czwartek, 29 stycznia 2009
Powroty

Długa była ta przerwa w pisaniu, ale też życie nie bardzo pozwalało mi na to, żeby ukończyć blogową notkę, którą zaczęłam pisać już jakiś czas temu (nie tak znów dawny), kiedy przeczytałam w internetowym wydaniu "Polityki" wywiad z prof. Aleksandrem Krawczukiem. Wywiad, który mnie zachwycił, co zresztą erat providendum (niektórzy to nawet przewidzieli, polecając mi lekturę, dziękuję, N). A zatrzymało mnie spraw kilka: zdany dziś egzamin licencjacki na ukochanych drugich studiach (co jeszcze nie czyni mnie bakałarzem, a jedynie dopuszcza do dalszych procedur pod warunkiem uzyskania absolutorium) oraz stworzony w nagłym przypływie entuzjastycznej weny nowy blog. O pochłaniającym mi również sporo czasu tłumaczeniu, które mnie wciągnęło, już pisałam.

A teraz o tym, co zaczęłam te parę dni temu. Prof. Krawczuk ma u mnie i wielu moich znajomych nieprzecenione zasługi w kwestii zainteresowywania nas antykiem. Dla mnie wprawdzie pierwszym zachwyceniem była Mitologia Parandowskiego i tegoż Wojna trojańska oraz prozatorski przekład Odysei, a potem z kolei zaczytywałam się różnymi mniej lub bardziej dziwacznymi powieściami dla mniej więcej młodzieży. Były to m. in. Czarne okręty Joe Alexa czyli Macieja Słomczyńskiego, Powrót na pustynię oraz Asklepios niejakiego Horii Stancu (jak się dopiero w dobie wikipedii dowiedziałam, poza tym rumuńskiego lekarza), Echnaton władca Egiptu autora, który nazywał się chyba Giennadij Gulia oraz już zdecydowanie mniej młodzieżowy Egipcjanin Sinuhe Miki Valtariego.

Z tą książką o Echnatonie to nawet wiąże się moje bardzo mocne wspomnienie z dzieciństwa: będąc na spacerze z nianią zobaczyłam ten tytuł na wystawie - jak mi się wówczas wydawało - księgarni przy ul. Długiej, niedaleko Placu Słowiańskiego. I wiedziałam, że muszę to mieć (tak, przyznaję, to był czas, kiedy pod wpływem Sinuhego fascynowałam się Egiptem, choć tak po prawdzie w tamtej powieści najbardziej zaintrygowało mnie państwo Mitanni, o którym przynajmniej teraz posiadam wreszcie jakąś tam wiedzę, oraz jakieś epizody chyba na Krecie). Niestety okazało się, że "księgarnia" była filią jakiejś biblioteki, na dodatek nie rejonowej dla mojej szkoły, i musiałam pożegnać się z tą książką na dobrych parę lat, aż wreszcie jakiegoś pięknego dnia znalazła się w antykwariacie na Szpitalnej. Ale mam teraz z tymi lekturami dzieciństwa pewien problem: chciałabym do nich wrócić, a boję się, że po latach mogły stracić cały urok... bo też wybitnymi dziełami literackimi nie były, a na dodatek obawiam się, iż nieobce było im ideologizowanie w duchu czasów szczęśliwie minionych.

W każdym razie Krawczuka zaczęłam czytać dopiero chyba w liceum i bardzo szkoda, że nie udało mu się odczarować wówczas dla mnie historii jako takiej, która od 8 klasy szkoły podstawowej (zmiana nauczyciela) zaczęła mi się kojarzyć z koszmarem wkuwania dat i pokazywaniem miejsc bitew na mapie. 

Wywiad z prof. Krawczukiem przywołał wspomnienia wszystkich tamtych lektur. Na dodatek jest to wywiad mądry. Nie chcę powiedzieć, że mnie to dziwi - ale może tak troszeczkę, jako że odnośnie czasów współczesnych Profesor jakiś czas temu nie wykazał się wielką przenikliwością, przyjmując tekę ministra w wyjątkowo niesympatycznym rządowym tworze. Gdzie na dodatek był tylko figurantem. Bywa. Nie należę do tych, którzy z takiego powodu przekreślają człowieka, nie mówiąc już o jego dokonaniach na innych polach.

Nie będę tu przytaczać wszystkich wypowiedzi, które w tym wywiadzie mi się spodobały, bo musiałabym prawie cały tekst zacytować (zwłaszcza o różnicach między mentalnością klasyczną a biblijną). Pozwolę sobie tylko na drobną uwagę: w wypowiedź Profesora wkradła się  niejasność, a raczej pojawia się w jego wypowiedzi sformułowanie, które zapewne dla niego samego było jasne, dla laika może jednak być mylące. Pada tam mianowicie taka uwaga, że Sokrates został skazany m. in. za "kult obcych bogów" - otóż (ponowny układ w stronę Ninedin, która wyjaśniła mi filozoficzno-teologiczne zawiłości sprawy) nie chodziło, jak można by z tego wywnioskować, o próby wprowadzenia do Aten kultu innych niż lokalne bóstw, taka praktyka dla Greków, podobnie zresztą jak dla ogromnej większości starożytnych nie była niczym dziwnym, a tym bardziej nagannym. Chodziło o poddanie krytyce oficjalnego, państwowego kultu jako takiego oraz głoszenie, że najwyższym "bóstwem" dla człowieka jest jego wewnętrzny daimonion

A w kwestii wyjątkowo przeze mnie lubianej i cenionej postaci historycznej, czyli cesarza Juliana zwanego Apostatą (jednak zacytuję: "niesłusznie nazwanego apostatą, bo on nie odstąpił od wiary, ale powrócił do wiary w bogów i starał się reformować starożytne wierzenia"), pozwolę sobie zacytować fragment mało znanego wiersza Adama Asnyka jako małą dedykację dla Profesora:

I zionąc duszę, w namiętnym krzyku
Słabnący rzekł Apostata:
"Dziś zwyciężyłeś, Galilejczyku!
Lecz jutro!... Gdzie jutro świata?"

Całość wiersza można przeczytać tutaj,  a dla tych, którzy przeczytają, pozwolę sobie jednakowoż na małą uwagę (coś taki ten wpis, że się czepiam szczegółów): mianowicie wedle źródeł historycznych Julian zginął ugodzony włócznią w plecy podczas ataku, a zatem raczej nie z ręki "perskich podjazdów", ale własnych żołnierzy, którzy wówczas już w ogromnej większości byli chrześcijanami (zresztą kto inny w wojsku miałby interes w pozbywaniu się bardzo utalentowanego i światłego cesarza?) - był zatem jedną z pierwszych ofiar prześladowań pogan, które niebawem miały się rozpętać na sporą skalę, o czym się jednakowoż najczęściej wygodnie milczy (co, że nawiążę do pewnych wątków wywiadu czyli paralel antyczno-współczesnych, przypomina mi podobne przemilczanie mordów na Niemcach po II wojnie w Polsce).

Kiedy dowiedziałam się o tym, przyszło mi do głowy, że może to legendarne Galilee vicisti ma jednak jakiś sens. Może Julian jednak to powiedział, umierając. Bo może miał na myśli po prostu "pokonałeś mnie, Galilejczyku" skierowane do tego konkretnego żołnierza, który go zdradził. Galilejczykami konsekwentnie nazywa Julian w swoich listach chrześcijan...

 Cesarz Julian

środa, 21 stycznia 2009
Hagne

Kolejne imieniny na blogu. Tym razem postanowiłam wyguglać - czy raczej wywikipediować - jakie to mam ciekawe imienniczki. Pozwolicie, że pominę wszystkie święte księżniczki, dziewice i męczennice, bo jakoś wszystkie po kolei nie budzą mojej sympatii. Na dodatek całkiem ciekawie ma się sprawa z nieświętymi średniowiecznymi kobietami.

Jedna - niejaka Agnes von Waiblingen, córka frankońskiego cesarza Henryka IV z dynastii salickiej, tego od Canossy - jest pewnego rodzaju średniowiecznym kuriozum, jako że z dwoma kolejnymi mężami (z czego jeden, margrabia Austrii Leopold III był święty) miała po jedenaścioro dzieci, a na dodatek nie wygląda na to, żeby któraś z ciąż była bliźniacza. Musiała być bardzo silną kobietą, że to przeżyła - w końcu w jej czasach (XI/XII w.) śmiertelność okołoporodowa kobiet była niewiarygodnie wręcz wysoka.

Warta wzmianki jest też jej babka, Agnès de Poitou (zwana też Akwitańską), żona cesarza Henryka III, która po jego śmierci była przez prawie dziesięć lat de facto władczynią tzw. świętego cesarstwa rzymskiego, de iure sprawując regencję w imieniu swojego syna, wspomnianego już Henryka IV. Ponoć była bardzo wykształcona; francuska wikipedia, która poświęca jej (zapewne ze względów patriotycznych) znacznie więcej miejsca niż inne, twierdzi, że tłumaczyła dzieła jakiegoś mnicha-medyka z Monte Cassino, nie podaje niestety, na jaki język (więc pewnie na francuski). Dla tych, którzy cenią sobie lokalny patriotyzm, dodam jeszcze, że była poza tym matką Judyty Szwabskiej, której drugim mężem był polski książę Władysław Herman, władca skądinąd raczej marny. Niestety to nie ona była matką Bolesława Krzywoustego, mimo że u Galla Anonima mamy "matka zaś Judyt imieniem" (przy okazji polecam wersję tej pieśni śpiewaną przez Ewę Demarczyk) - była nią bowiem wcześniejsza żona Hermana o takim samym imieniu, z dynastii Przemyślidów. Co za pech. Ale odeszłam od Agnieszek.

Pod koniec średniowiecza (1 połowa XV w.) spotykamy zdecydowanie najciekawszą postać o tym imieniu, niejaką Agnès Sorel, córkę niższego rangą żołnierza i zdaje się również niezbyt ważnej arystokratki, która została kochanką króla Francji Karola VII, a od 1444 oficjalną metresą. Niedługo po tym, jak sie poznali, król zwariował na jej punkcie, zaczął ją obsypywać prezentami - i to nie byle jakimi, bo głównie posiadłościami i zamkami. Ponoć była nie tylko piękna, ale i bardzo inteligentna. Nazywano ją Dame de Beauté - co z jednej strony odnosiło się do jednej z posiadłości o nazwie Beauté, z drugiej mogło znaczyć "pani Piękna". Budziła zazdrość i niechęć na dworze, w związku z czym trudno dziś powiedzieć, czy zmarła z przyczyn naturalnych po urodzeniu czwartej córki, czy też została otruta rtęcią.

Po czasach średniowiecza imię wychodzi zasadniczo z mody, pojawia się sporadycznie w literaturze, po czym robi się na powrót modne w XX w., czego jestem ofiarą ;) Wśród tych współcześniejszych imienniczek niewątpliwą sympatią darzę Agnieszkę Osiecką, którą uważam za jedną z największych polskich poetek XX w., oraz Agnieszkę Duczmal, którą pamiętam z wczesnego dzieciństwa, kiedy zdziwiło mnie, że kobieta może być dyrygentem. (Jako dziecko byłam typową "chłopczycą" bijącą się na przerwach z chłopakami i grającą w piłkę, więc feminizm był ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby mi do głowy - ja go po prostu realizowałam na swoim podwórku.) Do Agnieszki Holland mam mieszane uczucia, jej Tajemniczy ogród uważam za arcydzieło w swoim gatunku, ale reszta mnie raczej rozczarowuje, zwłaszcza przy drugim oglądzie. No i na tyle, na ile nieszczególnie interesuję się sportem, trzymam kciuki za Agnieszkę Radwańską, bo pokazuje, że jak się ma talent i upór, to można coś osiągnąć nawet w kraju tak niesprzyjającym sukcesom jak nasz. Natomiast różne panie podpisane jako aktorki, prezenterki itd., w których biografiach znajduję na przykład odnośnik do Tańca z gwiazdami, muszą mi wybaczyć całkowitą ignorancję w kwestii ich osiągnięć, a nierzadko nawet istnienia. (No dobrze, przyznam, że wśród nich kojarzę Agnieszkę Dygant, ponieważ Niania, pomimo całej sitcomowości i związanej z nią szarży, przynajmniej nie odstrasza mnie poziomem aktorstwa, w związku z czym nie wyłączam natychmiast telewizora, kiedy pojawi się na ekranie.)

Żeby nie wypaść zaściankowo, przejrzałam również inne wikipedie z tym samym hasłem, co przypomniało mi jeszcze istnienie pięknego mezzosopranu Agnes Baltsa (Venus w moim ulubionym wykonaniu Tannhäusera, więc trochę wstyd, że nie przyszła mi od razu do głowy). Dzięki tej wyprawie w różnojęzyczne rejony uświadomiłam sobie również, że imię Agnieszka musiało być w niemieckim średniowieczu niezwykle popularne, ponieważ niemiecka wiki wymienia lekko licząc pięć razy tyle moich imienniczek dla tego okresu, co polska. Dowiedziałam się też, że założycielką skautek była żona Baden-Powella imieniem Agnes. Poza tym wyczytałam, że w nowożytnej Anglii mylono często imię Agnes z Anne, ponieważ wymowa tego pierwszego brzmiała wówczas jak "Annis". Wikipedia węgierska powitała mnie jakimś porównaniem węgiersko-polskim, ale niestety nic więcej w tej sprawie nie jestem w stanie powiedzieć, ponieważ zrozumiałam tylko magyar i lengyel, jako że poza tym moja znajomość węgierskiego ogranicza się do kilku słów, wśród których poczesne miejsce zajmują "roboty drogowe"... (po zeszłorocznej wyprawie bałkańskiej jest to słowo, które znam chyba w największej liczbie języków).

O bohaterkach literacko-filmowych za rok ;)

Artemida w typie Ariccia, Luwr

PS. Rzut oka na stronę główną wikipedii (otwartej w zupełnie innym celu) uświadomił mi, że mam jakieś makabryczne szczęście do dat - dowiedziałam się bowiem, że 21 stycznia zgilotynowano Ludwika XVI (pisałam już kiedyś, że w moje urodziny, czyli 14 kwietnia, został zastrzelony Abraham Lincoln, a Titanic uderzył w górę lodową). Najdziwniejsze w tym jest to, że zawsze nie wiedzieć czemu kojarzyło mi się to wydarzenie z latem i dopiero dziś uświadomiłam sobie, że nieszczęsnemu królowi (nie żebym darzyła go wraz z małżonką specjalną sympatią, tak poza tym) musiało być na dodatek do wszelkich niedogodności strasznie zimno...

PS 2. Specjalnie dla Old-wolfa (zob. komentarz czwarty do tej notki) garść linków z wizerunkami Agnès Sorel:

Portret pędzla Jeana Fouqueta (ok. 1450).

Anonimowy portret  z epoki.

Obraz Jeana Fouqueta (ok. 1450) przedstawiający Madonnę, w którj rysach historycy sztuki dopatrują się portretu Agnès.

Rysunek portretowy wg Fouqueta.

Rekonstrukcja antropologiczna twarzy Agnès Sorel, a przy okazji rozważania w kwestii jej ewentualnego otrucia.

niedziela, 11 stycznia 2009
Świąteczne recenzje

Muszę to przyznać - tłumaczona obecnie (a konkretnie od 29/30 grudnia) książka wciągnęła mnie tak, że zaczęta notatka na bloga przeleżała się ponad tydzień... Może więc od tego zacznę, bo zasadniczo chciałam pisać o dwóch filmach, które udało mi się obejrzeć w czasie świątecznym, nadrabiając choćby w minimalnym stopniu zeszłoroczne zaległości kinowe.

Książka jest zasadniczo dla młodzieży i zasadniczo jest wytworem spowodowanej potteromanią koniunktury na ten rodzaj twórczości literarackiej. Moja przygoda z tą książką zaczęła się od tego, że dla wydawnictwa, dla którego obecnie głównie pracuję, przekładałam umowę licencyjną - i w czasie tej żmudnej i wcale nie satysfakcjonującej roboty uznałam, że bezwzględnie muszę postarać się o tłumaczenie książki, a raczej serii książek, których umowa dotyczyła. Co było dość szalone, zważywszy, że miałam właśnie lekkie opóźnienie w tłumaczeniu poprzedniej, liczącej ok. 600 stron druku powieści, a termin tej nowej wydawał się czystym koszmarem - początek lutego. Ale nie mogłam tego oddać - książka jest bowiem osadzona w magicznym świecie opartym na greckiej mitologii. Seria nazywa się "Percy Jackson and the Olympians" (autorem jest niejaki Rick Riordan, dotychczas piszący głównie kryminały), jest już sporym bestsellerem, mają według niej kręcić film, a ja oczywiście zakochałam się w idei świata, w którym działają olimpijscy bogowie.

Efekt jest taki, że termin 10 lutego przestał mnie przerażać, mimo że 29 stycznia zdaję piekielnie skomplikowany i nie mniej piekielnie ważny egzamin, ponieważ po tygodniu miałam przetłumaczoną prawie jedną trzecią książki, liczącej prawie 400 stron... Bo jest z tą książką trochę jak z filmem Hitchcocka: na początku jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie spada tylko na tyle, żeby dać czytelnikowi wytchnąć, zapoznając się jednocześnie z niezbędnymi szczegółami świata. Zapewne jak już skończę, to napiszę coś więcej, na razie bardzo wstępnie polecam wszystkim, którzy lubią fantastykę nadającą się zarówno dla starszej młodzieży jak i rodziców!

A teraz mogę przejść do tego, co zamierzałam napisać, czyli krótkich relacji z obejrzanych filmów.

Stardust. Bezwzględne arcydzieło, żywcem, choćbym chciała, nie mam się do czego w tym filmie przyczepić. A muszę przyznać, że w przypadku filmów fantasy nie jest to częsta cecha. Pominę miłosiernie znienawidzoną przeze mnie zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej Narnię, bo o niej chciałabym kiedyś osobno napisać, ale nawet w tych filmach fantasy, które zdecydowanie lubię, mam coś, co najchętniej zmieniłabym natychmiast i nieodwołalnie. Ot, na przykład w Ladyhawke (którą kocham za pomysł, Michelle Pfeiffer i złego biskupa) muzykę, w Dragonheart (absolutnie boski Sean Connery jako smok) doprawiłabym nieco fabułę, która cienka jest dość boleśnie, a we Władcy Pierścieni (z którego zdecydowanie najbardziej lubię część pierwszą) zrobiłabym kilka dość drastycznych roszad obsadowych (przede wszystkim Viggo Mortensena przeniosłabym z roli Aragorna do roli Elronda, na jego miejsce jako Aragorna przesuwając Seana Beana, co pozostawia mi pustkę w roli Boromira, jako że z agenta Smitha Boromir byłby jeszcze gorszy niż Elrond). A w Stardust nie widzę niczego, co chciałabym naprawdę zmienić. No, może minimalnie okroiłabym wygłupy Roberta de Niro jako kapitana Szekspira, ale to naprawdę drobiazg.

Bo, przechodząc wreszcie nieco bardziej do samego filmu, zarówno historyjka jest niebanalna i, co tu dużo mówić, śliczna, a zarazem mająca dostateczną dawkę zarówno autentycznej grozy, jak i wyrafinowanego humoru, i pięknie to sfilmowane, i doskonale zagrane, i kostiumy znakomite, i tempo akcji świetnie utrzymane. Oczywiście nie bez znaczenia jest tu fakt, że ten film ma porządny pierwowzór literacki, pióra mistrza fantastyki Neila Gaimana, co stanowi o sukcesie fabuły. A pomysł wyjściowy jest tak prosty, że aż dziw, że nikt go wcześniej nie wymyślił - jeśli gwiazda spadnie w świecie magicznym, to staje się kobietą, jeśli w niemagicznym - meteorytem. Dalej jest tylko lepiej, ciekawiej i na dodatek bynajmniej nie ckliwie, choć romantycznie. I jest w tym filmie jedna z najpiękniejszych scen wyznań miłosnych, jakie widziałam w filmie: kiedy Yvaine (gwiazda w ciele kobiety) opowiada swojemu ukochanemu Tristanowi (chwilowo w ciele myszy), że dzięki uczuciu do niego zaczęła wreszcie rozumieć ludzi.

Ocena: 10/10

I am Legend. Znów adaptacja solidnej literackiej fantastyki, tym razem z pogranicza sf i horroru. Film stanowiący niemalże przeciwieństwo poprzedniego: mroczny, ponury, a na dodatek pomimo iż to superprodukcja, kameralny jak rzadko w tej chwili się zdarza. Jest to niemalże film jednego aktora, Willa Smitha, który zresztą udowadnia tu, że jest świetny. Wszystkie pozostałe postacie w tym filmie to de facto epizody (na dodatek część z nich to ludzie w tak mocnej charakteryzacji jako mutanci, że nawet trudno tu mówić o pokazaniu się na ekranie i graniu czegokolwiek), przez większość czasu Smithowi towarzyszy jedynie pies.

Tym razem historia jest postapokaliptyczna, z wieloprocentową zagładą ludzkości w tle i trzeba przyznać, że wizja opuszczonego Nowego Jorku, powoli zarastającego dziką roślinnością, ze stadami jeleni biegających po ulicach, robi wrażenie. Jest tylko jeden problem, który nie dawał mi spokoju przez cały film. W pewnym momencie dowiadujemy się mianowicie, że od czasu zagłady (śmiercionośny wirus, który miał być lekiem na raka, wywołuje rodzaj wścieklizny, czyniąc z ludzi wampiropodobne, oszalałe stworzenia) i próby exodusu, kiedy to w Wielkim Jabłku został jedynie bohater Willa Smitha i mutanci, którzy przeżyli, minęło ok. tysiąca dni. Co oznacza prawie trzy lata. I na wiele jestem w stanie przymknąć oko: że w opuszczonych domach zachowały się produkty nadające się nadal do jedzenia i że bohater ma wciąż benzynę w samochodzie (choć tu akurat wolałabym zobaczyć, jak ją wypompowuje z porzuconych na ulicy aut albo też z jakiejś innej cysterny), ale nie zgadzam się na to, żeby w domu miał normalnie elektryczność. A ma. A w tego rodzaju produkcjach takie błędy są dość niewybaczalne.

Kolejną rzeczą, którą mam za złe temu filmowi, jest spłycenie wątku mutantów (N, dziękuję ci jak zwykle za odświeżenie w tym względzie mojej dziurawej pamięci do fabuł). Mamy wprawdzie jakieś tam sugestie, że część z nich nie jest tak całkowicie zdziczała, zwłaszcza w tzw. "alternatywnym" i "kontrowersyjnym" zakończeniu (po prawdzie za diabła nie wiem, co jest w nim kontrowersyjne: że wampirowaci mutanci mogą mieć jakieś resztki - a może początki? - uczuć?). Nawiasem mówiąc żadne z zakończeń mnie nie satysfakcjonuje. "Oryginalne" popełnia ten sam grzech, co pierwotne (niereżyserskie) zakończenie Blade Runnera: jest niepasującym żywcem do fabuły odjazdem w stronę zachodzącego słońca, czyli w tym przypadku enklawy zwykłego życia w świecie, który nigdy już nie powinien być taki, jak dawniej. "Alternatywne" z kolei nijak nie tłumaczy tytułu, albowiem główny bohater w nim przeżywa i trochę nie wiadomo, dlaczego i dla kogo miałby być legendą.

Ale całość robi wrażenie. Zarówno obsesyjna gra Willa Smitha, jak i przygnębiający, klaustrofobiczny pomimo niemal nieograniczonej otwartości przestrzeni nastrój, a także zaczynająca się całkowitym absurdem kluczowa scena, w której bohater zbyt późno przekonuje się, że nie wszyscy mutanci to pozbawione rozumu bestie, robią swoje: film ogląda się z zapartym tchem aż do ostatnich scen. Szkoda tylko, że w tym przypadku twórcy - w przeciwieństwie do ekipy Stardust - nie zaufali literackiemu pierwowzorowi.

Ocena: 8/10

A recenzję z innej lektury świątecznej zamieściłam tutaj, więc nie będę się powtarzać.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright