sobota, 25 marca 2017
Gioacchino Massimo

250 lat temu w małej miejscowości Labastide-Fortunière na południu Francji przyszedł na świat najmłodszy syn lokalnego oberżysty i dzierżawcy pobliskich arystokratycznych dóbr. Człowieka jak na swój stan (niższy trzeci) raczej zamożnego i zaradnego. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że cała rodzina była piśmienna i jakieś tam aspiracje miała. A nadchodząca rewolucja miała otworzyć drzwi aspiracjom stanu trzeciego.

Labastide-Murat

Póki co jednak, tuż przed rewolucją, najmłodszy syn oberżysty został posłany do seminarium w Tuluzie: wcześniej dobrze się uczył, a dla człowieka z jego pochodzeniem liczba ścieżek kariery była jeszcze ograniczona. Nie wytrzymał tam długo - znacznie bardziej pociągały go płeć piękna, spotkania towarzyskie, jazda konna oraz piękne mundury. A że pewnego dnia przez miasto przejeżdżał oddział kawalerii, świeżo upieczony kleryk rzucił seminarium i zaciągnął się do armii. Następne kilka lat było burzliwe zarówno dla Francji, jak i dla niego osobiście: niesubordynacja kosztowała go wyrzucenie z wojska, ale jako subiekt w sklepie kolonialnym w rodzinnych stronach nie wytrzymał długo, toteż wrócił do Paryża, gdzie zaczął znów wspinać się po stopniach kariery republikańskiej i militarnej. Zdarzyły się tam również epizody tragikomiczne, np. był na krótko aresztowany za używanie nazwiska pewnego słynnego rewolucjonisty, które brzmiało bardzo podobnie do jego własnego.

Udało mu się jednak w tym wszystkim nie stracić głowy - ani dosłownie, ani przenośnie - i wrócić do ukochanej kawalerii. Tymczasem nadszedł rok 1795 i inny bardzo młody człowiek, mający to szczęście w życiu, że jego ojciec zdołał wylegitymować się szlacheckim pochodzeniem na tyle, żeby synom dać lepsze wykształcenie, zaczynał właśnie robić zawrotną karierę. I tak się złożyło, że w chwili, kiedy wykonywał drugi w swojej karierze decydujący krok, pod ręką znalazł się nasz syn oberżysty, dosłużywszy się w międzyczasie stopnia podoficerskiego, i walnie przyczynił się do sukcesu, który dwa lata młodszego od niego oficera uczynił generałem.

Przez kolejne niemal dwadzieścia lat byli praktycznie nierozłączni. Syn oberżysty został najpierw adiutantem generała, potem ożenił się z jego siostrą, a potem zrobił karierę niemal równie błyskotliwą jak jego szef. Prawie, bo został tylko królem, a nie cesarzem.

Był bardzo dobrym królem, mimo że zamiłowanie do kawaleryjskich wyczynów i ekscentrycznych strojów nie przeszło mu od lat młodzieńczych, przez co złośliwcy obdarzyli go przydomkiem "króla dandysa". W swoim Neapolu przez raptem sześć lat zdołał wprowadzić całkiem sporo reform i postępowych innowacji, co przyczyniło się choć trochę do wydobycia się południowej Italii z konserwatywnego marazmu.

Kiedy naszedł kryzys, usiłował ocalić swoje własne królestwo kosztem dawnych lojalności, ale nie zdołał naprawdę zdradzić ideałów i przyjaźni z minionych lat, co koniec końców przypłacił życiem, ponieważ kongresowi wielcy gracze nie mieli najmniejszej ochoty pozostawiać czegokolwiek w rękach tych, którzy na ponad dwie dekady zdołałi zachwiać starym porządkiem.

Ale rewolucyjnych zmian nie da się powstrzymać, toteż jakkolwiek rozpaczliwa próba zjednoczenia Italii podjęta jeszcze w 1815 przez syna oberżysty i króla w jednej osobie nie powiodła się, "Odezwa z Rimini" stała się zarzewiem buntów przeciwko przywróconej konserwatywnej władzy i jednym z założycielskich dokumentów włoskiego Risorgimenta, niepodległości i zjednoczenia, które dokonało się pół wieku później.

A reakcyjni konserwatyści, którzy w kalabryjskim Pizzo rozstrzelali Joachima Murata, króla i syna oberżysty w jednej osobie, najznakomitszego kawalerzystę wszech czasów i jedną z najbarwniejszych postaci epoki obfitującej w niezwykłe życiorysy, pokazali tym gestem głównie swoją małość, mściwość i strach przed tymi niedającymi się powstrzymać zmianami.

Murat pod Jeną

PS. Dobrze się składa, że te urodziny wypadają w dzień, kiedy świętujemy europejskość, bo mój bohater był jednym z tych, którzy marzyli o wspólnocie europejskiej: jednym prawie równym dla wszystkich, jednej walucie, wprowadzali równouprawnienie religijne i znosili poddaństwo chłopów, zakładali szkoły i wodociągi, walczyli z reakcjonizmem i zacofaniem. Wtedy się nie udało, mimo że projekt był skrojony na miarę swej epoki, z wszystkimi jej ograniczeniami - zwyciężył konserwatyzm, który wyprodukował wojujące, izolacjonistyczne nacjonalizmy. Skutki tego zwycięstwa, mimo że było czasowe, obserwujemy do dziś.

czwartek, 23 marca 2017
My żartem, oni serio (Belle epoque 6)

Wczorajszy odcinek miał dziewiętnastowiecznego patrona. I to wielkiego kalibru, bo jedną z najsłynniejszych urban legend stulecia, choć dotyczącą wieku poprzedniego. Ale to XIX w. wymyślił Sweeneya Todda, jego kochankę i ich wyroby garmażeryjne.

Tak jakoś chyba zaraz po pierwszej przerwie na reklamy, kiedy pierwszy podejrzany jeszcze siedział w areszcie, a scenarzysta zapodał nam ustami którejś z postaci, że giną młodzi chłopcy i dziewczyny w ilościach hurtowych, N rzuciła żartem uwagę, "O czyżby Sweeneya Todda mieli?" Umysły uśpione konkursem na najgorszą aktorkę (to naprawdę jest niewiarygodne, że Misia zdołała dorównać pod tym względem Weronice, a niestety Konstancja dzielnie im sekunduje, w związku z czym na tym tle totalnie nieprzekonująca Mila wypada nie aż tak źle) oraz drewnianym aktorstwem panów nie połączyły kupowanych przez komisarza Jellinka weków z tą uwagą. Może też nie chciały przyjąć do wiadomości, że może być aż tak banalnie. Bo spuśćmy już zasłonę miłosierdzia na fakt wystąpienia drugiego seryjnego mordercy w tym zapyziałym Krakowie w ciągu sześciu odcinków i na przestrzeni - czego? - paru tygodni?

Potem zaś na widok Małaszyńskiego pędzącego po schodach i wznoszącego wzrok ku górze równie żartem rzuciłam tym razem ja uwagę "A tu Misia się powiesiła". I co? I bingo. No, przyznam, że nam szczęki opadły, nie dlatego, że to taki świetny twist, wręcz przeciwnie. Bo o tej Misi się mówiło i mówiło, raz czy drugi mignęła na ekranie, ale ogólnie wszystko zmierzało do tego, że to ważna postać będzie. I tak po prostu odesłać ją do limbo, nie dawszy jej nawet naprawdę czegoś w fabule namieszać? Wprawdzie jedyna scena z jej realnym udziałem przekonuje mnie, że przynajmniej oszczędzona nam będzie jedna fatalnie zagrana rola, ale i tak scenarzyście należy się dwója, bo tak bezsensownie nie zabija swoich postaci nawet mistrz tego zabiegu literackiego Andrzej Sapkowski. (Zabija inny pisarz, o którego przeczytanych właśnie dziełach może napiszę, a którego twórczość dziwnie mi się z Belle epoque kojarzy, co nie jest komplementem.)

Za ten odcinek scenarzyści to tak po prawdzie powinni wylecieć z produkcji. Bo nie dość, że przeniesienie słynnej londyńskiej miejskiej legendy toporne, to jeszcze i szczegóły zgrzytały. Ja wiem, że czterdzieści minut, przerwy na reklamy i w ogóle, ale czy naprawdę pierwszy zagadnięty przez komisarza Jellinka koleś na targu musi okazać się demonicznym sprzedawcą kompotu? Nie mógł to po drodze Lubaszenko porozmawiać z choćby jednym innym straganiarzem? Np. kosztem tego, że główny bohater powtarza mu praktycznie słowo po słowie odbytą wcześniej na oczach widzów rozmowę z kleparzowym złodziejaszkiem?

(Skądinąd krakowski Sweeney Todd tym bardziej był demoniczny, że z przydomowej hodowli maku otrzymywał czystą morfinę, co wyraźnie oznacza konszachty z siłą nieczystą. Tylko czy nie łatwiej byłoby tę siłę poprosić o to, żeby od razu zmieniła ołów w złoto? Mniej zachodu niż z ćwiartowaniem prostytutek, a i zarobek większy.)

Na tym skróty fabularno-narracyjne w odcinku się jednak nie kończą. Tempo i zwinność, z jaką przeczysta prostytutka Mila przecięła o ścianę konopny sznurek, którym ją skrępowano, kwalifikuje ją na asystentkę jakiegoś Davida Copperfielda, to, że okazała się odporna na działanie czystej morfiny z przyzagrodowych makówek takoż. Ale nagroda za skrót specjalny trafia w ręce sceny, w której główny bohater przybiega z wiadomością, że już wie, gdzie mieszka demoniczny sprzedawca kompotu z rabarbaru. Ledwie pobiegł, już przybiega, nie wiemy, z kim rozmawiał, jak wyciągnął tę informację. "Skąd on to wie?" - zapytała zatem retorycznie N. "Od scenarzysty" - odparłam ponuro.

Ja rozumiem, że czterdzieści minut, przerwy na reklamy i w ogóle, ale po co w takim razie kompletnie nie z tej bajki scena z "baronową"? Że niby ma być pikantnie, bo damy z wyższych sfer puszczają się z kleparzowymi Adolfami? Rzeczony chyba zresztą nadal gnije w areszcie, bo scenarzyści zapomnieli go wypuścić, a na dodatek komisarz wyraźnie tego zakazał. Cała ta sekwencja wyłącznie zjadła czas, bo do niczego absolutnie nie była potrzebna, chyba że to baronowa zleciła zabójstwo brata Konstancji, podmieniła czaszki i powiesiła Misię. (Wszystko oczywiście rękami Adolfa, w końcu jakkolwiek w owych czasach było to imię popularne, to dziś kojarzy się raczej demonicznie.) Ale nie sądzę.

A na dodatek czuję w powietrzu jeszcze jedno straszliwe rozwiązanie fabularne. Oto proroctwo: Skarżyński ożeni się z Milą. Bo wprawdzie to prostytutka, ale przecież przeczysta, wzór cnót obywatelskich na dodatek, co to własne życie naraziła, żeby ocalić Weronikę (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) przed niebezpieczeństwem udawania prostytutki na Kleparzu, celem zwabienia demonicznego sprzedawcy rabarbaru w pułapkę. (No dobra, ocaliła nas przed oglądaniem Weroniki udającej prostytutkę, co mogę jej policzyć na plus.)

I okej, niech się żenią. Choć dalibóg nie wiem, skąd ten Skarżyński w takich zażyłych stosunkach z przeczystą, skoro jak dotychczas towarzyszyła ona głównie głównemu bohaterowi, ale może coś przegapiłam. Choć raczej obstawiam, że cokolwiek się między nimi wydarzyło przed szóstym odcinkiem, wydarzyło się poza kadrem, a my nie zostaliśmy o tym poinformowani. (Jest taka opera Verdiego, Trubadur, świetna muzycznie, ale ponoć nawet wykonawcy nie wiedzą, o co w niej chodzi, bo wszystkie ważne wydarzenia mają miejsce poza pokazywaną na scenie akcją.)

No więc dobra, niech się żenią, niech żyją długo i szczęśliwie. Ale scenarzystom tym razem polecamy przeczytanie pewnej książki o dziewiętnastym wieku traktującej, mianowicie Przeminęło z wiatrem. A konkretnie tej sceny, kiedy panie z towarzystwa dowiadują się, że ich mężowie byli w domu Belli Watling. Otóż obawiam się, że w Krakowie samego końca długiego XIX wieku stosunek do pań parających się najstarszym zawodem świata, na dodatek pań pochodzących najwyraźniej z nizin społecznych, bliższy będzie temu, co prezentuja u Margaret Mitchell południowe damy, niż temu, co zaprezentowała w naszym ulubionym serialu Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?).

Aha, jeszcze jedna sprawa: czy ktoś mógłby zacząć pisać komisarzowi Jellinkowi sensowne kwestie? Bo i dobry aktor nie pomoże, kiedy postać nie ma nic sensownego do powiedzenia.  Może też byłoby lepiej, gdyby ktoś sobie przemyślał jego wcześniejszą karierę, zanim zabrano się za kręcenie serialu. Bo tu nagle dostajemy faceta z przeszłością czynnego policjanta, który do piątego odcinka włącznie zajmował się tylko promowaniem tezy, że zabił pierwszy podejrzany. Można było mu dać historię, w której zawsze był tylko urzędnikiem i policjant dopiero się w nim budzi, albo i taką, gdzie jest wypalony i zmęczony i mu się nie chce, ale jednak stary policjant się w nim budzi, ale najgorsze, co można było zrobić, to pójść na skróty i zgadnijmy, co też wybrali scenarzyści.


Save

Save

Save

Save

sobota, 18 marca 2017
To jeszcze może być Niemiec (Belle epoque 5)

N powiedziała, że recenzja z piątego odcinka powinna mieć tytuł "Nie będzie Niemiec pluł nam w BHP". Słuszna uwaga, ale niestety tytuł okazał się zbyt długi. Niemniej w zasadzie o tym było, a mogło być tak pięknie.

Zamysł fabularny był chyba najambitniejszy z dotychczasowych - w sensie swojego potencjału, bo nie realizacji. Historia górników, którzy nawet nie tyle biorą sprawy (ze złym dyrektorem kopalni) w swoje ręce, ile kryją człowieka (dobrego inżyniera, syna dobrego inżyniera), który złego dyrektora zabił może w obronie własnej, a może ich (górników), plus historia policjanta i sędziego, którzy postanawiają przymknąć oczy na ewidentne grupowe kłamstwo - to materiał na dobry dramat psychologiczny albo społeczny, ale trzeba by tu ręki jakiegoś Kena Loacha.

Bogowie, jaki to mógłby być dobry film... Niestety był tylko słaby odcinek słabego serialu.

Tym, co mnie nieustająco zadziwia, jest talent realizatorów (scenarzystów, reżysera i aktorów) do zabijania dobrych pomysłów. Oraz to, że najdalej w połowie odcinka wiem, kto zabił (a przynajmniej, kto na pewno nie zabił). Tu w sumie na dodatek jakoś tak się poskładało, że jak zobaczyłam maszynerię filmowaną jako w tej "Ziemi obiecanej", to wiedziałam, że ktoś (denat z torów) musiał wpaść do maszyny, a jak zobaczyłam dobrego inżyniera, to poczułam, że musiał w tym maczać palce. No i w sumie można było przewidzieć, że tym złym będzie Niemiec (tu scenarzyści nie odrobili lekcji Reymonta), co mnie jednakowoż dziwi, skoro serial produkuje TVN a nie TVP.

Choć w sumie dziwniejsze jest to, że realizatorom (scenarzystom, reżyserowi i aktorom) udało się jeszcze bardziej zarżnąć wątek główny. Bo z tymi kryminalnymi przynajmniej można spekulować, kiedy będzie przewidywa(l)ny twist. Wątek główny, dotyczący głównych bohaterów, jest mi równie doskonale obojętny jak wynik wyborów prezydenckich w San Escobar. Nie, wróć: ten wątek głównie mnie irytuje swoją pretensjonalnością. I postaciami.

O tym, że jako te bedłki jarmużu czy też kania dżdżu pragnę, by ktoś odstrzelił Weronikę, już pisałam. Za postać i za aktorstwo, najgorsze w fatalnie zagranym serialu. Gorzej, że zaczęłam tego samego pragnąć dla Konstancji, mimo że Magdalenę Cielecką autentycznie cenię jako aktorkę. Ale jak po raz kolejny widzę zamożną pannę we wciąż tej samej sukni i kapeluszu (no dobra, w tym odcinku przynajmniej to zdjęła), na dodatek mówiącą afektowaną teatralną manierą, to moje myśli również krążą wokół metaforycznego pistoletu. Przeczysta - dosłownie i metaforycznie - prostytutka to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie. Małaszyński jest z kolei nadal tak drewniany, że jeszcze chwila i w ogóle przestanę go zauważać.

No i czaszka. Podmieniona w grobie czaszka. I to na taką, żeby doktor Skarżyński nie miał żadnych wątpliwości, że jest podmieniona. Z młodego mężczyzny na mężczyznę nie dość, że dużo starszego, to jeszcze gnębionego przez gruźlicę kości. Po kursie antropologii fizycznej łyknę sporo, jeśli chodzi o odczytywanie wieku i schorzeń akurat z czaszki, więc tym razem nie będę się czepiać detali. Tym razem czepnę się tego, że nijak, ale to nijak nie kupuję tej podmiany.

Jak już pisałam w recenzji poprzedniego odcinka, czaszka wyglądała jak wygotowana w żelazistej wodzie, tak była czyściutka. No dobra, jak ktoś ją podmienił na ukradzioną z jakiegoś zakładu anatomii, to w porządku. Ale wątpię. Zresztą w sumie wtedy powinni podmienić cały szkielet, bo inaczej nawet średnio rozgarnięty bohater powinien się kapnąć, że nie pasuje ona do reszty. Ale co wtedy np. z ubraniem nieboszczyka?

Ponieważ główną podejrzaną jest niejaka Misia (to chyba ta w czarnej sukni, co raz czy drugi mignęła w kadrze oraz życiorysie prostytutki przeczystej), to mimo iż miała ona mieć ponoć skłonności do orgii, jakoś nie za bardzo ją sobie wyobrażam 1) odcinającą głowę świeżemu nieboszczykowi i podmieniającą ją na świeżą lub nieświeżą głowę nieboszczyka z gruźlicą kości; 2) włamującą sie do grobowca (choć w sumie niezamurowany on, sądząc po poprzednim odcinku) i podmieniającą czaszki na jakimś tam etapie rozkładu tkanek miękkich. Tertium non datur, że pozwolę sobie na taką licencję poetycką.

Aha, byłabym zapomniała. Najbliższa Krakowa kopalnia węgla kamiennego i chyba jedyna w byłym zaborze austriackim, znajduje się w Libiążu. Scenarzyści dali jej nawet tę samą nazwę nazwę łudząco podobą do tej, jaką ma w rzeczywistości, mimo że pierwszego właściciela Francuza zamienili na złego Niemca. Nieistotne. Problem z kopalnią jest w tym odcinku taki, że ma się wrażenie, jakby była tuż pod Krakowem, bo nasi dzielni bohaterowie najwyraźniej idą sobie tam spacerkiem niczym do Lasku Wolskiego. Miasto Libiąż jednakowoż jest oddalone od Krakowa o mniej więcej godzinę drogi współczesnymi szosami i samochodami - czyli dla nich to znacznie dłuższa jazda. Skoro taka miała być dbałość o realia, to może warto by pokazać, jak tłuką się albo pociągiem, który tam przecież jeździ, albo powozem, albo i automobilem.

Muzyka była znów wyjątkowo niedobrana. Żaluzji nie było. Refleksy świetlne niestety były.


Save

Save

Save

Save

wtorek, 14 marca 2017
Czas żałować róż

Od jakiegoś czasu - konkretnie odkąd weszła w życie lex Szyszko i zaczęliśmy widzieć jej skutki - zastanawiałam się, skąd w Polsce taka nienawiść do przyrody, że kiedy tylko Polak dostanie zgodę, to wytnie każdy kawałek zieleni. Serce mnie bolało przy każdym kolejnym artykule i nadal nie byłam w stanie zrozumieć, skąd ta orgia wandalizmu pod płaszczykiem prawa, skąd ta agresja, bo trudno to inaczej nazwać.

Mam wrażenie, że dziś dość przypadkiem zrozumiałam, a raczej połączyłam to zjawisko z innym, które dręczy mnie od jeszcze dawniej i o którym poniekąd już pisałam: psucie krajobrazu milionami reklam, banerów, ogłoszeń, plakatów, billboardów i migających światełkami napisów. Bez ładu i składu, paskudnie, byle było widać. To zjawisko występuje i w krajobrazie wiejskim, i miejskim i naturalnym. Występuje - bo żadne prawo tego nie zabrania ani choćby nie reguluje. Na własnym terenie Polak może postawić dowolną reklamę. Na własnym terenie Polak może wyciąć drzewo.

I dotarło do mnie, że nie chodzi o nienawiść do przyrody, nie chodzi też o nienawiść do ładnych budynków czy krajobrazów. Chodzi o prymitywną chciwość, o wulgarny zysk. Bo przecież za reklamę na ohydnym billboardzie ktoś właścicielowi ziemi czy ściany płaci. Za wycięte drzewo właściciel działki może dostać kasę, a jeśli zdoła sprzedać teren deweloperowi, to dopiero się obłowi. Obrońcy wartości są czcicielami mamony i złotego cielca, ot co.

Straty, jakie przynosi lex Szyszko mogą wydawać się niewielkie przy katastrofie, jaką jest rozkład systemu prawnego, nieprzemyślana reforma edukacji i inne pomysły ministrów od rzeczy pozornie ważniejszych. Ale tak naprawdę tylko dwaj ministrowie są władni uczynić rzeczy nieodwracalne: minister środowiska właśnie i minister zdrowia. Złe ustawy będzie można niemal od ręki zastąpić nowymi, przywrócenie Trybunału Konstytucyjnego do prawidłowego funkcjonowania to też będzie kwestia kilku pociągnięć prawnych; ba, podejrzewam, że jeśliby się uprzeć, a dobrzy prawnicy konstytucjonaliści wzięliby się do sprawy, to cały pakiet ustaw przeprowadzonych przez obecny rząd można anulować i wrócić do porządku prawnego sprzed 2015.

Lasów i parków się nie odtworzy w kilka dni, a jeśli na ich miejscu powstaną inwestycje, to utraciliśmy je na zawsze. Podobnie jak nie odwróci się skutków arogancji, z jaką ministerstwo zdrowia odniosło się do kwestii smogu i jego szkodliwości.

Dlatego uważam, że Słowacki nie miał racji. Należy żałować róż, choć płoną lasy.


PS. Zastanawia mnie, gdzie podziali się wszyscy działacze ekologiczni i zieloni aktywiści? Czyżby zależało im jedynie na wyciąganiu z kasy państwowej pieniędzy na infrastrukturę rowerową, z której spora część rowerzystów i tak nie korzysta? Dlaczego nie protestują przeciwko ustawie? (Te pytania są trochę retoryczne: nigdy nie wierzyłam w krzykliwy ekologiczny aktywizm i przekonałam się, że miałam rację.)

Save

czwartek, 09 marca 2017
To zawsze musi być Fantyna (Belle epoque 4)

Przyznam, że Belle epoque oglądam już trochę z obowiązku, a trochę z takiej niezdrowej ciekawości, co jeszcze absurdalnego zaserwują nam scenarzyści. Melduję więc posłusznie, co następuje:

1. Scenariusz czwartego odcinka był kolejnym, w którym nawet krył się potencjał na jakąś tam historię, gdyby scenarzysta zdecydował się na nieco odważniejsze i mniej banalne kroki. Oraz gdyby zadbał choć trochę o realizm rozwiązania - widzicie, drodzy czytelnicy, w tym 1908 roku pochodzącego ze wsi szeregowca, który nawet nie zostaje postawiony przed sądem za zabójstwo majora? Bo opinia publiczna w osobie policji uznała, że działał w afekcie i w sumie niby zabił, ale jakby nie zabił, a przynajmniej zabił w obronie ukochanej?

Widzicie te panie Dulskie ówczesnego Krakowa stające murem za nieszczęsnym chłopiną, który w majorównej się zakochał z wzajemnością? Widzicie, jak historia ich miłości porusza serca krakowskich mieszczek, które szturmują sąd z żądaniem natychmiastowego uniewinnienia, ba, wycofania oskarżenia? Owszem, mogę sobie wyobrazić sąd, który nawet w owym czasie uzna wszelkie okoliczności łagodzące, potwierdzi to, co wykazali nasi dzielni bohaterowie, że żonę zabił w pijackim szale wzmocnionym perspektywą mezaliansu córki sam major, i wyda wyrok w zawieszeniu. Ale nie widzę możliwości, żeby proces się nie odbył tylko dlatego, że omnia vincit amor. Nie w austriackiej Galicji, gdzie nikogo nie powinny zmylić dobrotliwe bokobrody Franza Josefa i komisarza Jellinka. Urzędowy ordnung musiał tu być, nie po to Jego Cesarska Mość pracował osiemnaście godzin dziennie przez kilkadziesiąt lat swoich rządów (mam wrażenie, że głównie przekładając i podpisując papiery, ale to osobna sprawa), żeby ordnungu nie było.

2. Wątek poboczny, który mógł być kluczem do zagadki, czyli nasza nieskazitelnie przeczysta panna lekkich obyczajów towarzysząca dzielnie głównemu bohaterowi w jego hotelowym (równie czyściutkim) pokoiku, też został zmarnowany. Nie był jakiś szczególnie oryginalny, po prawdzie mam alergię na postacie literacko-filmowe, które prostytucją parają się, bo w domu piszczała bieda, są dręczone w związku z tym przez moralnego kaca, a na dodatek bite przez matkę, która jednak pieniądze zarobione na nierządzie bierze. Niemniej tu akurat tę łzawą i ograną historyjkę można było wykorzystać: niechby nasz nieskazitelnie rozchełstany bohater wymyślił, że pannę majorównę papa major mógł pobić, skoro matuś naszej świętej prostytutki córkę pobiła. Plebs aż tak się pod tym względem od wyższych sfer nie różni, powiedziałby nasz bohater, i byłoby fajniej, niż z kompletnie od czapy wątkiem alkoholizmu i niegojącej się rany na ręce, którą powinno się było wyeksponować wcześniej jako coś nietypowego na ciele ofiary, a nie tak deusexmachinowo i niepotrzebnie o niej opowiedzieć.

Inne elementy fabuły, które zostały kompletnie zapomniane przez scenarzystów: 1) kim była kobieta, do której uciekła panna Faustyna wraz z siostrą po awanturze rodzinnej i dlaczego jej nie przesłuchano? 2) skąd nasi dzielni śledczy wiedzieli, że służąca wyjechała na wieś? 3) jakim cudem kolejny przedstawiciel wyższej klasy średniej miał tylko jedną wyjeżdżającą na wieś służącą i nawet nie wziął na te parę dni zastępczyni?

3. Zastanawiałyśmy się z N, jak to jest, że w dobrych proceduralach, a nawet proceduralach nieortodoksyjnych jak House czy Archiwum X, scenarzyści są w stanie upchnąć w tych 42 czy 45 minutach odcinka kawał skomplikowanej fabuły, wątki poboczne i szczegółowe opisy tego, co śledczy robią. W Belle epoque ktoś ciągle mówi, że coś zbada, ale kończy się na tym, że Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) wkłada szkiełko pod mikroskop i zagląda w okular. Koniec. A i tak w odcinku nic się w sumie nie dzieje, więc nie jest tak, że detale śledztwa zjadają akcję. Nie mamy pojęcia, co tak naprawdę zjada i akcję, i szczegóły śledztwa w tym serialu.

4. Bohater wynoszący czaszkę przyjaciela z grobowca (co spływa po nim jak po kaczce, tak nawiasem mówiąc). To element wątku głównego, bo będzie badanie balistyczne pistoletów użytych w pojedynku, który oglądaliśmy w pierwszej scenie serialu. Nie wiem, co za balistykę chcą badać, nie mając dokładnych danych, jak kto stał i jak wyglądał teren (minęło 10 lat! krzaki urosły i w ogóle), na dodatek przez te dziesięć lat zapomnieli, że pojedynek miał miejsce nad jakąś rzeczką (zza rzeczki czy też stawku strzelał ten drugi) przed pałacykiem, bo we wczorajszym odcinku mowa była o pojedynku "na Błoniach". Pomijam już fakt, że te szpece serialowe od balistyki mówiły jakoś dwa tygodnie temu chyba, że z tych pistoletów to i z przyłożenia by nie trafił (no nie wiem, na mój rozum z przyłożenia nie trafić się nie da, a krzywą lufę to co najwyżej się rozwali, ale i tak kula nie poleci w całkiem inne miejsce niż miejsce przyłożenia). Wczoraj coś tam przebąknęli, że uszkodzić te pistolety mógł ktokolwiek przez te dziesięć lat - bardzo słuszna uwaga, tylko że w związku z tym całe te niby balistyczne badania można od razu do kosza wyrzucić. Ale wróćmy do czaszki. Ma ona spory okrągły otwór w czole, co zapewne sugeruje, że balistyka ograniczy się do kalibru broni. Tylko że ja nie pamiętam, żeby w scenie pojedynku denat otrzymał kulkę konkretnie w czoło, a raczej byłoby to widać. (Mogę sprawdzić, wszystko jest wciąż na nagrywarce N.)

Czaszka skądinąd czyściutka, jakby Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) już ją obgotowała jako preparat anatomiczny (wróć, obgotowana byłaby bielsza, chyba że woda była bardzo żelazista, więc co najmniej oczyściła miękką szczoteczką i wodą z mydłem). A przypominam, to jest raptem dziesięcioletnia czaszka wyciągnięta z trumny, a nie z gleby, której skład chemiczny byłby taki, że załatwiłby się aż tak elegancko z tkankami miękkimi w tak krótkim czasie.

5. Aktorstwo bez zmian. Żaluzji nie było, za to wróciły prześwietlone kadry i rozbłyski. Muzyka tła była nieco lepsza.

6. Jeden dobry fabularny szczegół: kiedy nasz bohater każe pierwszemu podejrzanemu wstać i przekonuje się, że jest niski, a napastnik miał być wysoki. Tyle że wyszło jak zwykle i to też zostało zmarnowane. I jeszcze jedno: niech choć raz pierwszy podejrzany będzie tym sprawcą, bo rutyna tego znajdowania podejrzanego i uwalniania go od podejrzeń robi się nudna. I przewidywalna, zwłaszcza że liczymy wyznaczające rytm twistów przerwy na reklamy.

Na koniec może się wytłumaczę z tytułu notki. Ponieważ w tym odcinku ku mojemu kolejnemu rozczarowaniu nie było postaci sponsorującej XIX wiek, uznałam, że dwie sceny są mimowolnymi aluzjami do Nędzników Victora Hugo (a może raczej filmu na podstawie musicalu). Po pierwsze opowieść nieskazitelnej prostytutki - no po prostu nieszczęsna Fantyna. Po drugie łatwość, z jaką nasz bohater otwiera grobowiec - no po prostu Jean Valjean.

Ach, byłabym zapomniała. Dogłębnego rozczarowania doznałam z powodu tego, że skoro w odcinku wystąpiło Sarajewo (w całej monarchii habsburskiej roku 1908 jest to jedyne miasto na tyle daleko, żeby wysłać tam niechcianego amanta córki?), to nikt nie wspomniał o Gavrilo Principie (eks ordynans majora mógł przecież spotkać papę listonosza, u którego boku czternastoletni Gavrilo dopiero poznawałby zło tego świata) albo choćby o arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie. Zwłaszcza że ten ostatni też miał z powodu historii miłosno-małżeńskiej kłopoty z rodziną i tak pięknie by się nadał na kolejną paralelę. A jego żona wykrwawiła się w tym Sarajewie, bo nikomu nie przyszło do głowy jej ratować.

A my mielibyśmy taką piękną postmodernistyczną zapowiedź tego, że już za sześć lat belle epoque skończy się wraz z zamachem w Sarajewie...

Samochód, w którym zastrzelono Franza Ferdinanda

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

czwartek, 02 marca 2017
Teoria naprawdę wielkich liczb (Belle epoque 3)

Podczas rozmyślań nad tym, jak by tu zatytułować recenzję trzeciego odcinka, moje myśli krążyły cały czas wokół wielkich liczb. Konkretnie zbyt wielkich liczb. I jakkolwiek nie przepadam za humanistami na serio przywłaszczającymi sobie terminologię nauk ścisłych/przyrodniczych celem epatowania burżuja/innego humanisty, tak pozwolę sobie żartem zaadaptować tu prawo, o którym przeczytałam sobie przy okazji i dla podobnych jak ja ignorantów przytaczam istotną dla mnie część definicji: "Prawo naprawdę wielkich liczb – prawo z zakresu statystyki, które mówi, że dla wystarczająco wielkiej próbki każde niezwykłe zdarzenie jest możliwe".

Mam wrażenie, że scenarzyści trzeciego odcinka Belle epoque uznali, że zadziała to w dość szczególnym przypadku: jeśli będzie wystarczająco dużo trupów, to widz kupi każde niezwykłe zdarzenie. Otóż spieszę wam donieść, szanowni scenarzyści, że nie. Po prawdzie - dokładnie odwrotnie. Gdybyście dali dziesięć trupków (bo o niemowlęta tu chodzi), to pewnie bym w opisany proceder uwierzyła, jako że byłoby już dość makabrycznie, a dla ukazanego następnie marginesu społecznego 3000 koron to już majątek i nie musi to być 60 tys. koron, które dla większego efektu wyrysowała nam biało na czarnym na tablicy Weronika. Nawiasem mówiąc, to ona wygrywa konkurs na najbardziej bezsensowną wypowiedź nie tylko odcinka, ale i jak na razie serialu: branie na poważnie pod uwagę, że świadectwo urodzenia, które dopiero co odcyfrowała, może być "przypadkową karteczką".

Ale wróćmy do fabuły. Tak, tak, powiecie mi, matka przełożona była na tyle oderwana od rzeczywistości, że zapewne w ogóle nie wiedziała, co się w jej ochronce dzieje. Ale, na litość wszystkich bogów, tam była cała masa innych ludzi, z których w ostatniej chwili scenarzyści usunęli lekarza, bo mógłby się wygadać przed końcem odcinka, i o ile jestem w stanie uwierzyć, że przy - jak wspomniałam - dziesiątce, może piętnastce zmarłych dzieci nikt jeszcze by się nie kapnął, że coś tu nie gra, to dwieście (!) niespodziewanie umierających niemowląt, na dodatek oddanych pod opiekę jednej rodzinie powinno wzbudzić zainteresowanie choćby jednej osoby.

A tak nawiasem mówiąc, już po pierwszej wizycie naszych bohaterskich bohaterów w ochronce powiedziałam do N - tym razem żartem, naprawdę! - że zabijała matka przełożona. Problem w tym, że nie pomyliłam się aż tak bardzo. Skądinąd zastanawiam się, dlaczego zbrodnicza (ale może pod przymusem) siostra Marta nie wypowiedziała w odcinku ani jednego słowa. Czyżby scenarzyści bali się konfrontacji z naprawdę trudnym tematem? (No dobra, zważywszy poziom dialogów, który niestety nie podniósł się ani o milimetr, może to i lepiej.)

Poza tym po staremu: jedynym aktorem pozostaje Olaf Lubaszenko i w związku z tym jedyną żywą (mimo że dość nudno napisaną) postacią jest nadal komisarz Jellinek. Który jednakowoż, spieszę donieść, zważywszy jego status, posiadany dom oraz liczbę rodziny, powinien mieć co najmniej gosposię lub nianię i kucharkę. Nie wyobrażam sobie, żeby w roku 1908 komisarzowa Jellinkowa o wdzięcznym imieniu Hildegarda sama zajmowała się sporą gromadką dzieci (nie policzyłam), gotowała, sprzątała i jeszcze miała czas wyglądać (dzieci też) tak samo czysto, schludnie i nienagannie jak wszyscy bohaterowie serialu. Włącznie z dziećmi zabijanymi dla pozyskania swoistego pięćset plus oraz ich oprawcami. Na kostiumach całej tej gromadki takoż nie uświadczyłbyś choćby pyłka. Z ulgą konstatuję natomiast brak w tym odcinku żaluzji. Zapewne dlatego, że nie było żadnego nowego biura, które po niewielkich zmianach dekoracji ściennych umieszczono by w tym samym zażaluzjowanym na przełomie XX/XXI wieku wnętrzu.

Obserwujemy natomiast pewne pogorszenie pod względem oprawy muzycznej. W pewnym momencie N powiedziała, że brakuje jej muzyki ilustracyjnej (obiektywnie: fakt). "Może lepiej, że jej nie ma", odparłam, będąc w malkontenckim nastroju. Chwilę później okazało się, że miałam rację. Cisza jest lepsza od tego, co od czasu do czasu dobiegało zza kadru, a co w sumie dość trudno opisać, więc nie będę próbowała.

Ku mojemu sporemu rozczarowaniu w odcinku nie padło żadne nazwisko, które zasponsorowałoby dziewiętnastowieczność, w związku z czym muszę uznać, że tym razem za werbalny sygnał staroświeckości robiło kilka łacińskich słówek, wtrącanych trochę nie wiadomo po co. Na dodatek natychmiast usłużnie tłumaczonych w ramach jakiejś dziwacznej glosolalii. No dobra, doskonale wiem, że dziś znajomość łaciny jest na wymarciu, ale wtedy była jeszcze dość powszechna i nie trzeba było tym wszystkim szpecom wszystkiego przekładać. A jak się chciało, żeby widz zrozumiał, można to było zrobić subtelniej, a nie takim łopatologicznym infodumpem.

Na koniec wytłumaczę się jeszcze z obrazka. Szukałam jakiegoś dzieła przedstawiającego tłum. Znalazłam głównie współczesne obrazy, które nawet lepiej pasowałyby nastrojem od tego tu Renoira. Ale dałam go z innego powodu: nagle uświadomiłam sobie, że ta wszechobecna czystość i elegancja w tym serialu jest żywcem jak z głównego nurtu impresjonizmu, gdzie wszyscy są piękni, a wszystko ma ładne kolory. Tylko te zdjęcia w hiperrealistycznej przejrzystości i ostrym konturze nie pasują. Co w sumie już mnie nie dziwi w tym estetycznym chaosie, jakim jest Belle epoque.

Renoir, parasolki 1886

PS. Poniewczasie dostrzegłam pewien continuity error. Nie wiem, ile trwało śledztwo (mam wrażenie, że maksymalnie dwa dni, bo nic nie znamionowało, jakoby więcej, mimo że realizm by się tego domagał, ale o ile dobrze pamiętam, główny bohater miał przed finałem tylko jedno spotkanie z przeczystą i nienagannie uczesaną prostytutką rezydującą w jego hotelu i będącą jego osobistą towarzyszką). Na początku odcinka natomiast komisarz Jellinek wyznał swoim podwładnym, że jego dzieciarnia ma koklusz. Na końcu cała dzieciarnia czysta i zdrowa biegała po salonie. Wedle znalezionych przeze mnie danych trzy fazy krztuśca czyli kokluszu trwają łącznie ok. 14 tygodni czyli ponad trzy miesiące...

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

czwartek, 23 lutego 2017
Karasek niebezpieczna ryba (Belle epoque 2)

Właściwie to powinnam była się od razu domyślić, że zabił nauczyciel imieniem Karaś, bo jak zauważył mistrz Gombrowicz, który pół roku temu stał się przypadkiem bohaterem tego bloga, karasek ryba niebezpieczna. Ale w sumie i tak się tego domyśliłam, bo kiedy aresztowano drugiego podejrzanego, to pozostawała jeszcze jedna przerwa na reklamy, więc musiał zabić ten trzeci.

W sumie mogłabym tę recenzję tu skończyć, jako że wszystko inne przewidziałam w recenzji z pierwszego odcinka. Żaluzje pojawiły się znowu, ponieważ ewidentnie to samo wnętrze posłużyło tym razem za biuro armatora wożącego pasażerów za ocean. W Krakowie pojawiła się w miejsce Reformackiej ulica Poselska, ale siano rozsypane po asfalcie było tak samo malownicze, jak poprzednio. Aktorstwo było równie drewniane jak w pierwszym odcinku, a wybijał się na plus tym razem tylko Olaf Lubaszenko, bo jego ojciec pojawił się na parę sekund i nie miał do zagrania absolutnie nic. No dobrze, Cielecka pokazała, że w przeciwieństwie do większości obsady umie grać, ale ekspresja pozostała niestety nadal teatralna, co czyni jej postać niezamierzenie chyba pretensjonalnym pannidłem. Emocji jak nie było, tak nie ma, a dialogi nadal nie nadają się do słuchania.

No i wszyscy - wszyscy! w mieście i na wsi, przepraszam, w skansenie - są tak czyści, jakby wówczas nie palono w ogóle w piecach, nie pracowano w polu, nie chodzono po zakurzonych ulicach i w ogóle zajmowano się jedynie strząsaniem pyłków z ubrania i przecieraniem odkrytych części ciała wilgotnymi chusteczkami. Albo jakby wypożyczalnia kostiumów zastrzegła sobie ich zwrot w stanie absolutnie nienaruszonym.

Na plus mogę zaliczyć to, że przynajmniej kamerzysta się uspokoił i praca kamery w zasadzie była przezroczysta, za co go błogosławię, bo przynajmnie to mniej męczyło. Muzyki było jakby mniej, więc też nie irytowała aż tak bardzo.

Fabuła natomiast miała zdecydowanie więcej potencjału (zmarnowanego) w pierwszym odcinku, ponieważ tu intryga była tak nawymyślana, że wymagała dużej dozy dobrej woli, żeby uwierzyć w to, że ktoś - nauczyciel nazwiskiem Karaś, pozbawiony poza tym cech i motywacji psychopatycznego mordercy - aż tak się natrudził. W sumie gdyby mniej nawymyślał celem pozbycia się matki swojego niechcianego ze względu na potencjalną karierę dziecka, to chyba byłoby go trudniej wykryć.

Mam jednak wrażenie, że w tym serialu wykrywanie zbrodniarzy będzie polegało na tym, że odtwórcy głównych ról będą wygłaszali kolejne kwestie ujawniające kolejne elementy zagadki. I zawsze będą trafiać za pierwszym razem, jak Weronika (czy ktoś może ją zabrać z ekranu, proszę?) identyfikująca natychmiast, za pomocą jednego zerknięcia na trocinę pod mikroskopem i położenia na kolanach ksiażki, drewno czereśni. Miałam na studiach kurs dendrochronologii i wspomnienia z tegoż pozostawiły mnie w głębokim przekonaniu, że cały proces identyfikacji w tym konkretnym przypadku stał na głowie. Specjalista albo posiadacz odpowiednich tablic zasadniczo rozpoznaje drewno na podstawie oglądu w skali makroskopowej, a od gapienia się w mikroskop ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, nie zrobi się mądrzejszy. A wiedza zawarta w książce nie wchłonie się przez osmozę, nawet jeśli pracuje się w prosektorium bez rękawiczek (ale w maseczkach na twarzach). Wnioski o charakterze medycznym (np. dotyczące zaawansowania ciąży denatki pozbawionej narządów rodnych) też wołają o pomstę do nieba.

Na dodatek w warstwie okołofabularnej znów zabrakło riserczu. Otóż tym razem odcinek otarł się o ważny element galicyjskiej kultury, mianowicie mieszkających tu dość powszechnie Żydów. Problem w tym, że ich w tym odcinku nie było. Za całą żydowskość robiła wstawiona do jednej ze skansenowych chałup menora, całkiem zresztą współczesna, obstawiam, że z kramów w Sukiennicach. Rodzina Hirszów wyglądała dokładnie tak samo, jak polscy chłopi umieszczeni w tym samym skansenie (skądinąd znajdującym się na terenie dawnego zaboru rosyjskiego, bo na Kielecczyźnie), mówiła też równie bezbarwną polszczyzną bez choćby cienia charakterystycznej wymowy, nie mówiąc już o choćby kilku słowach w jidysz wtrąconych w język polski.

Na dodatek scenarzystom wszystko się pokićkało, ponieważ w dialogach wspomniany został jakiś lekarz (znajomy głównego bohatera, uczeń jego ojca, czy co tam), który wyjściowo był ortodoksyjnym żydem. Nie jestem specjalistką, ale mam wrażenie, że prawdziwie ortodoksyjny żyd to i dziś nie bardzo zostanie lekarzem bez rezygnacji z ortodoksji. Z kolei wiejski żydowski stolarz, który miał spore szanse być tym klasycznym "Żydem z Wesela", nosić pejsy, jarmułkę i tałes, wyglądał jakby był co najmniej zwolennikiem haskali albo i działaczem Bundu (co skądinąd mogłoby być ciekawym wątkiem). Jego rodzina też wyglądała na wysoce zasymilowaną i właściwie, gdyby nam nie powiedziano, że to Żydzi, to nie mielibyśmy szans tego wymyślić. (No dobra, menora rzucała się w oczy.) Podsumowując: w szumnie zapowiadanym programie drobiazgowego odtwarzania realiów epoki kolejny element nie wyszedł i z epoką niewiele ma wspólnego.

A wiek XIX tym razem hasłowo reprezentował - a jakże - Alfred Dreyfus. Tylko że scenarzyści nie doczytali, że tam chodziło o rzekome szpiegostwo i antysemityzm zinstytucjonalizowany, więc potencjalne zamieszki z powodu "mordu rytualnego" nijak nie będą "drugą sprawą Dreyfusa".

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

piątek, 17 lutego 2017
Dzień kota: Ludwik czyli Zezowate szczęście

Dziś Dzień Kota, a ja poniekąd akurat mam kota. To znaczy jak zwykle w przypadku zwierzątek futerkowych mam kota trochę wirtualnie, tak jak kiedyś miałam króliki. Mam albowiem alergię i jakkolwiek chwilowo dała mi trochę spokój, to nigdy nic nie wiadomo. Kot zatem mieszka u N, która zawsze, ale to zawsze była kocią mamą i nasze wakacyjne rozmowy nader często wyglądały następująco:
N: Jaki piękny koteczek.
D: No, kot jak kot.

Louis 1

A kota mam(y) dlatego, że pewnego sierpniowego dnia znalazłam go w ogrodzie górskiego domku letniego moich Rodziców. Wyglądał zupełnie jak jedno z kociąt mieszkającej po sąsiedzku kotki, która czasami żywi się u nas (i wszystkich wokół, jak się okazało), być może nawet urodziła się pod naszym dachem (dosłownie: kotka poprzedniego pokolenia miała kocięta w naszym dachu), no i czasem przyprowadza podrośnięte dzieci.

Louis 2

Pomaszerowałam więc w poszukiwaniu właściciela kotki, ale jak się okazało, oba kocięta były na miejscu. Tyle że jak wróciłam do domu, to "naszego" kocięcia nie było ani widu, ani słychu. Dobra, pomyślałam, pewnie mały spryciarz przebiegł ogródkami do mamy. I co? I następnego dnia kocię było pod domem. A jak przyszła kotka (sama), to kocię miauczące na trawniku zmierzyła wzrokiem podejrzliwym i nieelegancko mówiąc, olała. Wtedy przypomniało mi się, że poprzedniego dnia za płotem stało nieznane auto, jacyś ludzie pobyli chwilę na drodze i razem z autem znikli.

Louis 3

Zaczęło się polowanie na kocię, ponieważ kocię było wprawdzie ospałe i słabe, ale uciekało w rododendron oraz pod werandę z niebywałą wręcz zwinnością. Nie dawało się skusić na mleczko w miseczkę ani na żadne tam kici kici. I przede wszystkim nie dawało do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. W końcu podstępnie się czołgając chwyciłam małego drania, który rozcapierzył łapki i miauknął przeraźliwie, by moment później przytulić się i mruczeć, i prawie że nie złazić z kolan. Dobra, trochę tu licencja poetycka mnie poniosła, bo przez następne parę dni trzeba było go jednak troszkę podstępem łapać, ale raz złapany nie protestował, tylko tulił się i mruczał.

Louis 4

Pojawił się za to - po pierwszym złapaniu - problem. Kocię nie umiało pić z miseczki. A w domu żadnej strzykawki, bo o pipecie w ogóle zapomnijmy. (W sumie moi Rodzice, którzy są farmaceuto-chemiko-fizykami mogliby mieć jakieś chemiczne narzędzia w domu, prawda?) Z palca - nie. Z pyszczkiem w miseczce - nie. Ze źdźbła trawy - nie. Zbawieniem okazał się listek, który na szczęście rozbudził też instynkt i następnie kocię jadło i piło bez problemu.

Louis 5

Kolejny problem - dom. O pozostaniu w tym domku nie było mowy, bo to dom sezonowy. Akcja na fejsbuku i tym podobnych nic nie dała. W końcu powiedziałam N, że trudno, kot póki co będzie miał u niej dom zastępczy i będziemy szukać nadal.

Hortensja zatem, albowiem miała to być koteczka, została przywieziona do Krakowa - podróż zniosła nad wyraz dzielnie, śpiąc u Taty na kolanach przy dźwiękach Toski. W Krakowie jednakowoż wyrokiem lekarskim okazało się, że Hortensja jest chłopcem (taki dżender), została więc Ludwikiem.

Louis 6

Ludwik ma lekkiego zeza. I jest strasznie śmieszny. Uwielbia taplać się w wodzie. I nadal jest wielką przytulanką, i bardzo lubi ludzi. Ma niestety również tryb zwany Wiewiórą (na cześć Ratatoska - potwornej wiewiórki zamieszkującej Yggdrasil w mitologii nordyckiej), kiedy rzuca się na wszystko z zębami i (obcinanymi) pazurkami, oraz tryb Luxtorpedy, kiedy pędzi z końca mieszkania na drugi koniec, sam chyba nie wiedząc, po co i dlaczego. Ale przede wszystkim jest nieskończenie uroczy z tym swoim zezikiem. I wiedziałyśmy to właściwie od pierwszej chwili, w związku z czym Ludwik... no, po prostu został. I chyba nadal lubi operę.

Louis 7

Tagi: kot
17:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (4) »
Belle epoque czyli epokowy facepalm

Skusiłam się na polski serial. Nie będę udawała, że łączyłam z nim naprawdę wielkie oczekiwania, bo jestem świadoma wyobraźni polskiej telewizji, nawet tej, która ma duże pieniądze, rozmach, a nie ma za to misji upowszechniania jedynego słusznego światopoglądu. Niemniej po szumnych zapowiedziach, że "tego jeszcze w polskiej telewizji nie było", ładnych, choć bezczasowych winietkach, kilku nazwiskach, do których mam zaufanie, w obsadzie, kostiumach z londyńskiej wypożyczalni filmowej, a nie magazynu teatrzyku prowincjonalnego domu kultury (vide niesławna uczta w Wiedźminie, która nasuwała mi skojarzenie z biesiadą w peerelowskim geesie) - po tym wszystkim spodziewałam się poziomu przynajmniej przyzwoitego.

Niestety PPP nie został przez serial Belle epoque osiągnięty. Pierwszy odcinek zaprzepaścił tę szansę i jakkolwiek zamierzam dzielnie dać szansę odcinkowi drugiemu (kołacze mi się po głowie jakiś serial, który niesłusznie osądziłam po jednym odcinku, może N pamięta, co to było), to nie obiecuję już sobie po nim nic, tak na wszelki wypadek.

Bo co mam sobie obiecać po tym, jak z wypiekami na twarzy czytałam o drobiazgowym odtwarzaniu epoki, a następnie po oczach walą mnie współczesne żaluzje w oknach urzędu, przypadkowe obrazki, które sobie na ścianie zawiesił pozbawiony gustu właściciel wynajętego wnętrza, blat z katalogu każdej firmy robiącej kuchnie na wymiar z płyty wiórowej, fryzura à la mroczny, ale łagodny metalowiec i jeszcze sporo szczegółów, o których wolałabym zapomnieć?

Co mam sobie obiecać po tym, że Kraków - prawda, miasto wówczas niezbyt duże - składa się z dwóch czy trzech ulic (na pewno Reformackiej i Pijarskiej), a tabliczki informujące, z jakim urzędem mamy do czynienia przyklejono do fasady tak, żeby nie trzeba było zdejmować tych aktualnych, a filmowe dawały się łatwo zdemontować? Zapyziałe miasto, w którym ulice świecą czystością ledwie maskowaną rozrzuconym tu i ówdzie malowniczo niczym na obrazkach jakiegoś Styki czy Stanisławskiego sianem?

Co mam sobie obiecywać po nieznośnej, przestarzałej i pretensjonalnej pracy kamery, której operator na dodatek zachowuje się tak, jakby w ciągu niecałej godziny postanowił przetestowac wszelkie możliwe ograne i niemodne sztuczki swej profesji (albo, co gorsza, jakby po raz pierwszy dostał do ręki bajerancką cyfrową kamerę i włączał na chybił trafił wszystkie wodotryski). W związku z tym raz kamera skacze gwałtownie po całym pomieszczeniu, innym razem snuje się za bohaterem, zazwyczaj na dodatek nieciekawie prześwietla zdjęcia (ach, te refleksy!) albo też zabawia się ogniskową i filtrami, sztucznie zamazując nam część kadru i nienaturalnie wyostrzając postaci. Efekt niestety jest taki, jakbyśmy wrócili się do pierwszych plenerowych spektakli teatru telewizji albo w ogóle do czasów rear projection, ponieważ postacie wydają się wycięte z otoczenia.

Co mam sobie obiecać po fabule, której rozwiązania domyśliłam się, gdy tylko na ekranie pojawiła się pierwsza palma męczeńska (o podobny przebłysk geniuszu przyprawiła mnie ostatnio powieść Florystka niejakiej Katarzyny Bondy - kto jest mordercą zgadłam przy pierwszym pojawieniu się postaci w jednej dziesiątej książki -  a jest to wyjątkowo niepochlebne porównanie), a która na dodatek została poprowadzona tak prymitywnie i na skróty, że bardziej się nie da? Co po zbieraninie nijakich i na dodatek mało prawdopodobnych i nie z tej epoki (nie z tej ponoć przedstawianej z taką dbałością epoki, znaczy się) postaci będących w najlepszym razie podręcznikowymi typami, a nie bohaterami z krwi i kości? Co po dialogach, od których sztuczności i anachroniczności dostaję gęsiej skórki? Co po kompletnym braku emocji wszystkich po kolei bohaterów?

Co wreszcie mam sobie obiecać po skrajnie nijakim aktorstwie, które tym drewnianym postaciom nie daje choćby cienia życia? W pierwszym odcinku obronili się wyłącznie dwaj panowie Lubaszenko, mimo że nie mieli wiele do zagrania, a kwestie, jakie im napisano, musiały być męczarnią. Paweł Małaszyński sprawia wrażenie, jakby do obsady dostał się z castingu dla naturszczyków, a i to przez pomyłkę. Sprawdziłam sobie jego filmografię i niestety widziałam go jedynie w Pianiście, w którym jest "niewymieniony w czołówce" oraz Katyniu, który grzeszył między innymi drewnianymi postaciami i niewiele lepszym aktorstwem, więc nie mam pojęcia o jego realnych zdolnościach aktorskich. Magdalena Cielecka miała właściwie jedną krótką scenę mówioną, w której wypadła wysoce nieciekawie, nie tylko z powodu fatalnie napisanego tekstu, ale i źle dobranej ekspresji. Pozostałych aktorów nie znam, ale żaden nawet nie zainteresował mnie swoją rolą. A niektórzy, jak np. pani grająca Weronikę i pan grający podejrzanego młodzieńca, byli po prostu fatalni.

A w tym wszystkim tak naprawdę szkoda mi nie tylko zmarnowanej ewidentnie szansy na stworzenie, naprawdę, nowej jakości w polskiej telewizji, skoro już znalazły się na to duże pieniądze. Szkoda mi również pomysłu fabularnego tego pierwszego odcinka, bo on był sam w sobie jako pomysł na motywację seryjnego mordercy całkiem nienajgorszy. Zrobiony dobrze, obroniłby się nawet w Krakowie belle epoque. Niestety scenariusz potraktował go najbardziej prymitywnie, jak się dało, prowadząc bohaterów (bohatera właściwie, bo reszta była tylko tłem) od punktu do punktu i modelowo niwecząc wszelkie napięcie. Skądinąd rozpoczęcie z tak wysokiego konia - seryjny morderca - to nie lada wyzwanie, bo dalej trzeba będzie te zbrodnie eskalować. (To znaczy wcale nie trzeba, fascynujący kryminał można zrobić o zaginionej walizce albo włamaniu do sklepu, ale mam ponure podejrzenie, że twórcy mogą to uznać za konieczne dla utrzymania zainteresowania widzów.). Czytam sobie ostatnio polskie kryminały i to właśnie jest jednym z ich największych problemów - dzieją się one w jakiejś dziurze na końcu świata, znaczy w środku Polski, i w tej właśnie dziurze co rusz to psychopatyczni mordercy i zbrodnie na miarę milionowej metropolii...

Aha, no i oczywiście ktoś musiał wspomnieć Kubę Rozpruwacza. To zapewne na wypadek, gdyby widz miał wątpliwości (np. na podstawie scenografii i dialogów), w jakiej epoce rzekomo dzieje się akcja. Bo przecież nie może być XIX wieku bez Kuby Rozpruwacza.

Kraków

PS. Dopisuję pod wpływem komentarza pfg, bo pisząc powyższe nocą, zapomniałam o jednym aspekcie.  Otóż fatalnie wypada pomysł z współczesnymi piosenkami jako ilustracją muzyczną. Wierzę, że to sie może sprawdzić w filmie czy serialu mocno przestylizowanym, którego cała estetyka jest pod taką koncepcję dobrana. Ale w czymś, co jest robione środkami do bólu tradycyjnymi i bez wyraźnego zamysłu stylistycznego, wychodzi estetyczny bełkot. Jak w jednym z moich skądinąd ulubionych filmów fantasy, "Ladyhawke", gdzie wszystko jest cudne, tylko niech ktoś wymieni muzykę...

Save

Save

Save

Save

wtorek, 14 lutego 2017
A kto to jest ten Penderecki?

Mam wrażenie, że pytanie to w tytule postawione tak śmiało zadaliby mi redaktorzy większości polskich mediów. Wnioskuję tak na podstawie prostej obserwacji: po tym, jak z "Faktów" TVN, podsłuchiwanych podczas wizyty u rodziców, dowiedziałam się o nagrodzie Grammy, którą wczoraj dostał Krzysztof Penderecki za płytę, na której dyryguje własnymi utworami, nie znalazłam tej informacji na pierwszej stronie żadnego polskiego portalu informacyjnego.

Owszem, w ogólnych artykułach o wczorajszej gali znajdują się lakoniczne wzmianki. I nie dziwi mnie, że "muzyka.onet" pisze jedynie tyle: "Warto wspomnieć, że wśród wyróżnionych znalazł się także polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Amerykańska nagroda przemysłu muzycznego Grammy trafiła do Polaka za płytę Penderecki conducts Penderecki, vol. 1 wydaną przez Warner Classics". Bardziej smuci, że niegdyś opiniotwórczy portal gazeta.pl, a co gorsza również pretendująca nadal do bycia medium ambitnym wyborcza.pl też przegapiły tę okazję.

Tym jednakowoż, co smuci naprawdę, jest fakt, że znalazło się tam miejsce dla newsów tak porażających jak przekąski skoczków narciarskich oraz to, że jakaś pani (nazwiska nie pomnę, a news w ciągu kilku godzin został wyparty przez inne) nie pojawiła się w jakimś programie. Co więcej, jestem przekonana, że gdyby polska trenerka fitness, które mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiła na okładkę jakiegoś branżowego pisemka w Ameryce, to news byłby jako pierwszy i najważniejszy, o ile gdzieś by nie nastąpił wybuch jądrowy albo zamach terrorystyczny.

A o Pendereckim nic. Powiem tak: to nie jest mój ulubiony kompozytor, choć zarazem jest to jedyny kompozytor, którego aż dwa dzieła słyszałam na żywo na europejskich prapremierach (jedna, Credo, była chyba w ogóle światowa). Ale z całym szacunkiem dla skoczków narciarskich oraz bez szacunku dla sztucznie rozdymanej sławy prężących mięśnie płaskich brzuchów pań od fitness, Krzysztof Penderecki zrobił dla Polski jako jej nieformalny ambasador na świecie znacznie więcej, niż oni wszyscy razem wzięci. Poza wszystkim jest to sława i wartość nieprzemijająca, obecność trwająca już ponad pół wieku, podczas gdy nawet najbardziej utytułowani sportowcy to jednak gwiazdy sezonowe i tak jak kilka(naście?) lat temu największą gwiazdą był Małysz, tak teraz jest inny (nawet nie wiem, który konkretnie, bo dużo się ich zrobiło), a moda na fitness zapewne zostanie wkrótce wyparta przez coś zupełnie nowego i o tych wszystkich jej gwiazdkach nawet internet zapomni.

A muzyka przetrwa. I wielka szkoda, że tych naprawdę wielkich i odnoszących ogromne sukcesy Polaków w ogóle się nie fetuje, ba, nawet nie zauważa. Podam jeszcze jeden przykład również muzyczny, tym razem z bardziej mojego fanowskiego podwórka. Jedyną polską śpiewaczką operową, z jaką media czasem zrobią wywiad i będą ochać i achać, jest Aleksandra Kurzak, która jako sopran jest bardzo przeciętna, a na dodatek polskie media robiły stosunkowo niedawno szum z okazji jej małżeństwa z gwiazdą opery bardzo przebrzmiałą, Roberto Alagną, który głos i swoje kilka minut miał kilkadziesiąt już lat temu, a ostatnio nie da się go słuchać. Tymczasem taki Piotr Beczała zebrał ostatnio fantastyczne recenzje za wielki i ryzykowny krok w karierze - zaśpiewanie, na razie w Dreźnie, tytułowej partii w Lohengrinie Wagnera. Dla kogoś, kto do niedawna specjalizował się - ze znakomitymi wynikami zresztą - w Mozarcie, operze włoskiej bez Pucciniego czy Czajkowskim, jest to bardzo poważna decyzja i spore ryzyko. Wyszło fantastycznie i jemu, i również debiutującej w tym repertuarze Annie Netrebko - dzięki YouTube widziałam, słyszałam, więc wiem, a recenzje poczytałam.

I co? Ktokolwiek o tym napisał? Nie. Za to nie ma dnia, żeby media nie zasypywały nas informacjami o pseudo celebrytkach, blogerkach i innych efemerydach, które tu przyszły, tam nie przyszły, wyszły na spacer, pokazały albo nie pokazały dziecko, nową kreację albo za dużo tyłka. Trochę wstyd.

Fama

piątek, 14 października 2016
O urnie i ziemi włoskiej

Malowani Patrioci (używam wielkiej litery, żeby nie nadużywać cudzysłowu, a poza tym oni lubią wielkie litery) nie przestają prześcigać się w kuriozalnych pomysłach. Potwierdzają one tezę, którą sformułowałam sobie już dość dawno: im bardziej ktoś w Polsce o swoim Patriotyzmie krzyczy, tym mniej zna własny język i własną historię. Polszczyzna wypowiedzi Patriotów zazwyczaj woła o pomstę do nieba, dowodząc braku szacunku dla języka, jego zasad i historii (bo te co bardziej absurdalne zasady mają swoje źródło w zmianach historycznych języka).

W ostatnich dniach dwie radykalnie odmienne sprawy pokazały, że również z edukacją w zakresie rodzimej literatury oraz historii jest u Patriotów krucho.

Przypadek 1. Literatura polska

Mazowieckie kuratorium ogłosiło konkurs dla gimnazjów, zatytułowany "Lech Kaczyński - historia najnowsza". Pomińmy to, że z tytułu wynika, iż Lech Kaczyński był najważniejszą personą ostatniego mniej więcej półwiecza i że w ogóle na nim historia się zamyka - konkurs dotyczy lat 1944-2010 (trochę to dziwne, bo bracia Kaczyńscy urodzili się, wg wikipedii, dopiero w 1949).

Pomińmy cały kuriozalny opis tego konkursu, do którego byłego prezydenta wciśnięto tak na siłę, że to aż boli (całość "programu merytorycznego" można sobie przeczytać w załączniku pod takim właśnie tytułem na oficjalnej stronie kuratorium). Przyjrzyjmy się mottom. I tu zaczyna się problem, bo nie wiem, od którego zacząć. Jest bowiem tak, że drugie urąga pierwszemu i to na więcej niż jednym poziomie i właściwie należałoby się z nim najpierw rozprawić. Otóż uważam, że autor motta pierwszego (Cyprian Kamil Norwid) powinien jako ta hrabini z Ballady o jednej Wiśniewskiej ze zbiorowej paryskiej mogiły wstać, wyrwać z trumny sękatą deskę i zdzielić nią kogoś po głowie. Zostawmy w spokoju śp. autora motta drugiego, bo w końcu Norwid należy do domeny publicznej i można go cytować jako motto*. Grzechem niewybaczalnym w szkolnym konkursie jest zestawienie dwóch mott: jednego z poezji wybitnej, drugiego z marnej amatorszczyzny, nie wydanej nawet oficjalnie czyli tak naprawdę nienależącej do obiegu literackiego**, a zarazem niebędącej nawet dziełem osoby powszechnie znanej, co mogłoby od biedy taką decyzję usprawiedliwiać.

Po tej dygresji wróćmy do motta pierwszego. Są nim słowa z jednego z bezwzględnie najlepszych i najwybitniejszych wierszy, jakie powstały w języku polskim, a zaznaczę może, iż nie jestem wielbicielką Norwida en masse. Cytat brzmi "Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie" i pochodzi, oczywiście z Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie. Kiedy przeczytałam, że ten wers, fragment tego konkretnego wiersza stał się mottem takiego konkretnego konkursu, najpierw śmiech mnie porwał pusty, a potem litość i trwogę zastąpił iście diabelski chichot, przyszło mi bowiem do głowy, że może w tym kuratorium pomysł z tym mottem wyszedł od kogoś, kto postanowił konkurs strollować?

Wers, jak to z mottami bywa, jest wyrwany z kontekstu. Zazwyczaj jednak, wybierając motto, mamy również na uwadze właśnie kontekst, z którego pochodzi (hmm, historia w sumie obfituje w źle czy raczej ahistorycznie i wbrew oryginalnym intencjom zastosowane motta, ale idealne założenie jest właśnie takie). A o czym jest wiersz Norwida? Oczywiście o tym, że wybitnych ludzi często nie doceniano za życia. Tak. Ale oparty jest na pewnym zamyśle kompozycyjnym i historycznym: jest w nim mowa wyłącznie o takich wybitnych, którzy doczekali się drugich pochówków (czasem symbolicznych), bo tym, co ich łączy, jest to, że po śmierci zostali pochowani byle jak, bez pompy, a dopiero po latach ich współobywatele docenili ich zasługi i wyprawili im uroczyste pogrzeby lub wystawili pomniki.

Czyli mamy bardzo wyraźne następstwo wypadków: śmierć w zapomnieniu, pogardzie lub na wygnaniu -> nędzny pogrzeb -> docenienie po śmierci -> drugi, wystawny pogrzeb/grobowiec lub wzniesienie pomnika.

Pytanie, które natychmiast się nasuwa, jest następujące: co oznacza motto z tego wiersza wobec pośmiertnej narracji (wybaczcie), która zaczyna się dokładnie po stronie przeciwnej czyli od wystawnego pogrzebu i wspaniałego grobowca w najważniejszym miejscu Polski?

Przypadek 2. Historia Polski

W ostatnich dniach publicysta i pisarz Jaś Kapela został skazany (jeszcze nieprawomocnie) na karę grzywny za obrazę hymnu polskiego. Oskarżycielami byli oczywiście Patrioci. Co takiego zrobił Kapela? Pomyślałby kto, że podeptał albo spalił jakieś wydanie Mazurka Dąbrowskiego, śpiewał hymn po pijanemu trzymając w ręce flagę ze swastyką albo coś w tym rodzaju.

Nie. Kapela napisał wiersz, bo jego dzieło jest tak naprawdę autonomicznym utworem, opartym na słowach i rytmie Mazurka. Wiersz jest całkiem dobry - na pewno o siedem nieb lepszy od podzielonej na wersy prozy jezuity, który jest autorem motta nr 2 wzmiankowanego powyżej. Wiersz bardzo sprawnie operuje obrazami i kontekstem powstania naszego hymnu narodowego i jest, co więcej, społecznie ważny. Prowokacja jest często najlepszym sposobem zwrócenia uwagi na jakiś problem, i miejmy nadzieję, że Kapeli się to uda - kampania rozdmuchiwania sprawy jest tu jak najbardziej słuszna.

W bardzo sensownej rozmowie z dziennikarzem Kapela tłumaczy założenia tej prowokacji: my też byliśmy kiedyś "uchodźcami". Wykorzystanie tekstu powstałego na uchodźstwie w kontekście katastrofy humanitarnej, wydaje się bardzo na miejscu. Pomija przy tym jednak pewien aspekt, który do linii ideowej jego prowokacji pasuje przecież jeszcze lepiej. Przypomnę go, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że po edukacji szkolnej (bardzo Patriotycznej, mój licealny historyk dołączył po 1989 do szeregów skrajnej prawicy) nie miałam pojęcia o realnym kontekście powstania Legionów Polskich w Italii. Gdzieś tam, coś tam, sprawa polska. Wybicki, Dąbrowski - nazwiska bez znaczenia.

Drodzy Patrioci, pozwólcie zatem, że wam uświadomię, jakiego to tekstu, którego dziejów i kontekstu, najwyraźniej nie znacie, bronicie jako nietykalnej świętości. Może któregoś z was ten kontekst będzie parzył. Mazurek Dąbrowskiego powstał, oczywiście, w Legionach Polskich. Legiony Polskie zaś powstały w 1797 jako przybudówka republikańskiej, ba: rewolucyjnej armii francuskiej, która w północnej Italii walczyła z opresją habsburskiej Austrii, ale też Państwa Kościelnego. Polscy legioniści brali udział we francuskim marszu na Rzym i pierwszym w historii obaleniu tegoż papieskiego państwa, a także w obaleniu rządów burbońskich w Neapolu. Walczyli w armii, której hasłem były "wolność, równość i braterstwo". Nie robili tego pod przymusem - to byli ochotnicy. Nie robili tego wyłącznie z politycznego wyrachowania i dla ugrania czegoś dla Polski, choć na pewno było to istotnym czynnikiem. Niemniej o wolnościowe ideały i przeciwko konserwatywnej tyranii walczyli z przekonania. Dla tej właśnie armii Józef Wybicki napisał Pieśń Legionów Polskich we Włoszech (i mógłby się czepiać, że obecny hymn zmienił nieco jej słowa).

I jeszcze jedno: proponuję na wszelki wypadek zlustrować Jana Henryka Dąbrowskiego. Miał wprawdzie epizod niepodłegłościowy (powstanie kościuszkowskie, Legiony, armia Księstwa Warszawskiego), ale jednak zaczynał z własnej woli w wojsku niemieckim - saskim i pruskim (za Fryderyka Wielkiego!), a potem został oficerem armii carskiego Królestwa Polskiego.

Na koniec wbiję wam jeszcze w związku z naszym hymnem nóż w samo Patriotyczne serce. Otóż, jak wyczytałam w naukowym artykule poświęconym przeróbkom różnych hymnów narodowych z Marsylianką na czele, ale i o Hendrixie i Star Spangled Banner też tam jest, polski hymn narodowy jest jednym z trzech w Europie (obok francuskiego i włoskiego, wszystkie trzy są skądinąd genetycznie i ideowo pokrewne), który nie ma żadnych religijnych korzeni i powiązań.

I co teraz zrobicie z tym naszym hymnem?

Reggio Emilia 

* Tak, drogi czytelniku, wzrok cię nie myli. Motto drugie jest z utworu, którego mottem jest inny fragment tego samego wiersza Norwida, na dodatek stoi tak jak byk "Motto (fragment)", po czym następują dwa oddzielone trzykropkiem w nawiasie kawałki z Coś ty Atenom... Niestety świadczy to o tym, że autor, który za motto (nr 2) posłużył kuratorium oświaty, nie rozumie idei motta.

**Pseudo-wierszowana (bo jest to marna proza podzielona na wersy) kiczowata pisanina (felietonistyka?) jezuity Mirosława Paciuszkiewicza dostępna jest  jedynie jako dokument tekstowy online, a "wydana" jest "staraniem Przyjaciół Ojca Mirosława", bez ISBN, bez instytucjonalnego wydawcy, najwyraźniej nawet bez jakiejkolwiek formy trwałej, bo nie jest to nawet nieedytowalny pdf. Przed lekturą należy się uzbroić w dużą dawkę poetyckiej niewrażliwości, ponieważ większość utworów nie łapie się nawet na usprawiedliwiające określenie "naiwne".

 

 

poniedziałek, 10 października 2016
Koniec epoki

90 lat to piękny wiek, zwłaszcza jeśli człowiek do końca jest sprawny umysłowo, czynny zawodowo, a i zdrowie w miarę dopisuje. Niemniej wiadomość o śmierci Andrzeja Wajdy przyjęłam z wielkim smutkiem. To był dla mnie ktoś, kto istniał w mojej świadomości od zawsze, kto patronował moim największym zachwytom teatralnym i filmowym. I mimo że ostatnim jego filmem, który mnie zachwycił, była Zemsta sprzed, bagatela, czternastu lat, będzie mi go brakowało w krajobrazie kulturalnym Krakowa, Polski, Europy, świata.

O tym, że był najważniejszym ambasadorem naszej kultury, przekonałam się jako dziecko: nie dorósłszy jeszcze do większości jego filmów, oglądałam Retrospectiva de Andrzej Wajda w dużym kinie w Caracas, kiedy w Polsce trwał stan wojenny. Jako całkowita smarkula zaliczyłam dzięki temu takie naprawdę dorosłe filmy jak Ziemia obiecana, Wesele czy Popiół i diament. Nie jestem pewna, ile z nich zrozumiałam, ale jedno wiem: zachwyciły mnie robotą filmową, choć wtedy bym pewnie tego tak nie określiła. Wtedy zachwyciły mnie tym, co na tę robotę się składa: kolorem, dynamiką, dźwiękiem - to były dzieła totalne. I zaraziły mnie miłością do kina. Trwającą do dziś, choć teraz w zalewie filmów coraz rzadziej znajduję takie, które zachwycają mnie tak absolutnie.

Potem, już w czasach licealnych, zdołałam wyłowić w krakowskich DKFach i kinach studyjnych w zasadzie wszystkie pozostałe filmy Wajdy. Na Smudze cienia byłyśmy same z moją Mamą, która do dziś pozostała fanką w zasadzie bezkrytyczną Mistrza. Ba, siedziałyśmy w nieogrzewanej sali maleńkiego nowohuckiego kina, którego nazwy nawet nie mogę sobie teraz przypomnieć. To był dla nas drugi koniec Krakowa, środek zimy, tuliłyśmy się w ciepłych kurtkach, nasze oddechy zamieniały sie w parę, a operator projektora zapewne klął po cichu, że w ogóle ktokolwiek na ten seans przyszedł, bo w jego kanciapie musiały panować równie syberyjskie warunki.

Był jeszcze teatr, który zachwycił mnie chyba nawet bardziej niż filmy. Miałam ogromne szczęście, bo na czas mojej największej teatromanii przypadł nie tylko schyłek złotego okresu Starego Teatru w Krakowie, ale również kilka sezonów wznowień najważniejszych spektakli z lat siedemdziesiątych, w związku z jakimiś rocznicami festiwalu w Edynburgu, gdzie te przedstawienia święciły w swoim czasie triumfy. Dzięki temu zobaczyłam na scenie moją miłość absolutną czyli Noc listopadową, którą wcześniej widziałam w wersji telewizyjnej (miałam może jakieś dziesięć lat) i zakochałąm się od pierwszego wejrzenia, a następnie nauczyłam się jej na pamięć dzięki czarnej płycie, którą gdzieś mi wynalazł Tato. W teatrze chodziłam na prawie każde przedstawienie. Tekst w wersji Wajdy pamiętam do dziś, mam praktycznie cały spektakl przed oczami - wydane stosunkowo niedawno dvd jest mi prawie niepotrzebne, a jak sięgam po tekst Wyspiańskiego, to dziwię się, że są tam jeszcze jakieś sceny nieobecne w adaptacji.

Zobaczyłam też, co wymagało naprawdę wielkich zabiegów w organizacji widowni i godzin wystawanych przed teatrem, wznowienia Biesów i Nastasji Filipowny - legendarnych spektakli według Dostojewskiego. Zwłaszcza ten drugi to było naprawdę teatralne objawienie. Oczywiście przez to wszystko popełniłam ten błąd, że poszłam w odruchu serca na teatrologię jako pierwsze studia, gdzie z moim uwielbieniem dla klasyki, tekstu i Wajdy okazałam się rarogiem, bo w modzie była przebrzmiewająca awangarda spod znaku Grotowskiego i dojrzewające eksperymenty spod znaku Gardzienic. A ja ani tego, ani tego. Teatrologię zakończyłam po roku, a stara miłość nie zardzewiała.

Z filmami Wajdy nieco się w ostatnich latach rozchodziłam. O ile również jako może dwunastoletnia smarkula obejrzałam Człowieka z marmuru z wypiekami na twarzy, o ile adaptacje literatury zachwycały mnie niezmiennie i totalnie, o ile widziałam w kinie Dantona około dziesięć razy (a może więcej? dialogi z tego filmu właściwie też znam do dziś prawie na pamięć), o ile doskonale bawiłam się na filmach lżejszych: Polowaniu na muchy, Przekładańcu czy Niewinnych czarodziejach, o tyle jakoś od Miłości w Niemczech (z przerwą na urokliwą Kronikę wypadków miłosnych) miałam wrażenie, że coś się zmieniło, że już te filmy nie trafiają aż tak do mojej wrażliwości. Że tak jednak nie jest, przekonał mnie Pan Tadeusz, mimo zastrzeżeń obsadowych (coś, co właściwie wcześniej mi się w adaptacjach literatury nie zdarzało - dobra, z wyjątkiem teatralnego Hamleta, tego z Jerzym Stuhrem - którego skądinąd bardzo lubię jako aktora - w roli tytułowej), później również Zemsta. A potem byłam okropnie zła na Katyń, po którym spodziewałam się goryczy Popiołu i diamentu, a nie płaskiej hagiografii. I pomyślałam, że może za wyjątkiem adaptacji literatury to już rzeczywiście nie moje kino, że ta różnica pokoleniowa w końcu dała o sobie znać.

Ale jak czytam o Powidokach - filmie o malarzu, który "wygrał" mi licealną olimpiadę z historii sztuki - to mam zdecydowaną ochotę pójść znów do kina na polski film. Mam nadzieję, że okaże się on bliski Czlowiekowi z marmuru, którego uważam za jedno z największych arcydzieł kina wszech czasów. Że to ostatnie dzieło mnie znów zachwyci, jak te pierwsze, które oglądałam.

Noc listopadowa, Stary Teatr Kraków

PS. Bardzo długo nie mogłam znaleźć odpowiedniego zdjęcia: nie pasowały mi żadne nagrobki czy posągi ze zbiorów własnych, nie pasowały mi fotosy z filmów. A to - to jest ta scena, w której odchodząca do Hadesu Kora-Persefona przekonuje swoją żałobną matkę Demeter, że taka jest kolej rzeczy... I dwie cudowne aktorki: nieżyjąca już Zofia Jaroszewska i młodziutka wtedy Anna Dymna. Jaroszewską widziałam w Nocy listopadową niemalże taką, jak na tym zdjęciu, Dymną - sporo starszą, ale nadal dziewczęcą. To jedna z moich ulubionych scen tego dramatu i tego spektaklu. Chyba pasuje.

 

niedziela, 09 października 2016
Płot a sprawa polska

Historia dziewczynki rysującej kredą po chodniku i reakcji współmieszkańców osiedla poruszyła internety. Pomijając bezsensowną formę reakcji mieszkańców i mój ambiwalentny stosunek do całej sprawy (zarówno zdarzenia jak i masowej reakcji na nie), tym, co oczywiście mnie uderzyło, była kolejna bezmyślna i bezrefleksyjna fala hejtu na "grodzone osiedla".

To hasło stało się wytrychem do pokazywania chorób toczących współczesne społeczeństwa, ale jak zwykle u nas wylewa się dziecko z kąpielą oraz usiłuje leczyć objawy, pomijając przyczyny. To nic nie da. Milion artykułów w mediach wszelakich nie sprawi, że ludzie zaczną czuć się bezpiecznie i wspólnotowo na tyle, żeby nie chcieć odgradzać się od zagrożeń albo po prostu bałaganu. Przyczyna bowiem jest taka, że jak komuna (a może i zabory, serio) zniszczyła u nas poczucie dobra wspólnego, pozostawiając jedynie fantom (jakże bolesny i patologiczny) wspólnotowości na poziomie narodowej abstrakcji. Komuna przyzwyczaiła nas do tego, że tym, co nie prywatne, "zajmuje się" państwo - czyli nikt. I jak menele albo chuligani zniszczą, to ktoś ma naprawić. Że nie naprawi? No to nie naprawi. Przewróciło się, niech leży. Przestrzeń publiczna jest ciągle w Polsce przestrzenią niczyją i jakkolwiek mam wrażenie, że to się zmienia, to ta zmiana zachodzi bardzo powolutku i kulawo, bo jednak wiele inicjatyw obywatelskich pada ofiarą wandalizmu i potem nie ma już środków, żeby naprawić szkody.

Powiem szczerze: kiedy ponad dziesięć lat temu kupowałam mieszkanie, celowo wybrałam takie, które jest w bloku z bramą, garażem i portierem. Nie jest to osiedle, blok jest pojedynczy i w sumie kształtem oraz układem bardziej przypomina dawne kamienice, niż cokolwiek innego, tyle że stoi sobie wolno, w otwartej przestrzeni, a nie zabudowie ciągłej. Ale teren jest ogrodzony, są furtki i otwierana na pilota brama wjazdowa. Jest też ogródek, w którym stoi niezdemolowana altanka i fontanna z niepobazgraną i nie rozbitą kamienną figurką. Od razu powiem jeszcze jedno: to nie jest luksusowy blok, większość mieszkań to typowa deweloperka: poniżej 55 m2, sporo wynajmowanych. Mieszkańcy są zwykłymi ludźmi, a metr kwadratowy, jak na prawie centrum dużego miasta był w bardzo przystępnej cenie.

Dlaczego tak wybrałam? Bo miałam dość. Przez lata mieszkałam z rodzicami w szacownej kamienicy będącej własnością uniwersytetu. Jak miałam osiemnaście lat, zostałam tam napadnięta przez zboczeńca (bo tak, bez ogródek się to wówczas nazywało), kilka lat później bardzo bliską mi osobę jakieś bandziory zrzuciły ze schodów, kradnąc jej torebkę. Do samochodu stojącego pod domem włamywano mi się po radio albo po nic, kilka razy wyrwano mi lusterko, raz stłuczono szybę. Podobnie z samochodami rodziców i sąsiadów. (To akurat nieco się ostatnio uspokoiło, po części dlatego, że radia nie nadają się już do montażu do innego samochodu, ale drugi ze wspomnianych napadów na klatce schodowej miał miejsce stosunkowo niedawno.)

A ja chciałam mieć spokój. Wracać do domu o dowolnej porze dnia i nocy bez lęku, który po latach we mnie pozostał, że ktoś wejdzie za mną do klatki i niewinnie rozpocznie rozmowę, ktora przerodzi się w coś zupełnie innego. Tu, gdzie mieszkam, też ktoś może oczywiście wejść - to nie ten typ portierni, gdzie goście się legitymują, aczkolwiek byłam u koleżanki w takim domu i mnie to osobiście nie przeszkadza. Ale samo to, że ktoś jest i potencjalnie obserwuje, i że nad bramką jest kamera przemysłowa, odstraszy takich przypadkowych pomniejszych napastników, jak ten, który zaatakował mnie w otwartej klatce bez żadnych zabezpieczeń. A poza tym - cóż, poczucie, że w przypadku obu napadów w kamienicy moich rodziców policja rozłożyła ręce, bo sprawcy byli naprawdę niewykrywalni, i im wszystkim uszło to na sucho, jest frustrujące.

Mój blok nie jest idealny - zdarzali się okropni sąsiedzi, ale plusem obecności portiera jest też to, że można go poprosić o zwrócenie uwagi hałasującym po nocy, zanim w desperacji zadzwoni się po policję. Z kolei natrętnych akwizytorów można odesłać do dzwonienia na portiernię - w efekcie mamy tu bardzo mało makulatury w postaci ulotek.

Wbrew temu, co wmawiają nam czasem media, takie bloki jak mój, podobnie jak osiedla z bramami i terenem prywatnym oraz tabliczkami o tym informującymi, istnieją na całym świecie i nie zawsze są zamieszkane wyłącznie przez nowobogackich. Myślę, że te, które widziałam w wielu wielkich miastach Europy, są zamieszkane głównie przez takich zwykłych obywateli jak ja i moi sąsiedzi. U mnie mieszkają uniwersyteccy profesorowie (co najmniej dwóch), ale i agenci ubezpieczeniowi, właścicielka biura nieruchomości, inżynierowie i nauczyciele. Samochody są w najlepszym wypadku ze średniej półki cenowej.

Wróćmy jednak od szczegółów do ogółu. To, że ludzie zamykają swoją przestrzeń prywatną, jest wynikiem degradacji przestrzeni publicznej. W wielkich miastach Europy ta ostatnia posiada zazwyczaj większe niż w Polsce enklawy, ale jest tam też więcej miejsc niebezpiecznych. W większości tych miast granice są dość powszechnie znane, a przenikanie się stref ograniczone - choć to akurat się zmienia i stąd zapewne coraz więcej domów czy osiedli zamyka się od zewnątrz. Jak lata temu byłam na stypendium w Oksfordzie, znajoma z college'u zabrała mnie do swojego domku na przedmieściu - zostawiła na ulicy niezamknięty samochód z otwartymi oknami, dom zamykała na jeden zwykły zatrzask typu Yale. Nie jestem pewna, czy dalej tak robi.

Teraz pytanie do tych wszystkich, którzy tak ochoczo podchwycili hasło "grodzonych osiedli" i hejtują je, że hej. Czy kogoś dziwi, że ogradzamy teren, na którym znajdują się wolnostojące domy jednorodzinne? Albo i takież w zabudowie szeregowej? Zamykamy również nasze mieszkania, nikt nie podnosi rwetesu o zamknięte na klucz i zaopatrzone w domofon klatki schodowe w blokach. Dlaczego zatem akurat ogrodzenie osiedla czy terenu wokół bloku budzi takie emocje? To wszystko służy może izolacji w niewielkim odsetku osiedli, tych naprawdę dla nowobogackich, ale myślę, że w ogromnej większości przypadków jest jak u mnie: dla bezpieczeństwa i zachowania porządku. Czasem nieco mniejsze zabezpieczenia służą uniemożliwieniu wjazdu samochodom innym niż mieszkańców - bo w mieście brakuje miejsc postojowych, a mieszkańcy bloku mogą sobie zamknąć swój teren, w przeciwieństwie do tych, którzy mieszkają w centrum miast i parkują na ulicach (za co jak na ironię płacą abonament, w przeciwieństwie do blokowiczów...)

A na koniec apel do mediów: zamiast podsycać podziały i wzbudzać hejt, może by tak zająć się przyczyną i prawdziwą chorobą, czyli wspomnianą degradacją przestrzeni publicznej? Jeśli ludzie poczują, że publiczna znaczy należąca do wszystkich, zaczną ją szanować tak samo jak prywatną. Na razie rozziew między tymi dwiema sferami naszego życia jest tak ogromny, że chronimy to prywatne - nawet jeśli prywatność jest rozłożona na mieszkańców bloku czy osiedla, co nadal pozostaje policzalne i przez to nie anonimowe, nie rozmyte - i odgradzamy je od publicznego czyli niczyjego.

Jeśli ten sposób myślenia się nie zmieni - a nie zmieni się bez inicjatyw i akcji, które nauczą ludzi współodpowiedzialności za publiczne - prywatne będzie stało w opozycji do publicznego, zamiast stanowić jego nieco bardziej intymne przedłużenie.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright