sobota, 05 lutego 2011
Szkoła cyborgów

Piątek, 5 lutego 2011

Rozmawiam ze studentami kierunku kulturoznawstwo: cywilizacje starożytne. Cel rozmowy: uzyskanie przez nich zaliczenia z jednego z przedmiotów w ramach bloku Sztuka i architektura Grecji. Kilkoro z nich usiłuję jakoś naprowadzić na to, o co pytam, więc zaczynam krążyć wokół tematu: chodzi o wydarzenie, które zapoczątkowało epokę klasyczną czyli wojny perskie.

- Z kim walczył na wschodzie Aleksander?
Milczenie.
- Jakie imperium podbiło w VI w. większość Bliskiego Wschodu i grecką Jonię?
Milczenie.
- Z kim walczyli Grecy w 490 i 480 pod Maratonem, Salaminą...
Milczenie.
- Termopilami?
Błysk w oczach.
- Ze Spartanami?
[W duchu zgrzytam zębami i próbuję z innej beczki.]
- Skoro już pani coś podpowiedziałam, to kiedy była ta epoka klasyczna?
- W III wieku.
- No nie, przecież właśnie mówimy o czasach po wojnach perskich. Kiedy żył Perykles, Fidiasz, Poliklet, Sokrates, kiedy była wojna peloponeska?
- W VI w.
- A kiedy były te wojny perskie? Przecież właśnie pani wymieniłam daty...
Milczenie. Po chwili:
- Bo historia to nie jest moja mocna strona.
No i jak mam jej wytłumaczyć, że podstawowe wiadomości z historii są konieczne, żeby zrozumieć przemiany kulturowe V w.?

Kilka lat temu

Rozmowa kwalifikacyjna na filologię obcą, zagadnienia dotyczą głównie literatury. Kandydatka losuje "Przedwiośnie" Żeromskiego (w duchu jej współczuję, ale z drugiej strony to samograj - tak mi się w każdym razie wydaje). Dziewczyna jednak, jak się okazuje, nie jest w stanie wyjść poza w kółko powtarzane "szklane domy". Wtrącam się więc i pytam ją, jakie ważne wydarzenia historyczne są pokazane już zaraz na początku powieści. Po długiej chwili pada odpowiedź:

- Odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Chodziło mi o rewolucję, ale niech ci będzie, myślę sobie, więc pytam, kiedy to było.
- W XIX wieku.
Powstrzymuję się od udławienia, ale najlepsze dopiero przede mną. Być może na widok min komisji dziewczyna robi zmieszaną minę i dodaje:
- To znaczy w 1939 roku.
Komisja zaczyna nerwowo naprowadzać nieszczęsną na lepszy trop, podpowiadając coś o I wojnie światowej, o tej nieszczęsnej rewolucji w "Przedwiośniu"... nagle kandydatka wali pięścią w stół, krzycząc:
- Przecież to jest egzamin z polskiego a nie z historii!!!

Liceum

Zróbmy teraz na chwilę skok w nieco dalszą przeszłość. Sala historyczna w renomowanym krakowskim liceum. Na wieszaku wisi mapa. Przez cztery lata przed mapą stają kolejni delikwenci z mojej klasy, żeby w tempie ekspresowym pokazywać na mapie:

- Maraton! Data!
- Grunwald! Data!
- Chocim! Data!
- Austerlitz! Data!
- Verdun! Data!
- Stalingrad! Data!

Na myśl o tym, że zbliża się moja kolej, żeby stanąć pod mapą, czuję zimne dreszcze. Gdzie to wszystko jest, to jeszcze mały problem, jestem wzrokowcem, więc mniej więcej pamiętam, gdzie mam wskazać, żeby było dobrze, ale te daty... Sterroryzowana przez sposób uczenia historii w liceum nie próbowałam nawet zdawać na archeologię, przekonana, że nie mam żadnych szans na egzaminie z tego przedmiotu. O maturze czy olimpiadzie z historii w ogóle nie myślałam, bo nie miałam bladego pojęcia, jak zabrać się za wypracowanie, skoro w głowie dzwoniły mi wyłącznie nijak z sobą niepowiązane daty.

Studia 1.

Na myśl o przedmiocie "historia Polski" czułam paniczny lęk. A tu wchodzi dr Z. na wykład i zaczyna:

- Wczesny rozwój i specyficzne pojmowanie demokracji w Polsce, w tym kwestia np. liberum veto, nie wzięło się, proszę państwa, z powietrza. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały zgromadzenia plemienne za czasów Piastów, zastanówmy się, jaki to miało wpływ na kształtowanie się parlamentaryzmu...

Pół roku później egzamin zdaję na pięć, bo pytania są problemowe.

Studia 2

Nie czuję już zimnych potów na myśl o przedmiocie "historia starożytna", ba - nawet cieszy mnie ta perspektywa.

- Grecy wygrywali nie dlatego, że mieli przewagę (nie mieli) albo byli lepiej wyszkoleni (nie byli). Im pomagała ich wewnętrzna anarchia i skłócenie między poleis: Ateńczycy nie znosili Beotów, więc na ich morale nijak nie wpływało, że walczący obok oddział czy statek uległ zniszczeniu. Zarechotali pod nosem z nieszczęścia i walczyli dalej - komentuje pewne szczegóły tego, co wiemy o wojnach perskich dr S. Daty zapamiętują się same, bo widzę związki przyczynowe pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami i zjawiskami.

Pół roku później zdaję egzamin na pięć.

Studia 2 bis

Historia średniowiecza bawi mnie zdecydowanie mniej, poza tym specjalizuję się w czym innym, robię dwa lata w jednym roku, mam mało czasu na cokolwiek. Mimo to wykłady opuszczam rzadko, bo bardzo podoba mi się, jak prof. O. analizuje źródła. Dzięki tym źródłom, a konkretnie Kronice Nestora, wybronię się później na egzaminie na solidne cztery.

Szkoła podstawowa

Druga wycieczka w przeszłość. W klasie 5-6 kocham nauczycielkę historii, pamiętam jak z zapałem odpowiadam na przekrojowe pytanie o rozwój stosunków polsko-krzyżackich. Potem niestety pani M. idzie na urlop macierzyński, a moją klasę przejmuje młody, zapalony, ale rozpaczliwie nieumiejący uczyć pan, którego nazwiska nie pamiętam. W ósmej klasie usiłuję jeszcze startować w olimpiadzie, ale braki z powodu rocznego wyjazdu zagranicznego dają o sobie znać i przepadam z kretesem. A potem jest już liceum i kucie na pamięć dat. Mój zapał do historii zostaje zanihilowany, a raczej zamrożony na około sześć lat.

Wnioski

Nie ma przedmiotów nudnych, są tylko źle uczone.

Co jakiś czas słyszy się utyskiwanie ze strony przedstawicieli nauk ścisłych/przyrodniczych, że humaniści chwalą się nieznajomością matematyki. Podobnie historycy uwielbiają narzekać, że młodzież nie chce się uczyć historii. Może jedni i drudzy powinni przyjrzeć się nauczycielom w szkołach - swoim wychowankom! - czy przypadkiem to nie oni zniechęcają?

Nauczanie musi być zintegrowane.

Przez rok nauki w bardzo takiej sobie szkole w kraju tzw. trzeciego świata miałam przedmioty o nazwach, które można by po polsku określić jako "nauki przyrodnicze" (biologia, chemia, fizyka) i "nauki społeczne" (historia, geografia, wiedza o społeczeństwie). O anatomii człowieka nauczyłam się tam na pewno więcej niż w polskiej szkole, podobnie jak o tym, jak działają wulkany. Ta szkoła nauczyła mnie też wreszcie ułamków, które w Polsce były dla mnie jakimś koszmarem.

Polska szkoła nie kładzie nacisku na związki pomiędzy zakresem poszczególnych przedmiotów. Nie będę się szerzej wypowiadać na temat tego, jak można by połączyć biologię z fizyką (choć wiem z rodzinnego kontekstu, że łączy się i to bardzo ciekawie), ale mogę spokojnie powiedzieć, że traktowanie polskiego, historii i np. historii sztuki jako odrębnych dziedzin, które trzeba osobno wykuć i zdać, jest straszliwym błędem i czyni nieodwracalne spustoszenie w umysłach uczniów, którzy nie uczą się syntez, ale wyłącznie drobiazgowych analiz, a nierzadko nie są w stanie udzielić odpowiedzi (którą mają zapisaną w bitach pamięci swojego mózgu), jeśli pytanie pada choćby nieco obok wyuczonej ścieżki.

Oto przykład.

5 lutego 2011

Pokazuję delikwentowi plan pałacu w Aigai, stolicy starożytnej Macedonii. Kilkakrotnie na wykładzie powtarzałam, że jednym z najciekawszych obiektów na terenie tego pałacu jest okrągłe pomieszczenie o charakterze kultowym, zwane tolosem, ponieważ powtarza strukturę tego typu świątyni. Pytam, co to jest.

Milczenie.

Otwieram prezentację z zestawieniem planów typów świątyń, zeskanowanym z podręcznika i pokazuję delikwentowi odpowiedni obrazek.

- Tolos - odpowiada bez wahania.

Problem w tym, że na planie pałacu sama struktura tolosu wyglądała identycznie jak na zestawieniu, ale była w innym kontekście, co najwyraźniej nie wystarczyło do uruchomienia odpowiedniego oprogramowania. Zrobiłam później test kontrolny - pokazałam na planie całej starożytnej Olimpii dwie świątynie, też narysowane jak w podręczniku - problem z określeniem, jaki to typ budynku pojawił się jak na zawołanie...

Wnioski raz jeszcze

Obecna szkoła nie uczy, ale programuje

Przekonałam się o tym już jakoś trzy lata temu, kiedy raz w życiu zgodziłam się na dawanie korepetycji z polskiego. Musiałam dość szybko zrezygnować, ponieważ okazało się, że nie znając szczegółowych wytycznych nie jestem w stanie przygotować uczennicy do odpowiedzi na ocenę pozytywną; o napisaniu ocenionego pozytywnie wypracowania to już w ogóle nie wspomnę. Dlaczego? Bo nie potrafiłam się wstrzelić w konkretne cytaty, jakie obowiązkowo trzeba było wykorzystać, bo podsuwałam jej kilka możliwych interpretacji tekstu, bo opowiadałam jej o kontekście, a nie rozbierałam powieści czy wiersza na czynniki pierwsze, żeby je ponumerować i wykorzystać w kolejnych akapitach wzorcowego wypracowania.

W piątek 5 lutego widziałam już efekty końcowe tego programowania. Jeśli komputerowi podać komendę, która choćby jednym bitem różni się od tej, na którą jest przygotowany, to nie odpowie. Taka jego komputerza natura. Ale dlaczego absolwent polskiej szkoły ma się zachowywać jak cyborg z filmu science fiction?

PS. Wyjątkowo zdjęcie nie z mojej osobistej fototeki, ale "wypożyczone" z najnowszej odsłony serialu "Doctor Who", copyright BBC 1.

PS 2, dodany 24 lutego. Na portalu racjonalista.pl, który podlinkował ten tekst (bardzo mi miło), pojawił się artykuł zatytułowany "Nowożytny miecz demoklesa?" No i jak ja mam się nie załamać?

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright