sobota, 26 stycznia 2013
Poezja. Przekłady. Przedmowa.

Trzy wpisy temu zapowiedziałam, że w ramach reaktywacji napiszę krótkie wytłumaczenia dotyczące tłumaczeń poezji. Bo tłumaczenie poezji to jest walka z materią językową i wersyfikacyjną (czyli tak zwaną po szkolnemu "formą"), z samym sobą, z obrazem, który wiersz w człowieku wywołuje, z epoką, w której powstał, i językiem, w którym ma być czytany. Z pokusami, że współcześnie do wiersza, który się tłumaczy, pisali przecież w języku, na który się tłumaczy, jacyś poeci, czasem nawet wybitni, więc może by nimi "pojechać".

Przekładanie poezji - a zapewne wysoko artystycznej prozy również - jest sztuką wyboru i kompromisu, głównie z sobą samym, wbrew pozorom. Procesem dokonywania nieustannych bolesnych wyborów. O tych wyborach i o towarzyszących im niepokojach oraz - wybaczcie patos - cierpieniach chciałabym kilka notatek napisać. Bo ten proces gdzieś ginie, a jego efekty spotykają się niekiedy z głosami krytycznymi. Dlatego kusi mnie próba opisania, z czego świadomie - i nierzadko z bólem i trudem - rezygnowałam. I z jakich powodów. Teraz napiszę do tych notatek wstępik teoretycznawy, żeby pewnych rzeczy nie powtarzać za każdym razem.

W czasach, kiedy jeszcze mocowałam się z konsekwencjami błędnych decyzji dotyczących wyboru pierwszych studiów, miałam przejściową ideę zajmowania się teorią przekładu oraz konkretami tłumaczenia dawnej angielskiej poezji (XVI-XVII w.) na język polski. Nic z tego zajmowania się nie wyszło, bo szybko odkryłam, że teorie teorii to jest zjadania ogona nawet nie własnego, ale cudzego, i to zazwyczaj wyliniałego. Ale poczytałam sporo przekładów "poetów metafizycznych" i zapamiętałam na całe życie jedno: nawet jeśli Kochanowski w plus minus tym samym czasie napisał, że "ale to wszystko za jaje, kiedy Hanny nie dostaje", to pisanie w XX wieku plus minus czegoś takiego: "nie pusz się śmierci, za jaje twa groza", nie jest dobrym pomysłem. Bo jest jeszcze coś takiego jak czytelniczy dystans do języka i jego archaiczności: bez trudu akceptujemy ją w tekście naprawdę napisanym dawno, ale w nowoczesnym przekładzie razi.

Poczytałam wówczas również rozmaite teksty mniej lub bardziej teoretyczne lub metodologiczne i z tej lektury z kolei wyniosłam naukę, że umieszczanie w manifestach translatologicznych uwag ad personam, kiedy samemu jest się krytykowanego tłumacza konkurencją, jest mało eleganckie. Spowodowało to u mnie niewątpliwy dysonans: z jednej strony nie do końca da się wytłumaczyć swoje własne wybory bez odniesienia się do przekładów wcześniej istniejących, zwłaszcza jeśli się je znało i własne wybory podejmowało po części przynajmniej w odpowiedzi na to, co we wcześniejszych przekładach człowiekowi nie odpowiadało. Z drugiej zaś strony chciałabym uniknąć wytykania palcem innym tłumaczom: o, tu nie zrozumiał, o, tu nie miał słuchu. To powinien robić krytyk zewnętrzny, który również sine ira et studio przyjrzałby się moim wyborom i ich rezultatom.

Już wiem, że bez odniesień do innych przekładów się nie obejdę, ale postaram się nawiązywać do nich tylko w tych konkretnych sytuacjach, kiedy rzeczywiście przekonanie o popełnieniu przez innego tłumacza błędu bądź też podjęciu niedobrej decyzji artystycznej było elementem mojego własnego namysłu nad konkretnym tekstem i związanymi z nim wyborami. Od razu jednakowoż uprzedzam, że jest jeden przykład tłumaczenia wybitnego wiersza, od którego może nawet i zacznę ten cykl, od pastwienia się nad którym prawdopodobnie nie zdołam się powstrzymać.

Albowiem oprócz przekładów publikowanych przez poważne wydawnictwa - przekładów, które mogą się podobać albo nie, analogicznie do adaptacji filmowych wielkiej literatury, niemniej zostały przynajmniej poddane jakiejś weryfikacji (nawet jeśli w niektórych przypadkach jej podstawą bywa pozycja i wcześniejszy dorobek tłumacza) - istnieje jeszcze tłumaczeniowa grafomania, która ujawnia się zazwyczaj w internecie, niekiedy przyjmując pozory poważnej pracy literackiej. W takim przypadku z jednej strony chciałoby się machnąć ręką, bo to w sumie coś w rodzaju twórczości spod znaku fan fiction czyli nastolatek piszących o romansach Hermiony Granger z profesorem Snapem. Po namyśle doszłam jednakowoż do wniosku, że w przypadku publikowania w sieci autentycznie grafomańskich przekładów wielkiej poezji czyni się szkodę nie tylko własnej reputacji, bo ta jest problemem osoby publikującej. Publikując potworki przekładowe wyrządza się jednakowoż również krzywdę utworom tłumaczonym, a mowa tu będzie o poezji z najwyższej półki. Dla czegoś takiego nie zamierzam być pobłażliwa i tu już nie będzie dyskusji z tłumaczem. Twórczość poetów dziewiętnastowiecznych należy do domeny publicznej, ale to jeszcze nie znaczy, że wolno bezkarnie ją kaleczyć i ośmieszać.

Zwłaszcza że jest jeszcze jedno, że powołam się znów na analogię z filmowymi adaptacjami powieści, ponieważ poza wszystkim innym rozpisywałam się na ten temat dwa wpisy temu, więc jestem na bieżąco z przemyśleniami. O ile ośmieszająca, okaleczona adaptacja filmowa klasyki literackiej zazwyczaj dość szybko i łatwo zostanie zweryfikowana przez krytykę, publicznie obnażona i napiętnowana - a następnie co najwyżej trafi do kategorii kultowych dziwactw i potworków czyli stanie się obiektem campowym - o tyle krążący po sieci przekład wiersza takiej weryfikacji nie podlega, a na dodatek na przykład maturzyści w swoich prezentacjach zapewne go zacytują w dobrej wierze, ponieważ będzie najłatwiej dostępny...

To tyle właściwie tytułem wstępu do cyklu, który zapewne będzie nieregularny i przetykany innymi notkami, ale który bardzo chcę napisać - jeśli nie dla kogokolwiek innego, to chociażby dla samej siebie, żeby wytłumaczyć się z tłumaczeń przed samą sobą i duchami poetów. Zwłaszcza że planuję wiktoriańską kontynuację i za jakiś czas może tomik dziewiętnastowieczny, może więc nawet będą to czasem cierpienia tłumacza na żywo, zapisy zmagań z materią znajdującą się akurat na warsztacie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013
O godności

Drodzy czytelnicy, miałam szczere postanowienie nie pisać na tym blogu więcej o polityce i sprawach pokrewnych, bo zbyt dużo rzeczy mnie irytuje (mówiąc bardzo delikatnie), a wałkowanie głupoty, wredności i cynizmu coponiektórych uważam na dłuższą metę za stratę czasu. Ale nie zdzierżyłam, kiedy przeczytałam parę dni temu artykuł o tym, że były senator i wicemarszałek Romaszewski, będący również byłym i obecnym opozycjonistą, zażądał odszkodowania za to, że za PRL siedział w więzieniu. Po prawdzie nie sam ten fakt mnie zbulwersował, choć uważam go za sporą bezczelność, ale uzasadnienie, jakie dla swoich roszczeń podał pan były senator. Otóż oznajmił on ponoć, że te wydarte z budżetu państwa 240 tysięcy "pozwolą jemu i żonie na godne życie" - a dziennikarz ujawnił, że obecne dochody państwa byłych marszałkostwa wynoszą 6 tysięcy miesięcznie.

Sześć (a raczej osiem, jeśli te 240 tys. rozłożyć na dziesięć lat) tysięcy na dwie osoby bez dzieci na utrzymaniu to trzy (cztery) tysiące na głowę. Więcej niż zarabia większość Polaków zatrudnionych w sferze budżetowej, będących w tzw. wieku rozwojowym. Nie wiem, jakie dokładnie są pensje np. urzędników zwyczajnego szczebla, ale wiem, jakie są zarówno pensje tzw. młodszych pracowników naukowo-dydaktycznych na wyższych uczelniach jak i emerytury profesorskie tamże, a że były senator Romaszewski wywodzi się ze środowiska akademickiego, więc to powinno być porównaniem dla jego obecnego statusu finansowego. Ale nie zajęłabym się tą sprawą, gdyby nie wątek osobisty i poczucie zobowiązania do zabrania głosu, resztę wpisu popełnię zatem w formie listu do byłego senatora, a PT Czytelnikom obiecuję szybki powrót do tematyki (nowa notka jest już nawet gotowa), którą znacznie bardziej chcę się zajmować.

Panie Senatorze,

w latach '80, po tym, jak został pan zwolniony z więzienia, to mój ojciec załatwił panu fikcyjną pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim, żeby chronić pana przed ustawą o pasożytnictwie. Nie bywał pan w Krakowie więcej niż było konieczne, żeby tę etatową fikcję podtrzymywać, co zresztą rozumiem - pańska działalność była gdzie indziej. Ale pamiętam, choć w sumie byłam jeszcze dzieckiem, że bardzo przeżywałam pańską wizytę w naszym domu. Słuchałam opowieści i miałam poczucie uczestnictwa w czymś ważnym: oto w moim mieszkaniu pojawia się ktoś, kto prowadzi prawdziwą konspiracyjną działalność, ktoś o czyjej wizycie nie mogę powiedzieć w szkole... Miałam też wrażenie kontaktu z surowym moralistą, człowiekiem na wskroś uczciwym, jak z wierszy Herberta - dziś niestety mam smutne wrażenie, że była to nieskazitelność spod znaku Robespierre'a.

Najmniej w tym kontekście dziwi mnie domaganie się odszkodowania od III Rzeczpospolitej za krzywdy wyrządzone przez PRL (nie mam zresztą żadnych podstaw do tego, żeby dyskutować o zasadności tego rodzaju odszkodowań jako takich), choć uważam, że samym faktem bycia senatorem - a może powinnam powiedzieć: sprawowania godności senatora - w wolnej Polsce odegrał się pan na komunie, a i z diet senatorskich można sporo na "godne życie" odłożyć.

Zbulwersowała mnie natomiast wypowiedź, z której wynika, że za 6 tysięcy nie da się godnie żyć w dwie osoby. I na to, żeby "godnie żyć" wydziera pan z kieszeni podatnika - bo tym są pieniądze budżetu - sporą sumę, którą dołoży pan do dochodów znacznie przekraczających uposażenia pańskich byłych kolegów po fachu, nie mówiąc już o ich emeryturach. Panie senatorze, emerytura mojego ojca, profesora UJ, który kiedyś pomógł panu przetrwać bardzo trudny okres, jest śmiesznie mała w porównaniu z tym, co pan uważa za gwarantujące zaledwie życie poniżej godności. Zapewniam pana jednak, że wiedzie on życie znacznie godniejsze niż pan, ponieważ nie wyciąga z budżetu państwa pieniędzy potrzebnych chociażby na rozwój polskiej nauki, którą niegdyś na niewielką skalę pan współtworzył, a także na szpitale, szkoły, drogi, bezpieczeństwo.

Panie senatorze, pensje nauczycieli, wykładowców akademickich, pielęgniarek i całej rzeszy obywateli, których praw niegdyś pan bronił, też są śmiesznie małe w porównaniu do pańskich dochodów. Panie senatorze, pańskie odszkodowanie za dwa lata w więzieniu to równowartość stu pensji adiunkta na UJ czyli ośmiu lat jego wynagrodzeń - oznacza to utrzymanie pracownika naukowo-dydaktycznego między doktoratem a habilitacją. Coś, z czego pan zrezygnował, wybierając karierę polityka. Polityka, który mimo swoich korzeni, mimo posiadanego doktoratu z fizyki i mimo wsparcia udzielonego panu przez środowisko akademickie w trudnej sytuacji życiowej nie zajął się ani przez chwilę w swojej karierze senatorsko-marszałkowskiej kwestią uposażeń pracowników akademickich czy finansowania polskiej nauki. Zastanawia mnie, jak pan - wielki moralista - będzie w stanie spojrzeć takim ludziom w oczy po tej wypowiedzi o sześciu tysiącach złotych niewystarczających do godnego życia dwóch osób - jedynie w kontekście prywaty.

Chciałabym, żeby po tej wypowiedzi spojrzał pan w oczy mojemu ojcu.

Panie senatorze, uważam, że mam moralne prawo zadać panu to jedno krótkie pytanie: jak panu nie wstyd?

Demostenes

sobota, 12 stycznia 2013
Edward Rochester był ogrem

Autorka niniejszego bloga jest wyznawczynią tezy, iż życiem rządzą przypadki. Poniższy wpis zaś jest efektem pewnego szeregu dość przypadkowych zdarzeń. Na początku był czytnik ebooków. Ot, kaprys - nie jest to urządzenie, bez którego bezwzględnie nie potrafiłabym żyć, ale przyznaję, że jest fajne. Model wybrałam dość przypadkowo, choć oczywiście trochę ocen poczytałam i znajomych podręczyłam o opinie. Model okazał się wyposażony w całkiem pokaźny zbiór całkiem sensownych darmowych ebooków, wśród których była również Jane Eyre Charlotte Brontë - a ponieważ od dawna zamierzałam odnowić znajomość z tą powieścią (skądinąd miałam ją nawet w pewnym momencie tłumaczyć na nowo, ale nie wyszło, a i wydawnictwo było beznadziejne, więc poniekąd lepiej, bo byłby to przekład niezredagowany), oczywiście ją przeczytałam, a raczej połknęłam, rozkoszując się przy okazji nowoczesną techniką.

A jak przeczytałam, to bardzo mocno zapragnęłam obejrzeć jakąś adaptację filmową - nie wiem nawet w sumie, dlaczego. Ale była to tak silna potrzeba, że gotowa byłam zawiesić na kołku moje opinie dotyczące męskiej urody i obejrzeć na początek wersję z Michaelem Fassbenderem, którego - w przeciwieństwie do większości moich koleżanek - nie uważam za atrakcyjnego. Wersja ta była nawet dostępna na wyciągnięcie ręki, albowiem w posiadaniu N. Po prawdzie u tejże była również wersja z Ciaranem Hindsem, którego z kolei uważam za niekiedy (np. w Rzymie) zdecydowanie atrakcyjnego, ale jakoś zdjęcie na okładce, krzyczące na odległość taniością produkcji i fatalną charakteryzacją, też mnie nie zachęcało.

Przypadek zaś zrządził inaczej: idąc w stronę działu operowego w Empiku zobaczyłam przeceniony serial BBC z 2006 roku - i wcale od razu go nie kupiłam, bo jakkolwiek zasadniczo uważam BBC za jednego z najlepszych producentów seriali, miałam wrażenie, że skoro nigdy o tej konkretnej wersji nie słyszałam, to pewnie jest nieważna i nieciekawa (obsada nie była wypisana na pudełku, ale i tak moja pamięć do nazwisk jest tak marna, że pewnie niewiele bym z tego skorzystała). Na dodatek nadal rozważałam pożyczenie któregoś z filmów od N. Ale jakoś się tak złożyło, że właśnie nadchodził listopadowy długi weekend, zapomniałam w końcu coś pożyczyć i zorientowałam się, że na kilka dni wolnych zostałam bez wymarzonej filmowej Jane. Popędziłam więc w ostatniej chwili do otwartego długo Empiku i kupiłam rzeczony serial. Tego samego wieczora zasiadłam do oglądania pierwszego odcinka - na dodatek w wersji łączącej po dwa godzinne odcinki w jeden - i zatonęłam w nim całkowicie. W środku nocy musiałam z trudem wyperswadować sobie, że oglądanie kolejnych dwóch godzin i pójście spać nad ranem to jednak nie jest dobry pomysł.

I w taki to właśnie sposób w moim życiu zaczęła się nowa era fangirlingu po pierwsze, albowiem pan Rochester Toby'ego Stephensa podbił moje serce całkowicie zarówno koncepcją postaci jak i tejże koncepcji realizacją, a po drugie - znalazłam filmową Jane idealną, po której żadna już nie miała najmniejszych szans mnie zachwycić, a nawet na poważnie uwieść. Z samego początku drażniły mnie niektóre zmiany w stosunku do materiału powieściowego, brakowało mi jakichś konkretnych rozwiązań fabularnych - aczkolwiek natychmiast kupiłam zamianę przebieranki Rochestera za Cygankę w zaproszenie autentycznej Cyganki i przysłuchiwanie się zza parawanu, ponieważ scena ta nigdy nie wydawała mi się w powieści wiarygodna, a obejrzana później wersja serialowa z Timothym Daltonem potwierdziła moje przeczucia, że filmowo może z tego wyjść jedynie groteska, jeśli jest potraktowane na poważnie. Po kilkunastu obejrzeniach uznałam jednak, że za wyjątkiem drobiazgów, które bym troszkę zmodyfikowała, zmiany wychodzą filmowi na dobre, a nie stoją w sprzeczności z duchem powieści i epoki.

Ale miało być o ograch. I będzie. Ponieważ po zaangażowaniu się w rozmaite dyskusje na forach i blogach nagle odkryłam, co takiego - oprócz naprawdę świetnie napisanego scenariusza i dialogów - uwiodło mnie w koncepcji postaci. Otóż myli się ten, kto uważa, że uznałam Rochestera za ogra z powodu powierzchowności, opisywanej przez Jane piórem Charlotte w niezbyt pochlebnych słowach, którym - moim skromnym zdaniem - nie do końca należy dawać wiarę. Takie czasy, że zależna od swego chlebodawcy uboga dziewczyna nie może przyznać się do fascynacji jego osobą, a tym bardziej wyglądem fizycznym, bo byłoby to zaproszeniem do uwiedzenia. Dlatego Jane na pytanie Rochestera, czy uważa go za przystojnego, musi odpowiedzieć, że nie, choćby nawet uważała wręcz przeciwnie. I jeszcze jedno: to epoka, w której piękno wciąż jest mierzone "profilami greckich bogów", jak opisany jest St. John Rivers, a cokolwiek, co od tego ideału w jakikolwiek sposób odbiega, może być fascynujące, ale nie zostanie nazwane pięknym. To również epoka, w której nie da się być pięknym w szarej, niemodnej i prostej sukience, toteż tak rozumiane "piękno" odbiera Rochesterowi również fakt, że będąc zgorzkniałym i szorstkim po prostu zaniedbuje nieco te zewnętrzne oznaki tego, co dziś określono by zapewne słówkiem glamour.

Spoza sfery bogatej arystokracji "piękna" mogła być w oczach Jane panna Temple w Lowood - ale ona jak na owe warunki bardzo dbała o elegancję, a nawet posiadała wyróżnik nieco większej zamożności: zegarek przy pasku. Zaryzykowałabym więc stwierdzenie, że jakkolwiek powieściowa Jane od początku widzi w Rochesterze przede wszystkim piękną wbrew pozorom duszę, ale ona również wie, że wystarczyłby niewielki wysiłek i on byłby glamorous. I tak właśnie jest: kiedy przyjeżdżają arystokratyczni znajomi, Rochester nie odbiega od nich ubiorem, choć zdecydowanie odbiega duchem.

Dlatego też Jane - od początku partnerka Rochestera jeśli chodzi o wykształcenie, głód wiedzy, poznania i podróży, oraz wrażliwość - staje mu się równa dopiero kiedy sama odziedziczy majątek, który pozwoli jej stać się "piękną". Nawet jeśli będzie nadal miała zwyczajne rysy (wcale nie jestem o tym przekonana), to podobnie jak inne panie z towarzystwa będzie mogła bez poczucia niestosowności dodać sobie blasku piękną suknią, biżuterią, czy choćby uśmiechem. W przeciwieństwie do ponowoczesnych Amerykanek z kilku forów, które w finale powieści widzą opowieść o kastracji (tak, kastracji), uważam, że kalectwo Rochestera - bardzo szybko przez Charlotte złagodzone: bohater odzyskuje wzrok w dość krótkim czasie - jest mniej istotne dla kwestii ich małżeńskiego partnerstwa niż wzbogacenie się Jane.

Ba, byłabym skłonna nawet zaryzykować, że może w kwestii genezy tego kalectwa Charlotte błąkała się po głowie podobna idea co mnie, tylko w jej epoce taka decyzja literacka mogłaby ponownie pogrążyć bohatera. Ja sobie bowiem zawsze myślę, że z tym pożarem Thornfield Hall to mogło być inaczej niż nam się do wierzenia podaje: że tak naprawdę nie wiemy, co go wywołało. Może istotnie Bertha wymknęła się wreszcie Grace Poole na dobre, a nie było nikogo, kto dostatecznie wcześnie zauważyłby ogień (brakło Jane). Ale może to Rochester, który po ucieczce Jane popadł w najczarniejszą rozpacz, w głębi duszy marzył o tym, żeby ten koszmar się skończył - roił o unicestwieniu Berthy, licząc się z tym, ze i sam zginie - bo przecież nie miał już po co żyć. I niezależnie od tego, czy byłoby to tylko zdarzenie z gatunku "nie mów, bo się stanie", czy też celowe zlekceważenie wypadku - i otrzeźwienie w ostatniej chwili, stąd próba ratunku Berthy i ocalenie samego siebie - chciałabym mieć tę niepewność, czy on po prostu nie pragnął takiego finału. Zwłaszcza że wtedy ślepota byłaby blizną po utracie Jane, znikającą w jej obecności.

Dobra, wróćmy do ogrów. Nie powierzchowność zatem i takoż nie zachowanie, ja bowiem nie uważam Rochestera za gbura czy brutala. On jest po prostu w równym stopniu co Jane dzieckiem epoki, tylko dzieckiem zupełnie innym. Ma majątek, żyje zasadniczo samotnie, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów ze służbą i sporadycznych wizyt u sąsiadów, więc przyzwyczaił się do wydawania rozkazów z jednej strony, a do pełnych uwielbienia spojrzeń panien na wydaniu (ze względu na majątek oczywiście) z drugiej. Na dodatek do rodzaju ludzkiego ma stosunek cyniczny, co jest wynikiem zarówno historii z rodziną Masonów, jak i przygody z Cecilią Varens. Z tych powodów jest szorstki i poza sytuacjami towarzyskimi, w których maniery - będące jak mniemam odruchem Pawłowa - nieco tę szorstkość maskują (zauważmy, że nie do końca) - traktuje ludzi jak istoty od siebie zależne.

Okej, kwestia manier i szorstkości znacznie bardziej zbliża mnie do głównej tezy tej notki, bo w sumie zwłaszcza sposób bycia Rochestera uważam za maskę lub nawet cały kostium, który Jane powolutku, warstwa po warstwie, pomaga mu zdjąć, choć jest to proces bolesny (zakończeniu tego procesu służy, moim zdaniem, finałowe kalectwo jako punkt, od którego zaczyna się tworzenie nowej persony).

A zatem w kwestii ogrów. Ogry, jak wiadomo - wreszcie dochodzimy do sedna - są jak cebula. I takoż jak cebula jest Edward Rochester. Zupełnie jak w Shreku, że zacytuję in extenso:

- Ogry są... jak cebula!
– Śmierdzą?!
[Wygląd]
– Tak... nie!
– Bo się od nich płacze?
[Zachowanie]
– Nie!
– Bo jak się zostawi je na słońcu to robią się brązowe i rosną im włoski?
[Zaniedbanie fizyczne i społeczne wynikające z samotniczego trybu życia]
– NIE! Ogry mają WARSTWY! Rozumiesz, ogry mają warstwy – cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy.

Zachowanie i styl bycia Rochestera, jak również jego cynizm, niewiara w ludzi, wreszcie wyobrażenia o sposobie naprawienia błędów młodości - to właśnie te warstwy, które z ogra/cebuli zdejmuje Jane, księżniczka Fiona tej opowieści. Wydawałoby się, że Fiona à rebours, ale nie: przecież w Shreku chodzi o to, że ona jest dla ogra ładniejsza jako ogrzyca niż jako "piękna" dziewczyna. Biedna i zależna od niego Jane nie jest partnerką dla Rochestera tak samo jak wiotka księżniczka nie jest partnerką dla Shreka. Zamożna Jane to zupełnie co innego, zupełnie jak wielka zielonoskóra Fiona.

Ponieważ wpis ten krąży sobie dość chaotycznie wokół kilku punktów, pozwolę sobie teraz wyjaśnić, po co był ten przydługi wstęp o adaptacjach filmowych. Otóż serial, w którym się zakochałam, pokazał mi to, co czytając powieść przeczuwałam - tę właśnie ogrowatość Rochestera. Uświadomił mi - postacią i rolą, która podbiła mój umysł i serce, oraz niewiarygodną chemią między głównymi bohaterami (to coś, czego nie uzyskała żadna inna adaptacja) - że "mój" Rochester z lektury powieści (ergo taki, jakiego szukałam na ekranie) to człowiek przede wszystkim zmienny, nieprzewidywalny, chimeryczny, przeskakujący z nastroju w nastrój i z tonu rozkazu w ton czułości - wszystko na przestrzeni kilku minut. Bezwzględny w krytyce i momentami nieprzyjemny w rozmowie aż do bólu, po to żeby w następnym zdaniu żartować, flirtować - po czym znów wpadać w ton sarkazmu i ironii. A zarazem człowiek absolutnie przekonany jednocześnie o swojej atrakcyjności jak i jej braku, ponieważ złe doświadczenia podpowiadają mu, że atrakcyjny może być jedynie jego majątek. Co nie jest prawdą i on to podskórnie (pod tą stwardniałą czy pociemniałą skórką cebuli) czuje.

I to zostało bezbłędnie pokazane w rzeczonym serialu: po raz kolejny BBC pokazała, że potrafi za niewielkie pieniądze robić z adaptacji literackich filmowe perły. Wszystkie sceny między Jane a Rochesterem są tu właśnie niejednoznaczne emocjonalnie: sarkazm, niekiedy na granicy szyderstwa, miesza się z melancholijną czułością, żart z próbą wyrażenia autentycznych uczuć, naturalne w istniejącej sytuacji traktowanie Jane jak jednej ze służących z przebijającym przez tę warstwę zachowania wzrastającym poczuciem, że jest ona partnerką nie tylko w rozmowie.

I kluczowa scena, w której również Jane pokazuje, że ma w sobie coś z ogra: oświadczyny Rochestera wywołane są przecież wybuchem jej wrodzonego temperamentu (pierwszym od wyjazdu z Gateshead), doskonale przez lata maskowanego zasadami i przekonaniami wpojonymi jej w Lowood, a wzmocnionymi przez przykład Helenki Burns: że są sytuacje, w których bunt i manifestacja swojej indywidualności nic nie dają. Kiedy Jane zrzuca maskę cichej, potulnej i nieulegającej emocjom guwernantki, i w płomiennej mowie przez łzy (fenomenalna Ruth Wilson w tej scenie bije wszystkie inne filmowe Jane na głowę) oznajmia, że jest człowiekiem i ma uczucia - wtedy dopiero Rochester decyduje się jej oświadczyć. Konsekwencje są wiadomo jakie - pozostała przecież taka warstwa, której nie da się po prostu odrzucić - ale od tej chwili ten proces odkrywania samych siebie będzie znacznie bardziej świadomy.

Kluczowy w tej konkretnej adaptacji wydaje mi się też fragment drugiej rozmowy Jane i Rochestera w Thornfield, tej, która realizacyjnie zaczyna się od sceny moim skromnym zdaniem genialnej, kiedy na krótką i szorstką komendę "Sit!" reaguje pies Pilot, a Rochester po tej reakcji uświadamia sobie, jakim tonem zwrócił się do Jane. Pod jej koniec Jane bardzo w duchu epoki i swojego szkolnego wychowania wygłasza - w ramach tłumaczenia się, dlaczego nie nazwała go przystojnym - dość sztampową formułkę o wewnętrznym pięknie. Rochester pointuje ją ostrzeżeniem, żeby nie zaglądała w jego wnętrze, bo może je znaleźć niepięknym. On wciąż widzi w sobie jedynie odrażającego ogra i może nawet chce ją przed samym sobą chronić, podczas gdy ona już chyba zaczyna widzieć ogra fascynującego w swej ogrowatości, złożoności, niejednoznaczności i niebanalności. Ogra, który dla takiej ogrzycy jak ona jest po prostu piękny. Co więcej - mam wrażenie, że to w tej rozmowie Jane odkrywa nie tylko, że zaczyna się w Rochesterze zakochiwać, ale że może powinna odpowiadać na jego ironię własną, która w niej przecież jest, choć przykryta narzuconymi warstwami pokory i braku ambicji.

I bardzo mi się jeszcze podoba, że w tym filmie oni nawet w ostatniej ważnej scenie (nad potokiem) nie zatracili tej ironii, że nadal się przekomarzają, że wręcz wraca ten ton złagodzonej szorstkości, że nie zmienili się w anielskie postacie dwojga zakochanych. Wiem, że to wszystko brzmi jak pieśń miłosna Drakainy, ale naprawdę - dawno nie widziałam tak pokazanych na ekranie niebanalnych emocji. (No dobra, troszkę kłamię, bo widziałam je przedwczoraj, w innym serialu BBC, mianowicie w finale Merlina, ale to zupełnie inna bajka, choć emocje w jakiś sposób podobne. Może zresztą o tym też napiszę, na razie napisała N, a ja z nią nieco podyskutowałam.)

Och, jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko wyraźnie zaakcentowanemu w tym filmie erotycznemu zauroczeniu, co spotyka się niekiedy z krytyką ze strony fanów (fanek?), którzy lubią adaptacje zgodne z literą książek. Jak dla mnie wymazywanie z dziewiętnastowiecznych historii erotyzmu tylko dlatego, że nie jest on opisywany wprost, jest krzywdą dla ludzi, którzy wówczas żyli. Powieści sióstr Brontë pulsują namiętnością, mimo że konwencja literacka każe brać erotykę w ostre ryzy. A tak jak starożytni Grecy nie przechadzali się jedynie po agorach dyskutując wzniosłym językiem o filozofii, tak i wiktoriańscy dżentelmeni i panny nie tłumili non stop swoich temperamentów myśleniem o Anglii.


Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright