poniedziałek, 25 stycznia 2010
Obrona kafla

Na to, żeby tworzyć wielką sztukę religijną, artysta wcale nie musi być człowiekiem głęboko wierzącym ani też praktykującym. Co więcej, patrząc na powstające ostatnio gnioty o treści religijnej zaczynam się zastanawiać, co bardziej przeszkadza powstawaniu dzieł sztuki: emocjonalne zaangażowanie w temat, koniunkturalizm, komercyjność czy też po prostu brak talentu? A może coś, o czym współcześnie całkowicie się milczy: brak wyrobionego estetycznie patronatu?

Ostatnio w Gazecie Wyborczej ukazała się notka o produkcji ozdobnych kafli z podobizną Jana Pawła II. Większość zastrzeżeń ze strony osób wypowiadających się zarówno w artykule jak i na forum dotyczy formy, tzn. umieszczenia kandydującego do oficjalnej świętości papieża, będącego na dodatek przedmiotem płytkiego kultu ze strony swoich rodaków, na takim "niegodnym" nośniku, jakim jest kafel. No bo, panie, kafel to się z kiblem kojarzy. I jak to tak,  panie, papież na kaflu? W tej powodzi argumentów spod znaku "nie wypada", ginie sedno problemu: mianowicie to, że projekt kafla jest po prostu kiczem.

Cóż, kafel to równie dobry nośnik treści artystycznych jak każdy inny. W wielu krajach Europy, zwłaszcza śródziemnomorskich, ale też np. w Holandii, istnieją ogromne tradycje produkcji ozdobnych ceramicznych płytek, którymi od dawien dawna ozdabiano domy i świątynie, a dziś kopie zabytkowych kafelków bądź też ich komercyjne wersje można kupić w sklepach z pamiątkami. Azji również nieobca jest kaflowa sztuka; w indyjskim Cochin jedną z największych atrakcji jest szestastowieczna synagoga Paradesi, o posadzce wyłożonej osiemnastowiecznymi płytkami ceramicznymi - darem chińskiego mandaryna - które wydają się na pierwszy rzut oka takie same albo bardzo podobne, a tymczasem każda z nich jest inna, żaden wzór się dokładnie nie powtarza. (Byłam, widziałam.)

Niezwykle piękne potrafią być "zwykłe" europejskie kafle piecowe z czasów renesansu, rokoka, secesji. A więc nie kafel powinien tu być problemem, tylko to, co na kaflu, a to jakoś unika dziennikarzom i wielu dyskutantom, że o autorze projektu już nie wspomnę.

Sztuka była związana z religią od najdawniejszych czasów - o ile ozdoby na paleolitycznych kościanych narzędziach można wiązać wyłącznie z rodzącym się zmysłem artystycznym ludzkości, o tyle malowidła naskalne już raczej nie. Najwybitniejsi artyści wszystkich czasów tworzyli sztukę religijną; od starożytności wszelakiej po XIX a może i przełom XX w. trudno byłoby chyba znaleźć malarza czy rzeźbiarza, który tworzył wyłącznie dzieła świeckie, niezwiązane z żadną współczesną sobie religią. (Mówię tu tylko o szeroko pojętym europejskim kręgu kulturowym, bo nie mam pojęcia, jak to wygląda np. na Dalekim Wschodzie - być może związki są jeszcze głębsze, ale dla mnie nieczytelne.) A jeśli nawet jakieś pojedyncze osobniki by się znalazły, to jedna jaskółka wiosny nie czyni.

I w zasadzie nie chodzi mi o statystyki artystów tworzących na takie czy inne zamówienie religijne, świątynne, kościelne. Chodzi mi o jakość sztuki, o jej poziom. Oczywiście, prywatne dewocjonalia zawsze odbijały status majątkowy i pozycję społeczną osoby składającej wotum czy też umieszczającej posążek bądź obraz w swoim domu. Przeciętnego, nawet średnio zamożnego Ateńczyka nie było stać na zamówienie rzeźby u Fidiasza czy Praksytelesa, tak samo jak przeciętnego Florentyńczyka w XV/XVI w. nie było stać na Michała Anioła. Ale bogate instytucje - państwo ateńskie, sanktuarium w Olimpii czy też dwory papieży i biskupów okresu renesansu - finansowały najwybitniejszych artystów swoich epok. Jednym słowem - ówcześni religijni potentaci byli mecenasami prawdziwej sztuki, to dzięki nim wielcy malarze i rzeźbiarze - a także kompozytorzy, by wskazać kolejną dziedzinę mecenatu - mogli stworzyć arcydzieła, którymi zachwycamy się do dziś.

Podobnie zresztą było z architekturą; niezależnie od tego, czy pod uwagę weźmiemy piramidę Cheopsa (grób faraona, będącego żywym wcieleniem bóstwa, był budowlą jak najbardziej religijną i w tym sensie publiczną, niezależnie od propagandy widzącej w tym wyłącznie megalomanię poszczególnych władców), Partenon, gotycką katedrę w Reims czy barokową fasadę Il Gesù, mamy tu znów do czynienia z zatrudnianiem wybitnych architektów, z szukaniem nowatorskich rozwiązań, wreszcie z końcowym efektem, którym jest wybitne dzieło inżynierii i sztuki. We wszystkich opisanych przypadkach - sztuki, architektury, muzyki - możemy mieć różne preferencje, jedne z tych dzieł mogą nam się podobać bardziej albo mniej, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie negował ich artystycznej wartości.

Co więcej, dawni mecenasi zazwyczaj potrafili patrzeć przez palce na pobożność i nawet prowadzenie się artystów, oceniając ich dzieła w oderwaniu od ich życia. (Na wypadek, gdyby ktoś zinterpretował tę wypowiedź jako głos w ostatnich sporach o to, czy artystom wolno więcej, czy też nie - uważam, że powinno się całkowicie oddzielać wartość sztuki od takich czy innych zastrzeżeń do trybu życia czy moralności twórcy; jeśli wybitny artysta popełni przestępstwo, to prawo nie powinno być wobec niego łagodniejsze, ale wyrok i jego wykonanie powinno mieć na względzie umożliwienie kontynuowania twórczości, jeśli jej zaprzestanie miałoby spowodować szkody dla światowej kultury. Wiem, że to bardzo trudne, ale za coś przecież prawnicy biorą te kosmiczne pieniądze...)

Dziś natomiast - trudno mi uchwycić, kiedy ten proces się zaczął - w "sztuce" religijnej powszechnie panuje upiorny wręcz kicz, a co najmniej bylejakość. Gdzie nie spojrzeć, powstają koszmarne bryły kościołów - do tego stopnia, że nijakość zaczyna być cnotą, bo przynajmniej nie poraża brzydotą. Na małopolskich wsiach, gdzie jeszcze zachowały się piękne drewniane, zabytkowe kościółki z XVIII czy XIX w., tuż obok nich wyrastają ohydne ceglane hale, przytłaczające cały okoliczny krajobraz - na dodatek kompletnie niepotrzebne, bo w żadnym z tych miejsc populacja nie zwiększyła się do tego stopnia, żeby nie mieścić się w dotychczasowym budynku. Nawet potrydencki tryumfalizm kościoła katolickiego był wciąż na tyle osadzony w instytucji mecenatu, żeby barokowe budowle trzymały się wzorców dobrej architektury. Dziś pozostał wyłącznie monumentalizm, zabrakło natomiast artyzmu.

Podobnie rzecz się ma z malarstwem i rzeźbą. Okropne kiczowate obrazidło namalowane przez półamatora wg objawień siostry Faustyny stało się modelem sztuki religijnej: usłodzonej, niby realistycznej, pozbawionej artystycznego zamysłu, wyłącznie propagandowej. To samo można powiedzieć o kolejnych pomnikach papieża, zwanych potocznie "dźwigajami". Pod tym względem już socrealizm - będący, jakby nie patrzeć, również odmianą sztuki religijnej - był lepszy, ponieważ chcąc nie chcąc zaangażowało się w niego paru naprawdę wybitnych malarzy i rzeźbiarzy, a wybitny artysta nawet przymuszony przez obowiązującą stylistykę i tematykę potrafi stworzyć dzieło interesujące, nawet jeśli tylko z formalnego punktu widzenia. Caravaggio czy Mozart byli równie dalecy od kościelnej ortodoksji jak Andrzej Wróblewski od socrealizmu, ale powstające na zamówienie obowiązującej ideologii dzieła ich wszystkich tracą nic ze swojej wielkości.

A bezwzględnie najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że wcale nie jest tak, żeby współcześni artyści polscy (na świecie z mecenatem jest odrobinę lepiej, sądząc chociażby po wystawach organizowanych np. w krużgankach zabytkowych kościołów) stronili od tematyki religijnej. Jerzy Nowosielski i jego nowoczesne ikony, Krzysztof Penderecki i jego arcytradycyjne formy muzyczne - to wszystko są dzieła wybitne, ba, na światowym poziomie. Ale polski kościół ich nie zamawia, nie kupuje, nie propaguje. Polski kościół woli usłodzone obrazeczki jak spod bramy Floriańskiej, byle temat był poprawny i poprawnie (najlepiej skrajnie tradycyjnie) ujęty, woli patetyczne i okropne pod względem chociażby proporcji, nieoryginalne dźwigaje, woli napuszoną popową estetykę Rubika.

I muszę powiedzieć, że jestem wobec tego zjawiska bezradna, bo przecież nie jest tak, że wśród zamawiających są sami estetyczni ignoranci. Edukacja pod tym względem przeciętnego proboszcza jest zapewne marna, ale teoretycznie wśród biskupów jest paru wykształconych facetów, którzy na dodatek we własnych pałacach miewają niezłe dzieła sztuki dawniejszej i nowszej - daleko temu do kolekcji zachodnich, ale bywa nieźle. Niemniej nawet oni dają przyzwolenie na zamawianie kiczu.

A ja bym sto razy wolała dobrą sztukę na kaflach albo i na serwetkach czy dowolnym innym mało dostojnym nośniku, zamiast kiczu malowanego olejem na płótnie czy odlewanego w brązie.

Parafrazując Oscara Wilde'a - nie ma mediów sztuki godnych i niegodnych, jest sztuka dobra i zła.

Berlin - Muzeum kultury islamu

czwartek, 21 stycznia 2010
Ja, Łowczyni

Dzięki nieocenionej N dowiedziałam się, że Hagne (po grecku: czysta) to przydomek bogini Artemidy, co właściwie nie powinno dziwić, no i aż dziw, żeśmy na to wcześniej nie wpadły. Od tego słówka, jak już rozpisywałam się dokładnie dwa lata temu, pochodzi imię Agnieszka, dlatego do tej kwestii dziś imieninowo wracam. A wracam również dlatego, że Nieoceniona N przeczytała ostatnio książkę, której autorka wysuwa śmiałą w naszym kraju tezę, iż ogromna większość (jeśli nie wszystkie) znanych nam wyłącznie z późnoantycznych i wczesnośredniowiecznych hagiografii rzymskich męczennic - w tym Agnieszka - jest wyłącznie konstruktem kulturowym, stanowiącym kontaminację dawniejszych pogańskich mitów, np. o boginiach dziewicach zabijających zalotników, z ludową wyobraźnią lubującą się w różnego rodzaju okropieństwach.

Teza ta zbiegła się z moim nagłym uświadomieniem sobie dwa dni wcześniej, że cała ta grupa wczesnych męczenników to tak naprawdę katalog wymyślnych tortur - każdy ginie inaczej - które na dodatek dość rozpaczliwie nie pasują, podobnie jak wizja okrucieństwa legionistów z Pasji Gibsona, do rzymskiej mentalności, w której praktycyzm jest na pierwszym miejscu. Kiedy Rzymianie chcieli w sposób bezwzględny i ostateczny rozprawić się z buntami niewolników po tzw. powstaniu Spartakusa (mającym, nawiasem mówiąc, niewiele wspólnego z dziewiętnastowieczną i podchwyconą przez propagandę komunistyczną legendą o dobroczyńcy niewolników, niemalże antycznym Robin Hoodzie), to ukrzyżowali sześć tysięcy buntowników wzdłuż Via Appia, nie bawiąc się w jakieś a tu wyrywanie zębów, a tu łamanie kołem, zrzucanie z wieży, obcinanie członków - czyli dla każdego coś innego. A tak wyglądają hagiograficzne opisy: każdy przyszły święty dostawał swój własny rodzaj tortur. No cóż, troszkę zakrawa to na megalomanię, a w tym III i IV w. Rzymianie mieli naprawdę poważniejsze problemy niż wymyślanie nowych rodzajów rozprawiania się z każdym kolejnym chrześcijaninem. Po prawdzie w owym czasie większość skazanych za szerzenie niepokojów w państwie była zsyłana do pracy w kopalniach na germańskim limesie - pracy niewątpliwie bardzo ciężkiej, ale nie wyobrażajmy sobie warunków jak w kołymskich łagrach.

Wracając do Agnieszki i Hagne Artemidy. Ponieważ wedle legendy miała ona, Agnieszka znaczy, pochodzić z dobrej rzymskiej rodziny, być może nawet jakiś jej pierwowzór istniał, być może nawet istotnie jakaś młoda rzymska dama dostała z powodów religijnych histerii, kiedy dowiedziała się, że ma wyjść za mąż. Jeśli wierzyć tym elementom legendy, które podają jakieś w miarę konkretne fakty, to miała wyjść za wysokiego urzędnika z dobrej rodziny, prefekta o nazwisku rodowym Semproniusz. Dostała histerii, on skazał ją na śmierć - być może. A może nie. O ile istnienie prefekta z takiego rodu można by próbować sprawdzić, o tyle o jego niedoszłej małżonce nie wiemy tak naprawdę nic.

Jakoś dziwnie legenda milczy o jej rodzie, a przecież ta informacja powinna być zakodowana w jej imieniu - szlachetnie urodzone Rzymianki najczęściej nosiły imię utworzone od nazwiska rodowego ojca. Prawdopodobieństwo, że nawet w chrześcijańskiej rodzinie patrycjuszowskiej lub plebejuszowskiej pod koniec III w. dziewczyna dostałaby na imię po prostu Hagne jest praktycznie zerowe. Jest to zatem albo przydomek nadany później, albo też po prostu kolejny konstrukt kultowo-kulturowy.

I tu, po prawdzie, robi się ciekawie. Bo skoro mamy tu do czynienia z legendą o dziewicy, która woli śmierć niż małżeństwo, której na dodatek nie szczędzi się dalszych tortur - zgodnie z prawem rzymskim dziewicy zabić nie wolno, w związku z czym trzeba ten problem załatwić w burdelu (epizod znów mało prawdopodobny - dobrze urodzonej panny, choćby i była chrześcijanką, raczej by tak nie traktowano, chyba że cała rodzina naraziłaby się komuś w sposób wyjątkowy, ale w takim razie dlaczego legenda milczy o losie rodziców?), gdzie dzieją się różne baśniowe cuda (włosy rosną i zakrywają ciało, potencjalni gwałciciele ślepną itd.) - to w zasadzie prosi się interpretacja zgodna z książką, którą przeczytała N. Agnieszka jest ochrzczonym mitem o Hagne Artemidzie, bogini, która próby naruszenia swojej nietykalności cielesnej karze śmiercią (tu odpowiednikiem jest oczywiście oślepienie "zalotników"). No i jeszcze ten baranek, z którym ją pokazuje ikonografia - oficjalnie związany z ludową etymologią imienia (łac. agnus), a może tak naprawdę pozostałość po towarzyszących zawsze Artemidzie zwierzętach?

No a ja wolę na swoją patronkę Artemidę w jej oryginalnej postaci, z całą wieloznacznością, wieloaspektowością tej postaci. Mogłabym nawet znaleźć całkiem sporo podobieństw z tą wieczną małą dziewczynką, jak opisuje ją w swoim hymnie wielki hellenistyczny poeta Kallimach. Jak ona, jestem po trochu Piotrusiem Panem, jak ona nade wszystko cenię sobie wolność i nieskrępowanie, jak ona wolałam zawsze "męskie" gry i zabawy... Nie lubię polowania, ale przecież Łowczyni Artemida jest też opiekunką dzikich zwierząt i ich królową - tak to już jest w prawdziwym micie, że nic nie jest oczywiste, wszystko ma wiele aspektów i twarzy.

Artemida

Hymn do Artemidy Kallimacha (po angielsku)

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Pożegnanie z Muzeum

Pomimo protestów krakowian, próśb Muzeum Narodowego w naszym mieście oraz naprawdę świetnych propozycji lokalowych ze strony jego dyrekcji, od dzisiaj w Krakowie nie można oglądać zbiorów Muzeum Czartoryskich. Zostaną rozproszone po Polsce jako depozyty na lata dwa, a może i trzy... Co więcej, wieść gminna głosi, że nie wszystko do Krakowa wróci. Aż dziw,  że tym razem to nie Warszawa kładzie łapę na naszych skarbach (a w każdym razie niezupełnie), jak to miewało miejsce za PRL, ale ponoć spadkobiercy Władysława Czartoryskiego postanowili część zbiorów zatrzymać w Puławach. Cóż, dzieje kolekcji niewątpliwie tam właśnie się zaczęły, niemniej decyzja o przeniesieniu całości do Krakowa, podjęta w 1870 r., wiązała się z przekazaniem jej narodowi, w związku z czym - przy całej mojej politycznej sympatii dla oświeconego liberalizmu - spadkobiercy byłych prywatnych właścicieli nie powinni mieć tu nic do powiedzenia, o ile nie uda im się w sądzie obalić testamentu przodka. Co, jak sądzę, byłoby raczej karkołomnym przedsięwzięciem i nawet Komisja Majątkowa mogłaby mieć z tym problem, mimo iż zasadniczo zdolna jest dokonywać prawnych cudów.

Weekend poświęciłam zatem częściowo na pożegnanie z Muzeum w jego dotychczasowym kształcie. Przy okazji przeżyłam niejakie rozczarowanie, ponieważ na tzw. ekspozycji głównej byłam bardzo dawno i nie bardzo ją pamiętałam. Przyznam od razu, że z mojego osobistego punktu widzenia wywiezienie do Puław czy gdziekolwiek indziej ogromnej części zgromadzonego tam malarstwa nie byłoby niczym, nad czym łamałabym ręce - w sumie byłam, delikatnie mówiąc, rozczarowana jego poziomem. Bardzo bardzo taki sobie Lucas Cranach wybija się ponad przeciętność, z dostrzeżeniem w Rembrandcie Rembrandta miałabym spory problem, choć historia sztuki była jednym z moich najmocniejszych punktów w szkole. Damy z łasiczką/fretką/gronostajem nie ma, bo pojechała do Budapesztu na wystawę - i do Krakowa przez te dwa albo i trzy lata nie wróci.  Mimo że obok ołtarza Wita Stwosza jest muzealną wizytówką Krakowa. A także pomimo tego, że oprócz opuszczonej przez zbiory średniowieczne MN Kamienicy Szołayskich sugerowano jako jej "przechowalnię" Wawel czyli miejsce w Polsce najzaszczytniejsze. Niestety, decydenci wraz z wysoce podejrzanie się zachowującą* Fundacją Książąt Czartoryskich uznali, że Zamek Królewski w Warszawie najgodniejszy jest w Polsce. Bez komentarza.

A zatem malarstwo z tego muzeum mogłabym sobie w ogromnej większości darować, a już na pewno nie będę za nim tęsknić przez lata remontu. Natomiast jakkolwiek nie jestem wielbicielką nowożytnej sztuki użytkowej, znalazłam tam w ostatni weekend kilka przedmiotów, które mnie zachwyciły (np. puchar w kształcie pawia i nie-wiem-co w kształcie gryfa, stojące skądinąd jakby rzucone na jedną z szaf, bo kurator nie bardzo wiedział, co z tym zrobić?). Chciałabym też po remoncie zobaczyć z powrotem w Krakowie militaria i turecki namiot spod Wiednia, bo jakkolwiek husaria to musiał być dość absurdalny wynalazek, te zbroje robią wrażenie. Podobnie zresztą jak osiemnastowieczne rzędy końskie, przyprawiające mnie wprawdzie o ból kręgosłupa w imieniu koni, które musiały to nosić na grzbietach, ale niezwykle piękne.

No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie czuła zimnej wściekłości na to, że pozbawiono mnie możliwości przejścia się do galerii sztuki starożytnej i popatrzenia sobie na naprawdę świetną kolekcję waz oraz zupełnie nienajgorszą rzeźby. To nie jest tak, że mieszkając w Krakowie chodziłam tam co niedzielę, ale poczucie, że przez dwa do trzech lat (jeśli nie będzie opóźnień) będę takiej możliwości pozbawiona, jest wyjątkowo nieprzyjemne. No i oczywiście mam nadzieję, że nic z tej części kolekcji nie zostanie poza Krakowem. Dwa dni spędzone na kontemplacji tych zbiorów sprawiły, że poczułam z nimi intymną więź, co więcej - znalazłam tam obiekt, z którym być może będę zmuszona zapoznać się niedługo bliżej i mam nadzieję, że nie będę w tym celu musiała jeździć na drugi koniec Polski...

I jeszcze jedno: rozumiem, że budynkowi, w którym mieści się Muzeum należy się remont. Nie jestem jednak pewna, czy podobają mi się wizualizacje tego, co będzie w przyszłości, które gdzieś widziałam, a teraz nie mogę ich znaleźć. Nie mam mianowicie przekonania, że nowoczesna ekspozycja pasuje do tego miejsca i tych zbiorów. Dlaczego? Bo tak naprawdę Muzeum Czartoryskich bliższe jest osiemnastowiecznemu gabinetowi osobliwości niż nowoczesnemu myśleniu o muzealnictwie. I jeśli z tej kolekcji zrobi się kolejną uładzoną galerię nawet z najlepszymi rozwiązaniami oświetleniowymi i wystawienniczymi, to zabije się to, co w niej najcenniejsze - ducha epoki.

Po tej kolekcji rozpaczliwie widać, że była zbierana przez ludzi o dobrych intencjach, ale marnym guście. Nowoczesne rozwiązania mogą jedynie podkreślić mizerię zbiorów malarstwa, a zabić poczucie, że chodzi się po zabytku czasów, kiedy prywatne osoby kupowały sobie obrazy i pokazywały je mniejszej lub większej publiczności, a następnie w obliczu zaborów te same osoby uznały, że należy tę kolekcję potraktować jako dobro wspólne narodu.  (Mała dygresja: Nie wpadajmy przy tej okazji w narodową megalomanię, że było to coś wyjątkowego; od XVIII w. udostępnianie nierzadko znacznie cenniejszych kolekcji społeczeństwu stało się normą, takim działaniom zawdzięczamy muzea rangi British, Luwru, Ermitażu itd.  I jakoś nie słychać, żeby spadkobiercy byłych właścicieli upominali się o tamte zbiory. Przypominam również, że Czartoryskim kolekcji nie odebrała komuna, ale taka była wola przodków. Koniec dygresji.)

Można powiedzieć, że szkoda, iż nie znalazł się u nas nikt, kto miałby nosa do tego, kto w danej epoce będzie wybitnym artystą, tak samo jak można żałować, że nikt w drugiej połowie XIX wieku nie miał choćby żyłki biznesowej i nie kolekcjonował impresjonistów. Można również pomstować na to, że Izabela Czartoryska zdawała się na własny gust, albo też nie zatrudniła - jak Katarzyna II - naprawdę uzdolnionego marszanda (którym w przypadku carycy był Denis Diderot, jeden z najwybitniejszych filozofów i pisarzy epoki; zważywszy, że Izabela znała się z Janem Jakubem Rousseau, mogła w podobny sposób wykorzystać tę znajomość).

Uwagi powyższe nie dotyczą zbiorów starożytnych i sztuki użytkowej, zarówno pod względem jakości eksponatów jak i ekspozycji, bo akurat krakowskim starożytnościom nieco lepiej zorganizowana ekspozycja by się przydała. Niekoniecznie zresztą bardzo nowatorska - i tu można by zachować kolekcjonerski charakter zbiorów, ale niechby przynajmniej tabliczki nie zasłaniały eksponatów... Do starożytności nasza arystokracja miała niezłe oko i wyczucie, by wspomnieć tylko Stanisława Kostkę Potockiego, tłumacza Winckelmanna i człowieka, którego kolekcja waz do dziś jest jedną z najważniejszych na świecie, oraz Michała Tyszkiewicza. Obaj ci panowie do dziś zresztą patronują ważnym dziełom w literaturze naukowej; niestety kolekcja Tyszkiewicza uległa rozproszeniu, ponieważ nikt w Polsce nie był nią zainteresowany, a gdyby było inaczej, mielibyśmy muzeum starożytności na poziomie światowym. Niechby sobie nawet było w Warszawie.

Jeśli za dwa-trzy lata nadal będę pisać tego bloga, to wybiorę się do nowego Muzeum i zdam tu relację z wrażeń. Dokonam też raportu strat, bo kolekcję antyczną obfotografowałam dokładnie, uwieczniłam również w zasadzie wszystko, co mnie zainteresowało w innych salach. Może nie będzie aż tak źle, jak się zapowiada. Ale jeśli zniknie staroświecki nastrój, to będzie wielka szkoda.

W British Museum jest jedna ogromna sala, która nazywa się Enlightement Gallery - Galerią Oświeceniową, i jest zastawiona po znajdujący się bardzo wysoko sufit regałami, na których za szybką tłoczą się najróżniejsze zabytki, niekiedy bardzo ładne. Są to z punktu widzenia dzisiejszego muzeum przedmioty drugiego albo i trzeciego sortu, wyciągnięte z magazynów i ustawione tak, jak niegdyś w osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych gabinetach osobliwości. Tuż obok siebie stoją więc odciski amonitów, mezoamerykańskie płaskorzeźby, indyjskie malunki, greckie wazy, jakieś zakonserwowane lub zmumifikowane stwory, tabliczki z pismem klinowym, obrazki z atlasów botanicznych. Jednym słowem artystyczno-naukowy miszmasz. A przed tymi regałami ustawiono rzeźby -  rzymskie kopie absolutnych arcydzieł greckich, godne głównych galerii, a tuż obok portrety kolekcjonerów z epoki. W stojących na środku sali gablotach leżą obok siebie antyczne monety i klasycystyczne gemmy oraz najróżniejsze drobiazgi  z wszystkich stron świata i epok. A także różne dziwactwa, które fascynowały oświeceniowych dżentelmenów. W tej sali można sobie pooglądać eksponaty jak w każdej innej - no, może z tym wyjątkiem, że dla zachowania nastroju są gorzej oświetlone i napchane do gablot w ilościach hurtowych - ale można też cofnąć się w czasie do lat, kiedy prywatni kolekcjonerzy kładli podwaliny pod oszałamiające zbiory muzeum.

Tak rodziło się nowoczesne muzealnictwo, wracając do rzymskiej tradycji udostępniania dzieł sztuki szerokiej publiczności. W Muzeum Czartoryskich jako całości - bo o bezcenności płótna Leonarda nie będę się rozpisywać - naprawdę wartościowe jest to, że na polską skalę pokazuje właśnie ten proces powstawania kolekcji sztuki, rodzącego się zainteresowania ocalaniem przeszłości i szerzenia kultury wśród mas. Jeśli po remoncie będzie to kolejna galeria malarstwa, to zyskamy prowincjonalne muzeum z jednym wielkim arcydziełem i niezłymi, ale nie rzucającymi na kolana galeriami sztuki antycznej, użytkowej oraz militariów, a stracimy bezpowrotnie coś, co mówiło wiele o epoce, ludziach i sytuacji.

Obym była fałszywym prorokiem.

Galeria starożytna Muzeum Czartoryskich, 9.01.2010

* Za podejrzane uważam działania Fundacji po pierwsze dlatego, że są sprzeczne z testamentem księcia Władysława, wskazującym na zachowanie całości kolekcji w jednym miejscu (on osobiście wybrał zresztą Kraków) oraz wspomniany zapis o przekazaniu jej narodowi, a także dlatego, że zasiada w niej niejaka Maria Osterwa-Czekaj, była radna krakowska, której przyzwoitość nakazywałaby mieć na względzie dobro miasta, którym kiedyś współrządziła. A wywiezienie Leonarda z Krakowa to jawne działanie na szkodę miasta, które powinno jak najwięcej zysków ciągnąć z turystów na poziomie, a nie tylko wieczorów kawalerskich w pubach z tanim piwem.

PS. Na Antiquitates zamieszczam kilkuodsłonową prezentację najważniejszych eksponatów z Czartorystkich.

wtorek, 05 stycznia 2010
To lubię - muzyka (1)

Do napisania tej notki z obiecywanego cyklu skłoniły mnie stosunkowo niedawne doświadczenia muzyczne (no dobrze, w chwili publikacji już nie aż tak bardzo niedawne, ale jak zaczynałam to pisać, to owszem). Najpierw dzięki facebookowej podpowiedzi kolegi obejrzałam bardzo udziwnione wystawienie pierwszego aktu Zmierzchu bogów w TVP Kultura - co należałoby skądinąd odnotować złotymi zgłoskami, jako że zasadniczo telewizji prawie nie oglądam - a następnie wybrałam się na koncert z między innymi Kindertotenlieder Mahlera i Tod und Verklärung Richarda Straussa. Wymieniam to wszystko, bo w zasadzie opisuje to moje poważno-muzyczne gusta. Późny romantyzm i jeszcze raz późny romantyzm :) A konkretnie będzie głównie o muzyce wokalnej, bo inaczej musiałabym napisać notkę przekraczającą dozwoloną przez blox liczbę znaków.

Tak, muszę przyznać, że nawet mnie samą to dziwi, bo kiedy sobie myślę, dlaczego znacznie mniej porusza mnie na przykład Bach, to jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: bo jest zbyt doskonały formalnie. Zbyt sterylny, że tak powiem. Szczęśliwie liznęłam co nieco edukacji muzycznej (nieudana przygoda z wiolonczelą i absolutnym brakiem zrozumienia dla konieczności grania gam i ćwiczeń, skoro ze słuchu potrafiłam odtworzyć, to, co słyszałam na lekcjach osób zaawansowanych - koniec końców frustracja sprawiła, że w ogóle przestałam ćwiczyć), żeby tę doskonałość docenić i czerpać z niej estetyczne zadowolenie, ale problem w tym, że nie porusza to we mnie jakichś głębszych uczuć. Jeszcze gorzej mam z tzw. muzyką dawną, która kompletnie nie zachwyca. Wybiórczo Purcell, Vivaldi i jeszcze parę innych drobiazgów to mniej więcej najdalej czasowo, jak sięga moje bezbolesne słuchanie.

Pierwszym późnym romantykiem, którego muzyka mnie uwiodła, był Brahms. A konkretnie dwa kawałki z Deutsches Requiem, których do dziś nie jestem w stanie słuchać bez takiego metafizycznego dreszczu. (Dygresja autoironiczna: i to mimo że jeden jest do słów Pawła z Tarsu, który figuruje wysoko na liście nielubianych przeze mnie postaci historycznych; skądinąd wyczytałam niedawno, że sam Brahms do tego stopnia niedogmatycznie traktował swoje dzieło, że miał nawet z tego powodu problemy z protestanckimi duchownymi i do wykonania Requiem w kościołach dodawano zawsze mniej kontrowersyjne utwory).

A nieco później totalnie zwariowałam na punkcie Wagnera, którego wcześniej uważałam za patetycznego nudziarza. Nawrócenie dokonało się wysoce przez przypadek - mianowicie jeszcze w zamierzchłych czasach, kiedy głównym nośnikiem dźwięku (w każdym razie w Polsce) była nadal kaseta magnetofonowa, zmazałam sobie przez przypadek highlighty z ulubionego Trubadura Verdiego. Cóż było robić - poprosiłam znajomego rodziców, maniaka opery, żeby z czarnej płyty przegrał mi na kasetę tegoż Trubadura. Czy to dlatego, że poprosiłam przez pośredników, czy też z powodu roztargnienia owego człowieka, przesyłką zwrotną dostałam... Tannhäusera, a konkretnie tyle jego kawałków, ile znalazło się na ścieżce dźwiękowej okropnego skądinąd filmu Meeting Venus oraz jakieś chóry z innych utworów.

Byłam oczywiście wkurzona i rozczarowana, ale coś mnie tknęło i postanowiłam nieszczęsną kasetę jednak przynajmniej przesłuchać. Efekt był piorunujący. Rozczarowanie zmieniło się w oczarowanie. Zwiewnością i delikatnością uwertury, subtelnością partii kobiecych, pięknem pieśni Wolframa, niewiarygodnym zakończeniem. Niedługo później przeszukiwałam domową kolekcję czarnych płyt w poszukiwaniu innych kawałków - oczywiście głównie takich hitów jak orkiestrowy wstęp do trzeciego aktu Walkirii. Nawiasem mówiąc mniej więcej w tym samym czasie dzięki obsesji starszego brata mojego szkolnego kolegi na punkcie Czasu Apokalipsy Coppoli ze zdumieniem przekonałam się, że ten wstęp ma również partie wokalne...

Szczęśliwie był to również czas, kiedy płyty kompaktowe właśnie zdobywały rodzimy rynek, toteż wkrótce zaczęłam przeznaczać oszczędności na zakup kolejnych wykonań innych dzieł, z których część sprzedałam nieco później na Allegro, kiedy ustaliłam już kanon tych ulubionych. A zapoznanie się z Parsifalem i Tristanem i Izoldą otworzyło mi drogę do Ryszarda Straussa, który wreszcie przestał być dla mnie wyłącznie autorem kilku dobrych taktów, czyli wstępu do Also sprach Zarathustra, czyli głównego motywu mojego ulubionego filmu wszechczasów - Odysei kosmicznej Kubricka.

W każdym razie jednego jestem pewna: gdybym miała na bezludną wyspę zabrać jeden utwór muzyczny, to wykłóciłabym się o całość tetralogii Pierścień Nibelunga, argumentując, że dopiero wszystkie cztery części stanowią zamknięte dzieło, że początek spotyka się z końcem w tych kilkudźwiękowych tematach, że właściwie tylko odsłuchanie tych piętnastu godzin muzyki jednym ciągiem daje pełne wyobrażenie o jej geniuszu. Nie jestem krytykiem muzycznym i w sumie nie przepadam za mówieniem we wzniosłych słowach o muzyce, ale tu muszę przyznać, że jak słyszę, jak to jest kunsztownie zrobione, to też mnie metafizyczny dreszcz przechodzi. Oczywiście również dlatego, że ta muzyka i opowiedziana historia sięgają najgłębszych pokładów mitu, a to jest coś, co zawsze robi na mnie kolosalne wrażenie.

Aha, a jeśli chodzi o wspomniany patos - cóż, w większości gatunków muzycznych lubię takie klimaty, ale o tym będzie innym razem.

Opera Nationale de Paris

A tu garść cytatów z tego, co operowo lubię najbardziej (wybór marny, bo tyle co się sensownie i szybko da znaleźć na YouTubie). Po części pozbierane tutaj, żebym miała to wszystko pod ręką ;)

Henry Purcell - lament Dydony z finału Dydony i Eneasza - ze wszystkich przesłuchanych w sieci to wykonanie wydało mi się najlepsze (Anne-Sofie von Otter - szkoda, że bez filmiku, bo ta kobieta ma na dodatek królewską prezencję, choć na Fenicjankę akurat wyjątkowo nie wygląda).

Christoph Willibald Gluck - aria Che faro senza Euridice z Orfeusza i Eurydyki - znów wybrałam nagranie, które mi się najbardziej spodobało (Teresa Berganza) i zauważyłam, że dla tych starszych kawałków wybieram te wersje, które brzmią "pełniej", niekoniecznie całkiem w duchu epoki, co zapewne jest spowodowane moją predylekcją do brzmień późnoromantycznych.

Wolfgang Amadeusz Mozart - finał Don Giovanniego - wybrane wykonanie ze względu na to, że spodobało mi się ascetyczne wystawienie, a poza tym Komandora śpiewa Matti Salminen, którego bardzo wysoko cenię za role wagnerowskie. I również z Mozarta: moja ulubiona z Czarodziejskiego fletu aria Sarastra i (na specjalne życzenie pewnego czytelnika) Królowej Nocy. Ta ostatnia okropnie, zwłaszcza od czasów Amadeusza oklepana, ale niech będzie, jest to arcydzieło. Nagranie wybrane ze względu na to, że bardzo mi się spodobało wystawienie.

Johannes Brahms - Ein Deutsches Requiem - można znaleźć również na YouTube, ale tu jest całość, wykonanie przyzwoite, choć słyszałam lepsze. Moje ulubione części to nr 2 i 6. To wprawdzie nie opera, ale wokalistyka najwyższej miary.

Jacques Offenbach - Belle nuit (Barcarolle) z Opowieści Hoffmana - znów Anne-Sofie, tym razem w duecie.

Charles Gounod - Faust - aria Mefistofelesa z dłuższym kawałkiem dalszej sceny, wszystko w bardzo dobrym wykonaniu, niestety nienajlepszym nagraniu. Nie znalazłam ulubionego kawałka, więc niech będzie to.

Umberto Giordano - aria La Mamma morta z opery Andrea Chenier - tu oczywiście tylko Maria Callas, choć muszę przyznać, że moja ulubiona Brunhilda, czyli Eva Marton, śpiewa to znakomicie (ale nagrania w necie nie bardzo nadają się do rozpowszechniania). Na dodatek wykonanie Callas występuje w jedynej naprawdę dobrej scenie nieznośnie poza tym ckliwego filmu Filadelfia. Tak poza tym resztę tej opery uważam za nienadającą się do słuchania ;)

Piotr Czajkowski - finał Eugeniusza Oniegina. Z tej opery z kolei mogłabym cytować więcej, ale trudno o dobre i dobrze nagrane kawałki.

Giuseppe Verdi - Miserere z Trubadura - tu znalezienie dobrego nagrania w necie było nie lada wyzwaniem, w końcu zdecydowałam się na spektakl, który bardzo mi się jako wystawienie podobał w TV, mimo że nie występują w nim żadne sławy, ale muzycznie jest niezły, a jakość nagrania z telewizji przyzwoita; podaję również link do wykonania Marii Callas, bo pomimo jakości nagrania warto. I jeszcze z Verdiego - scena z Rigoletta (choć tu mogłabym kilka kawałków wrzucić).

Karol Szymanowski - Pieśń Roksany z Króla Rogera. Nie mam słów.

I co nieco z Wagnera:

Uwertura - od tego się wszystko zaczęło - i finał Tannhäusera.

Finał Holendra Tułacza - spektakl, w którym się zakochałam.

Finał (jakoś tak wychodzi, że te finały najłatwiej znaleźć, a poza tym no cóż, są piekielnie efektowne) Lohengrina i monolog Lohengrina poprzedzający finał. Skądinąd bardzo piękne przedstawienie w reżyserii (tego) Wernera Herzoga.

Niech już będzie - słynny początek III aktu Walkirii, temat Lokiego (zaklęcie ognia) - sam finał Walkirii, scena wykuwania miecza z Zygfryda, początek i zakończenie III aktu tegoż - wszystko z mojego ulubionego spektaklu (Bayreuth, 1992).

Marsz żałobny z III aktu Zmierzchu bogów (Boulez, 1980) - tu wolałabym, ze względu na spektakl, to moje ulubione, jako że ta scena jest tam zaaranżowana naprawdę niewiarygodnie, ale też nie znalazłam.Finał Zmierzchu bogów w moim ulubionym muzycznie wykonaniu, to samo w przełomowym spektaklu Bouleza-Chereau z 1980 r. Znacznie chętniej bym wrzuciła sam początek I aktu, scenę z Nornami, ale nie znalazłam godnego wykonania w necie.

Finał Tristana i Izoldy - Waltraud Meier, może nie tak idealna jak Birgit Nilsson, ale bardziej żywa. Jako ciekawostka - Maria Callas.

Orkiestrowe preludium Parsifala - dziwaczna, magiczna muzyka.

Zakładki:
...
Blogi, po części zdechłe
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright