszym publicznym koncertem młodziutkiego Fryderyka Chopina. Fascynatom historii epok różnych z licznymi zacnymi i mniej zacnymi gośćmi pałacu albo też z przygotowywaniem w nim traktatów rozbiorowych. Ale nie, ministrowi chodzi wyłącznie o to, że "właśnie w tym miejscu po katastrofie smoleńskiej gromadzili się Polacy"*. Nie wiem, może ja jakaś naiwna jestem, ale kiedy w wypadku lotniczym ginie między innymi prezydent, to niezależnie od oceny konkretnej osoby pełniącej tę funkcję, dość naturalne jest przyjście z kwiatami pod siedzibę tegoż prezydenta, a nie pod, na przykład, Zamek Królewski (mówimy o państwie nieposiadającym króla - w monarchii, która miałaby i króla, i prezydenta, można by znaleźć dla takiego gestu uzasadnienie, symboliczne).

Co więcej, jeśli zginęli również inne osoby, to miejsce ich wspólnego - symbolicznego - pomnika jest tam, gdzie w omawianym przypadku on już stanął, czyli na cmentarzu, najlepiej posiadającym symboliczne dla narodu znaczenie (Powązki doskonale tę funkcję spełniają), ewentualnie na lotnisku, z którego rozpoczął się pechowy lot. (Oddaję ten pomysł pani HGW oraz wszystkim, którzy będą walczyć o zachowanie tkanki architektonicznej Pałacu, za darmo.)

Wróćmy jednak do kwestii pałacowych. Otóż jeśli minister, jego architekci i projektanci nowego pomnika naprawdę postanowią go tam postawić, to będą musieli jakoś ustosunkować się do tego, co już tam jest. Pomińmy drobny i jakże mało z symbolicznego punktu widzenia istotny fakt, że jest przede wszystkim idealne klasycystyczne założenie z harmonijną bryłą oraz pięknie zakomponowanym dziedzińcem, co zostanie naruszone przez dodanie tam kolejnego elementu. Jedynym sposobem, żeby tego ładu architektonicznego nie naruszyć, jest zlikwidowanie stojącego tam obecnie pomnika - który zarówno klasycystyczną formą jak i, pardonnez le mot, symboliczną treścią w to miejsce doskonale się wpisuje, ale co tam.

I tu dochodzimy wreszcie do interesującego ustalenia. Na dodatek wielce symbolicznego. Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny (pardonnez...), no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

I jeszcze jedno: z początku myślałam, że ingerencja w architekturę Krakowskiego Przedmieścia, które naprawdę nabrało w ostatnich latach blasku, oraz w strukturę Pałacu jest gorsza od opisywanych przeze mnie od jakiegoś czasu przykładów psucia gustów przez internet i promowane w nim przypadkowe pseudoartystyczne i pseudoliterackie twory. Nagle jednak doznałam olśnienia: nie jest. Pomniki bardzo łatwo burzyć lub przenosić, jak pokazuje choćby opisana historia, internetu natomiast naprawić się nie da.

Warszawa 10.12.2014

* Interesujący jest symboliczny wymiar tego sformułowania: "Polacy". Nie "ludzie", ale "Polacy". Znaczy, być może, że kto się nie gromadził, nie jest Polakiem. Albo jeśli jakiś obcokrajowiec przyszedł tam z odruchu serca i solidarności, w tych pierwszych dniach po katastrofie, kiedy zaistniała na moment złuda zgody narodowej, to był nieproszonym gościem...

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright