wtorek, 17 listopada 2009
Paragraf 22

Dziecięciem nieletnim będąc, spędziłam rok w przedchavezowskiej Wenezueli, i jako jedyna z rodziny nauczyłam się hiszpańskiego, w związku z czym załatwiałam następnie różne sprawy w urzędach, ponieważ przeciętny urzędnik w tym pięknym (naprawdę pięknym) kraju zasadniczo nie znał języków - skądinąd teraz pewnie nie zna w stopniu jeszcze większym. W każdym razie w ramach tych rodzinnych obowiązków zdarzyło mi się dzień w dzień wydzwaniać do agenta ubezpieczeniowego nazwiskiem Suarez, którego żona nieodmiennie powtarzała, że nie ma go w domu, agent Suarez bowiem robił, co mógł, byle nie ubezpieczyć nam samochodu, jako że kosztowałoby go to trochę wysiłku i cennego czasu, w którym można nic nie robić. Pamiętam też scenę w banku, kiedy urzędniczka na dwie godziny przed zamknięciem oznajmiła, że już nie ma czasu na prostą transakcję. No i oczywiście nie zapomnę nigdy batalii o solvencię czyli rozgrzeszenie podatkowe przed wyjazdem.

Jeśli kiedykolwiek w jeszcze wcześniejszym dzieciństwie zaczytując się w książkach o zwierzętach, z których część działa się w Ameryce Południowej i opisywała święte mañana i absurdy biurokracji, uważałam te opowieści za groteskę, to pobyt w Wenezueli zweryfikował te poglądy. Jeśli kiedykolwiek zaśmiewałam się z załącznika numer ileśtam w 12 pracach Asterixa, to pobyt w Wenezueli zmienił ten śmiech w wisielczy. Spędziłam bowiem lekko licząc pół dnia biegając wraz z rodzicami po piętrach sporego wieżowca pełnego urzędników, którzy żądali na solvencii coraz to nowych pieczątek i podpisów. Wiem, że teraz mało kto mi uwierzy, ale i tak to opowiem.

Kulminacja nastąpiła w chwili, gdy urzędnik z pokoju dajmy na to 403 (takich szczegółów to już nie pamiętam) oznajmił, że nie może przybić swojej pieczątki bez uprzedniego przybicia przez urzędnika z pokoju dajmy na to 738 "małej pieczątki wielkości jednego bolivara" (lokalna waluta). Ponieważ nie odbiegało to od dotychczasowej normy, udaliśmy się potulnie do pokoju 738, w którym okupujący go urzędnik oświadczył, że owszem, on "małą pieczątkę wielkości jednego bolivara", po którą poszliśmy, posiada, ale nie może jej przybić bez uprzedniego przybicia pieczątki podłużnej. A gdzie się taką pieczątkę przybija? Ano w pokoju 403 - po dłuższych debatach okazało się, iż była to właśnie ta pieczątka, której nie da się przybić bez "małej pieczątki wielkości jednego bolivara". Przez jakiś czas krążyliśmy między jednym i drugim urzędnikiem, usiłując przekonać któregokolwiek z nich, żeby zrezygnował ze swoich ambicji i jednak przybił pieczątkę jako pierwszy. W końcu chyba uznali, że się nas tak łatwo nie pozbędą, albowiem - autentycznie - spotkali się przy stoliczku na piętrze położonym mniej więcej w połowie drogi między ich gabinetami i przybili swoje święte pieczątki jednocześnie.

Po prawdzie Wenezueli usiłowały pod względem biurokracji dorównać jedynie Indie, gdzie w jednym hotelu musiałam wypełnić pięciostronicowy formularz zameldowania, zanim wydano mi klucz (dodam, że upiornie bolała mnie głowa i miałam wysoką gorączkę, niemniej recepcjonista był nieustępliwy - nie wezmę prysznica bez tego formularza), a w innym - położonym dosłownie "in the middle of nowhere" w końcu wypełniliśmy formularz dość z sufitu wziętymi danymi, ponieważ wymagał jakichś absolutnie idiotycznych informacji włącznie z tym, ile nocy chcemy tam spędzić - a podejrzewam, że jedynymi ludźmi, którzy zatrzymywali się tam na więcej niż jedną noc, byli kierowcy ciężarówek, którym poważnie popsuły się samochody...

Cały ten anegdotyczny materiał przypomniał mi się, kiedy wczoraj zadzwoniłam na Pocztę Polską, żeby uratować przed odesłaniem przesyłkę, na którą awizo dostałam dokładnie w dniu wyjazdu do Skandynawii, termin odbioru zaś mijał wczoraj. Po powrocie usiłowałam ją odebrać, ale nie miałam jakichś nadmiarów czasu, a ilekroć zaglądałam na pocztę, były tam koszmarnie długie kolejki, które znając tempo obsługi w tym konkretnym urzędzie, oznaczały co najmniej godzinę czekania.

Znalazłam więc w internecie numer telefonu i zadzwoniłam, przekonana, że jeśli podam numer przesyłki i swoje dane, to nie powinno być problemu z zatrzymaniem paczki (oznaczonej na awizie jako "duży polecony", co też nie jest bez znaczenia). Bardzo skądinąd miła pani oznajmiła mi jednak od razu, że coś takiego jest niemożliwe.

- Dlaczego? - zapytałam
- Bo takie są przepisy - odpowiedziała zapewne zgodnie z prawdą, po czym dodała: - Może pani złożyć oświadczenie* w urzędzie, żeby paczka była przetrzymana przez 30 dni.
- Ale problem w tym, że ja nie mam kiedy do państwa podjechać, żeby tę paczkę odebrać, więc jak mam złożyć u państwa takie oświadczenie? - indagowałam dalej w naiwnej wierze w logiczne funkcjonowanie świata.
- Mogła je pani złożyć wcześniej - usłużnie odrzekła moja rozmówczyni.
- Wcześniej po pierwsze nie wiedziałam, że dostanę awizo dokładnie w dniu wyjazdu i jego ważność skończy się tuż po moim powrocie, a po drugie ogólnie nie jestem w stanie przewidywać każdej potencjalnie nadchodzącej przesyłki, której nie wrzucą mi do skrzynki - wyjaśniłam miłej pani nieco może pokrętnie, acz wciąż w zgodzie z logiką. - Czy mogłabym złożyć takie oświadczenie dla wszystkich przesyłek na przyszłość?
- Niestety nie, takie oświadczenie dotyczy tylko tej konkretnej przesyłki. Może pani je teraz złożyć, wtedy zatrzymamy przesyłkę do trzydziestu dni.
- Mówiłam już pani, że właśnie w tym problem, że nie bardzo mam kiedy do państwa podjechać...
- Mogę pani podać numer faksu.
- Nie mam faksu w domu, w związku z czym wysłanie go wymagałoby ode mnie udania się na pocztę, a jak już powiedziałam...
- Niestety musi pani złożyć to osobiście albo wysłać faksem.
- Gdybym mogła do państwa teraz przyjechać, to przecież po prostu odebrałabym tę przesyłkę a nie składała oświadczenie.
- Takie są przepisy.
- A nie mogę pani podać numeru przesyłki i numeru mojego dowodu osobistego przez telefon i pani mi tę przesyłkę przetrzyma o parę dni dłużej?
- A jak ja przez telefon stwierdzę pani tożsamość?

(Tu niestety nie okazałam się wystarczająco schlagfertig i nie zapytałam, jak ona stwierdza moją tożsamość na podstawie faksu, w którym przecież też mogę napisać cokolwiek, a decydująca powinna być moja znajomość numeru przesyłki i nazwiska, na jakie przyszła...)

- To może mailem?
- Maila niestety nie mamy.

(Tu nie wytrzymałam i powiedziałam parę słów na temat tego, że żyjemy w XXI wieku, pani pokornie przyznała mi rację i obiecała przedstawić kwestię maila na najbliższej naradzie.)

- No to co ja mam zrobić? - zapytałam filozoficznie, wątpiąc już w racjonalne i logiczne urządzenie świata.
- Może pani złożyć oświadczenie osobiście albo faksem.

Ponieważ zasadniczo rozmowa wróciła do punktu wyjścia, a pani, która była naprawdę przez cały czas bardzo miła, powierzyła mi tajemnicę pocztową, iż paczki wychodzą z urzędu dopiero w południe dnia następnego po terminie odbioru, poświęciłam godzinę w porze obiadowej na jeszcze jedno podejście do poczty z założeniem, że najwyżej w końcu odstoję swoje w kolejce, aczkolwiek harmonogram miałam dość napięty. Na szczęście typowo polska pora obiadowa okazała się bezkolejkowa i w końcu dostałam do ręki... paczuszkę o wymiarach 13x16cm. Pan w okienku, skądinąd znów bardzo miły, oznajmił mi, że "o wielkości przesyłki decyduje listonosz".

Z natury jestem berserkerem, ale zapewniam, że poczta na ul. Wrocławskiej w Krakowie jeszcze stoi, nie spłonęła i nie zamieniła się w kupę gruzu. Zawdzięcza to chyba wyłącznie faktowi, że wszyscy byli mili i nie było kolejki, bo gdybym na dodatek do wszystkiego odstała się tam godzinę, to nie ręczę za siebie.

Egipski skryba, Neues Museum Berlin

* Swoją drogą dopiero teraz przyszło mi do głowy, że na dodatek nie rozumiem, dlaczego to się nazywa oficjalnie oświadczenie, a nie np. zlecenie czy upoważnienie?

piątek, 13 listopada 2009
Klasycyzm

Będąc w Kopenhadze odwiedziłam również Muzeum Thorvaldsena - po części dlatego, że jest tam niewielka, ale warta zobaczenia kolekcja sztuki antycznej, a poza tym jakoś tak nie wypada nie zobaczyć największego powodu do dumy sztuki duńskiej... Nie żebym jakoś maniakalnie kochała klasycyzm; po prawdzie uważam go za epokę raczej wiejącą nudą.

Ale kiedy zwiedzałam to muzeum, a zwłaszcza dodatkową ekspozycję zdradzającą nieco z warsztatu Thorvaldsena - kopisty rzeźb antycznych, gdzie między innymi pokazane były "surowe" gipsowe modele późniejszych "wygładzonych" rzeźb, przekonałam się po pierwsze, że był to niezwykle utalentowany artysta - zarówno szkice jak te modele zdradzają niezwykłe wręcz wyczucie materii plastycznej - a po drugie naszła mnie pewna myśl, która po prawdzie do teraz nie daje mi spokoju. Mianowicie co stanowi o tym, że akceptujemy powszechnie rzymskie kopie greckich arcydzieł jako coś, co zasługuje na wystawienie w pierwszorzędnych muzeach i ogólny podziw, podczas gdy kopie wykonane w XVIII budzą w nas zupełnie odmienne uczucia.

Nie sądzę, żeby była to tylko kwestia "akademizmu" - niebywałej wręcz doskonałości, czystości formy artystów takich jak Canova czy właśnie Thorvaldsen, ani tym bardziej dodatkowej "wtórności" - ci rzeźbiarze powielali przecież coś, co już samo było zaledwie cieniem oryginału. Obawiam się wręcz, że w tzw. powszechnym odbiorze nie ma świadomości co do tego, że ogromna większość znanych nam marmurowych rzeźb greckich to tak naprawdę rzymskie kopie brązowych oryginałów, które dawno temu zostały przetopione na różne inne rzeczy i w ten sposób zaginęły bezpowrotnie.

Należałoby nawet po prawdzie żałować, że te oryginały nie przetrwały do XVIII w. - ówcześni rzeźbiarze skopiowaliby je ze znacznie większym pietyzmem niż ci na usługach zamożnych Rzymian. Rzymscy kopiści bowiem - a także Grecy wykonujący zlecenia dla rzymskich klientów - dokonywali nierzadko znaczących "korekt" oryginału, aby dostosować rzeźbę do zmienionych warunków ekspozycji (czym innym jest nisza świątynna niż otwarty ogród), a także indywidualnych gustów zamawiającego. Oczywiście ci najbogatsi mogli sobie pozwolić na posiadanie zrabowanego w Helladzie oryginału, podczas gdy podrzędne kopie były dostępne już dla przeciętnego mieszczucha.

I nierzadko tak naprawdę dysponujemy tymi wcale nie najlepszymi naśladowictwami, które nie tylko odbiegają od oryginału, ale czasem wręcz zdradzają niezbyt wielką wprawę techniczną wykonawcy. Na ich podstawie, z pomocą źródeł pisanych czy wizerunków monetarnych, musimy odtwarzać, jak mógł wyglądać oryginał, ale to zawsze będą tylko przybliżenia. Gdybyśmy mieli kopie dłuta wielkich klasycystów, moglibyśmy zapewne ze znacznie większym spokojem uznać, że mamy wierne imitacje. Thorvaldsen wykonywał niezwykle wnikliwe studia i szczegółowe szkice; jak pisał, potrafił cały dzień spędzić w galerii sztuki antycznej, żeby dokładnie oddać oryginał.

Nam, wychowanym na romantycznym ideale indywidualizmu i oryginalności, taka sztuka siłą rzeczy wydaje się wtórna, ale patrząc na te idealnie piękne rzeźby pomyślałam sobie nagle, że gdyby były kopiami istotnie oryginałów a nie ich naśladownictw, nasza wiedza o sztuce antycznej mogłaby być znacznie większa, nawet gdyby te oryginały też zaginęły w jakiejś dziejowej zawierusze.

I jeszcze jedno: nie będąc specjalistką od materiału ani narzędzi, nie jestem pewna, czy byłabym w stanie odróżnić dobrą kopię rzymską od dobrej klasycystycznej. No może po stanie zachowania - te osiemnastowieczne nie mają poobtłukiwanych różnych części ciała...

Muzeum Thorvaldsena, Kopenhaga

PS. Pytanie konkursowe (choć nie wiem, jaka mogłaby być nagroda ;) - co to za rzeźba, Koteczku?

piątek, 06 listopada 2009
Smutny los apologetów

Zewsząd atakują mnie ostatnio takie wypowiedzi - o najróżniejszym autoramencie - że w końcu postanowiłam zadać sobie retoryczne pytanie: co takiego jest z gorliwie wierzącymi chrześcijanami, że od niemal dwóch tysięcy lat ton apologetyczny jest jednym z głównych motywów ich enuncjacji, jeśli tylko w jakikolwiek sposób tematyka zahacza o coś, co da się z religią i/lub historią kościoła powiązać? Pominę miłosiernie absurdalne wypowiedzi kardynała Dziwisza na temat wolności religijnej, bo w sumie to nawet gadać o tym hadko, natomiast pozwolę sobie skomentować sposób myślenia pewnego belgijskiego profesora, który wypowiadał się na konferencji, na której właśnie jestem. Miał on mianowicie całkiem skądinąd od strony zgromadzonych materiałów ciekawy referat o dokumentach historycznych, z których można wyczytać, jak we wczesnym średniowieczu (VI w.) traktowano upośledzone dzieci.

Póki mówił o tym, co w tych tekstach stoi, wszystko było w porządku, problemy zaczynały się, kiedy wyciągał wnioski. Oznajmił mianowicie między innymi, że dopiero chrześcijaństwo wymyśliło opiekę szpitalną i dobroczynność. Oczywiście, w średniowieczu zmienia się nieco sposób funkcjonowania lecznic na bardziej zinstytucjonalizowany (dodajmy niemiłosiernie, że stają się one na dobre kilka wieków głównie umieralniami, ponieważ medycyna zdążyła się w stosunku do antycznej cofnąć dość drastycznie, między innymi z powodu zakazu studiowania anatomii poprzez sekcje zwłok, ale też z innych przyczyn - i to nie jest moja uprzedzona opinia, ale rzecz, którą można wyczytać u specjalistów od średniowiecza), choć znowu nie aż tak bardzo - podobnie jak w starożytności lekarze pracują przy świątyniach, a proces leczenia powiązany jest z kultem religijnym. Z tą różnicą, że kapłan Asklepiosa lepiej znał się na medycynie.

Z tą dobroczynnością też bym nie przesadzała - najlepiej rozwinięta była w Rzymie, gdzie kwitło rozdawnictwo zboża dla najuboższych, mając przy tym bardzo praktyczny cel: najedzony proletariat nie ma ciągot do urządzania zamieszek i obalania władzy. Ponadto świątynie od niepamiętnych czasów zajmowały się karmieniem tych, którzy sami wyżywić się nie potrafili - np. z Sumeru mamy zapisy, iż ludzie, którzy w wyniku takiej czy innej katastrofy utracili wszystko, co posiadali, byli zatrudniani w świątyniach do codziennych prac w zamian za dach nad głową i wyżywienie. Jeśli się odbili od dna, mogli z powrotem iść na własne - nie zostawali niewolnikami.

Zresztą średniowieczna dobroczynność wobec upośledzonych dzieci, która wyłaniała się z referatu tegoż profesora, była dość wątpliwa - rodzice najczęściej (cytuję) "oddawali takie dzieci grupom żebraków, bo inaczej nie potrafiły zarobić na swoje utrzymanie".

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że profesor miał referat jako pierwszy i zaraz po nim bardzo był ze siebie i swoich poglądów zadowolony, ba, w dyskusji kilkakrotnie podkreślił, jakie to zasługi dla ludzkości położyła mentalność chrześcijańska pod koniec antyku (trochę zabrakło mi tu wzmianki o masowych rodzinnych mordach wśród potomków Konstantyna i Teodozjusza, przy których bledną szaleństwa julijsko-klaudyjskie). Sęk w tym, że zaraz potem był referat o kontraktach małżeńskich i rozwodowych w ptolemejskim i rzymskim Egipcie, z którego jasno wynikało, że kobieta miała wówczas ogromne prawa - w razie zerwania małżeństwa z jej woli dostawała zwrot całości posagu, jeśli zaś instygatorem był mąż, musiał w zależności od czasu i miejsca wypłacić jej równowartość półtora lub dwóch wniesionych posagów! W kontekście tego wszystkiego zaczęłam się ponownie zastanawiać (patrz dyskusja dwa wpisy wcześniej) nad mitem, jakoby chrześcijaństwo tak bardzo poprawiło los kobiet.

Dalej zrobiło jeszcze ciekawiej, była bowiem mowa o domowym leczeniu w Rzymie, które najwyraźniej niezależnie od lekarzy stało na całkiem wysokim poziomie. Ale najważniejsza wypowiedź pojawiła się w dyskusji - pewna pani antropolog przytoczyła, całkiem niezależnie od pierwszego referatu, przypadek pochówku człowieka, który miał całkowicie zrośniętą (w zawiasie) żuchwę i szczękę, co uniemożliwiało mu poruszanie ustami, a zatem przez co najmniej kilka lub kilkanaście lat musiał być karmiony pokarmem płynnym podawanym wprost do gardła. (Szkielet należał do osoby dorosłej, zrost kości nastąpił w mniej lub bardziej wczesnym dzieciństwie - to wszystko da się stwierdzić, więc nie było tak, że ten człowiek zmarł z powodu tych zmian anatomicznych; również zagłodzenie można do pewnego stopnia odczytać ze stanu szkieletu, więc taki przypadek również nie miał miejsca.) Pochówek ten pochodził, o ile dobrze pamiętam, z okresu wczesnego cesarstwa i nie był pochówkiem chrześcijańskim. A teraz wyobraźmy sobie tego człowieka we wczesnym średniowieczu, którego humanitaryzm polegający na oddawaniu do żebraków tak wychwalał pan profesor: ktoś taki nie miałby tam szans dożyć wieku dorosłego, bo ani żebracy, ani ludzie dający im jałmużnę, nie karmiliby go.

Dygresja: pozwolę sobie dodać, co nie pojawiło się w dyskusjach, że upośledzony syn Filipa II, Aridajos, nie tylko nie został zostawiony po urodzeniu na pastwę losu (co było praktykowane w starożytności m. in. w przypadku niemowląt, które nie miały szans przeżycia - ale, jak wiemy z późniejszej historii, podobne praktyki wcale nie skończyły się z nastaniem nowej ery), ale w końcu nawet nominalnie został królem Macedonii. Nie wiemy, jakie dokładnie miał problemy zdrowotne, Plutarch zbywa to określeniem, że był "głupcem", być może było to po prostu porażenie mózgowe, a nie upośledzenie umysłowe. W każdym razie historia średniowiecznej i nowożytnej Europy, o ile się dobrze orientuję, zna przypadki znacznie gorszego traktowania takich "głupich" królewskich dzieci niż w barbarzyńskiej zdaniem takiego np. Ateńczyka Demostenesa Macedonii. Koniec dygresji.

Ciekawe, że po tych wszystkich przykładach, jawnie przeczących tezie, jakoby między starożytnością a panowaniem chrześcijaństwa nastąpiła wielka jakościowa zmiana w podejściu do osoby ludzkiej, pan profesor stracił nieco rezon, przestał zabierać głos w dyskusji i w ogóle dosyć znikł. A najpiękniejsze w tym jest to, że nikt właściwie nie zaatakował jego tez, jakoś samo tak wyszło. Smutny jest los apologety.

Asklepios, Muzeum Pergamońskie, Berlin

środa, 04 listopada 2009
Ich bin kein Berliner

Berlin po wielu latach. I co? I głównie ohydna pogoda, w związku z czym to ewidentnie sympatyczne i z pewnością ciekawe miasto poznałam przez pryzmat jednej, trwającej jakieś dziesięć minut trasy: hotel - Museumsinsel. W zasadzie zatrzymałam się tu w drodze do Skandynawii po to, żeby dogłębnie poznać miejscowe zasoby sztuki antycznej, ale po prawdzie miałam nadzieję, że po zamknięciu muzeów pospaceruję sobie w okolice Bramy Brandenburskiej czy nowych ciekawych budynków i pomników. Nie zrobiłam tego, bo zacinający ni to śnieg, ni to mżawka dość zdecydowanie zniechęcały mnie do nawet nie bardzo dalekich wypraw. Zobaczyłam kawałek Unter den Linden, bo bezskutecznie usiłowałam znaleźć bibliotekę Instytutu Archeologii Uniwersytetu Humboldta, a z nowej architektury zapoznałam się wyłącznie z Zentralbibliothek tejże uczelni, ponieważ jest ona otwarta do północy i może tam wejść każdy bez żadnych dokumentów, więc raz po zamknięciu muzeum posiedziałam sobie tam godzinkę.

Poza tym nie jestem Berlińczykiem, a nawet te niemieckie korzenie, jakie posiadam, i które dały mi nordycką czaszkę na śródziemnomorskiej reszcie ciała (wiem, co mówię, bo na ćwiczeniach z antropologii zostałam dokładnie zmierzona i zakwalifikowana rasowo), nic nie pomagają, ponieważ nie jestem w stanie zjeść tutejszej porcji nawet w tajskiej knajpie. U Chińczyka w takim na przykład Londynie dostaje się rozsądną, ani za dużą ani za małą porcję, po której człowiek ma poczucie, że może jeszcze podkreśliłby taki pyszny obiadek jakimś niewielkim ciasteczkiem (w tych lepszych knajpach na dodatek dostaje się takowe jako bonus), a tu - porcja, którą można by wyżywić pułk - no i niestety musiałam co nieco zostawiać na talerzu, co oczywiście sprawiało mi ból, bo jedzenie jak to w prawdziwie orientalnych restauracjach dobre.

Zachwycające natomiast są muzea. Na dodatek wszędzie, nawet w świeżo otwartym Neues Museum, do którego przeniosły się zbiory egipskie, i nawet na ekspozycjach czasowych, wolno fotografować do woli. Ba, nawet trafił mi się miły pan pilnujący, który gdy dziś przybiegłam zobaczyć jeszcze raz - i dofotografować - świetną wystawę "Powrót bogów", zapytał, czy wczoraj nie obfotografowałam wszystkiego. Porozmawialiśmy sobie następnie miło i przekonałam się, że mój niemiecki nawet jakoś działa. Pan nie miał mi za złe, że fotografuję, raczej go to zaintrygowało. Nawiasem mówiąc, mnóstwo pilnujących na Museumsinsel rozmawia między sobą po rosyjsku - ciekawe, czy to taka emigracja zarobkowa? Jeśli tak, to znajdują całkiem przyzwoitą pracę. W niektórych salach to bez trudu mogłabym spędzać całe dnie... w sumie i tak to robię, mimo że mi za to nie płacą.

Z jednym tylko w tych muzeach mają bzika - z niewiadomych powodów większe torebki należy nosić w ręce, a nie na ramieniu. Moim skromnym zdaniem akurat ja mam większe szanse uszkodzić jakiś eksponat trzymając ciężką torbę w ręce, zamiast przyciskać ją ramieniem do boku, ale co kraj to obyczaj. Przynajmniej jak muzeum zamyka się o 18, to o 17.59 nikt nie protestuje, gdy człowiek się wraca o kilka sal, ponieważ zapomniał, że miał zrobić zdjęcie jednej płaskorzeźbie teleobiektywem i, co więcej, dźwigał ten teleobiektyw jedynie w tym celu przez cały dzień.

Tyle na gorąco, więcej zdjęć z muzeów będzie na Antiquitates - w Szwecji powinnam mieć dostęp do netu w pokoju hotelowym, więc będę miała większe możliwości pisania.

Brama Isztar

PS 1. Nie wiem, czy aż tak wyglądam na obywatelkę świata, którą się zresztą czuję, ale nawet w tym Berlinie, pomimo tytułowego wyznania, zdarzyło mi się, że ktoś mnie zapytał o drogę. Zdarza mi się to wszędzie i w sumie jest miłe, ale tu niestety niewiele byłam w stanie pomóc, znając zaledwie kilka ulic...

PS 2. Purystów językowych od razu uprzedzam, że wiem, iż powinnam była napisać "ich bin keine Berlinnerin" ;)

niedziela, 11 października 2009
Filip z konopi

Kiedy z powodu weekendowej awarii w domu wykopaliskowym w Verginie, połączonej z chwilową awarią mojego organizmu, przez którą nie bardzo mogłam ruszyć się gdzieś dalej, zmuszona byłam na parę nocy przenieść się do położonego o sto metrów dalej hoteliku, pani właścicielka dała mi do wyboru dwa pokoje, z których jeden zamiast numeru nazywał się Ptolemaios, drugi zaś Eumenes. Jak lubię akurat Eumenesa z Kardii, tak wybrałam Ptolemeusza, jako że w końcu to o jego potomkiniach co rusz podczas tej podróży wygłaszałam referaty. Jak już się zdecydowałam i głupio byłoby robić nagły odwrót, pani właścicielka oznajmiła mi, że w tym właśnie pokoju zatrzymał się kiedyś niejaki Faklaris. A konkretnie profesor Panagiotis Faklaris z Uniwersytetu Arystotelesa w Thessalonice, człowiek, którego jeśli chcę w tych rejonach zrobić jakąkolwiek karierę, powinnam unikać jak ognia.

Profesor Faklaris był oryginalnie jednym z uczniów i asystentów Manolisa Andronikosa, odkrywcy Wielkiego Tumulusu w Verginie i człowieka, który przekonał świat (a w każdym razie jego pokaźną większość), iż miasteczko to znajduje się na miejscu Aigai czyli dawnej stolicy królestwa Macedonii, a pochówki w rzeczonym tumulusie należą do rodziny królewskiej, w tym jednego z moich osobistych idoli, Filipa II. Kto był w muzeum Wielkiego Tumulusu, nie będzie miał chyba wątpliwości, że argumenty Andronikosa są oparte na bardzo solidnych podstawach. Po pierwsze tak wystawne pochówki jak w dwóch niewyrabowanych grobach musiały należeć do osób z najściślejszej elity. W wyposażeniu grobowym Grobu II i III nie ma przedmiotów poniżej bezwzględnie luksusowych. Srebrne, bogato zdobione naczynia, luksusowa zbroja z paradną tarczą, złoty kołczan i pektoral, pozłacane drzewce włóczni, niezwykle misternej roboty inkrustacje z kości słoniowej, złote i srebrne urny na prochy. I tak dalej, to tylko początek wyliczanki. Poza tym naprawdę wysokiej klasy malowidło zdobiące fryz Groby II (Filipa), na dodatek przedstawiające polowanie czyli typową rozrywkę męskiej części dworu królewskiego. Na dodatek na tymże malowidle można z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikować członków rodziny królewskiej: samego Filipa i młodego Aleksandra (podobnie wiele osób z rodziny królewskiej daje się mniej lub bardziej pewnie zidentyfikować wśród figurek z kości słoniowej).

Za lokalizacją Aigai w Verginie świadczy jeszcze kilka faktów. Po pierwsze pierwotnie to miejsce zostało uznane za odpowiednie przez historyka Nicholasa Hammonda, który porównał starożytne informacje o pogodzie w stolicy Macedonii z warunkami geograficznymi i jedynym miejscem, które dawało zgodność, była właśnie Vergina (a pogoda, a konkretnie typ wiatrów musiał być charakterystyczny, skoro zasłużył na wzmianki historyków antycznych!). Po drugie jedna z okolicznych wiosek nazywa się od średniowiecza Palatsitsa, co wskazuje na zachowaną pamięć o istnieniu tu kiedyś ważnego pałacu. Po trzecie wreszcie archeolodzy odkopali ruiny tego pałacu, które zgadzają się z tym, co wiemy o architekturze siedziby królewskiej w Aigai, łącznie z tym, że lokalizacja teatru jest taka, iż rzeczywiście dwór królewski mógł oglądać przedstawienia z pałacowego tarasu, jak przekazali historycy. Po czwarte w okolicy znaleziono wiele miejsc kultu, w tym świątynię z posągiem wotywnym z inskrypcją niejakiej Eurydyki, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (chronologia, typ posągu) dającej się utożsamić z matką Filipa. Po piąte pochówków o charakterze arystokratycznym jest tu więcej; również wyrabowany tzw. Grób Persefony z jednymi z najpiękniejszych malowideł antycznych musiał należeć do kogoś znacznego, sądząc po jakości tych fresków (przeciętnego obywatela nie byłoby po prostu stać na zatrudnienie tej klasy artysty), nie mówiąc już o Grobie Eurydyki z królewskim tronem wśród wyposażenia. Na dodatek tuż koło nekropoli znajdował się heroon czyli świątynia kultu bohaterów i przodków - a w tym przypadku dwóch w jednym, albowiem zapewne głównym czczonym tam herosem był Herakles, mityczny przodek dynastii Argeadów. No i jeszcze jedno: analiza zarówno części uzbrojenia jak i szczątków mężczyzny pochowanego w Grobie II wskazuje, iż miał on jedną nogę krótszą oraz posiadał zaleczoną ranę w czaszce, której rezultatem musiała być utrata jednego oka. Obie te cechy fizyczne znane są z biografii Filipa...

To tak w skrócie, zarówno sam Andronikos jak i jego następcy poświęcili tej argumentacji wiele książek i artykułów. Tymczasem kiedy Manolis Andronikos zmarł, nie wyznaczając jednego następcy, profesor Faklaris niemal natychmiast zmienił front, oświadczając, że jego nieżyjący już mistrz gadał bzdury celem zyskania sławy, a prawdziwego Aigai należy szukać gdzie indziej.

Tezy, o ile mi wiadomo, miał dwie, ale jedną z nich znam jedynie ze słyszenia. Czytałam argumenty na rzecz pierwszej, jakoby Aigai należało lokalizować w pobliżu zidentyfikowanej starożytnej Miezy, w jednej z wiosek w pobliżu miasteczka Lefkadia. Mieza to miejsce, gdzie Arystoteles nauczał w gaju poświęconym nimfom chłopaków z macedońskiego dworu, co mogłoby świadczyć na korzyść tej tezy, ale nigdzie w źródłach nie mamy informacji, jakoby to miejsce znajdowało się de facto na przedmieściach stolicy. W pobliżu odkryto ruiny teatru, ale brak w jego pobliżu śladów budowli, która mogłaby stanowić rywala do tytułu pałacu królewskiego dla budynków w Verginie. Ba, w sumie nawet brak dostatecznie blisko porządnego akropolu i wzgórza, na którym ten pałac miałby się znajdować. Na dodatek sam profesor Faklaris, który twierdzi, że taki budynek się tam znajduje, jakoś nie kwapi się, żeby tam kopać...

W Lefkadii znajduje się również kilka macedońskich grobów z pięknymi malowidłami, ale nie wiemy wiele o ich wyposażeniu, a zachowane freski, jakkolwiek wspaniałe, nie mają aż tej klasy co porwanie Persefony czy polowanie z grobów w Verginie.

Drugą proponowaną przez Faklarisa lokalizacją ma być ponoć Arridaja, położona na północ od Pelli, ale tu tylko relata refero: z tego, co słyszałam w obozie przeciwnym jego tezom, jedynym argumentem na rzecz tej miejscowości ma być bizantyjska mapa. Kto widział antyczne i średniowieczne mapy, wie, że nawet jeśli nie odbiegały bardzo od rzeczywistości, to stopień ich dokładności był bardzo nikły.

Tak naprawdę jedynym argumentem ze wszystkich przytaczanych przez Faklarisa na obronę jego tezy jest ten, gdzie powołuje się na wzmiankę u Herodota o położeniu pierwszej stolicy Macedończyków po tym, jak zeszli z gór i zasiedlili równinę, która miała nastęnie stać się trzonem królestwa. Istotnie, opis ten bardziej pasuje do Edessy lub Lefkadii. Problem w tym, że Herodotowi pomyłki i piękne zmyślenia zdarzają się nagminnie, a poza tym - to już moja osobista refleksja - nie wiem, czy mamy całkowitą pewność, iż ta pierwsza siedziba to już Aigai...

Warto jeszcze przyjrzeć się argumentom, jakie wytacza Faklaris przeciw Verginie. A raczej ich brakowi. Upiera się on bowiem, że pochówki królewskie musiały być bardzo bogate i twierdzi, że można by je bez trudu znaleźć tam, gdzie chciałby widzieć Aigai (choć, jak już wspomniałam, z niejasnych powodów nie kwapi się do rozpoczęcia tam wykopalisk), a to, co Andronikos znalazł w Verginie to groby "jakichś innych ważnych osób". Problem jednak w tym, że jednocześnie twierdzi, że wszystkie ważne osoby były grzebane właśnie w Aigai... W pałacu widzi jakiś bliżej niezidentyfikowany budynek użyteczności publicznej, a teatr i świątynię Euklei z inskrypcją i grobem Eurydyki jakoś dziwnie pomija milczeniem.

Nocleg noclegiem, ale udało mi się również zobaczyć prof. Faklarisa w Verginie na własne oczy. Trzymał się od nas wyniośle z dala, otoczony wianuszkiem wpatrzonych w niego jak w święty obraz studentek, które nie odstępowały go ani na krok. Ponoć jego akolici wierzą święcie we wszystko, co mówi, a jak nie wierzą, to przynajmniej fascynują się oryginalnością tez. Może o to chodzi - ludziom zdarza się najbardziej w życiu pragnąć adoracji, nie mówiąc już o tym, że jak powszechnie wiadomo, nieważne czy mówią dobrze czy źle, byle z nazwiskiem.

Niestety, jak dla mnie profesor Faklaris wyrwał się ze swoimi tezami jak przysłowiowy - nomen omen - Filip z konopi...

Fragment fresku polowania

piątek, 09 października 2009
Na gorąco

Nigdy nie zachwycałam się kandydatem ani prezydentem Obamą. Nigdy też nie miałam szczególnego nabożeństwa do akurat Pokojowej Nagrody Nobla, ponieważ wędruje ona często w jeszcze bardziej kontrowersyjne ręce niż literacka (o innych się nie wypowiadam, bo się nie znam). Uważam, że jakiś sens ta nagroda ma, kiedy przyznaje się ją dysydentom z rozmaitych reżimów na znak solidarności z nimi oraz z nadzieją, że jej - mimo wszystko - prestiż oraz szum medialny wokół nagrodzonego zmuszą reżim do choćby troszkę bardziej cywilizowanych zachowań wobec takiego człowieka. Patrząc na przypadek birmański z jednej strony myślę, że nie zawsze to działa, z drugiej jednak nachodzi mnie refleksja, że bez nagrody Aung San Suu Kyi mogłaby już nie żyć. Rozumiem również przyznawanie prawa do posługiwania się etykietą noblisty organizacjom charytatywnym, ponieważ może to być ważnym argumentem dla nich w staraniach o fundusze czy uzyskiwanie prawa do działania w krajach, gdzie inaczej mógłby być z tym problem. Tyle tylko, że takie organizacje to sprawa delikatna, bo jak wiadomo stanowią wielkie pole do nadużyć i bywały już przypadki dawania prestiżowych wyróżnień takim, które następnie bardzo szybko się kompromitowały.

Najbardziej kontrowersyjne i kłopotliwe są oczywiście Noble dla polityków. Zwłaszcza czynnych. Zwłaszcza na bieżąco. Bo nigdy nie wiadomo, co będzie za pół roku, rok, w jaką aferę taki polityk się uwikła, jakiego zamieszania na świecie narobi. Może w związku z tym nie powinno dawać się Nobla za polityczne osiągnięcia osobom, ale honorować wydarzenia, a tylko symbolicznie wręczać nagrodę (koniecznie w tym przypadku bez pieniędzy) osobom z takim wydarzeniem związanym. Przykład - Nobel dla pieriestrojki, a nie Gorbaczowa. Zwłaszcza że na sukces rozwiązań dyplomatyczno-politycznych pracujecały sztab ludzi, a polityk nierzadko tylko daje twarz.

Zgadzam się natomiast wyjątkowo z przeważającym tonem dzisiejszych komentarzy, że nagroda dla prezydenta Obamy to jakaś kosmiczna pomyłka, świadcząca głównie o tym, że to wyróżnienie w obecnym kształcie nie ma sensu. Bo za co niby jest ta nagroda? Za dobre chęci, jak przeczytałam w jednym z artykułów? Szkoda, że nikt nie podpowiedział komitetowi w Oslo, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.

Wydaje mi się, że gdyby prezydent Obama miał prawdziwą klasę, to odmówiłby teraz przyjęcia tej nagrody. Odmówił, argumentując tak, jak wielu komentatorów: że jeszcze nic nie osiągnął. Mógłby nawet powiedzieć Komitetowi Noblowskiemu, że mogą rozważyć jego kandydaturę za kilka czy kilkanaście lat, kiedy będzie się dało oceniać osiągnięcia lub ich brak. Zważywszy kwestię nie tak już dalekiej w końcu kampanii o reelekcję, mogłoby to być bardziej opłacalne niż przyjęcie nagrody w atmosferze niezbyt przychylnych komentarzy nawet ze strony tych mediów, które Obamę bardzo wspierały. Ale jak już wspomniałam, na mnie charyzma ani socjotechnika Obamy nie działa, więc nie podejrzewam go o taki gest. No chyba że ma kogoś naprawdę dobrego w sztabie zajmującym się wizerunkiem.

Diadumenos

[odpowiednie zdjęcie dodam, jak wrócę do domu, chciałam napisać to naprawdę na gorąco - zostawiam tę uwagę jako archiwalną ;)]

sobota, 03 października 2009
Płomyk świeczki

Jakoś tak mam, że wszystkim największym nawet autorytetom coś tam do zarzucenia znajdę: a to nie do końca zgadzam się z poglądami, a to wiem o jakiejś ukrywanej skrzętnie wadzie charakteru, która ujawniona uczyniłaby takiego osobnika znacznie mi bliższym i sympatyczniejszym. Kiedy myślę o Marku Edelmanie, nie potrafię znaleźć takiej rysy. W liceum napisałam na olimpiadę polonistyczną esej o Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, książce, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Nie lubię teraz tej pracy za jej emocjonalny ton, ale w wieku kilkunastu lat większość z nas tak pisze. Nie lubię do niej wracać, ale może teraz znów ją przeczytam, żeby przywołać wrażenia i emocje z pierwszej lektury tej niezwykłej książki. Mój esej miał tytuł zaczerpnięty z jej kart: Osłonić płomień świeczki. Kilkanaście minut temu, kiedy jechałam przez nocny Kraków, dostałam od N esemesa, że Marek Edelman nie żyje.

Lampka oliwna

piątek, 02 października 2009
Thasos tam i z powrotem

Nie wiem, co nie podobało się poecie Archilochowi w wyspie Thasos, na której jego ojciec był przywódcą greckich osadników, a sam poeta przeprowadził się tam również z rodzinnego Paros. Może po prostu nie podobało mu się to, że był zmuszony się tam przenieść z powodów finansowych? W każdym razie podsumował Thasos następującym dwuwierszem (przekład Jerzego Danielewicza):

Ta wyspa niczym ośli grzbiet wygięta
Pod lasu dziką gęstwą sterczy.

Powszechnie uważa się, że ten dystych nie ma charakteru komplementu, aczkolwiek jak dla mnie osły to wyjątkowo miłe i ładne stworzenia... Natomiast co do lasów to miał Archiloch rację: Thasos jest bardzo zielona, zielona jak niektóre zakątki Grecji - Epir, spora część Chalkidiki, wszystkie właściwie wyższe góry. I pewnie wiele więcej miejsc byłoby zielonych od lasów, gdyby nie wyniszczające pożary, po których zostaje smętny, księżycowy krajobraz.

Jadąc na Thasos zapoczątkowałam wreszcie zwiedzanie również wysp greckich, aczkolwiek z lądu patrząc trudno uwierzyć, że jest to wyspa, albowiem jest tak blisko i z wielu perspektyw najzwyczajniej zlewa się z kontynentem. Ale półgodzinna przejażdżka promem w asyście niezliczonych stad mew nie pozostawia wątpliwości, że opuściliśmy ląd stały i podróżujemy przez krótką chwilę przez morze ciemne jak wino ku wyspie, gdzie akurat kult Dionizosa był jednym z najstarszych i najpowszechniejszych.

Thasos przemierzyłam tam i z powrotem, aczkolwiek niezupełnie miałam to w planach. Nie spodziewałam się mianowicie, że w tak popularnym wśród turystów miejscu trudno będzie znaleźć hotelik, który spełniałby naprawdę niezbyt wygórowane warunki: znajdował się w rozsądnej odległości od szosy (w miarę daleko) oraz plaży (w miarę blisko), albowiem jakkolwiek przyjechałam na Thasos głównie celem zobaczenia tutejszych ruin, to pospacerowanie sobie wieczorem po zalewanym przez fale piasku również było w planach. Oczywiście wszystko to na dodatek musiało zmieścić się w dość ograniczonym budżecie.

Sprytny plan opiewał na znalezienie noclegu w połowie drogi między samym miastem Thasos a drugą atrakcją archeologiczną wyspy czyli Aliki (więcej o tym miejscu będzie na Antiquitates) - wioską położoną o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe. Niestety wszystko, co się między tymi dwoma miejscami znajdowało, nie spełniało warunku podstawowego czyli było położone tuż przy niemalże jedynej na wyspie głównej szosie, która siłą rzeczy jest ruchliwa. A mnie marzyły się spokojne noce z cykaniem cykad, kumkaniem żab, świergotaniem świerszczy i szumem fal. I tak jechałam coraz bliżej Aliki i nic mi się naprawdę nie podobało - Chrisi Amouni, które jeszcze jako tako wchodziło w grę, oznaczało zbyt duży zjazd w bok od głównej trasy, przebiegającej akurat w tym miejscu dość daleko od brzegu, a w warunkach posiadania małej ilości czasu jest to również czynnik, który warto wziąć pod uwagę.

W każdym razie skończyło się na tym, że objechałam całą wyspę, znajdując na swojej drodze jedynie bardzo drogie hotele na samej plaży oraz takie, o których ceny w ogóle nie pytałam. W głąb lądu nie szukałam, przyznaję, bo od początku wykreśliłam tę opcję. Na dodatek część miejsc, w których usiłowałem dowiedzieć się o cenę, była zamknięta. W efekcie o (a właściwie po) zmroku dojechałam z powrotem pod samo Thasos, będąc już zdecydowana zamieszkać w samym miasteczku, co oznaczałoby przynajmniej, że wieczorem mogę do woli przechadzać się po jego ładnych uliczkach, wypróbowywać kolejne tawerny i zwiedzać sklepiki z badziewnymi pamiątkami, usiłując wyłowić w głębi sklepików jakąś niezauważaną przez rzesze turystów perełkę. (To się wbrew pozorom zdarza, zwłaszcza biżuterię można czasem znaleźć naprawdę piękną, a sprzedawcy zazwyczaj zgodzą się opuścić co nieco z ceny.)

I wtedy przed moimi oczami pojawił się drogowskaz do hotelu, a w głębi sosnowego lasku, w rozsądnej odległości od szosy, majaczyły światła, sugerując, iż nie jest to kolejny hotel widmo. Zjechałam więc, zwłaszcza że do miasteczka miałam już raptem parę minut, i po prawdzie w pierwszym momencie zwątpiłam, albowiem wejście sugerowało cenę przewyższającą moje możliwości. I w sumie tak by było, gdyby bardzo miły młodzian, który mnie przywitał, nie zadzwonił do właściciela, który był jednocześnie jego ojcem, a ten zaproponował obniżkę o 25 euro za noc. Oczywiście z ulgą zostałam, hotel okazał się bardzo ładny i wygodny, na dodatek niezwykle gustownie urządzony - państwo mieli wcześniej sklepik z naprawdę ładnymi rzeczami - i z przesympatyczną rodziną właścicieli.

A rozpisuję się o tym dlatego, że jak już wyjeżdżałam, uboższa o 6 euro, które musiałam wydać na przewodnik, bez którego nie miałabym najmniejszych szans zobaczyć nawet połowy antycznych zabytków Thasos, ale za to bogatsza o obejrzenie wspaniałych płaskorzeźb na zachowanych bramach miasta (droga do najsłynniejszej, Bramy Sylena, nie jest w ogóle nijak oznaczona), to zebrałam na odwagę, żeby zapytać właściciela, dlaczego jego syn, słysząc, że jestem z Polski i co roku przyjeżdżam do Grecji, powiedział mi, że rezygnują ze współpracy z polskim biurem podróży (wyjaśniłam mu, że nie podróżuję z biurami, ale na własną rękę). Po jednym wieczorze spędzonym tuż obok polskiej grupy miałam na ten temat pewne podejrzenia i postanowiłam je sprawdzić, wiedziona drzemiącym gdzieś jeszcze instynktem dziennikarskim.

Ta rozmowa z właścicielem hotelu jest takim smutnym epizodem z tej mojej podróży. Moje podejrzenia potwierdziły się w stu procentach, a może nawet więcej niż stu. Pan powiedział mi bowiem, że nie chce więcej polskich grup, ponieważ nie ma ochoty, żeby jego rodzina (a tylko rodzina pracuje w tym hotelu) była traktowana jak popychadła, z zerem szacunku czy sympatii. Powiedział mi, że we wszystkich grupach, jakie przyjechały, raptem dwie pary mówiły im rano dzień dobry, większość z nich była opryskliwa i nieuprzejma (zauważyłam to, gdy w hotelowej restauracyjce zamawiali kolejne piwa), no a moje obserwacje potwierdziły z kolei jego tezę, że byli ze wszystkiego niezadowoleni - streściłam mu zasłyszane rozmowy. Na dodatek krzyczeli do siebie jakby w hotelu nie było nikogo poza nimi i marzyli jedynie o tym, żeby wreszcie wrócić do domu. Zapytałam jeszcze, bo to również mnie intrygowało, ile osób z polskich grup wybrało się na proponowaną przez biuro podróży wycieczkę do Filippi (jedno z najciekawszych miejsc w okolicy!) - i okazało się, że zgodnie z moim przypuszczeniem nikt. Na pytanie, czy Niemcy są lepsi, usłyszałam, że "trochę". Niezbyt to optymistycznie brzmi i po prawdzie podziwiam ludzi, którym jeszcze chce się prowadzić hotele dla grup wycieczkowych.

Powiedziałam właścicielowi, że słuchając rozmów moich rodaków w restauracji, czułam wstyd i zażenowanie, porozmawiałam z nim miło o wykopaliskach na Thasos, o pięknym albumie o sztuce greckiej, który leżał na stoliku w holu, i mam nadzieję, że choć trochę przekonałam go, że nie wszyscy przybysze z Polski są troglodytami. W każdym razie pan niezwykle ciepło zapraszał mnie, żebym znów przyjechała - i zapewne mogę liczyć na promocyjną cenę.

I tak, zamiast pisać o zabytkach wyspy, wyżaliłam się na rodaków. O zabytkach napiszę w związku z tym na Antiquitates i postaram się zrobić to jak najszybciej.

Aliki

PS. Kwestia polska zajęła mnie do tego stopnia, że tytuł notki stał się niejasny. Otóż Thasos objechałam w końcu dwa razy, w obie strony: raz szukając hotelu, drugi zaś przykładnie zwiedzając i fotografując ;)

piątek, 25 września 2009
Et linguis loquor

Po trzech tygodniach uważnego nasłuchiwania, dopytywania się i wertowania słowniczka zaczęłam powolutku porozumiewać się po grecku na tematy podstawowe (a jadąc tutaj umiałam zasadniczo powiedzieć dzień dobry, proszę i dziękuję – bo zawsze byłam leniwa i dogadywałam się po angielsku z dodatkiem języka gestów). Okej i tu właśnie jest problem. Po raz drugi w życiu bowiem zdarza mi się, że znając bardzo słabo język, posiadam dość szerokie słownictwo, które z punktu widzenia jakiejkolkwiek nauki języka obcego znajdowałoby się na bardzo dalekiej pozycji.

Pierwszy raz coś takiego przydarzyło mi się kilka lat temu z niemieckim. Postanowiłam zapisać się na kurs w Instytucie Goethego, ponieważ z uporem godnym lepszej sprawy od czasu do czasu usiłuję nauczyć się mówić w języku przodków, który zresztą lubię i nie mam do niego żadnych estetycznych ani ideologicznych uprzedzeń. Sęk w tym, że na kursach uczą grzecznie gramatyki i podstawowego słownictwa i w ogóle wszystko odbywa się zgodnie z regułami metodyki nauczania, a ja tak nie bardzo potrafię, w związku z czym na kursy językowe uczęszczam co jakiś czas i bardzo niewiele z tego zazwyczaj wychodzi – a mimo to porozumiewam się mniej lub bardziej swobodnie w kilku językach europejskich, zwłaszcza tych, które używane są w krajach, gdzie spędziłam troszkę więcej czasu.

Ale do rzeczy czyli przygody ze słownictwem. Ponieważ języków najlepiej uczę się po prostu ze słuchu, jednym z moich najlepszych nauczycieli angielskiego były rozmaite piosenki słuchane w czasach licealnych, niemieckiego zaś… libretta Wagnera. I tu właśnie pojawił się problem, albowiem na egzaminie do Instytutu Goethego, kwalifikującym do grup zaawansowania, jednym z zadań było napisanie wypracowania pt. „Twoja ulubiona książka”. Napisałam o Tolkienie, bo wydało mi się to łatwe, zwłaszcza że znałam słowa typu olbrzym, krasnolud czy elf. Wszystko przez Pierścień Nibelunga oczywiście. Sęk w tym, że państwo lektorzy najwyraźniej uznali, że ktoś, kto posiada takie słownictwo, zna doskonale język, nawet jeśli na teście gramatycznym wypadł tak sobie – w rezultacie więc wylądowałam w grupie o jakieś dwa poziomy bardziej zaawansowanej niż powinnam. Skądinąd wyszło mi to tyle na dobre, że zapisałam się na konwersacje z native speakerem, w związku z czym był to jeden z najmniej zmarnowanych semestrów kursów językowych, jakie zaliczyłam.

W każdym razie mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przez pierwszy tydzień w Verginie nauczyłam się więcej nowogreckiego niż jakiegokolwiek języka w normalnym kursowym trybie w dwa albo i trzy miesiące. I nie jest to tylko kwestia intensywności – bo wcale jakoś bardzo intensywnie się nie uczyłam – po prostu na to, żeby zaspokajać moją niespożytą ciekawość świata muszę starać się rozumieć jak najwięcej z tego, co wokół mnie mówią (aczkolwiek najważniejsze wypowiedzi w trakcie seminariów tłumaczy mi najlepiej znająca angielski osoba z ekipy). Ostatni raz takie doświadczenie miałam, kiedy mając lat dwanaście wylądowałam w klasie, w której nikt – włącznie z nauczycielami – nie mówił w żadnym języku oprócz hiszpańskiego. Po miesiącu swobodnie się porozumiewałam, w razie potrzeby poszukując brakujących wyrazów w podręcznym słowniczku, z którym starałam się nie rozstawać. Jak raz zapomniałam go wziąć na przerwę, to wyszło mi na to (z próby zapamiętania nieznanego słówka), że koleżanka hoduje w domu patelnię: pomyliłam tortuga z tortilla.

Nie wiem natomiast, na ile przyda mi się sporo z tego, czego się nauczyłam, w zwykłym podróżowaniu po Grecji. Obawiam się bowiem, że raczej nie będą mi w pierwszym rzędzie potrzebne słówka typu ciężarek tkacki, miednica, gwóźdź czy wręcz część gwoździa, której nie potrafiłabym fachowo nazwać w żadnym innym języku z polskim włącznie (pytanie konkursowe – co gwóźdź ma poniżej główki), a parę dni temu zaskoczyłam wszystkich i zdobyłam uznanie w oczach nieznających języków robotników, ponieważ grecka koleżanka chciała już biec po pomoc, bo zapomniała jak się to nazywa, a ja podrzuciłam jej odpowiedni termin. Wiem również jak jest warstwa (w tym warstwa orna), mur, bo nie liczę do nowopoznanych słówek takich oczywistości jak ostraka. Umiem też powiedzieć, że coś znajduje się poniżej poziomu kamieni oraz poprosić o przyniesienie mi czegoś, ale mam problem z dogadaniem się w restauracji...

A najgorsze jest to, że te dziwaczne słówka zapamiętuję bez większego problemu, podczas gdy czasem wciąż zapominam coś, co teortycznie należy do użytku codziennego. Ale może temu akurat zaradzi kilka miesięcy, jakie na wiosnę mam spędzić w Atenach – może tam będę musiała od czasu do czasu porozmawiać o rzeczach zwyczajnych? W każdym razie obiecałam koleżankom z wykopów, że jak znów spotkamy się w Tessalonice za pół roku, to pogadam z nimi ellinika. Zobaczymy, mam nadzieję, że zdołam dotrzymać słowa.

Vergina 2009

PS. Wpis dedykuję Galari, a zdjęcie - Ninedin, ona już dobrze wie, dlaczego :)

sobota, 19 września 2009
Głos w sprawie małych narodów

Jestem sobie niewątpliwie w Macedonii (konkretnie chwilowo w jej obecnej stolicy, Tessalonice, a ogólnie w dawnej stolicy - Aigai/Verginie), więc kiedy siedzę na Facebooku (tak, dałam się złapać w sieć, ale nie zamierzam poświęcać temu zbyt wiele czasu), to wyświetlają mi się z boku różne lokalne linki i reklamy. Wśród nich pojawiła się zachęta do wyrażenia sprzeciwu wobec używania przez tzw. tutaj FYROM (Former Yugoslavian Republic of Macedonia) vel Skopię nazwy Macedonia.

Kwestia tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku na północ od Grecji to tutaj, zwłaszcza na północy, temat delikatny, kontrowersyjny i wywołujący skrajne emocje. Nie będę się wdawać w szczegóły sytuacji, można sobie o tym poczytać w internecie z każdego punktu widzenia. Pozwolę sobie jedynie na bardzo krótki komentarz historyczny.

Otóż pod jednym względem to Grecja a nie ten niewielki i całkiem miły kraik ma rację - historycznie tamten region to nie jest żadna Macedonia, ale ziemie podbite dopiero mniej więcej na przełomie III i II w. przez królestwo Macedonii za czasów Filipa V, a więc u swojego schyłku. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że przed tym podbojem i uzależnieniem wielu krain położonych nieco na północ stąd od Macedonii, akurat na terenie tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku istniało niezależne, może niezbyt potężne ale całkiem zamożne i nieźle funkcjonujące królestwo Pajonii, rządzone przez własną dynastię, bijące piękne, stylistycznie greckie monety, wojujące z Macedończykami i wchodzące z nimi w dyplomatyczne układy, podobnie zresztą jak np. z sąsiednimi Epirotami - np. król Pyrrus (ten sam od wykańczających zwycięstw) miał za żonę pajońską księżniczkę. Pajonię zamieszkiwały plemiona trako-iliryjskie i była ona jednym z najważniejszych, najbardziej rozwiniętych i najbardziej skutecznych organizmów państwowych, jakie wykształciły się w tym regionie.

W związku z powyższym nijak nie rozumiem, dlaczego ktoś w tym niewielkim i całkiem miłym kraiku, który rozpaczliwie potrzebuje członkostwa w Unii Europejskiej (a i mnie osobiście by się ono przydało, bo ułatwiłoby podróżowanie samochodem do Grecji), ktoś nie pójdzie po rozum do głowy - a jeszcze lepiej do jakiegoś historyka starożytności - i nie zaproponuje salomonowego rozwiązania czyli odwołania się owszem, do historii, ale znacznie sensowniejszej od dość śmiesznego nazywania się Macedonią. Zakończyłoby to spory z Grecją, dało temu niewielkiemu i całkiem miłemu kraikowi własną tożsamość i fundament, na którym można dużo budować. Nie wiem, może powinnam napisać do jakiegoś ich ministerstwa?

Oczywiście wiem, że w tej chwili argumenty rozumowe niewiele zdziałają - na tym froncie zbyt dużo wydarzyło się emocjonalnie. Ale pomarzyć sobie o sensownym rozwiązaniu wolno. Swoją drogą bawią mnie troszkę te greckie pretensje, ale nie wyrażę ich głośno, bo chciałabym tu zawodowo wracać. Bawią mnie dlatego, że ogromna liczba ludzi w tych okolicach wygląda bardziej słowiańsko niż wielu obywateli Fyromu/Skopii czy jakkolwiek nazywać ten niewielki i całkiem miły kraik. I nic dziwnego: to tu zatrzymała się na dobre parę stuleci najdalej na południe wysunięta inwazja plemion słowiańskich - to na tej mniej więcej szerokości geograficznej miejscowości nazywają się Igumenitsa, Metsovo i podobnie, zdradzając bardzo wyraźnie wpływy słowiańskie (bardziej na południu też takie nazwy się pojawiają, ale rzadziej).

Mieszkańcy obecnej Grecji w ogromnej więkzości w ogóle typem antropologicznym odbiegają od tego, co pokazuje nam antyczna sztuka - co jest skutkiem kolejno wpływów słowiańskich i tureckich. Owszem, spotkałam tu dziewczynę wyglądającą rzeczywiście jak archaiczne kory - no i okazało się, że urodę ma po matce, która pochodzi z Pontu czyli tureckiego wybrzeża Morza Czarnego, gdzie być może ta mieszanka etniczna nie była tak duża. Co ciekawe, taż dziewczyna opowiedziała mi, że jak jej mama przyjechała do Grecji po ponad dwudziestu latach spędzonych w radzieckim Kazachstanie, dokąd pod koniec lat czterdziestych jej rodzinę wygnali Turcy, miejscowi Grecy przyjmowali takich jak ona delikatnie mówiąc bez entuzjazmu. Teraz tzw. Pontyjczycy wraz ze swoim folklorem są hołubieni, ale wtedy, w latach sześćdziesiątych, być może kłuli słowiańsko-tureckich Greków w oczy faktem, że przechowali więcej cech etnicznych i kultury dawnej Grecji niż tu, w tzw. Grecji Właściwej? Nie wiem, to tylko taka luźna uwaga.

A jeśli ktoś jest nadal nieprzekonany do pomysłu z Pajonią, to powinien sobie przeczytać wiersz Głosy (Małe narody) Szymborskiej - Pajończycy naprawdę niezasłużonie znikli z areny dziejowej i funkcjonują niemal wyłącznie w pamięci specjalistów, w związku z czym pewien niewielki i całkiem miły kraik mógłby to odwrócić.  A już całkiem na marginiesie dodam, że wedle najnowszych teorii my naszą legendę o Wandzie zawdzięczamy wpływom trackim, a konkretnie tracko-iliryjskiej bogini Bendis (utożsamianej z grecką Artemidą i czasem Afrodytą), której kult był jednym z najważniejszych w Pajonii.

Bendis

PS. Galari, wiem, że miało być o czymś innym. Będzie, już nawet jest napisane.

wtorek, 15 września 2009
Confiteor

Przyznam się do czegoś, do czego nie przyznałam się, wymieniając kiedyś swoje wstydliwe namiętności. Jednym z moich ulubionych sportów jest robienie zdjęć w miejscach, gdzie jest to zabronione, ze szczególnym naciskiem na muzea. Oczywiście, nie opublikowałabym czytelnych zdjęć z wykopalisk, na których jestem, ponieważ to kwestia zawodowej uczciwości i lojalności wobec ludzi, z którymi pracuję. Natomiast jak mało co wkurza mnie sytuacja, kiedy niemal wszystkie obiekty w jakimś muzeum są dawno opublikowane i dostępne w tysiącach kopii w książkach, internecie, na pocztówkach i tak dalej, a mimo to fotografia jest zabroniona. Znów oczywiście: nie robiłabym zdjęć z fleszem tam, gdzie mogłoby to zaszkodzić dziełom sztuki, ale od tego mam porządny sprzęt, żeby warunki oświetleniowe nie stanowiły problemu.

Ta pasja zaczęła się dość dawno temu od zabawnego epizodu. Szczenięciem jeszcze byłam z licealną koleżanką w Jastarni i pojechałyśmy zwiedzić Gdańsk. Udałyśmy się między innymi pod Stocznię, bo były to czasy, kiedy była jeszcze symbolem walki o wolność a nie o kasę. Na bramie widniała wielka tabliczka z przekreślonym aparatem, ale mimo to zaczęłyśmy sobie robić zdjęcia (muzealną już Zorką, bo takie cudo wówczas posiadałam – naprawdę świetne cudo z wymiennymi obiektywami, celownikiem i światłomierzem... ech, to były czasy). Niemal natychmiast z budki wyskoczył strażnik, więc pospiesznie pstrykałyśmy, póki się dało, gotowe zwiewać. Tymczasem okazało się, że strażnik chciał sobie zrobić z nami zdjęcia, a nie przegonić nas czy też jak to drzewiej bywało, prześwietlić nam film. Mam w związku z tym w albumie z tamtych lat czarno-białe zdjęcie z wąsatym strażnikiem Stoczni Gdańskiej pod tabliczką „zakaz fotografowania”.

A potem zaczęłam jeździć po świecie, fotografując ile się da (miesiąc w Indiach: ponad tysiąc zdjęć analogowych; dziś wydaje mi się to niedużo, bo na niemal identycznym sprzęcie cyfrowym zdarza mi się tyle robić w jeden dzień, ale proszę sobie wyobrazić, ile kosztowały odbitki, no i ta niepewność, jak te zdjęcia wyszły) i natykać się na zakazy. Nie pamiętam, dlaczego nie udało mi się w muzeum w Bombaju – może po prostu dlatego, że nie miałam filmu odpowiedniej czułości, co teraz nie jest problemem, wystarczy zmienić odpowiedni parametr. A może w każdej sali było kilku pilnujących i zupełnie się nie dało? Nie pamiętam, w każdym razie jest to jedyne muzeum, z którego nie mam ani jednego zdjęcia. A właściwie chyba nie mam, bo może jednak coś pokątnie strzeliłam, ale wyszło tak fatalnie, że nawet nie pamiętam. Będę musiała przejrzeć pudło z odrzutami z Indii.

Odkąd posiadam całą baterię aparatów cyfrowych, cała sztuka polega na wykiwaniu pilnujących, które nazywam harpiami. Jest to autentyczny sport czy też jak kto woli gra strategiczna.

Podstawową zasadą, bez której dalej ani rusz, jest ukrycie aparatu przy wejściu, żeby nie narazić się na ostrzeżenie, że nie wolno. Warto też mieć oprócz lustrzanki, która choćby nie wiem co będzie robić hałas, coś malutkiego i cichego, ale lepszego niż komórka. Ja mam od tego tzw. aparat biblioteczny, który na co dzień służy mi do fotografowania potrzebnych materiałów oraz robienia zdjęć, kiedy zobaczę coś ciekawego na ulicy. Mam również średniej wielkości kompakt, który jest cichy a dobry, ale bardziej rzuca się w oczy niż płaski „biblioteczny”.

Następnie – i to jest faza najważniejsza – trzeba uśpić czujność harpii. Dobrą metodą jest zatrzymywanie się na bardzo długo przed obiektami lub gablotami (najlepiej wcale nie tymi, które chce się sfotografować); kilka takich przystanków i bardzo dokładne studiowanie opisów – dlatego lepsze są gabloty niż pojedyncze obiekty – zazwyczaj przekonuje harpie, że jestem nieszkodliwą wariatką, za którą nie warto się snuć, bo będzie przy każdej gablocie stała kwadrans. Większość harpii upiornie się nudzi - wiem to od znajomych muzealników, którym zdarza się czasem harpiować - więc czeka tylko na okazję, żeby poplotkować z koleżankami (vide jeden z ostatnich wpisów, kawałek o Warszawie).

Można też stosować metodę zwiedzania chaotycznego: nieustannego wracania się, podchodzenia w kółko do czegoś; jeśli muzeum ma kilka sal, mało pilnujących i dużo zwiedzających, zazwyczaj harpie będą włóczyć się za bardziej zdyscyplinowanymi gośćmi. Czasem niestety trzeba dość długo czekać na to, że coś innego odwróci uwagę jakiejś bardziej rzetelnej harpii – jeśli ma się towarzystwo, to można je do tego wykorzystać (w końcu zwiedzając, ma się prawo do informacji), a jeśli nie, to niestety trzeba swoje odczekać. Prędzej czy później jakieś dziecko krzyknie, ktoś się potknie, ktoś inny zacznie bynajmniej nie ukradkiem robić zdjęcia, w każdym razie rzadko się zdarza, żeby się nie doczekać. Czasem też harpia po prostu na moment wyjdzie, odwróci się lub zagada się z drugą.

Bywa też tak, że ma się ogromne szczęście naprawdę nie zauważyć tabliczki informującej o zakazie fotografowania przy wejściu do muzeum czy galerii. Oczywiście nie należy popełniać błędu dopytywania się o coś takiego. Mnie się to zdarzyło dwa razy: w Fitzwilliam Museum w Cambridge oraz na wystawie poświęconej Cezarowi w Rzymie. Żeby było zabawniej, w obu przypadkach zdążyłam obfotografować niemal wszystko, co mnie interesowało, zanim ktokolwiek zwrócił mi uwagę. Potem zresztą w obu miejscach zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, bo naprawdę mi na paru obiektach zależało, tylko musiałam zachowywać większą ostrożność.

A teraz dla sportu staram się zrobić jak najwięcej zdjęć w Wielkim Tumulusie czyli grobach królewskich w Werginie. Byłam tam już dwa razy za tym pobytem, planuję jeszcze ze trzy (niech żyją darmowe wejścia) – i może uda mi się mieć na własnych zdjęciach wszystko, co tam najbardziej lubię.

Bo to jest właśnie powód, dla którego to robię. Nie chcę sprzedawać takich fotografii i odbierać kasy z pocztówek muzeom – zresztą żeby miały naprawdę komercyjny walor, musiałabym je robić w innych warunkach – a opublikowanie ich na blogu niczego nie zmieni, bo zdjęcia większości tych obiektów i tak krążą za darmo po internecie. Robię te zdjęcia po trochu dla adrenaliny, ale przede wszystkim dlatego, że chcę mieć swoje własne obrazki ulubionych zabytków, swoje własne ich widzenie. Pomijam już tak praktyczny w wielu przypadkach powód jak to, że wielu z moich ulubionych obiektów wcale nie ma na muzealnych kartkach. Niemniej podstawowy powód jest taki, że robiąc własnoręcznie zdjęcia nawiązuję z tymi przedmiotami jakiś osobisty kontakt – oglądanie później takich zdjęć ma dla mnie znacznie większy walor niż oglądanie pocztówek czy książek, nawet jeśli jakość jest czasem taka sobie, bo trzeba się było bardzo kryć. To jest mój punkt widzenia, to jest moje oglądanie przedmiotów. Własne fotografie przypominają mi, jak stałam przed jakąś rzeźbą, obrazem czy gablotą, jak czułam zachwyt lub zdumienie na ich widok, jak bardzo starałam się ich nie zapomnieć. Nawet najdoskonalsze cudze zdjęcie nie przypomni mi tak namacalnie tych chwil i tych przeżyć.

Dlatego będę nadal fotografować to, co zrobi na mnie wielkie wrażenie, nawet jeśli przy drzwiach będzie wielka tablica, że nie wolno. I chwała niech będzie tym muzeom, w których wolno fotografować ile się chce, nawet jeśli trzeba za to dodatkowo zapłacić.

Harpia

piątek, 11 września 2009
Aigai 2009

Oczywiście zgodnie z przewidywaniem nie mogę tak naprawdę wiele napisać o tym, co tu oglądam, zanim wyniki nie zostaną opublikowane, powiem więc tyle, że jestem na terenie miasta, a konkretnie jego kawałku, który na razie nie jest bardzo czytelny, jeśli chodzi o to, co konkretnie tu było, a położony jest w trójkącie między pałacem/teatrem, świątynią Euklei (słynną z odnalezienia tam inskrypcji związanej prawdopodobnie z Eurydyką, matką Filipa II, kobietą, skądinąd też dość niecodzienną kobietą) i świątynią Kybele. Na razie jesteśmy w warstwie hellenistycznej, aczkolwiek prawdopodobnie poniżej jest coś starszego – bo czemu miałoby nie być, skoro wszystko dookoła jest co najmniej z IV w.

I tyle właściwie mogę powiedzieć o samych wykopaliskach w sensie merytorycznym, więc skupię się na kwestiach technicznych. Przede wszystkim są to praktyki dla leniwych studentów: żadnej łopaty, żadnego kilofa, ogólnie żadnego kopania i żadnego rysowania – od wszystkiego jest na wykopie ktoś inny. Kopią – ba, nawet eksplorują! - robotnicy. Mury rysuje architekt, ceramiki nie rysuje się w ogóle (zastanawiam się, czy nie z przyczyn praktyczych: są jej po każdym dniu pełne worki, tak po dwa trzy z każdego kwadratu… więc trzeba by kilkunastu sprawnych rysowników albo armii studentów, żeby temu podołać), za to niewątpliwie się ją myje – i tu przyjemne zaskoczenie: miejscowa glinka, która stanowi większą część tego wszystkiego, od czego należy ceramikę uwolnić, ma ewidentnie jakieś dobre dla skóry właściwości i mogłaby z powodzeniem być wykorzystywana do kosmetycznych maseczek, w każdym razie ręce są po takiej sesji mycia nawodnione, gładkie i jakby pokryte warstewką dobrego kremu. Zresztą właściwości tej glinki widać również na części lokalnej późnohellenistycznej ceramiki, która de facto rozciera się w rękach i nie nadaje się do mycia, tylko od razu do konserwacji.

Praktykant zajmuje się najczęściej mierzeniem, gdzie został znaleziony jakiś bardziej ważny artefakt, poza tym pilnuje, czy robotnicy nie wrzucą na taczki jakiegoś kawałka ceramiki na przykład, co się zdarza, ale dość rzadko, ci faceci naprawdę są wyszkoleni lepiej niż niejeden posiadacz dyplomu archeologii, więc jest to raczej kwestia przeoczenia niż niewiedzy. Czasem coś człowiek wyczyści lub wyeksploruje – ale po prawdzie tylko w co bardziej delikatnych miejscach, bo gdzie indziej też robią to robotnicy. A z kolei w tych miejscach bardziej czułych najczęściej robi to ekipa, włącznie z profesurą.

Plusem takiej sytuacji (poza oczywistością czyli tym, że można sobie odpocząć) jest to, że ekipa ma sporo czasu na to, żeby różne sprawy objaśniać i tłumaczyć, w związku z czym można się sporo nauczyć, aczkolwiek w najmniejszym stopniu spraw technicznych, co dla osób zdecydowanych na zajmowanie się głównie archeologią autostradowo-deweloperską oczywiście byłoby minusem.

Ekipa ma ogromną wiedzę, ale mam cichą satysfakcję, że o pewnych rzeczach wiem już więcej niż oni. W pierwszym dniu mojego tu pobytu bowiem wyszła bardzo ładna moneta, którą na pierwszy rzut oka oceniłam jako typ Filipa II (emitowany przez kolejnych władców do przełomu IV/III w.), ale zanim zdążyłam to powiedzieć, jedna z pań z ekipy uznała, że jest to moneta „późnohellenistyczna”. Niestety byłam tam za krótko, za mało znałam tych ludzi, no i nie miałam całkowitej pewności, czy któryś z ostatnich królów Macedonii nie powtarzał tego typu – co zresztą też nie bardzo by tę monetę kwalifikowało do późnego hellenizmu, jako że maksymalnie byłaby to połowa II w., a w czasach rzymskich na pewno takich nie było. Dziś sprawdziłam w wypożyczonej z biblioteczki w biurze wykopalisk „Historia Numorum” czyli biblii numizmatyki greckiej – miałam rację. I mam tylko problem, czy im to powiedzieć, czy nie. Pewnie nie powiem, zachowam satysfakcję dla samej siebie, a oni i tak się dowiedzą, że nie mieli racji, bo będą konsultować znaleziska monet z numizmatykiem. Ja w każdym razie mam dzięki temu poczucie, że mój wyjazd na kongres w Glasgow nie był niezasłużony.

Słońce Werginy

Jeśli te dwa i pół tysiąca lat temu z okien pałacu w Aigai oglądano takie widoki nad wschodnim horyzontem, to nie dziwię się, że promieniste słońce stało się królewskim symbolem.

niedziela, 06 września 2009
Great Western Road

Jak debiutować, to na wielką skalę, nie? Jestem właśnie w drodze między dwoma debiutami - na wielkiej międzynarodowej konferencji i na zagranicznych wykopaliskach. Konferencja to Międzynarodowy Kongres Numizmatyczny, odbywający się co sześć lat, impreza na dobre kilkuset uczestników, najważniejsza w tej branży. Stres jak nie wiem co, oczywiście. Sławy, o których się dotychczas jedynie czytało w książkach, nagle okazują się ludźmi z krwi i kości, niekiedy nawet bardzo sympatycznymi. W każdym razie przeżyłam i zaliczyłam kolejny etap mojego tegorocznego Grand Tour. Przeżyłam również większą ilość whisky niż chyba wypiłam w dotychczasowym życiu, albowiem rzecz miała miejsce w Glasgow, no i wieczory upływały pod znakiem Show me the way to the next whisky bar...* Ale w Szkocji chyba każdy znajdzie coś, co mu zasmakuje, ja osobiście znalazłam, ale niestety chwilowo amnezja wymazała mi nazwę tego cudu z głowy - w jednej z posłanych do domu paczek jest ulotka, więc najpóźniej za miesiąc wpiszę tu w odpowiednim PS, co to było. (PS. Już znalazłam dzięki wikipedii. Jest to Laphrohaig. Szczególny urok posiada, kiedy stawia ktoś ważny...)

Samo Glasgow nie spodobało mi się jakoś szczególnie; jest miłe, ale raczej nieładne, aczkolwiek być może są tam ładne miejsca, do których nie dotarłam z powodu pogody (przez prawie tydzień niewiele się zmieniło w kwestii, o której pisałam w komentarzu do poprzedniego wpisu: padania, lania, mżenia i siąpienia na zmianę). Bardzo dziwaczne są tam muzea: zarówno Hunterian jak i Kelvingrove (oba odwiedziłam z okazji receptions, na których bogactwo jedzenia i picia było iście szkockie) to po prostu rozwijane przez dwa stulecia osiemnastowieczne gabinety osobliwości, w których szkielet słonia i wypchany wilk workowaty sąsiadują z odlewem czaszki Roberta the Bruce, erotycznymi żetonami rzymskimi, rozmaitymi kawałkami w formalinie i ekspozycją monet greckich zorganizowaną na kształt dysku z Fajstos i bez podpisów... Aha i jeszcze rzeczywiście fantastyczne zbiory geologiczne. A gdzieniegdzie popiersie królowej Wiktorii. I tak dalej. W Hunterian bardzo ciekawa kolekcja rzymskich "kamieni milowych", a konkretnie reliefów upamiętniających zaliczenie przez poszczególne legiony kolejnych mil marszu.

W Hunterian Art Gallery trafiła mi się natomiast gratka - spora wystawa grafik Muncha, co oznacza zebranie w jednym miejscu sporej liczby jego najsłynniejszych prac, z których osobiście chyba najbardziej lubię Madonnę, ale zachwyciło mnie jeszcze kilka innych. Był tam również portret Przybyszewskiego, tak nawiasem mówiąc.

W sumie pobyt tam był fantastyczny (no, pogoda mogłaby być lepsza...), towarzystwo takoż, na dodatek mieszkałam na bocznej uliczce od ulicy, która jest w tytule jednej z moich ulubionych piosenek i dlatego też trafiła również do tytułu notki. A teraz jestem w drodze, dosłownie, na kolejny wielki debiut (mam nadzieję, że również okaże się udany): jadę na wykopaliska w Werginie (starożytne Aigai w Macedonii) czyli w miejsce, o którym marzyłam. I oczywiście nieźle się z tego powodu stresuję, proszę więc trzymać za mnie kciuki...

Great Western Road

* Oto linki do wersji bardzo tradycyjnej, Ute Lemper, oraz takiej, która mnie pozytywnie zaskoczyła, Davida Bowie. Jak ktoś chce Doorsów, to niech sam sobie youtubuje ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Zakładki:
...
(Auto)reklama
Blog: Wędrówki po Helladzie
Blogi (i foto) moje
Blogi zaprzyjaźnione i odwiedzane
Blogo-archiwum czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Klasyczne miejsca
Mniej klasyczne miejsca
Muzyka (nieklasyczna)
Oglądam - seriale
Oglądam w kółko - filmy
Warto poprzeć
Zaczytane
Zwierzaki ulubione
        Copyright