poniedziałek, 15 lutego 2010
Nagroda i wyzwanie

Kreativ Blogger Award

Dziękuję Ninedin za wyróżnienie mnie nagrodą Kreativ Blogger Award, a przy okazji zrealizuję wreszcie jej wyzwanie dotyczące czytelniczej zabawy - łańcuszka. Nominacje KBA - na końcu notki.

Oto pytania Ninedin:

1. Czy zdarzyło Ci się przeczytać książkę, która w sumie była słaba, ale miała jeden element - postać, motyw, element świata przedstawionego - który Cię zachwycił?

W sumie częściej zdarza mi się na odwrót (po części ostatnio dlatego, że z powodu chronicznego braku czasu czytam głównie rzeczy polecone przez osoby, z którymi mam dość zbieżne gusta): że książka mi się bardzo podoba, ale chciałabym zamordować autora za jakieś szczegóły, bezsensowne rozwiązania fabularne czy idiotycznie skonstruowane postacie. Ale udało mi się w końcu skompletować trzy przykłady ilustrujące różne doświadczenia lekturowe postulowane przez to pytanie.

Doświadczenie czytelnika. Oczywiście Quo vadis - znienawidzony i zakłamany historycznie kicz, który jednakowoż zawiera jedną z moich ulubionych postaci czyli Petroniusza.

Doświadczenie tłumacza. Uczennica maga - prequel do Trylogii Czarnego Maga Trudi Canavan. Jest to typowe dzieło "na zamówienie" fanowsko-wydawnicze, napisane niestety na kolanie, do czego zresztą autorka poniekąd się kiedyś przyznała w wywiadzie - czas ją gonił, wydawca naglił, a pani Canavan akurat się przeprowadzała i remontowała dom. To wszystko dramatycznie wręcz widać w tej książce. A zarazem przedstawiony tam wątek niewolnika oraz rozwiązanie pod sam koniec jednego z motywów ważnych dla fabularnie późniejszych książek (stworzenie spustoszenia na granicy) są naprawdę świetne i jakby wyjęte z zupełnie innej bajki. Ta końcowa scena z zupełnie oszalałym magiem i jego sługą, scena zawierająca w sobie cały ładunek starej prawdy, że "historię piszą zwycięzcy", jest naprawdę wielka, mimo że poza tym akcja powieści jest momentami do bólu sztampowa, a naprawdę ciekawe wątki potraktowane po macoszemu.

Na specjalne wyróżnienie w tej kategorii zasługuje Wywiad z wampirem Anne Rice - literacko jest to dość marne, a na dodatek histeryczne i manieryczne w sposób, którego nie znoszę, ale rewolucja, jaka za sprawą tego kiczu - oraz jego filmowej adaptacji - dokonała się w wyobrażeniach o wampiryzmie jest nie do przecenienia.  No i ten Lestat...

2. Czy zdarza Ci się sięgać po pojedyncze powieści z gatunków, których normalnie nie czytasz?

Tak, aczkolwiek dość rzadko (i tu pominę doświadczenie tłumacza, który czasem chałturzy). Jakkolwiek prędzej pójdę na komedię romantyczną do kina niż przeczytam romans, tak zdarza mi się czytać z przyjemnością np. kryminały, których pożeraczką poza tym nie jestem (tu z kolei nie liczę znajomości klasyki). Takoż powieści historyczne bez odcienia fantastyki ;)

3. Czy kiedykolwiek przy lekturze zdarzyło Ci się zapomnieć o świecie zewnętrznym do tego stopnia, że straciłes/-aś poczucie czasu i zapomniałeś/-aś o czymś ważnym?

Ech, wiem, że chcesz, żebym to publicznie wyznała: jak kończyłam Coldfire Trilogy C. S. Friedman to dopiero dym, który z kuchni zawędrował do pokoju przypomniał mi o tym, że w piekarniku odgrzewa(ła) się pizza. Troszkę z niej się uratowało.

Poza tym zupełnie miewam podobne doświadczenia tłumaczeniowe - ostatnio bywało, że trzeci tom Percy'ego Jacksona Ricka Riordana i pierwszy Hex Hall Rachel Hawkins trzymały mnie przy klawiaturze do wczesnych godzin rannych, a ja co mniej więcej pół godziny powtarzałam sobie, że ten akapit jest na pewno ostatni, że już nie zacznę nowego rozdziału, i że tak w ogóle to powinnam iść spać. Wcześniej tak wciągnęło mnie Zmęczenie materiału Seana Williamsa.

A teraz moje pytania - do odpowiedzi wywołuję Maarcusa, Babilasy i Cedra. Zapraszam również PT Komentatorów, a zwłaszcza Ninedin, do swobodnej wymiany myśli.

1.  Czy zdarzyło ci się czytać książkę, której świat byłby opisany tak wyraziście, że masz wrażenie, że byłeś w tym mieście, kraju, kawałku świata - mimo że tak naprawdę nigdy go nie odwiedziłeś (jeśli istnieje naprawdę) albo wręcz świat powieściowy jest całkowicie fikcyjny?

2. Czy zdarzyło ci się czytać książkę, która pod wieloma względami sprawiałaby wrażenie pełnego deja vu, a mimo to była na tyle oryginalna, żeby nie dało się jej nazwać plagiatem, ba - żeby zasługiwała na wysokie oceny krytyczne?

3. Czy w swoim doświadczeniu czytelniczym trafiłeś/aś na książkę, którą milion razy, niemal na każdej stronie, miałeś/aś ochotę rzucić do kąta i więcej do niej nie zajrzeć, a mimo to nie potrafiłeś/aś się od niej oderwać i przeczytałeś/aś do końca?


A teraz, wracając do Kreativ Bloggera - moje nominacje (nie było łatwo - ciekawych blogów jest naprawdę sporo, trzeba tylko dobrze poszukać, no i klikać w linki komentatorów):

Kategoria Nauka: Nic prostszego - naprawdę ciekawy blog młodego naukowca (w tej kategorii miałam dużo kandydatów, ale zdecydowałam się zaproponować blog, który nie jest jeszcze tak szeroko znany i linkowany jak Młody fizyk czy Świat - jak to działa)

Kategoria Historia: Ogólna teoria wszystkiego - za wysoką kulturę pisania o ciekawostkach historycznych oraz filozofujące anegdotki

Kategoria Kultura: Dom nad jeziorem - za to, że ktoś pisze ciekawie i fachowo o operze, a przy okazji o mnóstwie innych rzeczy, które lubię

Olimpia

czwartek, 11 lutego 2010
Historia prawdziwa

Pewnego dnia, jakieś dwa lata temu, wybraliśmy się niewielką grupką do Bielska z jego okolic. Ja (za kierownicą), moja Przyjaciółka, jej Brat i ich Kuzynka. Jechaliśmy dwupasmową obwodnicą miasta, kiedy nagle niezbyt daleko przed nami pojawił się ogromny tir, który przeciął jezdnię w przeciwnym kierunku i wtaczał się właśnie na przełączkę z ewidentnym zamiarem skręcenia na nasz pas. Nie wiem, czy kierowca nas nie widział, czy w ogóle nie przyszło mu do głowy popatrzeć, dość, że ku mojemu absolutnemu przerażeniu nie zatrzymał się na przełączce, ale kontynuował wtaczanie się na pas. Trąbienie nic nie pomogło - facet powolutku ale nieuchronnie pożarł najpierw jedną jezdnię, a następnie zaczął przesuwać się na drugą.

Jeżeli kiedykolwiek w życiu czułam się jak Sherlock Holmes z poprzedniej notki, to wtedy, ponieważ prawie że pamiętam procesy myślowe zachodzące w mojej głowie w ciągu raptem sekund. Ocena, że dalsze hamowanie nic nie da - za blisko. Ocena, że on zajmie oba pasy wcześniej niż ja tam dojadę, nawet gdybym w tej chwili ostro przyspieszyła. Ocena, że niewielka skarpa i krzaki na poboczu są lepszym miejscem na zarycie się maską samochodu niż ciężkie żelastwo. A potem już zupełnie ułamkowosekundowa decyzja: na poboczu jest dość miejsca, żeby po szutrze się prześlizgnąć tuż przed maską tira. Delikatny skręt zamiast ostrzejszego, lekkie przyspieszenie zamiast hamowania, chwilę potem znów gładki asfalt pod kołami, a we wstecznym lusterku tir blokujący oba pasy i pobocze. Jechałam przed siebie, przegapiłam zjazd, gdzie mieliśmy skręcać, a potem, jak już zawróciliśmy, na wszelki wypadek natrąbiłam na jakąś nieszczęsną ciężarówkę, która zbliżała się do drogi od strony prawej. (Skądinąd niech żyją polskie dwupasmówki z kolizyjnymi skrzyżowaniami.) Potem nogi jak z waty na parkingu. I nagłe zdziwienie - jakim cudem nie zatrzymałam się nieco dalej na tym poboczu i nie nawrzeszczałam na tirowca, jak ze wszech miar nakazywałby mój temperament. Może dlatego, że racjonalny umysł, którego tempo myśli zdecydowanie zwolniło, nie wierzył do końca, że się udało, więc po prostu jechałam przed siebie.

Nie opisywałabym tej krew w żyłach mrożącej sceny, gdyby nie pewne okoliczności, które ją poprzedziły. Otóż Kuzynka, etnolożka (i jeszcze parę innych rzeczy, bo przy niej to chyba nawet ja mało kierunków studiowałam), dopiero co nabyła gadżet zwany Pierścieniem Atlantów i przez cały dojazd do obwodnicy nawijała o tym, co jest o nim napisane w ulotce reklamowej czy też co wyczytała w necie - w sumie nie wiem, skąd miała te wszystkie informacje. Opowiadała o tym pół serio, wszyscy się w sumie podśmiewaliśmy, przytaczając różne anegdotki o wizytach w dziwacznych sklepach. Z całego tego wywodu utkwiło mi w pamięci jedno zdanie: "i wiecie, on chroni też przed wypadkami drogowymi". Pewnie dlatego utkwiło, żeśmy sobie z niej żarty robili, że go akurat teraz zabrała.

Nie twierdzę, że Pierścień Atlantów uratował nam życie, daleka jestem od wiary w cudowne własności przedmiotów wszelakich i tak dalej. Kiedyś przez przypadek napiłam się wody święconej i jak widać nadal żyję, a jakkolwiek wszystkie bez wyjątku moje komputery i komórki zachowują się tak, jakby siedziały w nich jakieś wyjątkowo złośliwe stwory psujące, co się da (do tego stopnia, że największy sceptyk wśród moich kolegów powiedział, że "podważam jego wiarę w racjonalność świata") - to pomimo tego wszystkiego nieskromnie uważam, że uratowały nas wtedy właściwe ułamkosekundowe decyzje i refleks. A pierścień? Ot, zbieg okoliczności.

Dlaczego więc w ogóle o tym piszę? Otóż środowiska katolickie w Polsce, najwyraźniej nie mając nic lepszego do roboty, zabrały się ostatnio za kilka krucjat. Jedna z nich dotyczy właśnie Pierścienia Atlantów jako groźnego symbolu okultystycznego, który prowadzi prosto w objęcia szatana i tak dalej. Wszystko przez to, że na blogu "byłej satanistki" ktoś znalazł opis - skądinąd stanowiący parodię problemów Froda z Jedynym Pierścieniem - straszliwych mąk, jakie autorka rzekomo przeżyła po założeniu Pierścienia Atlantów.

A ja tymczasem, gdybym chciała, mogłabym napisać śliczną hagiograficzną historyjkę z Pierścieniem w roli głównej. O uratowaniu życia. Dokładnie taką, jakie można wyczytać na różnych portalach o wszelkiego rodzaju cudownych medalikach i tak dalej. Co tylko potwierdza tezę jednego z komentatorów trzy notki wstecz, że "Kościół walczy z tymi, którzy chcą naruszyć jego monopol na magię... ;)"

Swoją drogą krucjata przeciw Pierścieniowi nie jest jedyną. Po enuncjacjach na najwyższym szczeblu na temat Dana Browna zaczęła się teraz również instytucjonalna walka ze Zmierzchem. Bo wampiry złe one bardzo są, i bardzo źle w złym - choć opiekuńczym, miłym, honorowym i przed ślubem nawet o żadnych tam takich nie myślącym - wampirze się zakochać, oj źle bardzo. Cóż, akurat ten przykład pokazuje, że co kultura to co innego złego w nieszczęsnym Edwardzie Cullenie widzi, albowiem jak pokazała N, amerykańskim feministkom nijak wampirzość nie przeszkadza, za to tradycyjny model rodziny jak najbardziej. Może by tak jakoś dotknięciem - nomen omen - magicznej różdżki sprawić, żeby katoliccy działacze w Polsce i feministki w Ameryce zobaczyli w Zmierzchu to, co widzą ci drudzy? Byłoby po problemie...

Pierścień minojsko-mykeński

niedziela, 07 lutego 2010
Drugie zmartwychwstanie Sherlocka Holmesa

Jeśli ktoś jest przywiązany do wizerunku flegmatycznego angielskiego dżentelmena w eleganckiej wiktoriańskiej pelerynie i kaszkiecie, o nienagannych manierach i lekko wyniosłym sposobie bycia - niech nie idzie na najnowszego "Sherlocka Holmesa". Najnowsze wcielenie detektywa-geniusza (Robert Downey Jr.) to wulkan energii: człowiek nadpobudliwy, którego wszędzie pełno i dla którego brak adrenaliny jest chyba najgorszym koszmarem. Zarazem jednak nie traci nic ze swego słynnego analitycznego geniuszu.

Wręcz przeciwnie - od pierwszej sceny jesteśmy świadkami tego, jak działa umysł Sherlocka, i przez cały film ten wątek nieustannie powraca: część scen oglądamy najpierw w zwolnieniu, jako analizy zamierzonego działania przed podjęciem akcji, a następnie w "czasie realnym". Czasami jest też na odwrót: analizę otrzymujemy już po obejrzeniu epizodu. Oglądamy wtedy to samo, co wcześniej, ale z innej perspektywy - i nagle żaden szczegół nie wydaje się już przypadkowy.

Ogromna większość dotychczasowych ekranizacji, adaptacji czy też wariacji na temat stawiała na to, że Sherlock działa systematycznie, powoli, że najpierw szczegółowo obmyśla plan działania i analizuje szczegóły, tu zaś pokazano nam człowieka, którego geniusz polega nie tylko na bezbłędnej interpretacji najdrobniejszych szczegółów, ale też na umiejętności dokonania błyskawicznego osądu sytuacji i wybrania najlepszej strategii działania. Procesy myślowe prowadzące do decyzji działają tu nierzadko w ułamkach sekund - ale tak przecież działa nasz mózg, zwłaszcza jeśli mamy szybki refleks. W filmie to, co dzieje się w głowie takiego osobnika jak Holmes, w przeciągu milisekund, pokazano jako ciąg logicznych wniosków i konkluzji, czyli fizjologię mózgu rozpisano na sceny. Bardzo to pomysłowe i bardzo wzbogaca postać, aczkolwiek, jak wspomniałam na wstępie, jeśli ktoś nie wyobraża sobie inaczej Sherlocka niż jako nobliwego dżentelmena, jakiego serwowały nam wcześniejsze filmy (choć niekoniecznie książki), niech nie wybiera się do kina.

Sherlock Holmes posiada bowiem cały zestaw cech takiej osobowości, jaką mu tu nadano: jest (dla zewnętrznego obserwatora) niepoprawnym bałaganiarzem, w którego mieszkaniu nie sposób nic znaleźć (tak się w każdym razie ludziom wydaje), który nie dba o higienę osobistą (no cóż, czasem można się tak zatracić w twórczym myśleniu, że czas biegnie sobie obok), a na dodatek wali prosto z mostu, co sądzi o innych ludziach, nie bacząc, że może urazić ich uczucia. Tak jest między innymi z Mary, narzeczoną Watsona; tu zresztą pojawia się bardzo ładnie wpleciony motyw, że nawet skrajny geniusz może się w jakimś szczególe pomylić, jeśli myśli jego pobiegną szlakiem stereotypów bądź też statystyki. Ładny ludzki szczególik.

Ładnym motywem jest również zazdrość Sherlocka o planującego ożenek przyjaciela; Sherlock to wieczny chłopiec, któremu ani w głowie ustatkowanie się, podczas gdy Watson marzy - tak mu się przynajmniej wydaje - o żonie, domu, dzieciach i ucieczce od wariackich przygód z genialnym i niełatwym przyjacielem.

Doktor Watson Jude'a Lawa pozostaje siłą rzeczy w cieniu wybuchowej natury (i szalonego aktorstwa) Sherlocka, ale zarazem nie sposób oderwać od niego oczu. Wielokrotnie pozostaje na ekranie w nostalgicznym ujęciu i z tajemniczą miną, bo właśnie - jak zwykle - porzuca przygody z Sherlockiem, żeby się ustatkować, ale za chwilę widzimy, jak kopniakiem otwiera drzwi, ponieważ jednak zew przyjaźni i adrenaliny okazuje się silniejszy. Watson jest tu zresztą bardzo wyraźnie pokazany jako były lekarz wojskowy, któremu nieobce są również działania w akcji. Obaj panowie nie są młodzieniaszkami, nie są też statecznymi starszawymi dżentelmenami na emeryturze - ot, dwaj mężczyźni w średnim wieku, wciąż jeszcze bardzo sprawni fizycznie, ale już z posiwiałymi lekko skroniami i melancholijnym spojrzeniem ludzi, którzy sporo w życiu widzieli. Tak samo jak niespożyta energia Sherlocka, tak i zewnętrzne opanowanie Watsona są magnetyzujące. Niełatwa przyjaźń tych dwóch jest jednym z najmocniejszych punktów filmu i aktorstwa.

Fabuła filmu jest znakomita i utrzymana w klimacie najlepszych powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle'a, a także w tradycji powieści gotyckiej. Magia versus racjonalizm, drugie dna, niezwykłe zwroty akcji - to wszystko sprawia, że historię niecnych knowań lorda Blackwooda śledzimy z zapartym tchem, przekonani, że tym razem Sherlock rzeczywiście natrafił na zagadkę, która przerasta nawet jego geniusz. Co więcej, są w tym filmie takie sceny i takie wątki, że można być przekonanym, że tym razem zamiast w Dolinie Strachu Sherlock Holmes wyląduje w Górach Szaleństwa.

Nie przypadkiem przywołuję tu H. P. Lovecrafta - przez cały film miałam wrażenie, że jego duch unosił się nad scenariuszem oraz scenografią, podobnie zresztą jak duch Jana Potockiego i "Rękopisu znalezionego w Saragossie". Mroczne klimaty steampunkowe zostały tu wygrane idealnie: oto jesteśmy wciąż w wiktoriańskich czasach (akcja dzieje się w 1891 roku), które powoli zżera dekadencja, a zarazem na wyciągnięcie ręki mamy wynalazki, które odmienią całkowicie świat. Ten wątek wskazuje zresztą na jeszcze jeden element tytułowej postaci, który twórcy filmu fenomenalnie wydobyli z literackiego oryginału: nie sposób nie uwierzyć, żeby Sherlock Holmes nie spoglądał z nadzieją i fascynacją na rewolucję techniczną, żeby nie zachwycały go nowoczesne wynalazki.

Filmowy Sherlock zachwyca się wynalazkami Lorda Blackwooda, a sekunduje mu w tym, depcząc po piętach śmiertelny wróg - a raczej ten, kto ma się nim okazać w drugiej, zapowiedzianej już części. Jest to oczywiście profesor Moriarty, jako że w filmie pojawia się kilka postaci z literackiego pierwowzoru, wśród nich jeszcze Mary Morstan, narzeczona Watsona, oraz Irene Adler - znana z jednego opowiadania, tu zaś główna protagonistka. Sherlock gra na skrzypcach (po prawdzie w większości scen po prostu wydobywa z ich strun jakieś dziwaczne pizzicata, ale wiemy, że potrafi również ćwiczyć po nocach) i ma nieodłączną fajkę - bardzo ładnie ograną w kilku scenach. Watson ma psa, ogromnego buldoga nieodmiennie nasuwającego skojarzenia z Churchillem, i utyka na jedną nogę. Siedziba obu panów (z której Watson właśnie się wyprowadza) mieści się oczywiście przy Baker Street 221B.

Jest więc ten film zarówno ukłonem w stosunku do starego, dobrego i miejscami bardzo poczciwego oryginału, a zarazem wyobrażeniem o tym, jak współczesny pisarz o talencie na miarę Conan Doyle'a i wyobraźni ukształtowanej przez XX i pierwszą dekadę XXI w. napisałby wiktoriańskiego detektywa. To człowiek, który niczym cyberpunkowi bohaterowie musi balansować na granicy prawa, żeby dotrzeć do sedna zagadki. Nieobce mu wszelkie mroczne zakamarki Londynu - nie stroni od walk bokserskich i fish'n'chips w obskurnym zaułku - ale dzięki temu wierzymy, że istotnie jest w stanie rozpoznać zapachy, których nie wdychają na co dzień zasiadający w Izbie Lordów parowie.

Dałam tej recenzji taki tytuł, jaki dałam, bo przyszło mi do głowy, że tak jak Sir Arthur na żądania czytelników wskrzesił swojego bohatera (był to pierwszy taki przypadek w historii literatury), tak ten film pokazał nam tę postać odrodzoną i przemienioną. Moim skromnym zdaniem - na lepsze. "Sherlock Holmes", podobnie jak niedawno nowy "Star Trek", pokazują, że dawni bohaterowie potrzebują nowej krwi, ale jak już ją dostaną, to okazuje się, że trudno im dorównać. Te dwa filmy pokazują, że można robić nowe wersje starych historii nie tracąc z oczu oryginału, a zarazem biorąc pod uwagę, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatniego stulecia, czy też tylko jego połowy.

Albert Memorial, Londyn

wtorek, 02 lutego 2010
Wstyd

W Gazecie Wyborczej wywiad z psychologiem o tym, jak straszne jest życie pracownika korporacji. Nie, w powyższym zdaniu nie ma ani cienia ironii. Życie pracownika korporacji jest dla mnie 1) wielką tajemnicą, 2) upiornym koszmarem. Wyskoczyłabym przez okno po chyba dwóch dniach pracy w takiej firmie, zważywszy, że nie wytrzymałam pracy w środowisku intelektualistów, którzy musieli mieć wszystko skrojone pod poglądy guru. A nie było kodów ubraniowych i integracyjnego paintballa.

W tym wywiadzie zastanowiło mnie zupełnie co innego - brak propozycji alternatywy. Owszem, mamy na wstępie obowiązkową anegdotkę (ech, ta retoryka dziennikarska, przejrzysta jak szkło), cytuję in extenso: "Tam zawsze jesteś lokajem" usłyszałam od dyrektora banku, gdy spytałam, dlaczego rzucił posadę. Został rzeźbiarzem. Dziś jest szczęśliwym człowiekiem. Wiem coś o rzucaniu posady i zmienianiu jakości życia w szalony sposób. Wierzę zatem, że ten były dyrektor, a obecnie rzeźbiarz może być człowiekiem szczęśliwym. I super. Tylko że dalej nie ma o tym ani słowa w wywiadzie. Wywiad jest jednym wielkim utyskiwaniem nad tym, jak to korporacja odczłowiecza, ale ani dziennikarka, ani psycholog nie wracają do przytoczonej na początku anegdoty.

Co więcej, mniej więcej w środku wywiadu dowiadujemy się, dlaczego. Otóż pada tam takie sformułowanie: Pędzimy do korporacji, bo być biednym to wstyd. Nie będę rozwodzić się nad sensownością drugiej części tego zdania; można by tu przytaczać wszelkiego rodzaju argumenty filozoficzne, religijne, socjologiczne, psychologiczne, historyczne i literackie za i przeciw tej tezie. Nie zamierzam. Nie o to mi chodzi, kiedy piszę tę notkę.

Chodzi o coś zupełnie innego. Przecież kariera w korporacji nie jest dostępna dla patologicznej matki z łzawego reportażu, kryjących się po piwnicach bezdomnych i alkoholików, chłopa półanalfabety ze ściany wschodniej. Nie jest osiągalna dla ludzi, o których mogłabym powiedzieć, że żyją w biedzie czy nawet nędzy. To jest kariera, o którą mogłabym się ubiegać ja, moi koledzy z jednych i drugich studiów, moi byli koledzy z pracy, moi rodzice, kumple, kuzyni, koledzy z pracy i rodzeństwo mojej przyjaciółki, moi lekarze i nauczyciele, a także wszyscy inni ludzie w Polsce, którzy w swoje wykształcenie wpakowali kilka lat z życiorysu, nie poprzestając na zawodówce czy nawet maturze. Bywa osiągalna dla błyskotliwych osobników, którzy studiów nie ukończyli.

Z wywiadu jasno wynika, że my wszyscy powyżej wymienieni powinniśmy się wstydzić. Bo w tych wszystkich wymienionych grupach znanych mi ludzi znalazłyby się może dwie, trzy osoby, które zdecydowały się na pracę w korporacji. Nie mam pojęcia, czy są szczęśliwe, bo straciłam z nimi kontakt. Cała reszta pracuje w szkołach, szpitalach, urzędach, na wyższych uczelniach i w instytutach badawczych, niektórzy mają własne małe firmy, których obroty stanowią promil tego, czym obracają korporacje. Co więcej, większość tych moich znajomych zarabia tyle, że problemem bywa kupno zwyczajnego samochodu, spłata kredytu na mieszkanie czy podróż marzeń.

Nie, nie będę teraz pisać o zaletach niepracowania w korporacjach, o wolności i niezależności, jaką w mniejszym lub większym stopniu dają nam wykonywane zawody. O to też mi nie chodzi.

Refleksja, jaka mi przyszła po przeczytaniu tego wywiadu, jest zupełnie inna. Otóż zarówno pani dziennikarka jak i pan psycholog milcząco dają przyzwolenie dla pogardy dla nauczycieli, szpitalnych lekarzy, wykładowców uniwersyteckich, pielęgniarek i całego mnóstwa innych zawodów, które wymagają wykształcenia w stopniu znacznie większym niż praca w korporacji, ale zostały przez kolejne rządy skazane na... biedę, że posłużę się słowem użytym w wywiadzie.

I to jest wstyd. To jest coś, za co państwo polskie powinno się wstydzić. Że wyprodukowało sobie społeczeństwo, w którym nie wydaje się niczym nagannym sugestia, że "wstyd" jest być nauczycielem, lekarzem, pielęgniarką czy profesorem. Bo tak naprawdę w tym zdaniu chodzi o te wszystkie grupy zawodowe, a nie o patologiczną biedę czy nędzę.

Czego bym się spodziewała po konkluzji tego wywiadu albo komentarzu do niego? Po dziennikarce postawienia jasno i otwarcie tezy, że jednym z palących zadań stojących przed rządem jest sprawienie, żeby te niekorporacyjne kariery przestały być "wstydliwe" - czyli o ich godne finansowanie. Po psychologu - powrotu do anegdoty o dyrektorze-rzeźbiarzu. Pokazania, że sukces można osiągnąć na różne sposoby i że tak naprawdę żadna kariera, która przynosi satysfakcję, nie jest "wstydliwa".

To wszystko nie zostało powiedziane. Czytelnik stojący u progu kariery, wahający się, czy dać się uwieść korporacji, został utwierdzony w przekonaniu, że wprawdzie ryzykuje tu duszę, ale nie ma innej drogi. Bo inna droga skazuje na biedę i wstyd. Ten wywiad ostrzega, ale nie buduje alternatyw. I to trochę wstyd, zważywszy, że wypowiada się psycholog.


Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright