czwartek, 21 lutego 2008
Nie rdzewieje

Wyspiański był zawsze bardzo wysoko na liście moich ulubionych polskich pisarzy. Liście, muszę to z przykrością wyznać, niezbyt zresztą długiej*. Bez większych oporów dałam się zatem wyciągnąć na wystawę "Wyspiańskiego teatr ogromny" w krakowskim Muzeum Narodowym.

I przede wszystkim przekonałam się naocznie, że stara miłość nie rdzewieje. A w każdym razie nie zawsze. Bardzo podobała mi się ekspozycja poświęcona Weselu, gdzie w kolejnych "izbach" przeplatają się z sobą sceny z filmu, a głosy mieszają się przy przejściach od jednego monitora do drugiego niczym w bronowickiej izbie, spore wrażenie zrobiła aranżacja Akropolis, fascynującym było zobaczyć legendarną rolę Ludwika Solskiego jako Starego Wiarusa w Warszawiance, szkoda tylko, że nie było więcej o Wyzwoleniu. Ale przede wszystkim jak urzeczona stanęłam przed telebimem, na którym pokazywany jest mój ulubiony fragment mojej ulubionej Nocy listopadowej (nie muszę chyba dodawać, że w ogóle nie wyobrażam sobie innego wystawienia tej sztuki niż spektakl Wajdy z muzyką Koniecznego). Z głębokiego dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się (bo nie mogę powiedzieć, że je całe obejrzałam) z tym przedstawieniem w telewizji, zapamiętałam przede wszystkim scenę pożegnania Demeter z Korą - głos Anny Dymnej z tego fragmentu jest jednym z moich najdawniejszych wspomnień. Potem oczywiście zobaczyłam całość również w telewizji, następnie dostałam w prezencie czarną płytę z nagraniem samego dźwięku (tekst do dziś umiem na pamięć w 99%), a jeszcze później udało mi się cudem zupełnym zobaczyć aż cztery przedstawienia na deskach Teatru Starego, ponieważ był taki moment, kiedy na kilka wieczorów reaktywowano wybrane najsłynniejsze spektakle w ramach jakichś wyjazdów rocznicowych do Edynburga czy jakoś tak - też już niezupełnie pamiętam. W każdym razie opłaciło mi się wówczas pełnienie jedynej chyba w moim życiu funkcji szkolnej - tzw. łącznika teatralnego (czytaj: byłam odpowiedzialna za organizowanie biletów na wyjścia klasowe), albowiem dzięki zapoznaniu się z paniami z organizacji widowni zdobyłam wejściówki również na wznowienie Biesów i Nastazji Filipowny w reżyserii Wajdy.

Ale Noc Listopadowa pozostała jednym z największych przeżyć. Oczywiście nie bez znaczenia był tu fakt, że w tej sztuce występują antyczne bóstwa - po prawdzie tak naprawdę to było esencją mojej fascynacji tym dramatem i spektaklem; część "realistyczna" - powstaniowa, warszawska - miała dla mnie znacznie mniejsze znaczenie, mimo iż duet Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Joanna) i Jan Nowicki (książę Konstanty) urzekł mnie jak mało które osiągnięcie aktorskie widziane w teatrze. A trzeba tu dodać, że na scenie widziałam tych aktorów o sporo lat starszych niż w spektaklu telewizyjnym - Nowicki wyglądał raczej jak książę z Magnata niż z telewizyjnej Nocy...

Fragmenty dialogu Demeter i Kory znałam z Mitologii Parandowskiego - ten kompletnie zaczytany egzemplarz, który dostałam jak miałam siedem lat mam do dziś - która była zresztą moją przewodniczką po literaturze polskiej i jeśli potem miałam jakieś pojęcie o takich poetach jak np. Klonowic to wyłącznie dzięki wzmiankom o jego Flisie przy okazji opowieści o Dedalu oraz o Medei. Ta lektura, a potem Anna Dymna jako Kora w stroju krakowskim były jednymi z takich momentów, kiedy nieświadomie poczułam, że mit jest wspólny całej ludzkości - jednymi ze szczepionek przeciwko partykularyzmom i nacjonalizmom.

Dziś oczywiście nie mogę się zgodzić z wizją Nike spod Cheronei w dramacie Wyspiańskiego, czemu zresztą dałam już kiedyś wyraz w tym blogu, ale kreacja Elżbiety Karkoszki ze spektaklu Wajdy - ba, samo wspomnienie jej łamiącego się głosu - wciąż mnie poraża. Patrząc zaś na sceny pożegnań bóstw - zarówno Ateny i jej orszaku jak i Kory - czuję zawsze jakiś metafizyczny dreszcz smutku i tęsknoty.

Dzięki tej wystawie po raz pierwszy zobaczyłam też pełną - i przestrzenną - wizualizację stworzonego przez Wyspiańskiego projektu przebudowy Wawelu i muszę przyznać, że gdyby nie kopuła, to nie miałabym nic przeciwko. Austriackie koszary wyglądają ładnie wyłącznie z tej strony, z której porasta je dzikie wino...

Muzeum Archeologiczne, Ateny

* Zamierzam wprowadzić nową kategorię: Listomania i umieszczać tam w przyszłości takie właśnie zestawienia (tak, tak, wiem: mam sporo wspólnego z bohaterami High Fidelity).

niedziela, 17 lutego 2008
Eternally yours

Sesja i deadline w wydawnictwie odciągnęły mnie skutecznie od blogowania, ale ponieważ po raz pierwszy od czasu "Beowulfa" wybrałam się do kina, spieszę o tym donieść, zwłaszcza że przeżyłam pozytywne zaskoczenie, albowiem wybrałam się na film z gatunku, za którym nie przepadam, mianowicie komedię romantyczną. (W sezonie walentynkowym innych premier jak na lekarstwo, choć w kolejce do obejrzenia czeka "Cloverfield").

"P.S. Kocham cię" (aż dziw, że polski tłumacz nie wyczynił jakiejś nieziemskiej wolty z tytułem, tylko po prostu go przełożył*) nie jest zresztą typową komedią romantyczną i chwała mu za to - i może dlatego tak mi się podobał. Film zaczyna się długą i bardzo teatralną ekspozycją z udziałem dwójki głównych bohaterów - teatralną do tego stopnia, że przez chwilę myślałam, że podobnie jak "Closer" jest to adaptacja dzieła dramatycznego. I aż się zdziwiłam, kiedy pojawiły się napisy, a po nich film całkowicie się zmienił. Pomijam drobny fakt, że po napisach główny bohater już nie żył, bo wiedziałam, że właśnie o to chodzi, że umiera mąż bohaterki. Chodzi mi raczej o to, że pojawiło się sporo postaci, a film zrobił się zdecydowanie filmowy.

Historyjka na pierwszy rzut oka może wydawać się wydumana: wiedząc, że umrze na guza mózgu mąż postanawia pomóc żonie ułożyć sobie dalsze życie i pozostawia jej listy, które tajemniczy doręczyciel (nie będę spojlować, więc nie powiem, kto to) przekazuje jej wedle wcześniej ustalonego schematu. Wsparcie przychodzi wtedy, kiedy Holly najbardziej go potrzebuje - a na dodatek w pewnym momencie można wręcz pomyśleć, że scenarzyści przesadzili ze zbiegami okoliczności. Ale gwarantuję - wszystko niczym we wczesnoromantycznej powieści gotyckiej ma swoje realistyczne i sensowne wyjaśnienie... no, może prawie wszystko. Bo są drobiazgi, które mogą - ale wcale nie muszą - sugerować, że Gerry gdzieś tam koło Holly jest. Na przykład sprzączka od paska, która przypadkiem zaczepia się o but bohaterki - i inspiruje ją do zajęcia się projektowaniem butów. Kto chce, może w tym widzieć nadprzyrodzoną pomoc, kto nie chce - przypadek.

Bohaterów - tak, oboje - poznajemy do końca filmu. I nagle okazuje się, że to, co mogliśmy sobie na ich temat wyobrazić po jedynej scenie, w której naprawdę wystąpili razem - tej przed napisami - nie jest wcale prawdą. Ekspozycja napisana jest w ten sposób, że wyobrażamy sobie Gerry'ego i Holly jako typową szkolną parę - ona miała 19 lat, jak się pobrali - a także jako nieudaczników z niższej klasy średniej: on jest kierowcą limuzyny, który marzy o własnej firmie wynajmującej takie samochody, ona wiecznie niezadowoloną, usiłującą żyć ponad stan - powinna jeszcze, jak jej imienniczka, marzyć o śniadaniu u Tiffany'ego - pracownicą agencji nieruchomości.

Dalszy rozwój akcji - a konkretnie wspomnienia przywoływane przez listy - pokazuje, że wcale tak nie jest. Gerry i Holly niewątpliwie kochającymi się, ale skłóconymi i z lekka sfrustrowanymi mieszczuchami zaczęli się stawać ewidentnie parę lat temu. (Jak bardzo ten film odbiega od schematu komedii romantycznej widzę dopiero teraz, kiedy okazuje się, że niewiele mogę napisać o akcji nie zdradzając szczegółów, które dla potencjalnego widza powinny zostać nieznane...)

Paradoksalnie śmierć Gerry'ego przywraca Holly to wszystko, czym była, zanim się pobrali - przede wszystkim swobodę ducha. Nie, nie - to nie jest film o tym, że małżeństwo zabija romantyczną miłość; raczej o tym, że Holly dopiero straciwszy Gerry'ego staje się na powrót taka, o jakiej on zawsze marzył, taka, jaką poznał i w jakiej sie zakochał, choć niewątpliwie dojrzalsza. Już nie balansująca na granicy pretensjonalizmu nastolatka pozująca na artystkę, ale kobieta, która potrafi ocenić i wykorzystać swoje talenty. Może jest to film o tym, że cokolwiek by się nie działo, trzeba marzyć i realizować marzenia?

Śmierć Gerry'ego uświadamia Holly, że coś - nie tylko małżeńskie szczęście - jej umknęło. A on powolutku pokazuje jej, jaka kiedyś była i jaka wciąż może się stać. Jak się już zna film do końca, to widać, że autorzy od początku sugerowali nam, iż bohaterka nie jest do końca tym, czym się wydaje; wspomnę tylko zaprojektowaną przez nią dość ekstrawagancką urnę na prochy męża, którą w dodatku Holly nosi z sobą wszędzie, gdzie zabierają ją przyjaciele, starając się pomóc jej wrócić do życia.

To zaskakująco mądry film, a na dodatek absolutnie olśniewająco zagrany. Wstępna scena między Hillary Swank a Geraldem Butlerem to koncert aktorski, a potem właściwie każda rola to perełka. Zwłaszcza Kathy Bates, która starzeje się tak, że każda kobieta powinna jej pozazdrościć. A w tle trochę wrzosowisk i zielonej Irlandii - ale na szczęście bez przesady i niepotrzebnej symboliki czy mistyki. Do tego wszystkiego zakończenie najlepsze, jakie sobie dla tego filmu można wymarzyć, dalekie od sztampy, dające do myślenia. I postacie, o których losach chce się rozmawiać. I ta możliwość zastanawiania się, czy Gerry wciąż tam jest. I scenki przypominające momentami te komiczno-sentymentalne historyjki Woody'ego Allena, ale nie nachalnie, nie wprost - po prostu klimatem.

Poszłam na ten film dość przez przypadek, aczkolwiek świadomie - zostałam, jak się to mówi "wyciągnięta", ale streszczenie w portalu filmowym na tyle mnie zaintrygowało, że dołączyłam z własnej woli. I nie żałuję. Tylko po wyjściu z kina przyszło mi do głowy jedno pytanie: dlaczego w Polsce nie da się zrobić filmu, który łączyłby świetnie napisany scenariusz ze świetnym aktorstwem, humor z zadumą, doskonałe dialogi z pełnokrwistymi postaciami? Ikoną polskiej komedii romantycznej stał się dla mnie niestety trailer którejś z nich (proszę mi wybaczyć, że ich nie rozróżniam - sęk w tym, że nawet tytuły mają podobne, no i grają w nich w kółko te same żałosne pseudogwiazdy), podszyty patetyczną muzyką Piotra Rubika. Może zresztą o to właśnie chodzi, że polska komedia romantyczna jest dokładnie jak Rubik: sztuczna i wykreowana, a na dodatek patetycznie kiczowata, deklaratywna i nieznośnie ulukrowana. I jeśli polska komedia romantyczna usiłuje (bezskutecznie) skusić mnie tytułem (skądinąd beznadziejnym) "Dlaczego nie?", to jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi "bo nie".

Na szczęście filmy takie jak "Holiday", "High Fidelity", czy adaptująca klasykę "Duma i uprzedzenie" przywracają moją wiarę w ludzkość.

British Museum

PS. Czyli gwiazdka *, która pojawiła się przy uwadze o tłumaczeniu. Nie ma bowiem tak dobrze, żeby polski tłumacz czegoś nie zawalił. W tym filmie przełożenie wyznania "I'll love you eternally" na "będę cię dozgonnie kochał" zasługuje na tytuł tłumoctwa roku.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright