czwartek, 26 lutego 2009
Przecz z płaczem idziesz, Arpinie wymowny?

Pomimo aluzji do Cycerona nie będzie o Rzymie. Przywołałam te słowa Kochanowskiego (Tren XVII) w związku z potężnym poczuciem zniesmaczenia, jakie wywołuje we mnie ciągnąca się chyba od kilku miesięcy "afera" - i z góry przepraszam za nadmiar cudzysłowów w tej notce - związana z byłym premierem i jego "dziewczyną". Spuszczę zasłonę miłosierdzia na "poetyckie" "osiągnięcia" tej osoby, bo zajmowanie się nimi uwłacza średniej nawet inteligencji. Zresztą niesmaczą mnie one w całej tej sprawie stosunkowo mało - internet jest w końcu doskonałym azylem dla grafomanów wszelkiej maści i nie ona pierwsza ani ostatnia.

I zapewne nawet nie napisałabym tej notki, bo prywatne sprawy 99,9% celebrytów jakichkolwiek, aktorów czy polityków, mnie nie obchodzą. Co więcej, uważam, że ludzie powinni się łączyć w pary zgodnie z aktualnymi uczuciami, a nie trzymać kurczowo wypalonych związków. No więc nie napisałabym o tym nic, gdyby nie dzisiejszy news na ten temat czyli nagłe zniknięcie wartości rodzinnych z oficjalnego internetowego wizerunku byłego premiera. Ponieważ, jak już wspomniałam, nie stoję na kościelno-pisowskim stanowisku w kwestiach obyczajowych, nie oburza mnie fakt rozstania się z żoną przez BP. Chodzi wyłącznie o kwestię stylu. I znów - nawet nie o żałosne obnoszenie się z romansem w mediach. Ale o to całkowite przemilczenie zmiany poglądów pod wpływem życia.

Nie chcę rozważać czy uczucie BP do "dziewczyny" (i w drugą stronę) jest autentyczne, mało mnie to interesuje. Nie chcę wybrzydzać się na media, które robią z tego sensację na przemian z pośmiewiskiem. Chciałabym jednego: żeby zamiast chyłkiem się wycofywać, były premier miał odwagę cywilną przyznać się, że głoszone niegdyś przez niego poglądy w kwestiach moralno-obyczajowych nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością. Żeby potrafił powiedzieć milionom Polaków, że się mylił. Dać im do zrozumienia, że może czasem warto się zastanowić nad bezmyślnym trwaniem przy nakazach stróżów moralności, którzy zazwyczaj niewiele wiedzą o problemach, o których ex cathedra głoszą.

Gdyby takie przesłanie dotarło choćby do jednej maltretowanej kobiety, która nie ucieka od męża, bo ksiądz jej zabronił, byłoby to może największym osiągnięciem byłego premiera w całej jego karierze politycznej.

A dlaczego Kochanowski i Cyceron? Otóż w cytowanym w tytule Trenie (a cykl ten jest zdecydowanie przemyślanym traktatem filozoficznym, a nie "wyrazem bólu ojcowskiego", jak uczy nas szkoła) Kochanowski kontynuując swoją rozprawę ze stoicyzmem, odwołuje się do znanego epizodu z życia Cycerona, który porzucił stoickie ideały nieprzejmowania się i nieokazywania nadmiaru uczuć, zarówno pozytywnych i negatywnych, kiedy umarła jego ukochana córka Tullia, którą skądinąd za życia potraktował wybitnie przedmiotowo, wydając za mąż za wyjątkowego drania w celach wyłącznie "politycznych".

Swoją tyradę do Cycerona (pochodzącego z miasta Arpinum na południe od Rzymu), stąd ten "Arpin wymowny", kończy Kochanowski tak:

Wywiódłeś wszytkim, nie wywiódłeś sobie;
Łacniej rzec, widzę, niż czynić i tobie...

Słowa te dedykuję byłemu premierowi, którego pouczenia w kwestiach moralności wciąż nie zostały przez niego odwołane, mimo że sam postąpił całkowicie wbrew nim.

Rzym, luty 2009

środa, 25 lutego 2009
Raport o rzymskich muzeach

Na początek powiem tyle, że mogłabym tam siedzieć nie tydzień, ale dwa, trzy, cztery... i jeszcze bym się wszystkiemu nie napatrzyła. Są takie muzea, że człowiek z sali do sali z otwartą buzią przechodzi, bo nie zdąża jej zamknąć widząc kolejne arcydzieło znane z podręczników. A proszę zważyć, że z braku czasu na cokolwiek innego zwiedzałam wyłącznie kolekcje starożytności. No, zrobiłam jedno ustępstwo na rzecz Kaplicy Sykstyńskiej, w której byłam baaaardzo dawno, a poza tym tuż obok (pozornie) jest Szkoła Ateńska Rafaela. Trochę tej wycieczki na drugą stronę Muzeów Watykańskich poniewczasie zresztą żałuję, ponieważ muzea te są tak zorganizowane, że aby się dostać do kaplicy, trzeba przejść przez dziesiątki potwornie nudnych sal z tzw. "współczesną sztuką religijną", w których znajdują się dwa typy eksponatów: kicz i rzeczy dużo lepsze, których religijność jest jednakowoż wysoce naciągana (np. jeden z malarskich szkiców do Wrzeszczących papieży Bacona albo też całkiem miły, kubizująco-surrealistyczny obraz nie pamiętam kogo - za ciemno było, żeby zrobić zdjęcie - przedstawiający pejzaż z psem i katedrą w tle...).

Muzea Watykańskie są zresztą jedną z moich większych frustracji i rozczarowań tej podróży. Nie, nie ze względu na zbiory - te są zachwycające. Natomiast obsługa i organizacja są koszmarne - nie wiem, jak w salach Pinakoteki, ale na sztuce starożytnej miałam wrażenie, jakby jej zbiory były traktowane jak wielki gabinet osobliwości, doklejony do jedynego wartego wizyty obiektu w całym muzeum (Kaplica Sykstyńska oczywiście; strzałki do niej wiodące są niemal w każdej sali, podczas gdy cokolwiek innego jest dość trudno znaleźć). Większość obiektów jest w ogóle nie podpisana, sale są przeładowane, na dodatek "uporządkowane" najwyraźniej wedle kolekcji poszczególnych papieży, a nie wedle jakiegokolwiek sensownego klucza. Efekt jest taki, że niektóre bezwzględne arcydzieła (np. Tyche Antiochii czy Chłopiec z gęsią; o wszystkim tym będę pisać co czas jaki na Hellenikach) wtłoczone są w fatalnie oświetlony i zapchany tłumem zmierzającym do Sykstyny korytarz, tak że nawet przyzwoite zdjęcie trudno jest zrobić, a o dowiedzeniu się czegokolwiek np. o proweniencji danej rzeźby można jedynie pomarzyć.

A na dodatek to nie koniec skandalicznego traktowania zbiorów. Pominę fakt, że spora galeria fenomenalnych rzeźb ukryta jest za długaśnym korytarzem wypełnionym po części półkami z dziełami w większości najwyżej drugorzędnymi (co zresztą nie znaczy, że nie ma wśród nich perełek, ale wątpię, czy wielu zwiedzającym - z tych, którzy w ogóle tam trafią, bo nie jest to oczywiste - chce się temu wszystkiemu dokładniej przyglądać). Pominę też tłoczenie w jednej niewielkiej sali oryginałów, kopii i renesansowych przeróbek bez porządnych podpisów. To wszystko może i urąga zasadom muzealnictwa, ale nie jest wbrew zasadom przechowywania dzieł sztuki. A to ostatnie spotkało sztandarowe obiekty antyczne Muzeów Watykańskich: Grupę Laokoona i Apolla Belwederskiego. Obie te rzeźby, jako żywo należące do najwyższej kategorii dzieł sztuki światowej, przechowywane i wystawiane są... na wolnym powietrzu, narażone na działanie miejskiego powietrza, erozję itd. Dobrze przynajmniej, że stoją w niszach i deszcz musi nieźle zacinać, żeby je zalać... Zupełnie szczerze zastanawiam się, czy to nie zasługuje na zwrócenie uwagi jakichś światowych agend zajmujących się ochroną zabytków i dziedzictwa kulturowego.

Dodatkową uciążliwością jest to, że panowie pilnujący (w dniu, w którym tam byłam, wyłącznie mężczyźni, stąd ta pozornie seksistowska forma) otwierają i zamykają poszczególne sale najwyraźniej wedle własnego widzimisię. Na przykład gdyby nie to, że przez przypadek (niech żyją dobre oznaczenia sal!) dwa razy trafiłyśmy dwukrotnie w te same miejsca, ominęłaby nas spora część bardzo ważnych zbiorów. Nie daruję sobie też uwagi, że pilnujący są z reguły opryskliwi i traktują zwiedzających jak intruzów. A wszystko to kosztuje kilkanaście euro... za które bez podania powodów nie pozwala się zwiedzającym obejrzeć całości kolekcji. Bo rozumiem, że czasem pewne części muzeów są zamknięte z powodu remontów, zmiany ekspozycji itd. Ale w Watykańskich zamknięte są kawałki sal bez żadnych widocznych powodów, zapewne wyłącznie dlatego, że nikomu nie chce się ich pilnować (nie żeby we wszystkich otwartych byli strażnicy).

Do tego wszystkiego dokłada się najwyraźniej powszechne we Włoszech lenistwo, każące zamykać co się da wcześniej niż przewidują tabliczki - z jednego z zabytków na Via Appia zostałyśmy wyrzucone dwie godziny przed terminem podanym w informacji, a Muzea Watykańskie zamknięto o godzinę wcześniej niż podawała ich własna strona internetowa... A żeby nie było, że narzekam wyłącznie na traktowanie po macoszemu sztuki antycznej, dorzucę jeszcze, że wszelką przyjemność ze zwiedzania Kaplicy Sykstyńskiej psuje odzywający się co chwilę w głośniku komunikat podawany drewnianym kobiecym głosem, przypominający o... obowiązku zachowywania ciszy w tej sali. No cóż, ja już bym chyba wolała rozmowy zwiedzających.

Ogólne bałaganiarstwo ekspozycji i brak dobrych opisów, jak również niedobór światła w wielu  salach cechuje również drugiego molocha rzymskiego - Muzea Kapitolińskie, ale one przynajmniej usiłują coś robić, żeby zbiory swoje uporządkować - kawałek Palazzo dei Conservatori ma już dobrze zorganizowaną pod względem muzealniczym ekspozycję: jasną, czytelną i nawet miejscami dobrze opisaną, a część zbiorów przeniesiono do nowo utworzonego oddziału w dawnej elektrowni - Centrale Montemartini. Muzeum to idzie za modą wyznaczoną bodaj przez Musee d'Orsay w Paryżu, a następnie podchwyconą przez Tate Modern w Londynie - łączenia przemysłowej architektury ze sztuką najwyższych lotów. W Centrale Montemartini, wyprawę do której gorąco polecam - niestety, jak powiedział mi pan w bileterii, mało ludzi tam przyjeżdża, choć nie jest to wcale daleko od centrum - rzeźby antyczne ustawione są na tle starych maszyn, głównie z elektrowni, ale chyba nie tylko. Efekt jest wyśmienity. I też parę słynnych arcydzieł.

Wielkie pozytywne zaskoczenie stanowiła natomiast sieć Museo Nazionale Romano, do których należy m. in. Palazzo Altemps, w którym znalazła się m. in. jedna z najwspanialszych kolekcji rzeźby starożytnej - kolekcja Ludovisi, a także pergamońska grupa Galla z żoną. Muzeum to urządzone jest w starym pałacu o pięknych, przestronnych wnętrzach, w których umieszczono po zaledwie kilka rzeźb na salę, co pozwoliło je odpowiednio wyeksponować. Dodatkowe wrażenie robi zestawienie ich z bardzo pięknymi renesansowo-barokowymi freskami zdobiącymi ściany niektórych sal. Do tej samej sieci należy  również między innymi kolejny moloch, którego organizacji nie można jednakowoż wiele zarzucić - Palazzo Massimo, kolejny skarbiec arcydzieł.

Miłą odmianą od wielkich muzeów, w których kolejne sale zapierają dech, są kameralne galerie, nierzadko "monograficzne" - np. muzeum Ara Pacis Augustae czy też zachowane domy rzymskie między Mons Coelius a mniej więcej Circus Maximus.

To tak tytułem wstępnego raportu po powrocie z wyprawy - po prawdzie czułam głównie potrzebę wyładowania negatywnych emocji związanych z muzeami frustrującymi...

Rafael - Szkoła Ateńska 

czwartek, 12 lutego 2009
Wpis tymczasowy
Niestety sesja i deadline tłumaczeniowy, którego bardzo chciałam dotrzymać, dość ograniczyły możliwości blogerskie, a za parę godzin lecę do Rzymu na tydzień, w związku z czym napiszę coś (chyba nawet wiem, co) zaraz po powrocie, a ten wpis zapewne wykasuję, bo jest bezsensowny i nawet zdjęcia nie zdążę wkleic ;)
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright