sobota, 17 stycznia 2015
I górnicy, i...

Pochodzę z historycznej (tak dziewiętnastowiecznie historycznej, ale niech będzie) Galicji zachodniej. Część mojej rodziny mieszkała jednak czasowo lub na stałe na Górnym Śląsku albo jego pograniczu. Byli wśród nich także ludzie związani z górnictwem - głównie jako sztygarzy i inżynierowie, ale jednak w kopalniach. Wujek mojego Taty miał w Żywcu piękny pogrzeb z orkiestrą górniczą - byłam mała i zachwycały mnie czarne mundury i pióropusze. Ale od dziecka miałam w naturalny sposób ustalone dwa pojęcia o górnictwie: 1) że jest to ciężka praca, zwłaszcza jak się nie jest inżynierem; 2) że na poziomie polskim jest to "sektor", jak się dziś mówi, gwarantujący znacznie wyższy standard życia od przeciętnego, nawet jeśli nie należy się do partii. Bo wujkowie mieli domy jednorodzinne a nie ciasne mieszkania i żadnych kłopotów z kupnem samochodu, a kuzyni zagraniczne narty i różne takie. Tak było za PRL.

Potem jakoś te rodzinne śląskie powiązania osłabły - życie przyspieszyło, dużo się pozmieniało. Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że przez te lata w mojej głowie pojawił się zupełnie inny obraz górnika: pieniacza, który zawsze siłą wywalczy swoje.

Bardzo mnie ciekawi, co wspomniany wujek mojego taty - na logikę sztygar zapewne jeszcze przedwojenny - miałby do powiedzenia o tych górnikach, którzy terroryzują Sejm i kosztem reszty społeczeństwa fundują sobie przywileje, o których innym "sektorom" publicznym i budżetowym nawet się nie marzy.

Tak, nie zapomniałam, że praca górnika jest ciężka. Ale, drodzy górnicy, nie myślcie, że inni nie pracują. Że nie mają potrzeb, ambicji i aspiracji. Oczyma duszy widzę już, że po to, żebyście mieli te swoje czternastki, deputaty, gwarancje pracy i co tam jeszcze do tych przywilejów należy, "trzeba będzie", jak zwykle, obciąć budżet nauki, kultury - bo to przecież najmniej ważne dziedziny życia społecznego, prawda? Siedząc za biurkami, usiłując rozdzielić 24 godziny między własną pracę naukową, poprawianie zadań studenckich, obowiązki administracyjne, koszmarną biurokrację systemu finansowania nauki (z coraz mniejszą szansą na sukces, ponieważ mnóstwo pieniędzy pójdzie na spełnienie waszych żądań) i chałtury, żeby mieć z czego żyć i te aspiracje jakoś realizować (bo taka ja na przykład mam chwilowo ok. 1500 zł stałego dochodu miesięcznie), my też musimy spać i jeść. I chcielibyśmy czegoś więcej ponad tę egzystencję. Dlatego nie jestem w stanie się z wami solidaryzować. Nie mogę, bo wy zatraciliście poczucie solidarności społecznej całkowicie.

Podobnie zapewne mogą napisać przedstawiciele innych grup społecznych, których poziom życia uzależniony jest od budżetu państwa. Grup, które nie zastrajkują, bo uważają to za niemoralne, nieprzyzwoite, nieeleganckie.

Tak, pamiętam, że praca górnika jest ciężka. I uważam, że powinna być dobrze płatna. Uważam jednak również, że nieprzyzwoitością jest żądać niebotycznych przywilejów w kraju, w którym tyle grup jest skandalicznie niedofinansowanych.

Miejcie więc te swoje przywileje, ale pamiętajcie, że uzyskaliście je kosztem krzywdy innych.

Biblioteka

czwartek, 08 stycznia 2015
Nous sommes Charlie

Jedną z największych, niewytłumaczalnych zagadek wszechświata i conditio humana jest dla mnie istnienie umysłów tak zamkniętych, że każdą wypowiedź niezgodną z ich poglądami, z tym, w co mniej lub bardziej rozpaczliwie wierzą, uznają za osobisty atak na siebie, a na dodatek sublimują to poczucie w atak na wartości czy też na Boga. Atak, który zasługuje na natychmiastową kontrę, na pognębienie przeciwnika - w dużej mierze przecież wyimaginowanego, bo będącego po prostu człowiekiem, który chce żyć inaczej i nic więcej. Nie przestaje mnie zadziwiać istnienie ludzi, którzy na serio uważają, że satyryczny obrazek czy zrodzona z gniewu (zazwyczaj zasadnego) wypowiedź, narusza jakiś ład we wszechświecie.

Ludzi kurczowo trzymających się idei, najczęściej wypaczonej - tak kurczowo, że dla obrony tej swojej wizji idei są gotowi walić na oślep, a nawet zabijać. Ludzi, którzy wierząc w takiego czy innego boga (zazwyczaj nazywanego przez nich miłosiernym i wszechmogącym) uważają, że to oni są depozytariuszami tego bóstwa opinii i honoru,  muszą więc je bronić przed pragnącym je splugawić motłochem. Ludzi, którzy obraz tego bóstwa tak bardzo kształtują na swoje własne podobieństwo, że czynią z niego karykaturę, sami o tym nie wiedząc. Pokazują je światu jako małostkowe, bezsilne, mściwe i egoistyczne. Broniąc rzekomo praw tego bóstwa czy też instytucji, w którą równie święcie wierzą, bronią tak naprawdę własnego przerażenia, własnej niepewności, własnego poczucia zagrożenia. Fanatyzm jest najczęściej strawą umysłów słabych, nieumiejących samodzielnie myśleć, uciekających przed braniem odpowiedzialności za swoje życie i czyny, składających ją w czyjeś ręce. Słuchają jakiegoś mistrza, guru, przewodnika i dają mu sobą kierować. Przyjmują radykalne poglądy, bo one porządkują świat, ukazując go w w czerni i bieli. Nie zdają sobie zazwyczaj sprawy z tego, że w tym pozornie czarno-białym obrazie kryje się wielka strefa mroku, w którą wepchnięte są różne paskudne szkielety. Strefa, w którą spycha się wszystko to, co niewygodne, co mogłoby rzucić cień na tę białą stronę. W ostrym świetle tego mroku nie widać, ale on czai się gdzieś na granicy.

Ludzkość broni się przed fanatyzmem, przed tymi zadziwającymi zamkniętymi umysłami, między innymi poprzez wolność słowa. Zastanawia mnie zawsze, na ile powinna ona być bezwzględna, czy i gdzie są granice tej wolności. Z jednej strony głębokie przekonanie mówi mi, że jest to wartość absolutna. Z drugiej - wiem, że pewne treści, a raczej ich czynne propagowanie, powinny być zakazane. I że zdarzają się sytuacje, kiedy dla dobra powszechnego pewne treści należy przemilczeć. Że na przykład w czasie wojny nie powinno się podkopywać morale. Ale w sumie wszystkie te przypadki można regulować umową społeczną -oczywiście trzeba mieć do tego społeczeństwo na tyle dojrzałe, żeby umiało odróżnić realne zagrożenia od urojonych.

Taka autocenzura zresztą często działa nawet w społeczeństwach pod tym względem mało dojrzałych. W Polsce powstrzymała ona chociażby nawet tabloidy od drukowania drastycznych zdjęć po katastrofie w Smoleńsku - choć naprawdę, bywały takie chwile, kiedy czytając kolejne jątrzące wypowiedzi różnych prawicowych mędrców smoleńskich, zwłaszcza te rzucające kalumnie na rząd i śledztwo, uświadamiając sobie, że ich fanatyczna gadanina trafia do rzesz pragnących, by ktoś nimi pokierował, myślałam w duchu, że może oni powinni te drastyczne zdjęcia zobaczyć, przekonać się, z czym miała do czynienia na przykład obecna pani premier i gdzie była wówczas prawdziwa odwaga i poświęcenie.

To jest też powód, dla którego nie potrafię jednoznacznie ocenić inicjatyw takich jak wikileaks. Z jednej strony ujawnianie machinacji polityków, służb specjalnych i korporacji jest pożądane, jest jakąś formą społecznej kontroli nad tymi, którzy nami rządzą. Z tego samego powodu uważam na przykład, że w demokratycznym państwie żadna instytucja nie powinna być zwolniona z jawności finansowej. Z drugiej - gdzie jest granica ujawniania informacji, które potencjalnie mogą zaszkodzić bardziej niż pomóc?

Jest też inny aspekt wolności słowa. Dotyczący już samego języka. Ponieważ nie jestem zwolenniczką żadnych radykalizmów, nie popieram również poprawnościowej walki z językiem, a zwłaszcza z tym, co się w nim zakorzeniło. Nie wierzę aż tak bardzo w moc sprawczą słów i w to, że jeśli będziemy mówić (potocznie) "ocyganić" albo "oszwabić" (jako dziecko w ogóle nie widziałam związku tych słów z czymkolwiek konkretnym), to zwiększy to poziom nienawiści społecznej do Romów czy Niemców. Ale jeśli już prowadzi się kampanie na rzecz wycofania takich słów z języka, to bądźmy konsekwentni i przestańmy również używać określenia "pogański" jako przydawki wartościującej. Poganom też może być przykro, kiedy ktoś z niechęcią czy rozpaczą w głosie mówi, że każe mu się wstawać "o pogańskiej godzinie". Że już nie wspomnę o szafowaniu określeniem "pogańskie obyczaje" na obyczaje uznawane za prymitywne i niecywilizowane, które może bez trudu być uznane za obraźliwe. (Powtórzę jednak, że osobiście jestem przeciwko takim czystkom, ale jeśli już je robić, bo taka moda intelektualna zapanowała, to konsekwentnie.)

A dlaczego jestem przeciwko czystkom i tzw. politycznej poprawności? Bo jak dla mnie ona też zbyt łatwo może prowadzić do zachowań o charakterze fanatycznym. Jak każdy radykalizm. Ludzie skupieni na śledzeniu, czy w jakiejś wypowiedzi nie ma przypadkiem sformułowania, które mogłoby naruszyć uczucia - takie czy inne - jakiejś grupy społecznej, przestają czytać teksty. W sensie - ich komunikaty. Nie widzą treści poza zbitką słów. Poza materiałem do prowadzenia śledztwa, czy aby nie narusza to zestawienie słów, to jakieś pojedyncze słowo, praw do dobrego samopoczucia mniej lub bardziej ściśle zdefiniowanej grupy. I naprawdę niczym się to nie różni od naruszania uczuć religijnych tych ludzi, których mentalność tak bardzo mnie zadziwia we wszechświecie.

Nieważne, po której stoi się stronie, fanatyzm zawsze jest zły i należałoby go dusić w zarodku. Zawsze gdzieś u swoich korzeni jest wynikiem niepewności i braku poczucia własnej wartości. Ono może brać się z różnych źródeł: odrzucenia, biedy, krzywdy, ale i z przekonania o tym, że świat będzie lepszy, jeśli wszyscy będą tacy sami. I że dekretem, ustawą, wyrokiem sądu czy zamachem terrorystycznym można do tej jednolitości doprowadzić. Sprawić, że ludzie zaczną wyznawać te same "wartości", które wyznaje ten, kto je narzuca. Problem w tym, że dzieje absolutnie wszystkich rewolucji pokazują, że jeśli nawet radykalny ruch był w miarę jednolity na samym początku, to bardzo szybko zaczynał dzielić się na wrogie sobie frakcje - jednolitość najwyraźniej nie leży w naturze ludzkiej. Pod tym względem pojawienie się chrześcijaństwa niewątpliwie było rewolucyjne: dość spójna początkowo sekta bardzo szybko podzieliła się na zwalczające się wzajemnie odłamy. Skądinąd w tego typu wydarzeniach działa również inny mechanizm - wielkie rewolucje mające na sztandarach sekularyzację i antyklerykalizm bardzo szybko wykształcają własne formy o charakterze sakralnym, nawet jeśli formalnie odrzucają sacrum, bo mentalność rewolucyjna potrzebuje jednoczącej idei. Fanatyzm religijny i fanatyzm rewolucyjny w jednym stoją domu.

Dlatego chciałabym żyć w świecie, w którym nie strzela się do dziennikarzy w obronie żadnych świętych mędrców i niezależnie od tego, czy nam się ich robota dziennikarska podoba czy nie, a sprawy dotyczące światopoglądu i potencjalnych przykrości wyrządzanych sobie wzajemnie przez różne osoby o odmiennych poglądach wyjaśnia się w cywilizowanej rozmowie. W świecie, w którym obrona "wartości", "Boga" czy "honoru" nie staje się bezpardonowym atakiem na drugiego człowieka. W którym ludzie deklarujący nadstawianie drugiego policzka rozumieją znaczenie tego wyrażenia i nie zamieniają go na oddaj, byle zabolało. W którym przyznanie sobie prawa do krytykowania innych oznacza danie tym innym prawa do krytykowania nas i na odwrót - pogodzenie się z tym, że inni nas krytykują, oznacza automatycznie, że my mamy prawo krytykować ich. W świecie, w którym satyra i krytyka są głosem w debacie, a nie głosem, który należy stłumić za każdą cenę.

W świecie ludzi świadomych wartości swojej i wyznawanych przez siebie idei na tyle, że dla ich obrony nie potrzebują sięgać po broń, jakakolwiek by ona była.

I tylko... wysp tych nie ma.

Liberte

 

 

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright