poniedziałek, 21 stycznia 2008
Nomina nuda tenemus

Ponieważ dzisiaj mam imieniny, a przy tym bardzo zajęty dzień, niestety, więc tylko króciutko o tym, że stosunkowo niedawno odkryłam, iż imieniu Agnieszka - podobnie jak Weronice - towarzyszy fałszywa wtórna etymologia. Ze względu na panoszącą się powszechnie polityczną poprawność nie powiem, że ludowa, bo zaraz zostałabym oskarżona o to, że nie lubię jakiejś grupy społecznej. Mnie po prawdzie ten przymiotnik kojarzy się głównie z "plebejskim" w znaczeniu rzymskim - a trybun ludowy był w republikańskim Rzymie jednym z najważniejszych urzędów państwowych i miał kolosalne wręcz wpływy i uprawnienia - a ta wtórna etymologia mojego imienia pochodzi prawdopodobnie właśnie z rzymskich warstw plebejskich, ale zostawmy to.

Powszechnie bowiem łączy się imię Agnes - a co za tym idzie, wszystkie pochodzące od niego formy w różnych językach - z łacińskim agnus czyli baranek, tymczasem pochodzi ono od greckiego αγνιζω - oczyszczać, przebłagać (lub αγνευω - oczyścić); oba czytane przez h na początku, albowiem jest tam przydech mocny, a ja wciąż nie rozszyfrowałam, jak takie coś umieścić w greckim tekście na blogu. Αγνος, αγνη to zatem czysty lub oczyszczony (zwłaszcza w sensie religijnym - oczyszczenie dotyczyło przede wszystkim tego, co Grecy określali mianem μιασμα - stąd polskie miazmaty: niezdrowe wyziewy lub paskudne złoża - czyli skalania zbrodnią lub przelewem krwi; aby wejść do świątyni, ktoś, na kim ciążyła miasma musiał najpierw dokonać oczyszczenia).

Oczywiście w klasycznej grece żadna porządna dziewczyna nie nazywałaby się po prostu Hagne, podobnie jak nie nazywałaby się Agatha (dobra) - analogicznie zresztą mężczyzna nie nazywałby się Hagnos czy Agathos. Ale spotykamy te przymiotniki w złożeniach takich jak np. Agathokles - dobrej sławy. Z Hagnos czy Hagne jest nieco ciężej - ale niemal równy rok temu w Muzeum Archeologicznym w Atenach natrafiłam na hellenistyczną stelę niejakiej Hagnostrate (z ok. 320 r. a.C.) - czyli oczyszczającej walczących. To ona oczywiście jest na zdjęciu kończącym wpis.

Zapewne ze względu na symbolikę baranka w chrześcijaństwie połączono podobnie brzmiące słowo agnus z (H)Agne, które w późnołacińskiej wymowie mogło spokojnie zgubić przydech, zwłaszcza że np. na mozaikach rawenneńskich towarzyszący Agnieszce baranek ewidentnie symbolizuje również czystość (rozumianą już niestety niemal wyłącznie jako dziewictwo). Nie jest to może aż tak karkołomny pomysł jak słynne vera icon mające jakoby być źródłem imienia Weronika (kilka dni temu pisałam o jego pochodzeniu od Berenike - macedońskiej formy greckiej Ferenike; imienia zresztą bardzo popularnego na terenach pozostających wcześniej pod wpływami Ptolemeuszy i Seleukidów), ale też interesująca. I nie jedyna: kontrowersje etymologiczne dotyczą np. wpływów egipskich na takie imiona hebrajskie jak Mojżesz (tożsamość z charakterystyczną - i popularną w epoce, na którą datuje się w przybliżeniu exodus - egipską cząstką "mose", obecną chociażby w imionach czterech faraonów z XVIII dynastii: Tutmozisów) i Miriam czyli Maria.

A mnie osobiście najbardziej intryguje - i muszę o to zapytać uczonych kolegów językoznawców - czy greckie słowo hagnos może mieć związek z sanskryckim agni - ogień. Nie znam się na językoznawstwie praindoeuropejskim, ale zważywszy, że ogień miał w większości kultur znaczenie oczyszczające (w dość makabryczny dosłowny sposób rozumiała to np. Inkwizycja), na rozum wydawałoby się to prawdopodobne. Wedyjski Agni był zresztą jednym z najstarszych bóstw indoeuropejskich i mimo że potem w tradycji hinduistycznej został przede wszystkim posłańcem innych bogów, być może jego prastary kult leży u podstaw późniejszych wierzeń i rytuałów, jak chociażby centralnego dla zoroastrianizmu wiecznego ognia (który płonie na ołtarzach, ale sam nie jest przedmiotem kultu, tylko symbolem światła bóstwa). Zaratusztra pochodził z zresztą z Baktrii, krainy położonej u stóp Hindukuszu, zamieszkałej przez ludy indoirańskie, podbitej najpierw przez Persów, a potem Greków, znajdującej się na szlaku handlowym wiodącym na wschód, toteż związki wydają się tu również prawdopodobne. A ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mieć ogniste imię :)

Stela Hagnostrate, ok. 320

PS. Gdyby ktoś chciał zrobić mi prezent imieninowy (za 2,44 zł), to oczywiście proszę o głosowanie smsami w konkursie Onet.pl - zwłaszcza na fotobloga antiquitates.blox.pl ;) F00256 na 71222

czwartek, 17 stycznia 2008
Carpe diem

Rozdawanie niepotrzebnych książek miewa czasem niespodziewane konsekwencje. Sprezentowałam mianowicie jakiś czas temu kilka tomów, do których nie zamierzałam zaglądać, mojej pożerającej wszelkie słowo pisane przyjaciółce - a ona oczywiście wszystko to przeczytała. Wśród książek zaplątał się również wysoce archiwalny numer miesięcznika "Znak" (chyba z początku lat '90, jak sprawdzę, to poprawię) i oto w numerze tym przyjaciółka moja znalazła przegląd innych periodyków, a w nim omówienie artykułu z współczesnej temu numerowi "Arki" pt. Zmowa Hermesków, czyli smutny spadek po hermeneutyce autorstwa Jerzego Hanuska, którego wyguglałam jako filozofa. I tak jakoś miło mi się zrobiło, że w czasach, kiedy ja jeszcze nie słyszałam nawet o postmodernizmie, ktoś już pisał o nim tak, że mogłabym się dziś podpisać pod jego stwierdzeniami wszystkimi łapkami. Pozwolę sobie w związku z tym zacytować co smakowitsze kawałki, dedykując je postmodernistycznym guru maści wszelakiej.

Kilka porad dla Hermeska: gdy widzisz kartkę papieru a na niej kreskę pionową i poziomą, pisz - "determinacja rysunku w postaci symetrycznie zarysowanej płaszczyzny mieści się w biegunowo odmiennych regułach pionu i poziomu". Gdy artysta stał, a potem się położył, notuj - "jego transfiguracja z pozycji wertykalnej w pozycję horyzontalną w sposób totalny przeistoczyła uniwersum relacji łączących artystę z pozostałymi rzeczami i osobami znajdującymi się w galerii, zmieniając tym samym, w myśl hermeneutycznego koła, znaczenie zarówno całości sytuacji, jak i każdej jej części z osobna". Pamiętaj: zamiast poznawczy pisz noetyczny, zamiast stwierdzający - tetyczny; przyswojenie to internalizacja, objaśnianie to egzegeza, własność to atrybut lub akcydens, przejaw to modus. Nie zapomnij dodać, że problem, o którym piszesz, odsyła w najmniej jasny obszar metafizyki. Wszyscy będą przekonani, że metafizykę masz w małym palcu, skoro rozpoznałeś jej obszary jasne, mniej jasne i ten najmniej jasny.

Czytałam to i przecierałam oczy, zwłaszcza patrząc na datę na okładce, żywotność bełkotu - a po prawdzie pseudonaukowej nowomowy - jest bowiem zadziwiająca. Dalej zaś znalazłam fragment, który w stu procentach podsumowuje moje osobiste doświadczenia z postmodernizmem:

Pisanie o sztuce skażone jest czymś, co można nazwać hermeneutycznym piętnem. Jest to szczególny rodzaj podejrzliwości, który każe lekceważyć realną obecność dzieła i poszukiwać tego, co jest w nim ukryte. Dzieło przestaje wyrażać, a zaczyna zakrywać. Jego realne elementy tracą wiarygodność. Działanie pracy przestaje być ważne, bo jest to tylko działanie zasłony. Istotne jest to, co kryje się za nią. To coś łatwo zmistyfikować.

Ostatnie zdanie w sposób wręcz idealny wyraża moją osobistą nieufność wobec postmodernizmu, albowiem proponowane przez jego wyznawców interpretacje nazbyt często wydają mi się naciągane - inaczej mówiąc, są mistyfikacjami. By nie rzec: manipulacjami. Nie ufam pomysłom takim jak poetyka negatywna: że najważniejsze jest to, o czym autor nie pisze (bo skoro nie pisze, to znaczy, że go to szczególnie uwiera, ergo: jest dla niego najważniejsze). Hmm, a co jeśli nie pisze, bo go to nie obchodzi? Albo że po prostu nie ma ochoty? Albo uważa za temat nieciekawy artystycznie? Albo wyeksploatowany na dziesiątą stronę tak, że on (autor) nie ma już na niego oryginalnego pomysłu? Najzabawniejsze jest to, że postmoderniści z pogardą odnoszą się do tzw. krytyki genetycznej, czyli wiążącej dzieło z biografią autora. Tymczasem poetyka negatywna zakłada przebadanie biografii autora pod kątem tych niewygodnych lub traumatycznych elementów, o których rzekomo nie pisze z wzniosłych powodów - czyżby czekając, aż krytyk się tego domyśli i opisze za niego?

Nie ukrywam: dzieła sztuki czy literatury lubię za to, że są. Że istnieją "namacalnie", fizycznie: mogę je oglądać, podziwiać, czasem dotknąć, sfotografować czy też przewracać kartki i czytać słowa, zdania, rozdziały, tomy. I nie obchodzi mnie w obcowaniu z dziełem sztuki jego status ontologiczny. Dodatkowo książki lubię głównie za opowiedziane w nich historie - oczywiście ideałem jest, żeby były do tego dobrze napisane, ale gdybym miała do wyboru napisaną tak sobie świetną historię i arcydzieło języka o niczym, to wybrałabym to pierwsze. Nie mam też nic przeciwko dziełom alegorycznym czy symbolicznym - są style i epoki, kiedy takie podejście jest wpisane w twórczość i rozszyfrowywanie tropów bywa fascynujące. Ale nie lubię dopisywania do dzieł tego, czego w nich nie ma, a czasem wręcz być nie może.

Moje pierwsze zetknięcie z postmodernizmem miało taki mniej więcej kształt, że kolega, który właśnie odkrył jakiś "święty" tekst, oznajmił mi z wypiekami na policzkach, że teraz nie trzeba już tylko interpretować Kanta przez Platona, ale można też Platona przez Kanta. Do dziś żałuję, że od razu wtedy nie uciekłam byle dalej od wszystkiego, co z postmodernizmem ma choćby ciut do czynienia. Straciłabym może temat na kilka wpisów na blogu, ale byłabym szczęśliwszym człowiekiem - co powinno mi dać do myślenia, zważywszy, że ze wszystkich szkół filozoficznych najbliższy memu sercu jest epikureizm.

Sympozjon

niedziela, 13 stycznia 2008
Laus varietatis

Naprawdę nie chcę tak w kółko o tym, ale coraz trudniej przychodzi mi wiara w zapewnienia Konstytucji RP, że nie żyję w państwie wyznaniowym. I to nie dlatego, że politycy różnej maści raz po raz obnoszą się ze swoją religijnością, nie dlatego, że od prywatnych osób w prywatnych rozmowach słyszę wprost lub nie wprost, że chrześcijaństwo w wydaniu rzymskokatolickim jest jedyną słuszną drogą dla człowieka. Prywatne poglądy moich znajomych są ich prywatnymi poglądami, tak samo jak moje, choć mogliby czasem zachowywać więcej delikatności: ostatnio np. wysłuchałam tyrady na temat "piekła na własne życzenie".

Niepokoi mnie to, co obserwuję coraz częściej w mediach - co może być efektem bezmyślności, ale to jeszcze gorzej niż gdyby było zamierzoną propagandą. Od jakiegoś czasu zaczęłam tu tropić kościołocentryczne bzdury wypowiadane przez dziennikarzy i ekspertów, ponieważ wydaje mi się, że przynajmniej po części mogą one wynikać z być może nieuświadomej potrzeby przypodobania się instytucji, która w Polsce sprawuje rząd dusz i w ten sposób jest piątą władzą, momentami potężniejszą od trzech politycznych i czwartej medialnej.

Dziś właśnie trafiłam znów na kuriozum, tym razem w artykule poświęconym strategii reklamowej kościoła. Pominę kwestię, że moim skromnym zdaniem promować powinno się postawy życiowe, a nie konkretne czynności religijne - doceniam społeczny potencjał kościołów, toteż bezwzględnie pochwaliłabym, gdyby episkopat postanowił zasponsorować na przykład kampanie społeczne przeciwko alkoholizmowi, przemocy, wandalizmowi czy paleniu papierosów. W takiej kampanii w rogu billboardu mogłaby - a nawet powinna - znaleźć się subtelna informacja, że akcję prowadzi kościół katolicki. Nachalne promowanie sakramentów jakoś narusza moje poczucie decorum. Ale w sumie też nie o tym chciałam.

Chciałam o ostatnim akapicie: Ale tak naprawdę z fachowym PR-em czy bez niego Kościół jest chyba ostatnią instytucją, której istnienie mogłoby być zagrożone. To w końcu marka budowana przez dwa tysiące lat. Uwiarygodniają ją dziejowe korzenie i stałość. Trudno przecież zaprzeczyć promocyjnej sile idei z dziesięciu przykazań.

Nie podważam, oczywiście, tezy, że kościół ma małe szanse na to, żeby z dnia na dzień, a nawet z dekady na dekadę przestać istnieć, religie upadają bowiem zazwyczaj w wyniku albo wybicia w pień ich wyznawców, albo też ich mniej lub bardziej pokojowego nawrócenia na inną religię - lub też mieszanki jednego z drugim. Warto by jednak zauważyć, że nie jest to jedyna "marka, którą uwiarygodniają dziejowe korzenie" - po prawdzie jest jedną z najmłodszych tzw. wielkich religii. Czysto historycznie rzecz biorąc, we współczesnym świecie istnieje kilka religii starszych od chrześcijaństwa, które też się nieźle mają, by wymienić tylko judaizm (czasy Abrahama datuje się na ok. 2000 a.C.), hinduizm (początki sięgają 2 tysiąclecia a.C.) i buddyzm (VI/V w. a.C.), choć należałoby dorzucić jeszcze zoroastrianizm (X/IX w. a.C.), a można by też wspomnieć o konfucjanizmie (VI/V w. a.C.), choć jest on doktryną raczej filozoficzną niż stricte religijną. W ramach statystyki dodam, jako że sobie poguglałam, że liczbę hinduistów na świecie szacuje się na podobną do liczby katolików (ok. 1 miliard), innych chrześcijan jest kolejny miliard, buddystów jest ok. 500 tysięcy - wszystko to na ok. 6,5 miliarda światowej populacji.

Tylko że właściwie nawet nie o to stwierdzenie mi chodziło, aczkolwiek zalatuje mi ono co nieco "od zawsze" omówionym parę dni temu. Naprawdę chodziło mi o zdanie ostatnie - otóż kościół nie wymyślił Dekalogu, a taki wniosek można by wysnuć z tego artykułu. Chrześcijaństwo powstało jako sekta judaizmu, więc nic dziwnego, że przyjęło za swoje podstawowe nauki tej religii, ale - by posłużyć się językiem marketingu, bo przecież o reklamie mowa - to raczej judaizm mógłby zastrzec sobie tablice mojżeszowe jako znak firmowy... Tylko że judaizm nie jest religią prozelityczną, podobnie zresztą jak pozostałe wymienione powyżej stare religie. Nie jestem jakąś szczególną fascynatką Indii i hinduizmu, ale pod jednym względem ta kultura mnie zachwyciła: jak żadna inna współcześnie potrafi wchłaniać w siebie nowe idee czy wręcz nowe bóstwa. W Indiach nie przyjął się na wielką skalę ani rodzimy w końcu i bynajmniej nie negujący starych bóstw buddyzm (próbował upowszechnić to wyznanie Aśoka w III w. a.C.), ani chrześcijaństwo, ani islam, i to pomimo stuleci podbojów, wojen i kolonizacji - ponieważ "nowe" przyniesione przez te religie zostało włączone do istniejącego panteonu, hindusowi nie przeszkadza bowiem uznanie Buddy czy Jezusa za kolejny awatar Wisznu.

Podobne tendencje istniały w świecie hellenistycznym i rzymskim - powstawały wtedy tzw. bóstwa synkretyczne, łączące w sobie aspekty bogów greckich i bóstw lokalnych bądź napływowych: w ten sposób mezopotamska Isztar, egipska Izyda, grecka Afrodyta i rzymska Wenus stawały się aspektami jednej bogini, perski Mitra upodabniał się do greckiego Heliosa, a następnie rzymskiego Sola, italskie bóstwa pod wpływem greckim upodabniały się do tych ostatnich, np. Jowisz przejmował atrybuty Dzeusa, a do tego jeszcze z terenów mniej lub bardziej barbarzyńskich, zajmowanych wówczas w ogromnej mierze przez Celtów, ale także np. z Tracji, wędrowały bóstwa lokalne, dzięki czemu na terenie Grecji można odnaleźć miejsca kultu celtyckiej bogini koni Epony czy też trackiej Bendis, coraz powszechniej zresztą utożsamianej z krakowską Wandą, której Wincenty Kadłubek w XV w. przyprawił antyniemiecką gębę.

Mnie się taki pluralizm podoba, dobrze się w nim czuję. Mam najwyraźniej alergię na "jedynie słuszne drogi", o owczym pędzie nie wspominając. Kocham różnorodność. Nie znoszę cierpiętnictwa. A jeśli miałabym wymienić doktrynę bliską memu sercu, to byłby to zapewne epikureizm zaprawiony nieco Heraklitem. Kocham Grecję między innymi za to, że wszystkie jej systemy filozoficzne głosiły, iż podstawowym prawem i dążeniem człowieka powinno być szczęście - rozumiane na rozmaite sposoby przez różne szkoły, wśród których było miejsce i dla hedonistów, i ascetycznych cyników.

Izyda-Afrodyta

PS. Kilka dni temu zbulwersowało mnie odkrycie na kopercie znaczka pt. "Mój szczęśliwy dzień" z pierwszokomunijną ilustracją noszącą wszelkie znamiona religijnej indoktrynacji. Znalazłam na stronach Poczty Polskiej informację o serii: poza tym właśnie znaczkiem jest w niej drugi - z tortem urodzinowym i trzeci - z obrączkami ślubnymi. Wnioskuję z tego, że zdaniem państwowej Poczty w neutralnym światopoglądowo wg Konstytucji państwie, gwarantującym konstytucyjną równość ze względu na wszystko, co się da, niekatolik stanu wolnego nie może być szczęśliwym człowiekiem.

piątek, 11 stycznia 2008
Lacrimosa

Na głównej stronie wikipedii natrafiłam dziś na informację, iż 11 stycznia 347 r. urodził się przyszły cesarz rzymski Teodozjusz I, który na mojej liście osobistych antypatii zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce jako ten, który w związku z ustanowieniem chrześcijaństwa religią państwową w Imperium zarządził nie tylko zamykanie, ale systematyczne niszczenie budynków, wizerunków i ogólnie sztuki pogańskiej.

Ceremonialne czy symboliczne akty zniszczenia były w starożytności (a i później) dość powszechne, ale z systematycznym działaniem na wielką skalę mamy w przypadku Teodozjusza do czynienia po raz pierwszy. Całkowite unicestwienie wroga: zrównanie z ziemią jego osady, zagłada ludności lub wzięcie jej w niewolę bądź też działania o podobnym charakterze były chyba praktykowane od najdawniejszych czasów: w Polsce np. najwcześniejsze wielkie cmentarzysko szczątków ludzkich jest świadectwem wymordowania całej grupy nieco bardziej zaawansowanych przybyszów z kultury magdaleńskiej przez nieco mniej zaawansowanych, ale za to zasiedziałych przedstawicieli kultury epigraweckiej.

W czasach historycznych zniszczenie miasta było symbolicznym wyrazem politycznego triumfu nad wrogiem, choć oczywiście miało też wymiar ekonomiczny: nawet jeśli ludność nie dostała się w niewolę, to była na jakiś czas pozbawiona środków do życia (w nowożytnych wojnach stosowano zresztą podobną taktykę - spalonej ziemi, systematycznie po raz pierwszy w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej). Sprytnie wykorzystali to podczas wojen perskich na swoją korzyść Ateńczycy: po bitwie pod Termopilami ewakuowali ludność Attyki, pozostawiając Persom opuszczone miasto - którego ci nie omieszkali spalić - ale ratując mieszkańców, a co więcej, zmuszając sojuszników do udzielenia sobie realnej pomocy. Następnie zaś odbudowali miasto w jeszcze wspanialszym kształcie: np. na Akropolis wyburzyli do końca ruiny pozostałe po najeździe perskim i wystawili te budowle, których pozostałości możemy oglądać do dziś, jak Partenon czy Erechtejon.

Ponad sto lat później Aleksander w symbolicznym odwecie za zniszczenie Aten spalił Persepolis - wg legendy namówiła króla do tego pochodząca z Aten hetera Thais, kochanka Ptolemeusza - co paradoksalnie przyczyniło się do zachowania ruin tego miasta w nienajgorszym stanie, ponieważ ogień wypalił cegły, wzmacniając je.

Jeszcze bardziej dobitnie postanowili rozprawić się Rzymianie ze swoim najbardziej niepokornym wrogiem - Kartaginą. Kiedy wreszcie w 146 r. a.C. zdobyli miasto po ponad stu latach wojen i klęskach zadanych Rzymowi przez Hannibala na terenie Italii (co musiało być szczególnie bolesne) w II wojnie punickiej, zwycięski Publiusz Korneliusz Scypion Afrykański Młodszy rozkazał nie tylko zburzyć Kartaginę, ale dodatkowo posypać jej ruiny solą - co symbolicznie oznaczało, że nic nigdy więcej nie ma tam wyrosnąć. Nie doczekał tego momentu Katon Starszy, który przez długie lata w Senacie powtarzał, że "delenda est Karthago" - zmarł bowiem w 149 roku. Niedługo jednak przyszłoby mu się cieszyć wymarzonym zniszczeniem znienawidzonego miasta, albowiem praktyczni Rzymianie bardzo szybko utworzyli na strategicznym cyplu kolonię, której sto lat później Cezar przywrócił dawne imię.

W tym samym roku 146 Rzymianie zburzyli również Korynt, aby dać nauczkę nie przejawiającym dostatecznego entuzjazmu dla rzymskiego porządku świata Grekom (którzy po prawdzie trochę byli sami sobie winni, ponieważ kilkadziesiąt lat wcześniej nie potrafili wykorzystać prohelleńskiej polityki Tytusa Kwinkcjusza), a w latach '80 I stulecia a.C. Sulla zniszczył sporą część zabudowań Aten, mszcząc się w ten sposób na Grekach za wsparcie, jakie udzielili zbuntowanemu przeciw polityce rzymskiej w Azji Mniejszej Mitrydatesowi VI z Pontu.

Wspominam o Sulli, ponieważ jeśli kogoś można by wskazać jako duchowego przodka Teodozjusza, to właśnie jego. Wedle anegdoty miał odpowiedzieć poselstwu ateńskiemu, które błagało go o oszczędzenie stolicy nauk i sztuk, że nie przyjechał do Aten na lekcje, ale aby stłumić bunt. Zupełnie inaczej postąpił wcześniej Aleksander, który podbiwszy oporne wobec macedońskiej polityki Teby, rozkazał, owszem, zniszczyć miasto, ale nie pozwolił zburzyć domu żyjącego ponad sto lat wcześniej wielkiego poety Pindara, a jego rodzinie darował wolność.

Teodozjusz postąpił zatem jak Sulla, nie Aleksander: w imię triumfu wyznawanej przez siebie religii i ideologii skazał na zagładę stulecia myśli i sztuki, pozbawiając świat części jego piękna. Wśród świątyń, na które zawziął się szczególnie i kazał zrównać z ziemią, był m. in. Serapejon w Aleksandrii, uważany przez starożytnych za budowlę wyjątkowej piękności, rozkazał także wyciąć święte dęby w prastarym - wspominanym w Iliadzie - sanktuarium w Dodonie. W moim osobistym mniemaniu nic go nie różni od talibów, którzy kilka lat temu w imię religii wysadzili w powietrze wielowiekowe posągi Buddy.

Erechtejon

PS. Dla pełniejszego obrazu tego nazywanego Wielkim (na pewno nie przeze mnie) cesarza dodajmy jeszcze, że jako pierwszy wydał urzędową wojnę odłamom chrześcijaństwa, które uznawał za herezje, czyniąc z tych ostatnich przestępstwo ścigane przez państwo (tu również przejawiło się jego duchowe pokrewieństwo z Sullą - tym razem jako wynalazcą list proskrypcyjnych i masowego likwidowania opozycji politycznej), prześladował heretyków i Żydów, ograniczając ich prawa obywatelskie, a szczególnie nienawidził homoseksualistów: przyłapanych na uprawianiu tego rodzaju miłości kazał karać śmiercią, na ogół przez spalenie. W 390 r. kazał wymordować kilka tysięcy ludzi zgromadzonych na igrzyskach sportowych w Tessalonice, ponieważ w mieście domagano się uwolnienia woźnicy rydwanu aresztowanego za "nienaturalne żądze". Teodozjusz nieco później zakazał zresztą organizowania igrzysk olimpijskich, a także wszystkich innych, kończąc w ten sposób wielowiekową tradycję, która musiała poczekać 1500 lat na odnowienie. Aha, to on też podzielił cesarstwo rzymskie między swoich synów, zapoczątkowując w ten sposób kulturowe - a w konsekwencji również ekonomiczne - rozbicie Europy, trwający zresztą do dziś. Proponuję obwołanie go patronem nietolerancji, podziałów i wandalizmu.

czwartek, 10 stycznia 2008
Czymże jest imię?

Postanowiłam dodać do bloga nową kategorię, do której przeniesie się kilka wcześniejszych wpisów. Początkowo miała się ona nazywać "zdziwniej i zdziwniej", co jest cytatem z "Alicji w Krainie Czarów" (curioser and curioser) w nieocenionym przekładzie Macieja Słomczyńskiego. W końcu jednak zdecydowałam się na "gabinet osobliwości", albowiem brzmi bardziej staroświecko (i zrozumiale). Dziś bowiem, podczas codziennego lekturo-oglądania portalu gazeta.pl rzuciła mi się w oczy kolejna opinia wypowiedziana przez eksperta. Rzecz była o modzie na pretensjonalne imiona nadawane dzieciom, a oto cytat z artykułu :

- Imię od zawsze wiązało dziecko z postacią patrona, które wybierali dla niego rodzice - mówi dr Hubert Czachowski, etnolog z Muzeum Etnograficznego w Toruniu. - Był to najczęściej przodek albo święty.

Pomijając wątpliwą gramatykę tego zdania (praktyka dziennikarska nauczyła mnie, że rozmówcom poprawia się oczywiste błędy składniowe, typowe dla języka mówionego, więc to pretensja do reportera), moje pytanie do etnologa z doktoratem brzmi w związku z powyższą wypowiedzią: co to znaczy "od zawsze"? Bo, powiedzmy sobie to wprost: nawet biblijno-kreacjonistycznie podejście zakłada, że świat istniał przed pojawieniem się w nim chrześcijaństwa, nie mówiąc już o kulcie świętych, który pojawia się dopiero w II w.

O ile wiem, nie da się z pewnością uchwycić momentu, w którym (pra)ludzie zaczęli mówić, a tym bardziej nadawać sobie imiona. Co więcej, do momentu pojawienia się pisma (mniej więcej 5 tysięcy lat temu) nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie, jak mogły brzmieć prahistoryczne imiona. No, może językoznawcy są w stanie coś tam spekulować na ten temat na podstawie wczesnych form językowych oraz tradycji współczesnych kultur prymitywnych - w tych ostatnich imiona zazwyczaj mają charakter opisowy, co znane jest chyba każdemu, kto oglądał jakikolwiek western z Indianami w tle.

Również współcześnie istnieje wiele systemów nadawania imion: np. wyczytałam właśnie, że w tradycji arabskiej najpopularniejsze są imiona związane z 99 przydomkami Boga - stąd częste zakończenia na -ah. Istniały, co więcej - i zapewne zdarzają się nadal - kultury, w których człowiek zmienia imiona w ciągu swojego życia. Może się to mieć wymiar religijny i wyjątkowy - jak w wielu historiach biblijnych, by wspomnieć chociażby Jakuba-Izraela, czy też polityczny jak w przypadku egipskich faraonów w chwili obejmowania tronu, a może być obyczajem związanym po prostu z przechodzeniem z jednego etapu życia w kolejny, np. zamążpójściem w przypadku kobiet.

Niemniej nawet pozostając w kręgu indoeuropejskim nie możemy się zgodzić z wypowiedzią eksperta. Chociażby klasyczne imiona greckie niewiele mają wspólnego z tym, o czym mowa w inkryminowanym artykule. Były one zazwyczaj złożone i, można by powiedzieć, magiczne bądź życzeniowe - jeżeli z czymkolwiek wiązały dziecko to co najwyżej z pewnymi cechami, jakich pragnęliby dla niego rodzice niż czymkolwiek innym. I tak np. Filip (Φιλιππος) to "miłujący konie", Arystoteles - "dążący do doskonałości", Kleopatra (a także Patroklos) - "ojcowska chwała". W niektórych używanych później imionach ten źródłosłów się pozornie zatarł: i tak np. mało kto wie dziś (zwłaszcza pod wpływem błędnej wtórnej etymologii łacińskiej), że Weronika to grecka Berenike, to zaś pochodzi od formy Ferenike - "niosąca zwycięstwo". Nawiasem mówiąc, męskim odpowiednikiem tego imienia będzie w związku z tym... Nikifor. Tak, właśnie jak ten Krynicki.

Zdarzały się w tradycji greckiej imiona takie jak Apollodoros - "dar Apollina" czy ogólniej Theodoros - "dar boga", ale były one dość rzadkie. Bogowie, owszem, opiekowali się miastami i ludźmi, ale niekoniecznie wiązało się to z nadawaniem jednym czy drugim imion. Co więcej, nawet imiona herosów - mitycznych założycieli miast czy dynastii bardzo rzadko funkcjonują w późniejszych tradycjach dynastycznych. Neoptolemos czy też słynny Pyrrus - królowie Epiru w IV/III w. - nazwani tak po Neoptolemosie/Pyrrhosie, synu Achillesa i mitycznym założycielu epirockiej dynastii Molossów, stanowią tu raczej wyjątek.

Najbliższy zachodniej współczesności system funkcjonował w Rzymie co najmniej od czasów republiki i opierał się na tradycji rodzinnej - pierwsze dzieci, zarówno córki jak i synowie, dziedziczyły pierwsze imię (praenomen) po ojcu, drugie (nomen gentile - mniej więcej dzisiejsze nazwisko) oznaczało ród, z którego dany obywatel pochodził, a dopiero trzecie (cognomen czyli mniej więcej przydomek) bywało identyfikatorem - albowiem pierwsze nierzadko powtarzało się bardzo często przez pokolenia, drugie zaś z natury swej było w danym rodzie stałe. Rzymianie nie byli zresztą zbyt pomysłowi w wymyślaniu tych praeonomina - sporą część odziedziczyli po Etruskach, sami zaś wynaleźli nazywanie dzieci (zwłaszcza tych późniejszych, które z praktycznej przyczyny nie dziedziczyły imienia po ojcu czy dziadku) od miesięcy, kiedy się urodziły lub też kolejności, w jakiej przychodziły na świat: stąd zastępy Quintusów, Sextusów i Tertii, czyli po prostu Piątych, Szóstych i Trzecich. O ile zatem można by się (od biedy) upierać, że w Rzymie istniał zwyczaj nadawania pierwszego imienia po przodkach, o tyle nie można uznać, że był on zasadą, ponieważ te właśnie "numeryczne" imiona były wyłącznie typowym przejawem rzymskiego praktycyzmu i braku wyobraźni.

"Od zawsze" pana doktora etnologii ma zatem stosunkowo niedługą historię, niezależnie od tego, czy odnosić ją do tych milionów lat temu, kiedy pojawiły się różne gatunki homo, czy do dominacji biologicznie współczesnego homo sapiens sapiens czyli kromaniończyka (ok. 40 tys lat temu) , czy tylko do czasów historycznych, czyli od pojawienia się pisma. A mnie przypomina się pewna doktor socjologii, z którą miałam nieszczęście podróżować parę lat temu po Indiach. Kiedy nasz przewodnik - indolog opowiadał o miejscowej rozbójniczce Phoolan Devi, która dostała się do parlamentu, pani owa skomentowała to w następujący sposób: "muszą tu mieć strasznie dużo przestępców, skoro ją wybrali". Wypowiedź ta wydała mi się wówczas kuriozalna, a pani niedouczona. Niestety czytając i słuchając ostatnio wypowiedzi "ekspertów" w mediach zaczynam mieć ponure podejrzenie, że nie była odosobnionym przypadkiem.

Luwr

PS. W tym samym artykule mamy jeszcze jeden lapsus: Zdaniem Tomasza Szlendaka, socjologa z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, im wyżej w hierarchii społecznej znajdują się rodzice, tym chętniej dla swoich dzieci wybierają imiona klasyczne, najczęściej słowiańskie: - W tych środowiskach spotkamy najczęściej małe Marie, Stanisławów i Franciszków. Otóż z tych imion tylko jedno jest słowiańskie, a żadne nie jest klasyczne (naukowiec powinien ten termin rezerwować dla tzw. starożytności klasycznej) - w takim zestawieniu (hebrajskie, słowiańskie, średniowieczne), można je nazwać co najwyżej "tradycyjnymi".

PS 2.  Tytułowy cytat pochodzi oczywiście z Romea i Julii Szekspira, oto oryginalny kontekst:

What's in a name? that which we call a rose
By any other name would smell as sweet;
So Romeo would, were he not Romeo call'd,
Retain that dear perfection which he owes
Without that title:--Romeo, doff thy name;
And for that name, which is no part of thee,
Take all myself.

poniedziałek, 07 stycznia 2008
Zmierzch bogów

Chwała niech będzie Odynowi i innym bóstwom nordyckim za to, że scenariusz Beowulfa współtworzył Neil Gaiman: dzięki temu nareszcie możemy oglądać film, w którym czuje się wymiar mitu. Beowulf jest dowodem na to, że nie chodzi o wierność oryginałowi: ważna jest przede wszystkim spójna opowieść, której elementy są z sobą powiązane i tłumaczą się w całości. Gaiman z hollywoodzkim współscenarzystą poszli bowiem w dokładnie odwrotnym kierunku niż twórcy wielokrotnie już tu przeze mnie wspominanej Troi: zrekonstruowali mit, jaki mógł leżeć u podstaw poematu. W praktyce przekłada się to na dwie czynności: połączenie nie do końca spójnych wątków średniowiecznego eposu i dodanie do nich nieco nadprzyrodzonej motywacji

I tak w miejsce eposu, w którym dwa wątki: walki z Grendelem i walki ze smokiem łączy jedynie osoba głównego bohatera, dostaliśmy opowieść o klątwie i zmierzchu dawnych bóstw. I tylko pozornie w tej historii wszystko jest jasne, albowiem jeśli przyjrzeć się szczegółom, to nagle okazuje się, że nie wiemy do końca, czyim synem jest złotoskóry zmiennokształtny (przemieniający się w smoka): matki Grendela czy też morskiej nimfy z opowieści Beowulfa o przegranym wyścigu i walce z morskimi potworami? W smoczej postaci ma ogon zupełnie taki jak ta druga, a sugestia, co zaszło między Beowulfem a tą syreną w morskiej głębinie jest aż nadto czytelna - zwłaszcza jeśli zestawić ją z późniejszym kłamstwem w kwestii losów matki Grendela i tym, co oglądamy na ekranie (rozpływający się miecz Unfertha, podobnie jak tamten, który spadł w morską głębinę). A może obie te kobiety są tą samą: odwieczną, starożytną boginią wód, która w finale zabiera herosa - ostatniego świadka przemijającego świata - do Walhalli? 

Beowulf nie należy do cyklu Nibelungów, ale chyba dobrym pomysłem było fabularne nawiązanie do jednego z motywów tej sagi: mamy tu przechodzący z rąk do rąk przeklęty złoty przedmiot, smoczy dar czy też smoczy łup, który w przeciwieństwie do oryginału pojawia się już na samym początku opowieści, stanowiąc zresztą jeden z najbardziej tajemniczych elementów fabuły.

Skąd bowiem smoczy kielich ma Hrothgar? Mówi, że zabrał go z jaskini po zabiciu smoka. Ale przecież wiemy, że mężczyźni, którzy zadawali się z matką Grendela (absolutnie olśniewająca Angelina Jolie, ale także absolutnie olśniewające sugestie na temat jej wyglądu jako "potwora"), niechętnie o tym opowiadają. Wiemy też, że matka Grendela zażądała kielicha jako ceny za swoją opiekę nad Beowulfem - opieka ta miała trwać dopóty, dopóki kielich pozostanie w jej posiadaniu. Czy w przypadku Hrothgara było na odwrót - dostał kielich w nagrodę?

Nie wiemy również, czy to matka Grendela porzuciła kielich, dając ludziom do zrozumienia, że jej opieka się kończy, czy też sługa mnicha wykradł go z wrzosowiska, sprowadzając w ten sposób smoka? Wiemy z pewnością, że morska bogini - tym razem niewątpliwie posiadająca rysy matki Grendela, w każdym razie takiej, jaką widział ją w jaskini Beowulf - przyjmuje bohatera; odniosłam wręcz wrażenie, że to on jest tym mężczyzną, na którego przez stulecia czekała. Jeśli przyjąć, że jest ona tożsama z "potworem z głębin" rzekomo uśmierconym przez Beowulfa, to z tym bohaterem ma wreszcie pięknego syna, który podobnie jak jego ojciec zostaje przyjęty przez morze w ludzkiej postaci, a więc wcale nie wiemy, czy z pewnością umarł jak wcześniej jego pokraczny brat, syn Hrothgara, czy też może został wyzwolony od klątwy?

Bardzo pięknie jest tu zresztą rozegrany wątek miłości matki Grendela do syna, zwłaszcza że nie wiemy, dlaczego jedno z jej dzieci jest pokraczne, drugie zaś piękne. Jedno jest pewne: prawdą jest to, co okaleczony Grendel mówi Beowulfowi uciekając do jaskini, by tam umrzeć - że to nie on jest demonem. W oryginalnym poemacie Grendel jest wyrzutkiem ze społeczności, który nie potrafi pogodzić się z tym, że inni bawią się i świętują, podczas gdy on jest skazany na tułaczkę. W filmie jest on kimś, dla kogo nie ma miejsca wśród ludzi, a jedyną osobą, która kocha go bezgranicznie i bezwarunkowo jest matka. Ona zresztą, mimo że postrzegana jako demonica, nie jest bynajmniej zła: jest raczej właśnie jak pogańscy bogowie poza dobrem i złem. Dotrzymuje danego słowa, nie chce krzywdzić ludzi, jest najwyraźniej zdolna do wyższych uczuć. A cena jaką płacą ci, którzy ulegają jej czarowi, jest ceną, jaką zawsze śmiertelnicy płacili za miłość bogini. Dla Hrothgara staje się to jedynie przekleństwem - może też dlatego, że opowiedział świeżo poślubionej młodej żonie - na dodatek ewidentnej zwolenniczce nowej religii - o swojej przygodzie. Hrothgar pragnie wyzwolić się od klątwy i umrzeć, ale Beowulf sprawia wrażenie, jakby szukał powrotu do jaskini i w objęcia złotoskórej nimfy. Jest rozgoryczony i znużony długim życiem, sławą herosa i najwyraźniej niemożnością zaspokojenia swoich potrzeb - ale zupełnie inaczej niż Hrothgar.

Kiedy zabija swojego syna - smoka, ten przemienia się w pięknego młodzieńca, co wyraźnie wygląda na wyzwolenie z klątwy właśnie. Na pogrzebowym stosie Beowulf być może podobnie wyzwala się z okowów ciała, a pocałunek matki Grendela przenosi go do innego świata, tego samego, do którego odeszli jego bogowie.

Najbardziej jednak intryguje mnie ostatnia scena, w której nowy król Wiglaf i matka Grendela patrzą na siebie rozdzieleni falami morza. Mam nieodparte wrażenie, że on czegoś żałuje, ona zaś po raz pierwszy nie jest wyłącznie uwodzicielska, jakby znalazła to coś, czego szukała.

Czuję, że będzie to jeden z tych filmów, które kupię na dvd, kiedy tylko takowe znajdzie się w sprzedaży, bo już chciałabym obejrzeć parę scen, żeby zobaczyć, czy te różne moje obserwacje i interpretacje są rzeczywiście uzasadnione szczegółami scenariusza lub obrazu. A podsumowanie tej nieco chaotycznej recenzji czy raczej relacji powinno brzmieć: rzadko w ostatnich czasach zdarzało mi się, żebym nie miała zastrzeżeń do fabuły filmu...

Yorkshire Moors

piątek, 04 stycznia 2008
Non possum

Jak na kolosalną wręcz ironię tkwię chwilowo w pracy, w której otoczona jestem przez fanatycznych wyznawców postmodernizmu. Polega to na tym, że z ust ich co rusz płynie swoista litania do świętych: Derridy, Baudrillarda, Lyotarda, Foucaulta, Rorty'ego, Bhabhy, Żiżka (nic nie poradzę, że dwaj ostatni są moimi ulubieńcami - rzecz jasna z powodów czysto eufonicznych) i jeszcze mnóstwa innych, których nazwisk nawet nie jestem w stanie zapamiętać, jako że za każdym razem pojawia się kilka nowych. Warto jeszcze dodać, iż są to święci od bardzo skomplikowanych spraw: dyskursu, Narracji (koniecznie przez wielkie N) i metanarracji (metaNarracji?), tożsamości, dekonstrukcji, postkolonializmu i reprezentacji, a modlić się do nich należy przy pomocy skomplikowanych formuł i zaklęć, których profan - taki jak na przykład ja - nie będzie w stanie zrozumieć. Po przykłady odsyłam do wcześniejszego wpisu, żeby się nie powtarzać. W takich to rytuałach zmuszona jestem brać udział - zasadniczo bierny, choć czasem obrazoburczy.

Tak właśnie zachowałam się niedawno, bo już nie zdzierżyłam. Zapytałam mianowicie pewną Uczoną Osobę, czy naginanie struktury gramatycznej i znaczenia słów w tytule pewnego dzieła tak, żeby stał się on dwuznaczną grą słów pasującą do wywodu owej Uczonej Osoby, nie jest przypadkiem nadużyciem intelektualnym. Uczona Osoba przez moment zdradzała pewne zmieszanie i usiłowała jakoś się tłumaczyć, po czym uśmiechnęła się słodko i oznajmiła, że może to i jest nadużycie, ale zaproponowana przez nią interpretacja jest tak atrakcyjna, że nie zamierza z niej rezygnować (w domyśle, jak rozumiem: z powodu takiej błahostki jak znaczenia słów). No muszę przyznać, że jak erystyka jest raczej moją mocną stroną, tak mnie zamurowało. Po raz drugi zresztą w tym szanownym gronie - pierwszy, co zabawne, też był związany ze znaczeniem słów, albowiem to ja zostałam wówczas zastrzelona pytaniem, jakim prawem uważam pierwotne znaczenia słów za prawdziwe. Niestety ujawnił się mój espirt d'escalier i nie odpowiedziałam "prawem zdrowego rozsądku".

A wracając do kwestii atrakcyjnych interpretacji - to jest najwyraźniej granica, za którą zaczynam krzyczeć: nie, nie, nie! Bo co wynika logicznie z przyjęcia takiego założenia? Że jeśli ktoś zacznie mi wmawiać, że sonety do Laury Petrarki są tak naprawdę sonetami do Wawrzyńca i to nie dlatego, że znalazł dowody, iż Petrarka był ukrytym gejem, ale dlatego, że tak jest fajniej, to mam pokornie potaknąć albo co więcej zachwycić się odwagą intelektualną rozmówcy? Że jeśli mam na zdjęciu z jakiegoś muzeum urwaną marmurową rękę, to mogę podpisać na moim fotoblogu, że to kawałek zaginionej rzeźby Praksytelesa albo Lizypa, ponieważ bardzo zachwyca mnie taka całkowicie skądinąd bezpodstawna hipoteza? Że mogę przetłumaczyć książkę całkiem dowolnie, ponieważ uważam, że napisana przeze mnie będzie lepsza (ha, czasem nawet właśnie tak myślę)? Że na egzaminie mogę powiedzieć dowolną bzdurę, a egzaminator nie ma prawa postawić mi dwói, jeśli uprę się, że to jest moja interpretacja i ona mi się bardziej podoba od książkowej? Że policjant nie ma prawa wlepić mi mandatu za wjazd do Rynku Krakowkiego, ponieważ a) w mojej osobistej interpretacji znaczek A oznacza C, a do strefy C mam prawo wjeżdżać, b) takie białe kółko z czerwoną obwódką w mojej interpretacji znaczy "brunetki w okularach mają prawo wjazdu"? I tak dalej, mogłabym dość w nieskończoność wyliczać przykłady.

Oczywiście, można powiedzieć, że grubymi nićmi szyta interpretacja tytułu mało ważnego dzieła literackiego nie czyni wielkiej krzywdy ludzkości, ale tu chodzi o pewne zasady. Zainspirowany niezwykle atrakcyjną tezą Jeana Baudrillarda, iż żyjemy w świecie kreowanych przez media symulakrów, kompozytor Karlheinz Stockhausen nazwał publicznie tragedię World Trade Center wydarzeniem medialnym. A to już nie są sprawy banalne.

Ateny

środa, 02 stycznia 2008
Ianuarius

I już Nowy Rok. Wczoraj przez większość dnia (a konkretnie większą część tej części dnia, kiedy byłam w domu) serwis blox odmawiał współpracy, więc notka minimalnie spóźniona.

Nowy Rok wcale nie jest taką kulturową oczywistością, jaką się wydaje. Nawet pomijając wszystkie kalendarze, z którymi nasz współczesny nie ma nic wspólnego (jak również fakt, że pierwotne kalendarze były lunarne a nie solarne) i biorąc pod uwagę jedynie system rzymski, z którego się wywodzi, 1 stycznia nie jest bardzo stary jako początek roku:  do II w. a.C. Rzymianie za początek roku uważali 1 marca, choć tak naprawdę liczyli lata wedle urzędowania konsulów, którzy swój urząd obejmowali 15 marca - aż do roku 153, kiedy to początek roku konsularnego został przesunięty na 1 stycznia. Zapewne dlatego, kiedy niecpo ponad sto lat później Juliusz Cezar przeprowadził reformę kalendarza, 1 stycznia pozostał datą rozpoczynającą nowy rok i tak jest do dziś w zachodniej rachubie czasu po reformie gregoriańskiej z XVI w. Wcześniej w świecie chrześcijańskim nie było zgody co do tego, kiedy powinno się obchodzić Nowy Rok: wahało się to od grudnia po kwiecień, z tym że Wielkanoc jako święto ruchome była bardzo wątpliwym punktem oparcia dla rachuby lat. Tyle że do renesansu co najmniej nie przywiązywano wielkiej wagi do dokładności historycznej, czego świadectwem są chociażby średniowieczne kroniki. Wraz z rozwojem od XVI w. naukowego sposobu myślenia podejście do historii również się zmieniało i potrzeba precyzyjnego określania "kiedy" stawała się coraz mocniejsza. Aha, jeszcze miła wiadomość dla chrześcijan-antysemitów: 1 stycznia to w kalendarzu liturgicznym pierwotnie święto obrzezania Jezusa, a więc najbardziej ze wszystkich podkreślające związek chrześcijaństwa z judaizmem (po prawdzie do II w. chrześcijaństwo było sektą w obrębie religii żydowskiej).

A w języku polskim akurat, w przeciwieństwie do wielu europejskich, prawie nie zachowały się rzymskie nazwy miesięcy, więc dodam jeszcze, iż mamy obecnie miesiąc poświęcony bogu Janusowi o dwóch twarzach, opiekunowi między innymi bram - doskonale nadającemu się na opiekuna Nowego Roku jako przejścia od czegoś starego do nowego. Skądinąd jest to jedno z najbardziej rzymskich i zarazem najbardziej tajemniczych bóstw.

British Museum

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright