środa, 21 czerwca 2017
Przypowieść

Kiedy umarł stary, schorowany król, jego nieco młodszy brat wreszcie mógł zabrać się do rządzenia. Gorliwie zajął się  przede wszystkim wprowadzaniem surowego prawa moralnego, w którego szerzeniu jego brat okazał się zanadto gnuśny, usiłując lawirować między różnymi intrygującymi grupami w państwie i na dworze. Nowy król zaczął od niewinnych decyzji dotyczących długości strojów tancerek. Skończył na wprowadzeniu kary śmierci za bluźnierstwo.

Czy działo się to w jakimś zacofanym średniowiecznym państewku w okresie wojen krzyżowych? A może, to dziś pewnie główne narzucające się skojarzenie, w jakimś tkwiącym w "średniowiecznych" czy "plemiennych" obyczajach kalifacie? Czyźby chodziło o prawo szariatu? Nie, chodziło o ultraortodoksyjny katolicyzm. I działo się niedawno i niedaleko, w latach 1825-30 we Francji.

Piszę to dlatego, że przeczytanie dzisiaj pewnego wywiadu uświadomiło mi, że zasadniczym błędem myślowym, jaki popełnia się w "dyskursie" dotyczącym uchodźców, a dotykającym bardzo istotnego problemu, jakim jest tożsamość kulturowa i cywilizacyjne wartości, źle stawia się granicę. Mówi się np. o tym, że powinno się przyjmować uchodźców wedle klucza kulturowego, a wyznacza się to na podstawie wyznawanej religii. I mówi się przy tym o korzeniach naszej cywilizacji, zapominając, że ich znacznie starszą i potężniejszą nogą od judeochrześcijaństwa jest starożytność klasyczna z jej prawami, filozofią, nauką.

Ale przede wszystkim zapomina się, że tamte dwie tradycje to, owszem, fundament, ale bardzo głęboki, rozproszony. Tym, na którym bezpośrednio zbudowana jest nasza współczesna europejska cywilizacja, nasze pojmowanie państwa, prawa i obywatelstwa, jest oświecenie i Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, czyli to, z czym usiłował walczyć Karol X. I o to, czy tradycje te są dla osób pragnących się tu osiedlać na stałe akceptowalne, powinniśmy pytać, a nie o wyznanie. Takich, dla których są one nieakceptowalne, mamy zresztą dość własnego chowu i tylko czekać, aż zradykalizują się jak król z naszej przypowiastki. Którego, nawiasem mówiąc, z areny dziejowej zmiotła w 1830 r. rewolucja wywołana właśnie przez wspomniane ustawy.

Ach, dodajmy może jeszcze, że to Karol X rozpoczął podbój Algierii, a jednym z jego światłych pomysłów na szerzenie tam właściwej wiary było wysadzenie meczetu, żeby na jego miejscu zbudować kościół.


Save

Save

Save

Save

Save

Save

niedziela, 11 czerwca 2017
Ale to już było...

Tylko najwyraźniej, nie tak jak w piosence, wraca. Wczoraj Władysław Frasyniuk został siłą usunięty przez policję z demonstracji, która wedle najnowszego prawa była nielegalna, ponieważ i tylko dlatego - nie de iure, bo prawo sformułowano sprytnie, ale na pewno de facto - że nie zgadzała się z oficjalną linią rządową. Frasyniuk już to przerabiał, za PRL. Przerabiał też grożące mu za ten czyn więzienie. Myślę, że on się nie boi, że się z tym liczył, wybierając się wczoraj z Wrocławia na Krakowskie Przedmieście.

Przerażające jest w tym wszystkim co innego: absolutny cynizm obecnej władzy. Cynizm oparty na bardzo prostej przesłance: dla wyborcy, który dziś decyduje o wynikach, PRL to już historia, a nazwiska prawdziwych bohaterów tamtych czasów bardzo łatwo zastąpić innymi. Wyobrażałabym sobie, że to, co się wczoraj stało: usunięcie prawdziwej legendy antykomunistycznej opozycji siłą przez policję z demonstracji, to obraz tak mocny, tak wyrazisty, że powinien spowodować gigantyczny protest społeczny. Otworzyć oczy na to, co się wokół nas dzieje.

Tak się nie stało i tak się zapewne nie stanie. I to właśnie mnie przeraża.

PS. Uważam, że Władysław Frasyniuk powinien zostać następnym prezydentem Polski. Zwłaszcza jeśli zostanie skazany za wczorajsze "naruszanie porządku".

Save

piątek, 02 czerwca 2017
Decorum

Jak miałam jakieś najwyżej czternaście lat, moja świętej pamięci Babcia, przedwojenna (powojenna zresztą też) nauczycielka zapomniała chyba o pedagogicznym wykształceniu, że o instynkcie już nie wsponmnę, i uraczyła mnie opowieścią, która żadną miarą nie nadawała się do opowiedzenia osobie w tym wrażliwym wieku. Była to opowieść o opowieści, którą Babci z kolei opowiedziała niegdyś jej koleżanka, pracująca w administracji cmentarza komunalnego w Warszawie. Tego, na który przywieziono szczątki ofiar katastrofy lotniczej Iła na Okęciu w 1980 roku.

Scenę pamiętam do dziś w szczegółach: siedzimy, jak zwykle, w kuchni, ale z opowieści brzmi mi wciąż w głowie tylko jeden fragment: Babcia mówiąca, że ta koleżanka widziała worki, w których kawałki białych ciał przemieszane były z kawałkami czarnych - sporą część reprezentacji bokserskiej USA stanowili, jak by się dziś rzekło, Afroamerykanie (Babcia ani jej koleżanka nie znały jeszcze tego określenia, więc mówiły Murzyni). Ten właśnie szczegół makabrycznej opowieści utkwił mi w pamięci najbardziej. Babci pewnie też, może opowiedziała to szczególnie obrazowo, a może dla jej koleżanki to właśnie symbolizowało rozmiar katastrofy i tragedii. Zapewne Babcia, podobnie jak wcześniej jej koleżanka, potrzebowała się od tego obrazu uwolnić. Nie dziwię im się - mnie on też prześladuje do dziś, mimo że był z drugiej ręki.

Ten obraz wraca teraz do mnie, choć bardzo tego nie chcę, ilekroć czytam wynurzenia osób z rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, konkretnie tych, które domagają się doprowadzenia do czystości genetycznej szczątków znajdujących się w poszczególnych trumnach, posuwając się do tak nieludzkich stwierdzeń, że nie życzą sobie, żeby ich współmałżonkowie leżeli razem z współmałżonkami innych osób. (Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na skojarzenia, jakie ta konkretna wypowiedź może wywoływać, całkiem mimowolnie.)

Ponieważ nigdy nie byłam w podobnej sytuacji i mam nadzieję, że nigdy nie będę, mogę oczywiście jedynie teoretyzować, co uważam za najsensowniejsze wyjście. Ale jest to teoretyzowanie oparte na przesłankach zarówno emocjonalnych jak i intelektualnych, które wydają mi się dość mocno osadzone w moim światopoglądzie. Otóż podobnie jak Paweł Deresz - któremu należy się wielki szacunek za pełną godności postawę w całej tej historii, zwłaszcza że musi wysłuchiwać naprawdę nieprzyjemne rzeczy o swojej nieżyjącej żonie - uważam, że w takich okolicznościach najlepszym wyjściem jest wspólny grób. Demokratyczny, upamiętniający wszystkich, którzy zginęli, nie robiący z nich równych i równiejszych.

I po prawdzie moim skromnym zdaniem wyrażający maksymalny szacunek dla zmarłych, zważywszy, w jakim stanie znajdowały się ich ciała, zob. opowieść koleżanki mojej Babci, nie mówiąc już o wypowiedziach specjalistów. Z niedowierzaniem zatem przeczytałam dalsze enuncjacje jednej z wdów, porównujących taki zbiorowy grób do masowych grobów ofiar mordów.

To są przecież dwie zupełnie odrębne kulturowo sprawy - i zawsze były. Konieczność pochowania jakiejś grupy, najczęściej poległych w bitwie, we wspólnym grobie, jest stara jak świat. Czasem na polu bitwy wystawiano odrębne pomniki dla poszczególnych stron walczących, z czasem zaś - zasadniczo gdzieś w połowie wieku XIX - zaczęto niekiedy stawiać takie pomniki dla wszystkich poległych, słusznie zakładając, że zwykły żołnierz jest ofiarą, niezależnie od tego, po której walczy stronie. A szacunek dla grobów poległych wrogów jest jedną z miar człowieczeństwa danej społeczności.

Od tzw. zawsze też ludzkości zdarzało się cichaczem wymordować jakąś grupę i usiłować zamaskować miejsce zbrodni chowając jej ofiary w nieoznaczonym dole. To jest ta fundamentalna różnica: to wszystko, co zbiorowy pochówek otacza w wymiarze zarówno materialnym (pomnik, miejsce), jak i symbolicznym (celebracja, upamiętnienie z imienia i nazwiska itd.). Jeśli chowa sie ludzi, choćby pozbieranych w kawałkach z pola bitwy albo miejsca katastrofy, z należną pompą i podpisuje grób choćby zbiorowym określeniem o symbolicznym znaczeniu (trudno np. na niewielkim obelisku wypisać tysiące nazwisk), to nie umniejsza to szacunku dla poszczególnych zmarłych.

Na dodatek nawet relatywnie pozbawiony godności pochówek we wspólnej mogile "dla nędzarzy", co bywało niegdyś praktykowane, nie szkodzi prawdziwej wielkości, o czym świadczą przykłady Mozarta czy Norwida. Oczywiście, tym wielkim, nawet docenionym dopiero po śmierci, zazwyczaj robi się potem choćby i symboliczny pochówek indywidualny - i to już jest troszkę nieuczciwe wobec wszystkich innych pochowanych w takich grobach. A w sumie wystarczyłoby, żeby w owych czasach na jakiejś zbiorowej tablicy wypisywano nazwiska wszystkich chowanych w tych zbiorowych mogiłach, żeby rytuałowi stało się zadość.

Na dodatek, jakkolwiek istniały i istnieją nadal kultury, które regularne wyjmowanie zmarłych z grobów uznają za objaw szacunku wobec przodków, to nasza kultura (niezależnie od tego, czy kładziemy większy nacisk na jej klasyczne, czy judeochrześcijańskie korzenie) do nich nie należy. Dlatego osobiście czuję duży dyskomfort, kiedy jestem epatowana przez media nie tylko samymi ekshumacjami, ale przede wszystkim wypowiedziami ludzi domagających się tego wyciągania, analizowania i przerzucania fragmentów ciał z trumny do trumny. Gdyby zdecydowano się na wspólny grób, szacunek dla wszystkich byłby równy. Ale niestety mam wrażenie, że nie wszystkim o to chodzi.

Save

Save

Save

sobota, 27 maja 2017
Taki mi się marzy teatr...

Byłam ja kiedyś teatromanką... Chodziłam w Starym Teatrze na wszystkie premiery, a na niektóre spektakle to i po kilka razy.

Ostatnio w teatrze bywałam jedynie za granicą.

Dlaczego? Bo lubię w teatrze posłuchać dobrze podanego i dobrze zagranego klasycznego tekstu. Może być w intrygującej interpretacji scenicznej, może proponować nowe interpretacje. Ale lubię, jeśli te efekty są osiągane środkami tradycyjnymi: ekspresją aktorską, inscenizacją pozostającą wierną tekstowi (co nie znaczy, że dosłowną!!!). Lubię, jak reżyser szanuje tekst i jego autora.

To nie znaczy, że całkowicie odrzucam awangardę i teatr autorski. Ale chcę mieć to jasno powiedziane: jeśli idę na sztukę, którą napisał Sofokles, Szekspir, Molier czy Wyspiański, to chcę mieć w niej tekst Sofoklesa, Szekspira, Moliera czy Wyspiańskiego, a nie reżysera-autora. Jeśli tego ostatniego jest w tekście przewaga, to niech ma odwagę podpisać tekst własnym nazwiskiem, co najwyżej dopisując "inspirowane przez [Sofoklesa/Szekspira/Moliera/Wyspiańskiego].

Tak, piję do Klątwy Frljicia z jednej, a awantury o Stary Teatr z drugiej strony.

Ponieważ jestem prawie bezwzględną zwolenniczką wolności słowa (o uznawanych ograniczeniach kiedyś pisałam), czuję się w moralnym obowiązku protestować przeciwko próbom zdjęcia spektaklu Frljicia z afisza. Moralnym, ale nie estetycznym. To nie jest mój teatr, to nie jest sztuka, którą chcę oglądać, kiedy na tymże afiszu, tyle że dosłownym, mam napisane Stanisław Wyspiański, a właściwy autor ukrywa się za etykietką reżysera.

I jest mi bardzo, ale to bardzo przykro, że nominacja na dyrektora kogoś, kto w narodowym teatrze widzi przede wszystkim miejsce dla klasyki - skądinąd mojego kolegi z czasów wspólnej pracy w krakowskiej Gazecie Wyborczej (choć wiele wskazuje na to, że nasze ideowe drogi się rozeszły) - zdarzyła się za obecnych rządów, ponieważ natychmiast estetyka stała się sprawą polityczną. I ja tym razem ze względów estetycznych kibicuję Markowi Mikosowi, a bardziej jeszcze Michałowi Gielecie (bo opinie, które przeczytałam, i tyle, co się da znaleźć życiorysu artystycznego, do niego akurat nastrajają mnie pozytywnie) żeby pokazali, że da się stworzyć nowoczesny teatr, który szanuje klasykę.

Teatr Klaty moim skromnym zdaniem tego postulatu nie spełniał. Było za dużo autorstwa, za mało szacunku dla tekstu. To nie był mój teatr, nie biegałam w wypiekami na twarzy na kolejne spektakle. Chciałabym, żeby to wróciło, żebym także w Krakowie mogła pójść na klasyczną sztukę bez strachu, że wyjdę zniesmaczona albo po prostu znudzona i zmęczona oglądaniem ego reżysera zamiast sztuki, którą przyszłam oglądać.

Mój Stary Teatr to był teatr Swinarskiego, Wajdy, Jarockiego, Bradeckiego (wielkie spektakle tych dwóch pierwszych reżyserów miałam okazję obejrzeć dzięki powtórkom rocznicowym). Mój teatr znajduję wciąż w wielkich kulturalnych stolicach Europy, gdzie jest miejsce i na tradycyjnie (co nie znaczy dosłownie i nudno!) wystawianą klasykę, i na eksperymenty teatralne czy parateatralne. I bardzo, ale to bardzo się boję, że klasyka zostanie z polskiego teatru całkowicie wyparta przez asocjację z "dobrą zmianą". Jeśli istotnie tak się stanie, to będzie kolejna niepowetowana strata związana z obecnym rządem.

Tagi: teatr
02:27, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 kwietnia 2017
Książę Pepi a sprawa pomnikowa

- Jesteśmy realistami. Wiemy, że tam [przed Pałacem Prezydenckim - red.] nie ma na nie miejsca - mówi w "Rzeczpospolitej" poseł PiS i były kandydat na prezydenta stolicy Jacek Sasin. - Choć można sobie wyobrazić przeniesienie pomnika Księcia Poniatowskiego - dodał polityk. 

Taką informacje przeczytałam dziś w gazecie. Równo rok i dwa miesiące temu napisałam pewien wpis w związku z wypowiedzią jakiegoś innego polityka. Z wpisu tamtego niniejszym przytaczam istotne dla nowego kontekstu fragmenty. Pod rozwagę tym, którzy chcą Księcia Pepiego przenosić. Bo to ma specyficzne konotacje historyczne.

DZIEJE JEDNEGO POMNIKA (20 lutego 2016)

(...)

Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny, no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

(...)

Warszawa 10.12.2014

Save

Save

Scenarzysta kule nosi (Belle epoque 10)

Zastrzelili. Nie arcyksięcia, nie. Jeszcze nie. Również niestety nie Weronikę (już nawet nie westchnę cichutko, że była taka wspaniała szansa na odstrzelenie tej postaci). W sumie to nawet trzy osoby chyba odstrzelili, bo jak na złość, kiedy nagrywarka nie działa, to mamy z N rozbieżność zdań co do tego, kogo operator pokazał nam w ostatnim kadrze: głównego bohatera czy też Iwanowa przez Pfg zwanego Człowiekiem bez Kapelusza, a który jako żywo wyskoczył z testamentu Misi jako ten nie przymierzając królik z kapelusza.

Tak. To by mogło być w sumie na tyle w kwestii tego odcinka, bo na ten poziom fabularnego bełkotu nie wspiął się jeszcze żaden z poprzednich. Ale zaciśnijmy zęby i jednak spróbujmy jakoś się z nim rozprawić w kontekście całości. Nie będzie łatwo, o nie.

Konstancja. Miałam nadzieję, że ją odstrzelą. Podczas ślubu. Wtedy mielibyśmy głównego bohatera ślubującego vendetta, tremenda vendetta w drugim sezonie. Postać policjanta, który zrywa sie z uwięzi, bo ma własną sprawę do wyśledzenia i własnych złoli do ukarania, jest może niespecjalnie oryginalna, ale posiada potencjał. Ale Konstancja właściwie okazała się po prostu patologiczną kłamczuchą, a scenarzyści chyba pogubili się w jej kłamstwach, że o aktorce, która kompletnie pogubiła się w tej roli nie wspomnę (o co jestem skłonna obwiniać reżysera, bo to jednak zasadniczo dobra aktorka). Ewentualnie Konstancja cierpi na osobowość wielokrotną i mamy jakąś marną podróbkę Memento. Wątek jej ślubu z Iwanowem sporo obiecywał, ale Iwanowa chyba zastrzeliła na dobre (bo w śmierć głównego bohatera niestety nie uwierzę, że nie czytałam bowiem, jakoby Małaszyńskiego zamierzał zatrudnić Hollywood, HBO czy choćby BBC, co skłoniłoby go do rezygnacji z roli, a scenarzystów zmusiło do zabicia postaci).

Mila. Pragnę przypomnieć scenarzystom (i charakteryzatorom), że Mila jest prostytutką. Przeczystą, ale jednak prostytutką. W hotelu z tych może nie najpodlejszych, ale jednak o cechach burdelu z wyszynkiem i z pokojami na godziny. W związku z czym nawet solidnie podbite jedno oko nie powinno być dla niej taką traumą, że najpierw straciła przytomność, a potem nie chciała, żeby ukochany ją w takim stanie oglądał. Prostytutka jej klasy do takich zachowań klientów raczej była przyzwyczajona i naprawdę musiałaby być znacznie bardziej pokiereszowana, żeby robić aż takie mecyje. Prawdę mówiąc, jak kilka lat temu oberwałam podczas upadku z konia strzemieniem w plus minus oko, to wyglądałam znacznie gorzej niż ona tak straszliwie pobita. A wszystko po to, żeby Henryk mógł się jej prawie że oświadczyć, co ona zresztą przyjmuje z taką łatwością, że ma się wrażenie, że w tym burdelu to ona tak od godziny i przez przypadek.

Komisarz Jellinek. Olaf Lubaszenko po raz kolejny i to w wielkim stylu udowodnił, że jest jedynym aktorem z prawdziwego zdarzenia w stałej obsadzie (tyrada w pierwszej tercji odcinka - średnio napisana, ale za to powiedziana!). Poza tym scenarzyści zapomnieli, że kilka odcinków temu postanowili dodać tej postaci nieco życia i biografii - nieszczęsny komisarz wrócił do roli miejscowego biurokratycznego idioty. Nagrodę dnia otrzymuje jego przenikliwość w kwestii Iwanowa, który miał szybko do Krakowa nie wrócić, a tymczasem pojawił się już dwa miesiące później na ślubie swojej żony.

Pozostałe postacie oraz związane z nimi aktorstwo pozostały tam, gdzie były, więc nie będę się nad nimi rozczulać.

Wątek polityczny. Nie dość, że wprowadzony znienacka, to jeszcze na dodatek stojący na głowie. Pomijam już fakt, że w gąszczu powiązań między postaciami można się nie tyle zgubić, ile zaplątać. Ten wątek przede wszystkim nie ma sensu, bo z dzisiejszych rewelacji wynika, że Konstancja od początku wiedziała, kto zabił Lucjana. Można by też mniemać, że to dzielny główny bohater jest jakimś super hiper szpiegiem albo co najmniej przywódcą rewolucji, ponieważ całe polityczne knowanie zdaje się mieć jego właśnie w samym centrum, co nijak nie wynika z żadnej innej przesłanki w scenariuszu.

Ach, jeszcze w kwestii jednej z postaci poległych. Zaczynam mieć podejrzenie, że podmieniona czaszka została po wygotowaniu podrzucona Tardis czy inną maszyną czasu do grobu Lucjana, a w rzeczywistości jest czaszką demonicznego antykwariusza, ponieważ mam wrażenie, że zgadzają się obrażenia. A może to on sam podmienił czaszki? Na miejscu Weroniki zbadałabym, czy czaszka antykwariusza na pewno należy do niego. Weronika (...) na pewno ma jakiś sposób na to, żeby taki banalny fakt ustalić, wierzę pod tym względem w scenarzystów.

A do tych ostatnich mam jedną podstawową uwagę. Otóż widz na koniec sezonu potrzebuje oczywiście cliffhangera, który sprawi, że zacznie oglądać sezon drugi. (Ja osobiście wolałabym, żeby zginął główny bohater, a Iwanow przeżył, bo miał większy potencjał stania się interesującą postacią, ale wiem, że tak nie będzie.) Niemniej widz potrzebuje również nagrody w postaci sensownego rozwiązania choćby jednego wątku. Tu nie dostaliśmy nic takiego. Bo że Lucjana zabił ktoś inny, wiedzieliśmy od początku. Wątek Ochrany i narodników rozłazi się w szwach tak, że o jakimkolwiek osiągniętym przezeń punkcie dojścia nie można mówić. Czaszka i cała sprawa podmiany zwłok oraz pistoletów została zapomniana i zapewne już nie wróci, bo wszyscy, którzy mogliby tu coś powiedzieć, nie żyją.

No chyba że demoniczny antykwariusz okaże się Time Lordem albo innym demonem (ktoś pamięta naprawdę demonicznego chyba właśnie antykwariusza z Torchwood?) i wróci triumfalnie, żeby nam wszystko opowiedzieć.

Nawiasem mówiąc, N zauważyła dziś słusznie, że Krakowa to w tym serialu nie było. Nie wystąpiła w nim, choćby wspomniana, żadna ważna czy znana postać epoki, a, powiedzmy sobie, było ich sporo. Ten serial mógłby się dziać gdziekolwiek, zwłaszcza w "generic fantasylandzie", tak bardzo nie jest osadzony w konkretnym miejscu i czasie. A ja w następnym recenzenckim odcinku napiszę o czymś, co dzieje się w belle epoque i jest bardzo piękne. Oraz w przeciwieństwie do naszego ulubionego serialu naprawdę drobiazgowo odtwarza Kraków fin de siècle'u i jego atmosferę. Udowadniając, że się da.



czwartek, 13 kwietnia 2017
Rośnij, lulku, wysoko (Belle epoque 9)

Pani zabiła pana. Bo go miała dość. A prostytutki to uciśniona szlachetność (nie wiem, czy jest dużo motywów, na które mam podobną alergię). W zasadzie tyle można powiedzieć o fabule przedostatniego odcinka Naszego Ulubionego Serialu. Pani pana zabiła lulkiem czarnym hodowanym wśród zielistek i paprotek, prostytutkę usiłując w to podle wrobić. Nie wiem, jakim cudem Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) nie zorientowała się natychmiast w kwestii lulka, bo my się zorientowałyśmy. W sumie przez cały odcinek powtarzałyśmy na zmianę "lulek" i "ochrana", albowiem ta druga wyrosła przed naszymi oczami równie niespodzianie jak lulek w cieplarni pani sędziowej.

Twisty są dobre. Twisty są nawet bardzo dobre. Ale od twistów szczęka widzowi powinna opadać z podziwu, a nie zażenowania. Twisty albowiem powinny być takie, żeby ex post czytelnik lub widz dostrzegał ślady do tych twistów prowadzące, aczkolwiek w pierwszym momencie nieoczywiste. Tymczasem nieistniejąca tak naprawdę na ekranie i w historii Misia, która nagle okazuje się agentką rosyjską, jest niekupowalna. Podobnie jak nagła przemiana demonicznego antykwariusza w pomocnika rosyjskich rewolucjonistów.

Naprawdę czuję się bezradna wobec bezmiaru nieudolności w tworzeniu wiarygodnych historii przez scenarzystów tego serialu. Nie wiem, na czym to polega, oprócz fatalnego aktorstwa, że nie jestem w stanie ani się przejąć losem którejkolwiek z postaci, ani się z nią choćby śladowo identyfikować, albo choćby być zainteresowana motywami czy perspektywami. Może częściowo polega to na tym, że postacie są niekonsekwentne albo też po prostu niekonsekwentnie prowadzone i pokazywane. Twisty, jak już mówiłam, są dobre. Ale twisty muszą mieć zahaczenie w historii postaci albo przynajmniej jej charakterystyce. To nie jest serial eksperymentalny, gdzie każdy trop ma być odwrócony, ale serial gatunkowy, gdzie tropy mają grać wedle pewnych reguł.

Tak, antykwariusz miał być postacią tajemniczą. Ale nic, nic, nic i jeszcze raz nic w nim, w tym jak został wykreowany, nie pasuje do tego, czym się okazał. Cała historia wielokąta Konstancja-Misia-Lucjan-Jan-antykwariusz-Iwanow i kto tam jeszcze nie ma sensu z tym dodanym naprędce (a w każdym razie takie wrażenie sprawiającym) wątkiem politycznym. Nie wytrzymuje brzytwy Ockhama. O coś jest tam za dużo. A może za mało. A może jedno i drugie na raz. Za dużo nawymyślane, za mało działa? Za dużo wątków, za mało motywacji? Za dużo rozwiązań w rodzaju "bo scenarzysta tak chciał i napisał", za mało działania bohaterów?

A z fabularnych konkretów: Po co (i jak?) ta podmieniana czaszka na przykład? Po co podstawione czy też zniszczone pistolety? Wątpię, czy ostatni odcinek przyniesie odpowiedzi na te pytania.

Na dodatek mam ponure wrażenie, że ktoś (ochrana) zabije Konstancję przed ślubem, żeby Weronika (czy ktoś może...?) mogła w drugim sezonie nadal żenująco podrywać głównego bohatera. Nawiasem mówiąc, na marginesie głównego wątku w odsłonie z najnowszego odcinka: nie bardzo chce mi się wierzyć, że w przypadku samobójstwa (Misi) ot tak zaniechano sekcji zwłok - mam wrażenie, że to tylko po to, żeby w tym odcinku Weronika (czy ktoś...?) z narażeniem życia, a na pewno zdrowia, mogła pokosztować preparatu z krwi Misi, którą przezornie denatce, co to jej nie krajali, utoczyła. Pozostaje mieć nadzieję, że Misia nie była wampirem, bo nieśmiertelna Weronika (czy...?) to już tylko najeść się lulka i iść do hotelu Ypsilon.

A najgorsze jest to, że wciąż bardzo niewiele brakuje, żeby ta historia miała sens i nawet była całkiem niezła. Ale brakuje. Ten odcinek pokazał, jak dramatycznie brakuje.

Aha, byłabym zapomniała. Scenarzyści wrócili do idei sponsorowania odcinków nazwiskami dziewiętnastowiecznych celebrytów. Dziś zaszczyt ten przypadł Leopoldowi von Sacher-Masochowi, co z kolei zaowocowało sporej skali infodumpem na tematy chyba jednak dość oczywiste, zjadając przy okazji czas odcinka, który, przypomnijmy, ma raptem nieco ponad czterdzieści minut.

Save

Save

Save

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Mój wujek Niemiec

Wszystkie media dziś o rocznicy katastrofy Tupolewa pod Smoleńskiem. W różnym tonie, oczywiście. Najbardziej trafiła mi jednak do serca i rozumu uwaga (Tomasza Lisa), że nawet ofiary Katynia zredukowano do roli "rekwizytu smoleńskiej inscenizacji". Jak jeszcze za PRL chodziłam do szkoły, to fatalny - jak się okazało - nauczyciel historii był uważany za wielkiego człowieka, za guru i za wspaniałego pedagoga, bo "mówił o Katyniu". Ponieważ jednak swoimi metodami uczenia zniechęcił mnie na wiele lat do historii, dziś mogę spokojnie powiedzieć, że wolałabym nauczyciela, który może o pewnych sprawach otwarcie nie mówił (ten po prawdzie też nie otwarcie, tylko aluzjami, a sądząc po jego poglądach po 1989, gdyby żył do dziś, to na należałby do tych, dla których Katyń jest tylko rekwizytem), ale za to uczył czegoś więcej niż dat i miejsc na mapie. Ale o tym już kiedyś pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Tak jak uwaga Lisa wydaje mi się szczególnie trafna, tak tym, co najbardziej mnie boli, jest zawłaszczanie przez obecny obóz władzy. Wszystkiego: katastrofy, cierpienia, patriotyzmu, bohaterstwa. Hektolitry atramentu przelano już na temat różnic semantycznych między "zginął" czy nawet "zginął tragicznie" a "poległ". Wypowiadały się największe tuzy polskiego językoznawstwa, specjaliści od poprawności językowej, ale nie na wiele się to zdało. Wprawdzie na tablicy w kancelarii premiera napisane jest, że prezydent "zginął", podobnie jak dwie pozostałe osoby (o pozostałych 93 tablica milczy), ale na koniec jest maksyma "Wszystko dla ciebie Polsko". Czyli niby zginął, ale jakby poległ, bo przecież dla ojczyzny.

Żaden ze mnie patriota w rozumieniu, jakie narzuca nam obecny obóz władzy i jego przybudówki, bardziej leży mi na sercu Europa jako idea niż jakikolwiek jej kawałek jako idea, moją małą ojczyzną jest Kraków, a mnóstwo miejsc w Europie lubię znacznie bardziej niż mnóstwo miejsc w Polsce. O panujących tam obyczajach, mentalności, sposobie życia czy jedzeniu nie wspominając. Niemniej wkurza mnie zawłaszczanie idei patriotyzmu w kraju, gdzie mnóstwo ludzi naprawdę decydowało się walczyć i ginąć dla jakoś tam rozumianej ojczyzny. Myślę, że każdy w swojej rodzinie może znaleźć kogoś, kto zasługuje na patriotyczną (w rozumieniu szerszym i bardziej oświeconym niż dyktowane przez obecny obóz władzy i jego ideologiczne przybudówki).

W mojej rodzinie kimś takim jest por. Eugeniusz Weber, żywiecki Niemiec, oficer polskiego lotnictwa (63. Eskadra Towarzysząca), rozstrzelany na tzw. żwirowisku w 1941 roku. Wujek mojego Taty, którego zapamiętał w pięknym przedwojennym mundurze, z krótkim mieczykiem lotnika zamiast szabli. Aresztowany jako cywil, świeżo upieczony partyzant - ponieważ tragiczny splot rodzinnych komplikacji, zasługujący na scenariusz hollywoodzkiego wojennego dramatu, sprawił, że nie zdążył uciec do Anglii. Mogłam mieć wujka w Bitwie o Anglię, bohatera co się zowie, dziś zapewne kuzynów gdzieś na wyspach. Zostały tylko listy do żony i grypsy z Montelupich i Auschwitz, pisane piękną polszczyzną, pełne cytatów z Sienkiewicza.

Wujek Eugeniusz zginął za Polskę i polskość, ale pewnie też za europejskość, choćby z racji swego pochodzenia. Jego rodzice byli Niemcami, podobno po polsku mówili słabo. Babcia opowiadała mi, że umarli w czasie wojny, praktycznie z głodu, ponieważ nie zgodzili się na wpis na Reichslistę, a za pomaganie takim odszczepieńcom groziły podobne represje jak za pomaganie Żydom. Oni też umarli za Polskę, za to, że czuli się związani z krajem, w którym żyli, dla którego zginął ich syn. Nie sądzę jednak, żeby był on patriotą w rozumieniu dyktowanym dziś ... itd., rodzina Taty była przed wojną pepeesowska i pozytywistyczna.

Może kiedyś napiszę opowiadanie, powieść, reportaż o tamtych losach. Jestem jedyną osobą, której Babcia to wszystko kiedykolwiek opowiedziała. Ale mimo że znam tę historię od będzie już dwudziestu lat, wciąż czuję się do niej niedojrzała. Napisałam tu tyle, ile napisałam, bo ilekroć słyszę, co się dziś przez patriotyzm rozumie, czuję się, jakby ktoś tych wszystkich ludzi takich jak mój wujek, odzierał z ich heroizmu. Tacy ludzie są w rodzinnych wspomnieniach wielu z nas - może warto im dać głos w obliczu tego ponownego zakłamywania historii, jakie się na naszych oczach dokonuje?

Fot. Agnieszka Fulińska (Touches of the past)

Save

czwartek, 06 kwietnia 2017
W sklepie jubilera (Belle epoque 8)

Pierwszy sezon Belle epoque szczęśliwie dobiega końca, jako że po prawdzie lekko zaczyna mi się nudzić recenzowanie podobnych wpadek realizatorskich. Ale jak już tak daleko dociągnęłam, to przynajmniej ten pierwszy sezon zrecenzuję odcinek po odcinku. Drugi - nie wiem, może po kilka odcinków na raz? Chyba że przygotuje jakieś niezwykłe i całkiem nowe atrakcje.

Wczorajszy łzawy melodramat o zakochanym jubilerze był wyjątkowo nieprzekonujący fabularnie i to nawet na tle dotychczasowych osiągnięć scenarzystów. Nigdy łatwo nie kupowałam tych wszystkich zbrodni w afekcie - trzeba mieć cholernie dużo talentu literackiego, żeby coś takiego dobrze napisać. Na dodatek chwilowo wysilam pamięć, żeby przypomnieć sobie naprawdę dobre historię spod tego konkretnego znaku, jaki pojawił się w scenariuszu (odrzucony mężczyzna zabija kobietę), ale przychodzą mi do głowy głównie 1) popełniane w afekcie lub też z jego powodu samobójstwa, 2) zabójstwa popełniane przez zdradzanych małżonków. W sumie nawet na podstawie szybkiego researchu jestem w stanie wymienić niewiele inspirujących i mających oddźwięk kulturowy historii, w których to odrzucony kochanek zabija: operę (Carmen), a zatem i opowiadanie (Merimée), na którym jest oparta; piosenki-ballady (Where the Wild Roses Grow Nicka Cave'a [tu uwaga post-komentarzowa: oczywiście, tu nie ma zawiedzionego kochanka, wrzuciłam tę ponurą historię do jednego worka pt. "nie zazdrosny mąż" nieco na wyrost], no i z odwróconymi rolami genderowymi tegoż Henry Lee), oraz całkowicie historyczne dzieje Krystyny Skarbek.

Jasne, to nie powód, żeby taki scenariusz uznać za nieprawdopodobny, ale - podobnie jak w przypadku kilku już pomysłów fabularnych w tym serialu - jest on chyba materiałem na dłuższy i przede wszystkim głębszy film, a nie czterdziestominutowy odcinek, w którym jeszcze trzeba pomieścić Konstancję, Misię zza grobu, Milę i zakochanego w niej doktorka, demonicznego antykwariusza oraz nie wiedzieć czemu rozstrzęsionego notariusza. Nie mówiąc już o wszelkich mądrości niezawodnej Weroniki (czy ktoś może odstrzelić tę postać?), która nosi przy sobie całą apteczkę i wykonuje poza planem wszelkie badania, dzięki czemu nasi dzielni śledczy nie muszą właściwie zajmować się niczym konkretnym. Skądinąd jak zrzucali tego manekina ze skałek na Zakrzówku (?? nie wyglądało mi to na Zakrzówek), to tak sobie zamarzyłam, że w ramach eksperymentu można przecież było użyć Weroniki...

Ale w sumie pal sześć zabójczą miłość jubilera, który w sklepie swoim położył kres młodemu życiu panny Janiny (jej prowadzenie się i sekrety zasadniczo powinny były skazać ją na towarzyską anatemę w ówczesnym Krakowie - mówię to ja, której prababcię, ponoć seksowną i w jakimś tam stopniu wyemancypowaną na swoje czasy, ponoć inne krakowskie mieszczki z parasolkami goniły z okolic swoich mężów). Pal sześć również plameczkę wielkości może orzecha laskowego na sukni, która ponoć została "oblana" kwasem siarkowym przez rzeczonego jubilera (imiesłów ten konkretny powtórzony został kilka razy, więc to nie lapsus).

Tym, co we wczorajszym odcinku przyprawiło mnie o epicki facepalm wszystkimi kończynami, był sposób nakręcenia kluczowej sceny - czy raczej scen - wątku głównego. Otóż po pierwsze główny bohater oświadczył się Konstancji. Ziew, wiedzieliśmy, że tak będzie, od prologu. Po drugie zakradł się do biura roztrzęsionego (nie wiedzieć czemu) notariusza i przeczytał testament Misi. (Z którego jasno wynikło, że to jeszcze może być Rusek, że za sugestią N nawiążę do dwóch wcześniejszych recenzji.) Ziew. Wiedziałyśmy, że to zrobi, kiedy kamera nachalnie pokazywała nam wszelkie wykonywane przez rzeczonego notariusza czynności związane z zamykaniem sejfu i chowaniem klucza do szuflady biurka.

Pal sześć nawet, że główny bohater wmaszerował jakby nigdy nic do biura notariusza i ignorując wskazówki dane mu przez scenarzystów i kamerzystę po prostu otwarł sejf. Sęk w tym, że montaż tej konkretnej sekwencji wskazywał jasno na to, że główny bohater albo 1) ma identycznego brata bliźniaka; 2) posiada zdolność bilokacji. Jest oczywiście jeszcze opcja trzecia: realizatorzy nie zauważyli, że co najmniej od czasów finału pierwszego Ojca chrzestnego pokazywanie dwóch (albo więcej) scen naprzemiennie w krótkich ujęciach/przebitkach wskazuje na to, że pokazywane wydarzenia dzieją się równolegle w czasie. A tu proszę: w obu scenach dzielny główny bohater. Ha.

Fot. Agnieszka Fulińska (Touches of the past)

Save

Save

wtorek, 04 kwietnia 2017
Manowce rankingu

Media zabiły na alarm: ogłoszono kolejny ranking uczelni, w którym te najlepsze w Polsce zajęły raptem miejsca 200+ w Europie i odpowiednio niższe na świecie. Nikogo przy tym nie dziwi, że 40% udziałów w rankingu europejskim zdobyły uczelnie brytyjskie, a ranking jest autorstwa Times Higher Education, dawniej Times Higher Education Supplement, który wikipedia opisuje jako "tygodnik londyński skupiający się na zagadnieniach szkolnictwa wyższego".

Nie chcę tu snuć teorii spiskowych, ale mam wrażenie, że Zjednoczone (jak długo jeszcze?) Królestwo w związku z Brexitem będzie musiało się pokazać jako atrakcyjne i te 40% doskonale do tego wizerunku pasuje. Nie chcę też podważać renomy Oksfordu czy Cambridge, aczkolwiek widziałam w książkach wydawanych przez University Press obu tych uczelni bzdury, o których napisanie nikt by szacownych absolwentów dwóch najlepszych uczelni Europy nie posądził. A już na pewno nie zamierzam unosić się patriotycznym oburzeniem i udowadniać, że nasze uczelnie są co najmniej równie dobre.

W całym tym zgiełku interesuje mnie zupełnie coś innego, mianowicie sposób przedstawienia problemu w polskich mediach. Jest to albo bardziej wyważony (Forbes), albo nieco bardziej sensacyjny w tonie (gazeta.pl, niebezpiecznie upodabniająca się stylem do tabloidów), ale jedynie raport. Bez jakiegokolwiek komentarza, który wypunktowałby powody, dla których jesteśmy, gdzie jesteśmy, niezależnie od oceny sensowności i wiarygodności samych rankingów.

Wg Forbesa ranking bierze pod uwagę "edukację, naukę i transfer wiedzy"i stosuje następujące kryteria: "nauczanie, umiędzynarodowienie, badania naukowe, cytacyjność i współpraca z biznesem". I niestety opiera się na bazie SCOPUS, która - jeśli chodzi o humanistykę, o której mogę cokolwiek powiedzieć - jest dziurawa jak rzeszoto i nie uwzględnia cytowań, o których wiem, że istnieją. Zapewne nie jest możliwe (nie jest?) stworzenie systemu, który uwzględniałby wszystkie książki i czasopisma naukowe i realnie liczył cytowania, ale opieranie rankingu na bazie bardzo mocno nastawionej na konkretne dziedziny nauki nie ma sensu, bo wyklucza sporą liczbę naukowców. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że taki ważny Scopus nie uwzględnia zeszytów naukowych prowincjonalnej polskiej czy litewskiej szkoły wyższej, o tyle niezrozumiałe jest dla mnie, że nie ma w nim danych z ważnych - czasem kluczowych dla danej dziedziny czy tematu monografii, wydawanych w dużych ośrodkach lub poważnych wydawnictwach zachodnioeuropejskich, a takich właśnie cytowań moich własnych artykułów nie znalazłam w Scopusie. I zapewne większość humanistów ma podobne doświadczenie.

Ale zostawiając nieszczęsną kwestię cytowań, która na wieki zapewne pozostanie zmorą nauki, tym, czego mi brakuje w doniesieniach o rankingu, jest odniesienie się do przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. Tymczasem w komentarzach na obu portalach, które przywołałam powyżej, w komentarzach pełno hejtu do profesorków, uczelnianego średniowiecza, wykształciuchów, opinie o tym, że polscy naukowcy to tylko nieroby albo plagiatorzy. Suweren daje jasno do zrozumienia rządzącym, że nauki w Polsce nie należy finansować, bo z natury swojej jest ona do niczego i taka pozostanie, co pokazuje ranking.

Trudno sobie wyobrazić lepszą antynaukową propagandę, niż zaserwowały nam te doniesienia o rankingu - w podobnym tonie pojawiające się zresztą przy każdorazowym ogłaszaniu takich list. Podczas gdy suwerenowi należałoby uzmysłowić, że tak jak nagle w sporcie zaczęliśmy odnosić jakieś tam wymierne sukcesy, kiedy zabrano się systemowo za jego promocję, zreorganizowano struktury i wpakowano w niego spore pieniądze, tak i może być z nauką.

Tyle tylko, że nie da się po prostu przenieść metod z korpo ani sportu do nauki, a mam wrażenie, że takie są wyobrażenia o reformie i finansowaniu różnych ministrów i innych gremiów. Podejście biznesowe widać w pomysłach ministerialnych, które z pracowników naukowo-dydaktycznych robią korposzczury, mające się okresowo rozliczać z wykonania jakichś konkretnych zadań oraz odpowiedniej ilości biurokracji. Podejście sportowe (z elementami korporacyjnego) prezentuje natomiast Narodowe Centrum Nauki, które po pierwsze z uporem godnym lepszej sprawy mnoży programy przeznaczone wyłącznie dla "młodych" (jakieś sześć różnych programów) oraz wyobraża sobie, że za pomocą sprowadzania do Polski zagranicznych szkoleniowców (program dla obcokrajowców, którzy zechcą u nas przez chwilę popracować za pieniądze, jakie nie marzą się polskim pracownikom wyższych uczelni) cokolwiek zmienią.

Tego, że sezonowi pracownicy z zachodu czy prężnie się rozwijającego Dalekiego Wschodu niczego nie zmienią (poza oceną "umiędzynarodowienia" czyli de facto dobrym samopoczuciem urzędników), nie muszę chyba wyjaśniać. Natomiast programy dla młodych muszą oczywiście istnieć, żeby ich zatrzymywać w nauce, tyle że u nas stoją one na głowie. Na tym fetyszyzowanym zachodzie post-doc dostaje zazwyczaj zatrudnienie w zespole, przy mniej lub bardziej ściśle zdefiniowanym projekcie (są takie, które bardzo dokładnie określają wymagania, i takie, które zachęcają do proponowania własnych podtematów). W Polsce wszystkie programy skierowane do osób tuż po doktoracie zakładają, że to one same będą budować zespoły i prowadzić samodzielne badania, kierując grupą ludzi. Kilku może jest na tyle dojrzałych, że to się uda, większość polegnie mniej lub bardziej spektakularnie, tzn. albo wyjdzie im z tych ambitnie zamierzonych projektów coś przeciętnego, albo nic. A przede wszystkim, kiedy skończą się łatwo uzyskiwalne pieniądze, wielu wycofa się z nauki.

Na dodatek, jak już NCN się zdecydowało uruchomić program, który od dawna wydawał mi się jednym z najpotrzebniejszych - małych grantów przyznawanych w trybie ciągłym na wyjazdy konferencyjne, kwerendy czy inne drobne naukowe potrzeby, to również ograniczył go do "młodych" (karencja po doktoracie)... Czyli tych, którzy mają największy i najłatwiejszy dostęp do ogólengo finansowania swoich badań i z tych środków mają opłacać konferencje i kwerendy. Tymczasem taki program powinien być w pierwszej mierze skierowany do wszystkich niezależnie od stanowiska i wieku, którzy grantów nie mają - żeby umożliwić im uczestnictwo w międzynarodowym życiu naukowym i w perspektywie np. właśnie uzyskiwanie grantów. Uczelnie często nie mają środków, żeby opłacać wyjazdy pracowników, więc ci, którzy własnych grantów nie posiadają - a przy wskaźniku sukcesu na poziomie oscylującym wokół 10% imię ich legion i niekoniecznie wszyscy są beznadziejni naukowo - skazani są na niebyt i w perspektywie dalszy brak finansowania badań.

Takie małe granty powinny być też np. na napisanie konkretnego artykułu, do którego potrzebuje się krótkich badań. Publikacja w dobrym czasopismie czy książce jest podstawą dalszych starań o finansowanie, więc powinno się ją umożliwiać jak największej liczbie naukowców, a nie tylko zakładać, że najkrótszy czas wykonywania projektu to bodaj pół roku, jeśli nie rok. Czasem właśnie bardziej przydałoby się dofinansowanie miesięcznej kwerendy czy pobytu w laboratorium, które byłoby relatywnie łatwo uzyskiwalne, niż programy na duże projekty. Zwłaszcza że w tych ostatnich trzeba poświęcić bardzo dużo czasu na przygotowanie dokumentacji i biurokrację, a szanse są niewielkie, co dla wielu ludzi, których znam, jest czynnikiem zniechęcającym. Potem oczywiście słyszymy, że Polacy nie chca się starać o granty, w związku z czym rząd nie zwiększa nakładów na naukę. I tak w koło Macieju.

Pominę tu niedobrze zorganizowany system oceniania wniosków, bo to temat na osobny elaborat, a tym razem chciałam się skupić na braku właściwej oceny sytuacji w mediach.

Od dziennikarzy oczekiwałabym mianowicie roztrąbienia potrzeby finansowania nauki po to, żebyśmy zaczęli uzyskiwać realne sukcesy, tak jak nagłośniono potrzebę inwestycji w sport. Oczywiście, sport oglądają miliony w telewizji, więc ta inwestycja przekłada się bezpośrednio na popularność i pieniądze. Nauka potrzebuje nieco więcej czasu, żeby nakłady się zwróciły i zaczęły procentować, ale ten zysk jest niepomierny, bo to nie tylko kwestia prestiżu w świecie, ale poprawy bytu w kraju*. Oczekiwałabym więc serii artykułów pokazujących autentyczne bolączki polskiej nauki i uczelni, od braku pieniędzy (i co to oznacza), przez nieszczęsne pieniądze za studentem, po iluzję kontraktowości i trzymanie w nieskończoność ludzi, którzy niczym się nie wykazują, bo się ich kiedyś zatrudniło. Wyjaśnienie, na czym polega pułapka cytowalności bez wzięcia pod uwagę oprócz mierzalnego prestiżu publikacji także jej wagi w obrębie dyscypliny. I tak dalej i tak dalej. Żeby grupa inteligentnych dziennikarzy zrobiła polskiej nauce dobrą robotę - zamiast tylko załamywać ręce, przyjrzała się źródłom i objawom choroby.

* Tak, wiem, mnóstwo malkontentów powiedziałoby mi, że po co w takim razie humanistyka. Ano na przykład po to, żeby mieć intelektualne i społeczne narzędzia do walki z ksenofobią, nacjonalizmem, nietolerancją i fanatyzmem. To nie jest oczywiście tak, że wykształcony humanista nie ma szans zostać antysemitą czy nacjonalistą, ale zwiększenie poziomu wiedzy zawsze trochę pomaga. A poza tym nauka to poznawanie świata, a nie tylko zastosowania.

Save

Save

Save

Save

Tagi: nauka
12:15, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (12) »
piątek, 31 marca 2017
Zaangażowanie i aktywizm

Dwa tygodnie temu pisząc o lex Szyszko pozwoliłam sobie stwierdzić ze smutkiem, że jakoś nie widzę aktywności zielonych aktywistów przeciwko tej ustawie i jej skutkom. Bo nie widzę. Spotkało się to między innymi z dość drapieżną reakcją jednego z komentatorów (nick Redezi), który napisał tak: "Nie obwiniaj aktywistów za słabość mediów, zwłaszcza, że sama niechętnie się angażujesz za to chętnie stawiasz wymagania."

Na pierwszą część tego zdania odpowiedziałam w komentarzach, na drugą trochę też, ale po dłuższym namyśle uznałam, że jakkolwiek nie lubię pisać o sprawach osobistych, tak oskarżenie tam zawarte wymaga nieco dłuższego komentarza. Zwłaszcza że właśnie zaangażowałam się, na tyle, na ile pozwala mi czas, w rzecz istotną dla dzielnicy, w której mieszkam. Mniejsza o to, jaką, to sprawa na tyle lokalna, że nie będę nią zawracać głowy.

Otóż, drogi Redezi, który zdajesz się tak znakomicie mnie znać, choć nie wiem, skąd, zaangażowanie to konkretne działania. Tak to rozumiem i kiedy uważam, że coś wymaga mojego zaangażowania, angażuję się na tyle, na ile czas mi pozwala. (Do tego, dlaczego chwilowo pozwala w małym stopniu, wrócę, bo to się łączy z głównym tematem.) Aktywiści natomiast, skoro mienią się aktywistami, powinni być aktywni. To wynika z samej definicji słowa "aktywista". To ktoś, kto działa - zawodowo lub społecznie, ale zajmuje się właśnie działalnością na rzecz czegoś konkretnego. I jeśli w konkretnej kryzysowej sytuacji nie widzę aktywności aktywistów, to znaczy, że są to cztery litery, a nie aktywiści. I z przykrością muszę skonstatować, że najwyraźniej prawdziwy aktywizm jest gdzie indziej - np. w Ordo Iuris. Może "nasza strona" powinna przyjrzeć się ich aktywności, ich niezmordowanej wręcz aktywności, i wyciągnąć z tego lekcję.

Jak już powiedziałam, Redezi wypowiada się tak, jakby doskonale znał mnie od wielu lat. Gdyby tak było, to wiedziałby, że w swoim czasie - tym, w którym człowiek najchętniej bywa aktywistą - angażowałam się bardzo mocno. Zbierałam podpisy, wysłuchiwałam komentarzy o żydokomunie, rozwieszałam plakaty, roznosiłam ulotki wyborcze, organizowałam spotkania z politykami i ludźmi kultury, redagowałam biuletyny, siedziałam w komisji wyborczej jako mąż (czy też żona) zaufania. Właśnie jako mąż zaufania, a nie opłacany członek komisji. Było to w zamierzchłych czasach świętej pamięci Unii Demokratycznej/Unii Wolności, kiedy w polityce byli jeszcze ludzie, których naprawdę ceniłam. Robiłam to wszystko w czasach, kiedy nie łączyło się to z żadnymi szansami na karierę w partii, kiedy była to robota czysto społeczna.

Przez zaangażowanie rozumiem również udział w wyborach. Póki te wybory są demokratyczne, uważam, że udział w nich jest obywatelskim obowiązkiem. Gdyby stały się znów niedemokratyczne, rozważałabym dwie opcje ich bojkotu: absencję i oddanie głosu nieważnego. Ale póki mają szanse o czymś zdecydować, bezwzględnie sądzę, że należy głosować - nawet jeśli już nie ma polityków ani partii, które naprawdę się szanowało. W absolutnej ostateczności należy głosować po prostu przeciw. Przeciw temu, czego naprawdę się nie chce, jeśli nie da się głosować za tym, czego się chce.

Przez zaangażowanie rozumiem także wykonywanie swojej pracy. I tu dochodzę do tego, o czym już wspomniałam: że mam ograniczony czas na aktywność społeczno-polityczną. Jest tak paradoksalnie z tego powodu, że od jakiegoś czasu nie mam stałego zatrudnienia, a drugie studia doktoranckie właśnie skończyłam i lada moment będę ten drugi doktorat bronić. Mimo to nie mam zatrudnienia i w związku z tym nie mam stałych dochodów. W tym roku nie mam ich całkowicie, bo do zeszłego miałam przynajmniej ten marny kadłubek stypendium, który mi jeszcze przysługiwał. Żeby było jasne: mój miesięczny dochód wynosi obecnie 0,00 zł. Do tego dochodzi kilkuletni brak składek na fundusz emerytalny, a także niemożność zrobienia habilitacji, co otworzyłoby mi drogę np. do ubiegania się o stanowiska profesora nadzwyczajnego na uczelniach.

Mimo to staram się robić to, co powinnam robić jako osoba, która wprawdzie z perturbacjami wynikającymi z niewłaściwych wyborów życiowych, ale jednak całe dotychczasowe dorosłe życie poświęciła nauce: usiłuję uprawiać tę właśnie naukę. Niestety, jak się okazało, z moim życiorysem nie powinnam tego robić, w każdym razie w Polsce. Robię drugi doktorat, a nie pierwszy, więc gremia zajmujące się finansowaniem nauki odmówiły mi statusu post-doca, co drastycznie zmniejszyło moje możliwości ubiegania się o zatrudnienie i granty.

W tej konkretnej sprawie, pomocy w usiłowaniu uzyskania statusu przysługującego mi po ukończeniu studiów doktoranckich, po zmianie ścieżki kariery naukowej, po kilkuletniej przerwie w publikowaniu, zwracałam się do organizacji, która uważa się za aktywistów naukowych i wydaje się wręcz powołana do występowania i aktywności w takich przypadkach - do Obywateli Nauki. Od których raz za czas dostaję na maila biuletyny o działalności. Okazało się jednak, że ON nie są zainteresowani realną pomocą dla obywatelki nauki, którą pozbawiono praw obywatelskich. Odpowiedzi, jakie dostawałam, były najoględniej mówiąc, zbywające, co przekonało mnie, że aktywizm jest dla aktywistów i ich dobrego samopoczucia, a nie dla zwykłego obywatela. A prosiłam głównie o pomoc o charakterze prawnym lub nagłośnienie tego konkretnego przypadku, który tak naprawdę wymyka się regulacjom w odpowiednich ustawach, a przez gremia decyzyjne został potraktowany na moją niekorzyść, bo tak było najłatwiej.

Otóż, drogi Redezi, który tak znakomicie mnie znasz, pozwól, że zwrócę Twoją uwagę na to, że jeśli usiłuje się przebić na rynku naukowym nie mając żadnego instytucjonalno-finansowego wsparcia, jeśli musi się z własnej kieszeni finansować kwerendy i udział w konferencjach, to musi się jeszcze zarabiać. W najbardziej kryzysowych sytuacjach wspomagała mnie rodzina, ale przede wszystkim odkąd zdecydowałam się na zmianę życia, nowe studia, nową karierę, zarabiam na nią na tzw. śmieciówkach, tłumacząc książki. A kiedy to robię, to nie mam czasu na pisanie artykułów naukowych, w rezultacie więc czas dzielę między pracę zarobkową i pracę naukową finansowaną przez tę pierwszą. Cierpi na tym jedno i drugie, ale kolejny rok zaciskam zęby i idę dalej.

Bo widzisz, to również uważam za zaangażowanie. Na dodatek wyjątkowo wymagające, trudne i frustrujące.


Save

Save

czwartek, 30 marca 2017
La scala non v'e piu (Belle epoque 7)

Powiem od razu jedno: jeśli chodzi o fabułę kryminalną, to chyba był najsensowniejszy odcinek z dotychczasowych. Być może dlatego, że zarys historyjki ściągnął ze słynnej międzywojennej sprawy, porwania i zamordowania synka Charlesa Lindbergha, zamiast silić się na oryginalność albo wykorzystywać wątki zgrane do bólu. To powiedziawszy dodam, że całkiem sporo się tu nadal rozłaziło, a już zwłaszcza kompletnie się nie trzymał kupy wątek główny.

Lindbergh kidnapping można było oczywiście wykorzystać nieco bardziej kreatywnie, a za to z mniej oczywistymi elementami, jak chociażby brak śladów podejrzanego na drabinie. Nic również nie poradzę na to, że jak bohaterowie zastanawiali się, kto przystawił drabinę do okna, to obie z N miałyśmy to samo skojarzenie: Don Bartolo z Cyrulika sewilskiego. Temu skojarzeniu recenzja dzisiejsza zawdzięcza swój ni przypiął ni przyłatał tytuł, pozbawiony na dodatek przez bloxa włoskiej diakrytyki. Ale też w sumie wątek drabiny zarzucono, więc prawie jakby znikła.

Tak naprawdę to myślę sobie, że relatywna sensowność fabuły wynikała tu z prostego faktu, że była to historia kameralna, nieangażująca seryjnych morderców, a i o dziwo bohater miał jakąś tam pokręconą, ale jednak motywację, co już jest sporym osiągnięciem. Oczywiście były i rozpaczliwe uproszczenia fabularne w rodzaju tego, że bohaterski paparazzi zwija zupełnie przypadkiem z domu podejrzanego ten konkretny notes, który okaże się koronnym dowodem popełnienia przestępstwa, a wszystkie pomysły Weroniki (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) okazują się błyskotliwe, genialne i prowadzące prosto do celu. Ja wiem, że 40 minut, przerwy na reklamy itd., ale po co marnować pół pierwszej tercji odcinka na przydługą walkę bokserską, skoro potem nie starcza czasu na śledztwo?

Na plus policzę jeszcze to, że w tercji środkowej w areszcie nie siedział pierwszy podejrzany (służącą od razu wypuszczono), a Cezary Pazura na gościnnym występie pokazał, że metryka 1962 gwarantuje poziom aktorstwa o niebo wyższy od tego, co prezentuje tzw. naprawdę młode pokolenie, mimo że rola do wybitnych nie należała. Ale przynajmniej scena, w której przyznaje się (pośrednio! nie kawę na ławę jakąś banalną kwestią!) do wymyślenia intrygi, która poszła nie tak, była zagrana w sposób, który nie wprawiał widza w zażenowanie. I mówię to ja, która za Pazurą i jego aktorstwem nigdy nie przepadałam i właściwie w sumie tak naprawdę nie lubię ani jednego z jego sztandarowych filmów.

Na huśtawkę emocjonalną Konstancji pozwolę sobie spuścić zasłonę miłosierdzia, bo jako już rzekłam, wątek główny w tym odcinku był jakimś kosmicznym nieporozumieniem. No chyba że miała to być delikatna sugestia - odcinek o niemowlęciu wszakże - że Konstancja jest w ciąży. Ale nie przypuszczam.

PS. Nigdy nie zrozumiem filmowej fascynacji boksem oraz przede wszystkim bokserami jako wcieleniem człowieczeństwa. Nie znoszę wszystkich filmów o bokserach, jakie znam, z Wściekłym bykiem na czele, w sumie im ambitniej w tym temacie (że zacytuję klasyka), tym gorzej, jak dla mnie.

Save

Save

sobota, 25 marca 2017
Gioacchino Massimo

250 lat temu w małej miejscowości Labastide-Fortunière na południu Francji przyszedł na świat najmłodszy syn lokalnego oberżysty i dzierżawcy pobliskich arystokratycznych dóbr. Człowieka jak na swój stan (niższy trzeci) raczej zamożnego i zaradnego. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że cała rodzina była piśmienna i jakieś tam aspiracje miała. A nadchodząca rewolucja miała otworzyć drzwi aspiracjom stanu trzeciego.

Labastide-Murat

Póki co jednak, tuż przed rewolucją, najmłodszy syn oberżysty został posłany do seminarium w Tuluzie: wcześniej dobrze się uczył, a dla człowieka z jego pochodzeniem liczba ścieżek kariery była jeszcze ograniczona. Nie wytrzymał tam długo - znacznie bardziej pociągały go płeć piękna, spotkania towarzyskie, jazda konna oraz piękne mundury. A że pewnego dnia przez miasto przejeżdżał oddział kawalerii, świeżo upieczony kleryk rzucił seminarium i zaciągnął się do armii. Następne kilka lat było burzliwe zarówno dla Francji, jak i dla niego osobiście: niesubordynacja kosztowała go wyrzucenie z wojska, ale jako subiekt w sklepie kolonialnym w rodzinnych stronach nie wytrzymał długo, toteż wrócił do Paryża, gdzie zaczął znów wspinać się po stopniach kariery republikańskiej i militarnej. Zdarzyły się tam również epizody tragikomiczne, np. był na krótko aresztowany za używanie nazwiska pewnego słynnego rewolucjonisty, które brzmiało bardzo podobnie do jego własnego.

Udało mu się jednak w tym wszystkim nie stracić głowy - ani dosłownie, ani przenośnie - i wrócić do ukochanej kawalerii. Tymczasem nadszedł rok 1795 i inny bardzo młody człowiek, mający to szczęście w życiu, że jego ojciec zdołał wylegitymować się szlacheckim pochodzeniem na tyle, żeby synom dać lepsze wykształcenie, zaczynał właśnie robić zawrotną karierę. I tak się złożyło, że w chwili, kiedy wykonywał drugi w swojej karierze decydujący krok, pod ręką znalazł się nasz syn oberżysty, dosłużywszy się w międzyczasie stopnia podoficerskiego, i walnie przyczynił się do sukcesu, który dwa lata młodszego od niego oficera uczynił generałem.

Przez kolejne niemal dwadzieścia lat byli praktycznie nierozłączni. Syn oberżysty został najpierw adiutantem generała, potem ożenił się z jego siostrą, a potem zrobił karierę niemal równie błyskotliwą jak jego szef. Prawie, bo został tylko królem, a nie cesarzem.

Był bardzo dobrym królem, mimo że zamiłowanie do kawaleryjskich wyczynów i ekscentrycznych strojów nie przeszło mu od lat młodzieńczych, przez co złośliwcy obdarzyli go przydomkiem "króla dandysa". W swoim Neapolu przez raptem sześć lat zdołał wprowadzić całkiem sporo reform i postępowych innowacji, co przyczyniło się choć trochę do wydobycia się południowej Italii z konserwatywnego marazmu.

Kiedy naszedł kryzys, usiłował ocalić swoje własne królestwo kosztem dawnych lojalności, ale nie zdołał naprawdę zdradzić ideałów i przyjaźni z minionych lat, co koniec końców przypłacił życiem, ponieważ kongresowi wielcy gracze nie mieli najmniejszej ochoty pozostawiać czegokolwiek w rękach tych, którzy na ponad dwie dekady zdołałi zachwiać starym porządkiem.

Ale rewolucyjnych zmian nie da się powstrzymać, toteż jakkolwiek rozpaczliwa próba zjednoczenia Italii podjęta jeszcze w 1815 przez syna oberżysty i króla w jednej osobie nie powiodła się, "Odezwa z Rimini" stała się zarzewiem buntów przeciwko przywróconej konserwatywnej władzy i jednym z założycielskich dokumentów włoskiego Risorgimenta, niepodległości i zjednoczenia, które dokonało się pół wieku później.

A reakcyjni konserwatyści, którzy w kalabryjskim Pizzo rozstrzelali Joachima Murata, króla i syna oberżysty w jednej osobie, najznakomitszego kawalerzystę wszech czasów i jedną z najbarwniejszych postaci epoki obfitującej w niezwykłe życiorysy, pokazali tym gestem głównie swoją małość, mściwość i strach przed tymi niedającymi się powstrzymać zmianami.

Murat pod Jeną

PS. Dobrze się składa, że te urodziny wypadają w dzień, kiedy świętujemy europejskość, bo mój bohater był jednym z tych, którzy marzyli o wspólnocie europejskiej: jednym prawie równym dla wszystkich, jednej walucie, wprowadzali równouprawnienie religijne i znosili poddaństwo chłopów, zakładali szkoły i wodociągi, walczyli z reakcjonizmem i zacofaniem. Wtedy się nie udało, mimo że projekt był skrojony na miarę swej epoki, z wszystkimi jej ograniczeniami - zwyciężył konserwatyzm, który wyprodukował wojujące, izolacjonistyczne nacjonalizmy. Skutki tego zwycięstwa, mimo że było czasowe, obserwujemy do dziś.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright