niedziela, 23 stycznia 2011
Goło ale w bokserkach

Obejrzałyśmy sobie z N na dvd spektakl, który rzekomo miał być skandalizujący i w ogóle: paryskie wystawienie Króla Rogera Szymanowskiego/Iwaszkiewicza w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Zabierając się za to oglądanie, powtarzałyśmy sobie, że jak będzie bardzo obrzydliwie, to zawsze można wyłączyć. Podobne nastawienie do dzieła, o którym wszystkie media trąbiły, że trudno się je ogląda z powodu tym razem drastyczności, miałam raz: idąc z Eksem na Tytusa wg Szekspira w reżyserii Julie Taymor. Bilety mieliśmy za darmo, więc założyliśmy, że jeśli film przekroczy naszą estetyczną i emocjonalną barierę, po prostu wyjdziemy z kina.

Dwa podobne nastawienia, dwa dzieła obejrzane do końca i dwie zupełnie skrajne reakcje. Tytus mnie zachwycił, pomimo iż nawet jak na Szekspira jest to tekst o przyprawiającym o mdłości ładunku negatywnych emocji. Julie Taymor, nie szczędząc widzowi wpisanego w tę tragedię okrucieństwa, ubrała je w tak umowny i tak estetycznie wyrafinowany kostium, że dało się od tego zdystansować. Co więcej, ta surrealistyczno-ekspresjonistyczna estetyka w połączeniu z paradoksalnym zestawieniem rozbuchania i minimalizmu (cudownie wygrana surowa, modernistyczna architektura rzymskiego EUR-u oraz okołorzymskie krajobrazy), wydobyła z tekstu tę wielkość, która gdzieś tam drzemie w tym niezbyt przecież udanym dziele wielkiego Stradfordczyka.

Warlikowski na warsztat wziął arcydzieło - i poniósł jako reżyser spektakularną klapę. Rzekłabym wręcz, że obnażył własne niezrozumienie dla wszystkiego, czego się da: mitu, historii kultury, muzyki. Ta ostatnia zresztą, gdyby jej tylko słuchać, obroniłaby się w pełni: Mariusz Kwiecień i Olga Pasiecznik byli znakomici, pozostali wokaliści całkiem dobrzy, a orkiestra dała ze siebie wszystko. Brzmiało to olśniewająco. Gdyby tylko nie ta inscenizacja...

Powiem krótko: moim skromnym zdaniem ten spektakl jest po prostu głupi. I o niczym. Na dodatek ogrywający najbardziej stereotypowe stereotypy bez pomysłu na to, co taki zabieg miałby znaczyć. Bo można, w sumie chyba wszystko można, tylko pod warunkiem, że gdzieś pomiędzy rozdętym ego reżysera a otchłanią jego ignorancji nie zgubi się samo dzieło.

W moim osobistym muzycznym panteonie Król Roger zajmuje miejsce szczególne: pomijając to, że zachwyca mnie muzycznie, zachwyca mnie również mityczną prostotą fabuły. Moim skromnym zdaniem fanki ten poziom zrozumienia dla mitu osiągnął w muzyce, zwłaszcza operowej, tylko Wagner. A przy tym opera Szymanowskiego jest kameralna i jakoś w całym swoim dionizyjskim rozbuchaniu minimalistyczna - w przeciwieństwie do rozmachu dzieł mojego skądinąd ulubionego kompozytora.

I może tu jest jak dla mnie problem (nie tylko dla mnie zresztą, sądząc zarówno po większości recenzji, jakie czytałam, oraz reakcji publiczności, o czym za chwilę): nie chcę tego Rogera ani w pseudohistorycznych dekoracjach (bo to nie jest historia), ani też w wydumanych post-postmodernistycznych i pseudoskandalizujących wygibasach. Ja bym tego Rogera chciała w inscenizacji nawiązującej do modernistycznej prostoty, ale też niekoniecznie odtwarzającej estetykę dwudziestolecia międzywojennego. Po prawdzie najbardziej bym go chciała w scenografii, która operowałaby niemal wyłącznie światłem - jak w moim ulubionym wystawieniu Pierścienia Nibelunga z Bayreuth z 1992 roku (niestety nawet fragmentów nie znalazłam na YouTubie). Mogłoby zresztą być też tak jak w niedawnym Złocie Renu z La Scali - z fabułą opowiadaną za pomocą baletu, komentującego jak gdyby poczynania bohaterów. I w pięknej, krystalicznej - wykorzystującej między innymi prawdziwą wodę - scenografii. Z secesyjnymi kostiumami w stonowanej gamie barwnej. Czyli chciałabym zobaczyć to, co najwyraźniej lubię najbardziej - to wspomniane już paradoksalne, wydawałoby się, połączenie rozbuchania i prostoty.

Taki apollińsko-dionizyjski oksymoron doskonale pasowałby do Rogera, w którym cała dionizyjska orgia prowadzi do duchowego wyzwolenia i osiągnięcia mistycznego spokoju. Iwaszkiewicz i Szymanowski zdołali tu dotknąć czegoś, czego ewidetnie nie zdołał pokazać (zrozumieć do końca?) nawet tak przenikliwy i wpływowy dla ich epoki Nietzsche, który słusznie przeciwstawił sobie pierwiastek dionizyjski i apolliński, ale zapomniał najwyraźniej o jednym: że w micie takie przeciwieństwa są tak naprawdę dwiema twarzami tego samego bóstwa. Starożytni mieli tego świadomość, a Pasterz z Króla Rogera też łączy w sobie oba te oblicza. Niestety - nie u Warlikowskiego.

Pewna moja znakomita (bez ironii) Koleżanka próbowała bronić spektaklu, twierdząc, że jego intencją jest obnażenie pustki postawy dionizyjskiej we współczesnym świecie. Jeśli tak, to niestety wydaje mi się, że Warlikowski nie rozumie ani tego apollińsko-dionizyjskiego mitu, ani nawet nieszczęsnego Nietzschego. W jego spektaklu Pasterz jest bowiem podstarzałym i tłustym - a na dodatek ciotowatym (nie da się tego inaczej określić) hipisem w tanich koralikach z indyjskiego sklepu, który po scenie snuje się przez pewien czas w towarzystwie kamerzysty niby celebryta, a poza tym nie ma w sobie ani krztyny charyzmy, którą musi mieć, jeśli ma za sobą pociągnąć kogokolwiek. Podkreślam: kogokolwiek, włącznie z królową wykreowaną na znudzoną damulkę, żonę głupkowatego biznesmena. Bardzo przepraszam, ale jeśli Roksanę kreujemy na taką kretynkę, to trzeba jej dać kogoś innego niż faceta, który po pół wieku przypomniał sobie Woodstock. Tu już bardziej pasowałby Pasterz o muskulaturze i łajdackim uroku Brada Pitta, jakkolwiek idiotyczny byłby to pomysł. Albo, co byłoby może banalne, ale fabularnie prawdopodobne w takim kontekście - newage'owy guru.

Nawiasem mówiąc, głównym skandalizującym aspektem tego spektaklu miały być ponoć akcenty homoerotyczne (cóż za skądinąd odkrywcza idea, zważywszy duet autorski... no i cóż za dziwaczne przekonanie, że w naszych czasach do opery chodzi jeszcze taki burżuj, którego coś takiego zeskandalizuje). Pewnie nawet tam były, ale nic nie poradzę na to, że większość postaci na scenie wyglądała tak skrajnie nieapetycznie - nie wiem na przykład, czy istnieje na świecie mężczyzna, który wygląda seksownie w białych bokserkach - że z erotyki zrobiła się niesmaczna farsa. A tymczasem postać Pasterza aż prosi się o ten tajemniczy rodzaj erotyzmu, który można by tak łatwo osiągnąć, kreując go na istotę androgyniczną (mielibyśmy wtedy nawet jakiś rodzaj homoerotyzmu w fascynacji Roksany) niczym Cherubino w "Weselu Figara". Pasterz jest postacią nie z tego świata, duchem jakiegoś innego czasu, młodzieńcem, który przybył wprost z antycznej sielanki - aż się prosi o eteryczność i właśnie jakąś taką elfią bezpłciowość, która może być pociągająca dla obu płci.

Wróćmy jednak do próby obrony spektaklu w wykonaniu mojej skądinąd światłej i literacko i muzycznie Koleżanki. Napisała ona również (odbyło się to na fejsbuku, więc nie podam linka tylko zacytuję), iż "Wydrwił Warlikowski utopie Szymanowskiego i pokazał, że z takich dionizyjskich fascynacji wychodzi tylko kicz i że zabawa w Dionizosa juz myszą trąci; zawsze to lepsze jak dla mnie niz rekonstruowanie na scenie orientalnych pałaców..."

Oczywiście, jeśli dionizyjskość sprowadzać do biby nad basenem w willi podstarzałego biznesmena, to pewnie, że to zasadniczo trąci całym mnóstwem rzeczy, a zwłaszcza nieautentycznością. Ale sprowadzać do czegoś takiego libretto Iwaszkiewicza wydaje mi się jednak uproszczeniem, by nie rzec: wulgaryzacją. Jeśli pan Warlikowski widzi w tym tekście i w tej muzyce tylko tyle, to bardzo mu współczuję. Co do dalszego ciągu tej argumentacji, to nie wiem, czy Koleżanka celowo napisała "myszą" zamiast "myszką", czy też jest to literówka. Jeśli to drugie, to wyszło zabawnie, ponieważ w finale spektaklu myszy występują w dużych ilościach i niemalże zjadają Popiela... pardon, Rogera. Tak, myszy. Pasterz ma łeb myszy (spod którego niestety wystają nadal hipisowskie loki), podobnie jak tłumek nie wiadomo kogo ma łby myszy. Wielkie, jak w Disneylandzie. Wcześniej po scenie przechadza się - nie wiadomo po co - chłopię z czapeczką z uszami Myszki Miki. I im dłużej sobie nad tym myślę, tym bardziej przeraża mnie wizja, iż istotnie pan reżyser chciał nam przez to nagromadzenie gryzoni powiedzieć właśnie dokładnie to, co napisała światła Koleżanka: że jego zdaniem Król Roger myszką trąci. Bo jakkolwiek aż taka dosłowność w głowie nie chce mi się mimo wszystko pomieścić, to nie znajduję żadnego innego tropu intepretacyjnego. I to właśnie wydaje mi się przerażające.

A do tego wszystkiego przez spory kawałek spektaklu w stanowiącym centralny element scenografii basenie unosi się plastikowa kopia Roksany, kąpią się w nim tłumy nieapetycznych ciał, wschodzące słońce zaś przedstawione jest jako kabaretowy neon z wielkim napisem SUN. Wszystko to po kolei z coraz to innej bajki, do tego śpiewacy, którzy tarzają się po scenie bez ładu i składu, jakby reżyserowi wydawało się, że śpiewanie na leżąco czy siedząco jest wielkim novum w teatrze operowym. Nie jest. Od co najmniej ćwierćwiecza nie jest. Zastanawia mnie zresztą, dlaczego wybitni wykonawcy (bo oprócz tego utytułowanego już średnio młodego pokolenia, o którym pisałam, pojawia się również np. Jadwiga Rappé, którą trudno byłoby posądzić o zamiłowanie do pseudo awangardy) godzą się na udział w tak złym spektaklu... oni przecież mogliby wytupać reżysera, zanim zrobi to publiczność...

Zarejestrowany spektakl jest chyba premierowy, pan reżyser bowiem wychodzi na koniec na scenę - skądinąd żując gumę i z miną mówiącą, że ma wszystko i wszystkich w rzyci (czego spektakl był oczywistym dowodem). Może była to celowa strategia, zważywszy, że po długich entuzjastycznych oklaskach dla wykonawców, jego pojawienie się powoduje nagłą zmianę reakcji publiczności: oklaski zmieniają się w gwizdy i tupanie. W takiej sytuacji można zrobić dwie rzeczy: podwinąc ogon i płonąc ze wstydu uciec, albo udawać wyniosłą obojętność za pomocą nonszalancji.

Niestety, paryski spektakl pokazał, że jakkolwiek na szczęście Mariusz Kwiecień umie śpiewać nawet odziany wyłącznie w obciachowe bokserki, to prawdziwie nagim królem jest celebryta Krzysztof Warlikowski, który z wielkich dzieł kultury niewiele rozumie, mimo iż - jak informuje nas usłużnie wikipedia - "studiował historię, filozofię i filologię romańską na Uniwersytecie Jagiellońskim, historię teatru greckiego w École Pratique Des Hautes Études na Sorbonie, a dyplom reżyserski zdobył na Wydziale Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie". Przykro to powiedzieć, ale paryski Król Roger pokazuje mizerię intelektualną reżysera, pomimo tych wszystkich fakultetów. Nie widziałam innych spektakli Warlikowskiego, ale lektura recenzji oraz sprawozdań z reakcji publiczności nie zachęca mnie do ich oglądania. Zwłaszcza że na dodatek osławionego skandalu w tym nieszczęsnym Rogerze jest tyle co demonizmu w panu Starskim, że zacytuję klasyka, czyli tyle co trucizny w zapałce. Obyczajowo znacznie odważniejszy jest wspaniały spektakl Don Giovanniego z festiwalu w Salzburgu przed kilku laty, nie unikający ani pokazywania groteskowej brzydoty ani rzeczywiście szokujących scen w tle. Tyle tylko, że jest to również przy okazji spektakl niezwykle estetycznie wysmakowany i przemyślany - tam wszystko jest na swoim miejscu i nawet bardzo podobnie nieapetyczne jak u Warlikowskiego półnagie ludzkie ciała, które pojawiają się w scenie na cmentarzu, mają swoje uzasadnienie zarówno w treści jak i pomyśle scenograficznym. W paryskim spektaklu nie ma ani wewnętrznej logiki ani spójności wizualnej, jest za to mnóstwo inscenizacyjnego bełkotu.

Aha, powinnam jeszcze dodać dla jasności, że wcale nie jestem z zasady przeciwna umieszczaniu akcji klasycznych dzieł teatralnych czy operowych w bliżej nieokreślonej współczesności czy ogólnie w realiach nie wpisanych w sam tekst. Ostatnio absolutnie zachwyciło mnie  amsterdamskie "Wesele Figara" rozegrane w realiach salonu samochodowego. Ale z jaką konsekwencją...  do tego stopnia, że sugerowałabym zastąpienie w libretcie wszystkich "conte" i "contessa" odpowiednimi pasującymi do scenerii słowami, np. w drugim przypadku dać zawsze po prostu "Rosina". No i jak tam zagrał, wreszcie!, nadużywany przez nowoczesnych reżyserów telebim: w scenie finałowych przebieranek w ogrodzie widzimy na nim wraz z częścią bohaterów widok z kamery przemysłowej, co doskonale podkreśla, iż nikt nie wie naprawdę, kogo ogląda, bo obraz jest niewyraźny i zamazany. Brawo dla reżysera, który wreszcie wymyślił sensowne zastosowanie dla tego inscenizatorskiego gadżetu. U Warlikowskiego telebim oczywiście też jest, ino nie wiadomo po co. Pokazują się na nim - cóż za nowatorski pomysł! - nijak niezwiązane z akcją sceny z "awangardowego" filmu, ani ładne, ani ciekawe, ani cokolwiek dodające. Nuuuda.

Na pocieszenie: pieśń Roksany z II aktu w wykonaniu Olgi Pasiecznik, na szczęście sam wokal...

PS. Z dużą dozą niesmaku umieszczam link do finałowej sceny omawianego spektaklu - kto by chciał i tak by sobie wyjutubował, więc co będę czytelnikom życie utrudniać... A tu - niestety przerywany komentarzem - kawałek z wystawienia w Barcelonie, które wygląda na takie, które by mi się miało szanse spodobać, a tu spektakl warszawski (i jeszcze raz) - też wyglądający całkiem nieźle, na dodatek z Piotrem Beczałą, który od początku wydawał mi się idealnym kandydatem do roli Pasterza, jeśli chodzi o głos, bo na wygląd, jak już pisałam, pasowałby mi bardziej ktoś o urodzie efeba...

Tagi: opera teatr
11:35, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 stycznia 2011
Egipska przypowiastka

W starożytnym Egipcie był zwyczaj łączyć szczęśliwe oraz nieszczęśliwe zdarzenia, także te o charakterze naturalnym - zwłaszcza wylewy Nilu i związane z ich odstawaniem od pożądanej normy susze lub powodzie - z osobą władcy. Jeśli Nil wylewał jak należy, znaczy się - faraon dobry. Jeśli coś poszło nie po myśli tego ludu, w którym rolnicy stanowili wielką część społeczeństwa, a rolnictwo podstawę gospodarki - znaczy się, faraon niedobry. Faraon, na dodatek, był zasadniczo żywym reprezentantem najwyższych bogów na ziemi - jeśli więc źle wpływał na zachowanie Nilu, to znaczy, że źle reprezentował Ozyrysa i/lub Amona i/lub Horusa, ściągając na Egipt tychże niezadowolenie. Źródła dość jednoznacznie wskazują, że osobnik taki nierzadko źle kończył, a w każdym razie kończył wcześniej niż statystyczna przeżywalność by wskazywała.

Egipcjanie nie byli głupi i taka praktyka wcale o głupocie, ignorancji i prymitywizmie ich myślenia nie świadczy. Potężną siłę w państwie stanowili kapłani (w tym przypadku będący jednocześnie elitą pod względem wykształcenia), doskonale wiedzący, że Nil wylewa tak albo inaczej z powodów znacznie bardziej prozaicznych, posiadali bowiem znakomitą wiedzę o zjawiskach przyrodniczych, a także niestrudzenie je obserwowali. A mimo to - cynicznie, zdałoby się - pozwalali, aby lud gniew swój przelewał na faraona i aby król w razie czego stawał się ofiarą.

Oczywiście, że pozwalali, i oczywiście, że robili to z pełnym wyrachowaniem, ponieważ wiedzieli również doskonale, że gniew ludu jakieś ujście mieć musi. Faraon zatem, oprócz różnych przywilejów oraz rozlicznych obowiązków związanych z pełnioną funkcją, musiał się też liczyć z tym, że w niesprzyjających warunkach pogodowych może zostać kozłem ofiarnym. Na pocieszenie pozostawało mu to, że zjednoczenie z Ozyrysem było właściwie nierozerwalne, a grobowiec zapewniający życie wieczne budował sobie zazwyczaj od objęcia tronu, więc był zabezpieczony. A w każdym razie głęboko w to wierzył, co tak naprawdę jest tu istotne.

Sądząc z biografii wypisywanych w grobowcach, egipscy politycy oraz urzędnicy mieli o sobie bardzo wysokie mniemanie i uwielbiali podkreślać swoje osiągnięcia i zasługi. Wątpię jednak, żeby w historii Egiptu zdarzył się człowiek, który w sytuacji suszy lub powodzi odważyłby się powiedzieć: "gdybym ja był faraonem, nie byłoby tej katastrofy" nawet po to tylko, żeby dokopać swojemu politycznemu przeciwnikowi.


Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright