czwartek, 23 lutego 2012
Ja, jako twórca (ACTA revisited)

Prawda jest taka, że ci protestujący w życiu nie splamili się i nie splamią pracą twórczą, więc nie są w stanie zrozumieć drugiej strony - tako rzecze Czytelnik krakowskiego dodatku Gazety Wyborczej, zaczynający swą tyradę od przedstawienia się jako "twórca (tłumacz literacki)". Pisałam już na marginesie ACTA z pozycji pirata, więc teraz parę słów z perspektywy podmiotu potencjalnie piraconego.

Otóż jako twórca (czyli tłumaczka literacka: ok. 30 powieści, opowiadania, obecnie też poezja z najwyższej półki, niegdyś również laureatka nagrody w konkursie literackim miesięcznika "Odra", a także przez dobre kilka lat dziennikarka i freelancerka, autorka monografii naukowej i ogólnie osoba, która podatki rozlicza niemal wyłącznie w punkcie "prawa autorskie i inne pokrewne") oświadczam, że tego rodzaju arogancja jest mi obca, a przeciwko ACTA protestowałam. Ba, większość moich protestujących - mniej lub bardziej aktywnie: na demonstracjach, blogach, fejsbuku - znajomych, to osoby zasadniczo twórcze, jako że np. pracownicy naukowi są również twórcami, choć może nie każdemu się to od razu tak kojarzy.

Jako tłumaczka literacka pragnę oświadczyć, że nie czułabym się okradana ani tym bardziej obrażana przez fakt obecności moich przekładów w serwisach udostępniających pliki, ponieważ cieszy mnie popularność książek, które tłumaczę. Mam ten luksus, że pomimo specjalizacji w fantastyce młodzieżowej ostatnio przekładam głównie rzeczy, które również lubię, a na dodatek wydawnictwo, dla którego pracuję, dba również o stronę edytorską (redakcja, korekta, konsultacja specjalisty), w związku z czym mam poczucie, że uczestniczę w wypuszczaniu na rynek pełnowartościowego produktu. Oczywiście zgodnie z logiką autorów projektu ACTA oraz jego zwolenników powinnam czuć oburzenie na myśl, że ktoś mógłby ten pełnowartościowy produkt powielać za darmo. No ale nie, wcale się tak nie czuję... Obecność książki na Chomiku czy przesyłanie sobie plików na forach fanowskich byłyby dla mnie dowodem na jej popularność, a ta skutkuje większą sprzedażą, bo większość fanów woli mieć prawdziwy egzemplarz na półce. Na dodatek popularyzowanie książek wydanych dobrze ma szanse wpłynąć na poziom języka ich czytelników. Ergo: z umiarkowanego piractwa płyną korzyści, bo już samo zwiększanie poziomu czytelnictwa w Polsce jest wielką korzyścią. Zważywszy zresztą, że popularność i sprzedaż są duże, a piractwo stosunkowo małe, może po prostu wydawnictwo stosuje rozsądną politykę cenową, nad czym inne powinny się zastanowić?

Oświadczam też, że jako osoba kupująca książki rozważam bojkot wydawnictw opisanych w innym artykule, jako że praktyki w rodzaju zastraszania czytających (!!!) małolatów i ściągania od nich sum w rodzaju 900 zł (z czego połowę zapewne pożerają honoraria kancelarii windykującej) czyli odpowiednika honorarium tłumacza za - najwyżej - dwa arkusze przekładu uważam za najzwyklejsze pod słońcem draństwo, a i to tylko dlatego, że publicznie nie używam mocniejszych słów. Dodam, że przeciętna książka dla młodzieży ma co najmniej dziesięć arkuszy. I dodam też, że na miejscu opisanego tam wydawnictwa prowadziłabym "walkę" z piracącymi małolatami zupełnie inaczej: zaproponowałabym im kupno książek po bardzo atrakcyjnie obniżonych cenach albo też zrobiłabym akcję "zachomikuj na półce" i rozdała sporą liczbę egzemplarzy za darmo osobom, które wylegitymują się tym, że plik ściągnęły. I zamiast  nazywać to "walką", zaproponowałabym dialog.

Każda forma promowania czytelnictwa w kraju, który ma tak skandalicznie niskie statystyki czytania, powinna być chwalona i nagradzana. I to właśnie my, twórcy, ludzie uczestniczący w procesie wydawniczym, w jakikolwiek sposób przykładający się do ukazywania się na rynku dóbr kultury, powinniśmy być orędownikami przystępnego udostępniania książek (filmów i muzyki) i innych sposobów walki z szeroko zakrojonym autentycznym piractwem (np. sprzedaż podróbek nastawiona na realny zysk) niż prawne zakazy i represje.

PS. Disclaimer: w związku z pojawieniem się notki na Wykopie z nagłówkiem "tłumaczka, autorka, dziennikarka przeciw ACTA i za piractwem", w związku również z niejednoznacznością określenia "piractwo" i jego negatywnymi konotacjami, oświadczam również, że nie nazwałabym mojej postawy "za piractwem", albowiem tym, co popieram przede wszystkim jest wolny obieg kultury, a nie np. sprzedaż nielegalnych wersji/kopii/podróbek czegokolwiek. Dopóki dobra kultury, przez wydawców i producentów sprzedawane po zawyżonych cenach, są rozprowadzane w internecie za darmo, popieram to, ponieważ zwiększa uczestnictwo w kulturze, a to uważam za wartość nadrzędną wobec np. zysków kogokolwiek z osób w tworzenie kultury zaangażowanych, siebie wliczając. Innymi słowy, wartość naddaną z uczestnictwa w kulturze, choćby pobieżnego, osoby, która czy to z braku środków czy lenistwa, nie przeczytałaby książki bądź nie oglądnęła filmu/nie posłuchała muzyki, uważam za znacznie wyższą od strat finansowych, jakie (rzekomo) powoduje tzw. piractwo.

środa, 08 lutego 2012
Smutny chichot Duchampa

Prawie sto lat temu (w roku 1917) Marcel Duchamp zbulwersował świat sztuki, wysyłając do amerykańskiej Society of Independent Artists rzeźbę (?) zatytułowaną "Fountain", a składającą się w odwróconego pisuaru i podpisu artysty (pseudonimem). Towarzystwo, znane z tego, że nie dokonywało selekcji dzieł nadesłanych na wystawy, złamało tę zasadę i Duchampa, który zresztą miał już wówczas jakąś tam pozycję w świecie sztuki, odrzuciło. Duchamp w odpowiedzi zrezygnował z uczestnictwa w radzie artystycznej Towarzystwa, a kilka lat później zradykalizował swoje dotychczasowe surrealistyczne podejście do świata, tworząc dada.

I pisuar, i dadaizm odegrały ważną rolę w historii sztuki, jako że w owym czasie już nawet fin-de-siècle z jego wszelkimi odmianami stawał się sztuką salonową, uznaną, a niedawny bunt wobec głównego nurtu staczał się w dekoracyjność, przestając pod tym względem różnić się od akademizmu czy realizmu. Duchamp miał jeszcze kogo szokować, miał komu pokazywać, co instytucjonalizacja i komercjalizacja robi ze sztuką. No i jeszcze nie zamknęło się okienko czasowe oryginalności takich gestów. Dwa lata wcześniej Kazimierz Malewicz wystawił "Czarny kwadrat na białym tle", co też było rewolucyjne. Bo jeszcze mogło. Takich dzieł nie widziały wcześniej galerie, nie mówiąc już o salonach.

Nie mam pojęcia, czy w jednym albo drugim przedsięwzięciu była jakakolwiek głębsza myśl poza tym, że oto powstaje pewna nowa jakość w sztuce. Choćbym długo myślała, tak naprawdę nie jestem w stanie wymyślić - ba, co więcej nie widzę takiej potrzeby - intelektualnych pokładów w czarnych kwadratach czy też odwróconych przedmiotach codziennego użytku. Mam wręcz wrażenie, że funkcja pokazania, że "tak też można" całkowicie wystarcza. Problem polega jedynie na tym, że coś takiego da się zrobić tylko raz. Oczywiście, można malować kolejne różnokolorowe kwadraty na różnych tłach. Jedne z nich będą estetycznie lepsze, drugie gorsze - zależeć to będzie od proporcji oraz doboru barw. W sumie nawet mam na ścianie trofeum z jednej z licealnych olimpiad z historii sztuki w postaci grafiki przedstawiającej czarny kwadrat na białym tle, dodatkowo podzielony na cztery kwadraty liniami wklęsłymi oraz z odciśniętymi powiększonymi palcami, zapewne autora. Nie jest to najwybitniejsze dzieło wiszące w moim domu, ale akurat ten pomysł z odciskiem palców dość mi się podoba, bo coś tam dodaje do zapewne świadomego powtórzenia. W każdym razie na pewno była to najbardziej mi odpowiadająca estetycznie i artystycznie grafika z tych, które jeszcze były do wyboru.

Można też oczywiście wstawiać do galerii najróżniejsze przedmioty, można też samemu się w nich ustawiać: żywcem, przy wykonywaniu rozmaitych czynności, albo też w postaci obrazu na taśmie. Tylko że niezależnie od tego, czy przedmiotem tym będzie wiadro ziemniaków, krzesło, łóżko czy but, tak naprawdę będzie to nadal pisuar Duchampa.

Piszę o tym wszystkim, kiedy ucichły już wrzaski obu stron - przeciwników i zwolenników - po wystawie Katarzyny Kozyry w krakowskim Muzeum Narodowym. Kiedy jeszcze trwały i karierę w necie robiło zdjęcie kilku ponurych młodzieńców pikietujących muzeum z narodowo-prawicowymi hasłami, zadałam na fejsbuku dramatyczne pytanie: co ma zrobić w tej sytuacji człowiek, który Kozyrę uważa za humbug a pikietujących za oszołomów?

Bo właśnie tak: Katarzynę Kozyrę, Dorotę Nieznalską, jak również cały anonimowy (dla mnie, bo nawet nie zadaję sobie trudu czytania tabliczek, nie mówiąc już o ich zapamiętywaniu) tłum artystów od wideoinstalacji, a i w dużej mierze zwykłych instalacji, i tym podobnych gałęzi sztuki, uważam za humbug, stratę czasu i miejsca w galeriach. Damiena Hirsta z jego rekinami i czaszkami również; cytowałam już tu kiedyś wypowiedź z sondy ulicznej, przeczytaną w angielskiej gazecie, że "ten, kto płaci milion funtów za rekina w formalinie, zasługuje na zjedzenie przez rekina". Nic się pod tym względem przez ostatnie trzy lata nie zmieniło: nadal uważam, że ten anonimowy przechodzień podsumował Hirsta lepiej niż całe grono krytyków.

Ten Hirst straszy tu ponownie nie bez kozery (gra słów zamierzona). Lecąc niedawno z Paryża niemieckimi liniami Lufthansa, wybrałam w ramach pokładowej lektury "The International Herald Tribune". Mało, że zaskoczył mnie wysoki poziom i rzadko spotykana wyważona centrowość tej gazety - największą niespodzianką był absolutnie perfekcyjny artykuł krytyczny poświęcony najnowszemu przedsięwzięciu Hirsta: globalnej wystawie obrazów w kropki. Krytyk w dość ostrych słowach najpierw nie pozostawił na realnej artystycznej wartości dzieł Damiena H. suchej nitki, obnażając zarówno płytkość akwarium, w którym pływa zakonserwowany rekin, jak i pustkę zionącą z diamentowych oczodołów czaszki, a następnie bardzo zgrabnie pokazał, na czym polega jakaś jednak pomysłowość najnowszego projektu, pomimo artystycznej mizerii większości kropkowanych obrazów. A raczej, na czym mogłaby polegać, gdyby galerie zdecydowały się na krok dalej, czyli otwarcie przez cały tydzień i całą dobę - żeby dać poczucie autentycznego globalnego odbioru. Ogólnie ton tej recenzji był taki: zmarnowano potencjał, który tkwił w pomyśle, rezultatem jest kilka wystaw raczej przeciętnej sztuki w kilku miastach świata. Aha, nowojorska ma ten plus (aranżacja), że fajnie jest tam zabrać dzieciaki, bo będą się nieźle bawić.

Po powrocie do Krakowa przypadkiem trafiłam na artykuł o tej samej wystawie na portalu gazeta.pl. Pierwsze zdanie brzmiało: O tej wystawie mówi się od dawna. O'rly? - chciałoby się zapytać internetowym memem. Pomijając wątpliwą prawdziwość tego stwierdzenia, jest ono utrzymane w tym samym duchu co tytuły czy leady artykułów plotkarskich w rodzaju "XX - mężczyzna, którego pragnęłaby każda kobieta". Następnie polski artykuł skupia się na rynkowej wartości kropek oraz problemie autorstwa: większości obrazów Hirst nie namalował osobiście, a jedynie firmuje całemu przedsięwzięciu. Amerykański artykuł też o tym wspomina, ale w kontekście tego, że obrazy są bardzo nierówne pod względem czysto estetycznym: na jednych kropki tworzą harmonijną całość dzięki dobrze dobranej wielkości (średnica wyznacza odległość) oraz kolorom, inne mają niedobre proporcje. Konkluzja dotycząca tego aspektu w recenzji IHT jest następująca: [Te kropki] są dziełem nie tylko różnych rąk, ale również różnych umysłów, i to może być w nich najbardziej interesujące. W polskim artykule jedynie sensacyjny ton "czy to jest jeszcze dzieło Hirsta??" A kilka dni później zestawienie krytycznych głosów wobec wystawy z głosami obrońców - z naciskiem na te drugie, choćby poprzez ułożenie ich w zbijanie argumentów strony przeciwnej. Tak jakby polski krytyk nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że coś, co jest sławne (głównie z racji bycia sławnym) może być poddane ocenie biorącej pod uwagę na przykład wartość artystyczną.

Pozwoliłam sobie zrobić to zestawienie recenzji znów nie bez kozery, a raczej tym razem Kozyry. Mam bowiem wrażenie, że w Polsce zabrakło krytyki sztuki z prawdziwego zdarzenia - i nie mam na myśli ewentualnie istniejących czasopism branżowych, choć obawiam się, że i tam może panować kult (po)nowoczesności. Mam na myśli właśnie duże i poważne gazety codzienne, bo to one są naprawdę opiniotwórcze. Polska krytyka nie odważy się powiedzieć, że król jest nagi, ponieważ próba obnażenia pustki, wtórności czy choćby miernej wartości artystycznej dzieł Kozyry czy Nieznalskiej może zostać odczytana jako stawanie po stronie oszołomów, którzy te dzieła atakują z pozycji niemających nic wspólnego z walorami artystycznymi. Moja recepta byłaby taka: brońmy, bezwzględnie brońmy wolności wyrazu, ale nie dajmy się zwariować, że wszystko, co budzi sprzeciw strony, która ideowo jest nam obca i chciałaby artyście zamknąć usta (a raczej wystawę), jest eo ipso wielką sztuką bądź też, co chyba jeszcze gorsze, że nie wypada tego krytykować.

Żeby było zabawniej, chciałam sobie tę Kozyrę blogowo odpuścić, bo w sumie dość mi piórkiem powiewa jej sztuka i zamieszanie wokół niej. Nie lubię, nie polubię. Ale na wspomnianym portalu pojawił się artykulik reklamujący kolejnego "szokującego" artystę pod hasłami "najbardziej absurdalna wystawa?" i "Magazyn osobliwości? Zdecydowanie, ale podniesiony do rangi sztuki". Co jest przedmiotem wystawy? Między innymi to samo, co przyniosło sławę Kozyrze, czyli wypchane zwierzęta. Pomijając ogólne kwestie etyczne związane z takimi wystawami, z dwojga złego wolę pana Davida Shrigleya z jego makabreskami (choć nie do końca rozumiem, dlaczego nie mógłby ich malować - jak dla mnie miałyby wtedy nawet większą siłę wyrazu), np. wiewiórką trzymającą w łapkach własną głowę (nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do gazetowego recenzenta nie kojarzy mi się to ze wystawianiem tej głowy na sprzedaż, ale ze średniowieczna legendą św. Dionizym, który miał przejść całą trasę z centrum Paryża do obecnego St. Denis, trzymając swoją ściętą głowę w rękach) od nadętego i napuszonego komentarza pani Kozyry do "Piramidy zwierząt", mętnie tłumaczącego, że chodziło jej o powtórzenie aktu zabijania itd. w celu pokazania hipokryzji społecznej, odwznioślenia procesu produkcyjnego mięsa i jakieś tym podobne brednie.

Nie mam nic przeciwko sztuce, która coś znaczy - choć uwielbiam dobrą abstrakcję - ale niech ona znaczy sama w sobie albo w przyjętej konwencji (jak starożytne malarstwo egipskie czy siedemnastowieczne holenderskie), a nie wyłącznie w mętnych intencjach autora, bez których osobnego wyłuszczenia przekaz jest nieczytelny. A już bardzo źle jest, kiedy mętność udaje wieloznaczność. Bo to się świetnie sprzedaje: nie tylko w sztuce, ale również np. w filmie i filozofii.

Dobrze, przyznam się, że wyjątkowo nie lubię sztuki, która zanadto musi tłumaczyć sama siebie w długaśnych objaśnieniach artysty bądź też jego kumpla teoretyka. Mogę doczytać, "co artysta miał na myśli", jeśli ogólny zarys tego zamiaru jest czytelny w dziele, a komentarz (krótki i treściwy!) co najwyżej wyjaśni mi np. szczegółowy kontekst, niekoniecznie mi dostępny np. z racji różnic kulturowych. Pan Shrigley przynajmniej niczego nie tłumaczy w podniosłych słowach, a mnie co najwyżej może nie podobać się materiał, jaki wykorzystuje w sztuce, którą - sądząc chociażby po innych dziełach oraz wypowiedziach - traktuje jako zabawę. Zapałka z domalowaną buzią czy też podstawka pod doniczkę z brodatym filozoficznym obliczem może nie są wielką sztuką, ale są przynajmniej zabawne. Może nadają się raczej do niezbyt drogiej galerii z zabawnymi gadżetami produkowanymi przez absolwentów akademii sztuk pięknych niż do muzeów, ale przynajmniej nie pretendują do odsłaniania Prawdy o Wszechświecie, Kondycji Ludzkiej i Naszych Strasznych Czasach.

Takie właśnie zacięcie czy też taka persona mnie najbardziej irytuje u dwóch wspomnianych polskich artystek, które - niestety mam takie wrażenie - szukają na siłę "szokujących" tematów i sposobów ich pokazywania, bo w Polsce krytyka upadła tak nisko, że prostackie epatowanie burżuja wystarcza, żeby zdobyć parę minut (a nawet lat) sławy i zasłużyć na wystawę retrospektywną w narodowym muzeum. Problem w tym, że możliwości realnego i oryginalnego epatowania burżuja skończyły się jakieś sto lat temu. Dzisiaj "burżuj" będzie stał w kolejce, żeby obejrzeć coś, co pozbawiona pazura krytyka wepchnie mu jako dzieła skandalizujące i szokujące. Dlatego właśnie artykuł na gazeta.pl o Shrigleyu uważam za niemalże szkodliwy, no bo jak można na serio napisać w drugiej dekadzie XXI wieku (sto lat po Duchampie, przypominam) coś takiego: Pół makabryczne, pół humorystyczne instalacje to twory Davida Shrigleya*, którego wystawa (...) wywołuje sporo zamieszania w świecie sztuki. Bo czy wstawionego do galerii strusia bez głowy, poustawiane na schodach buty różnej wielkości, albo jajo z napisem "jajo" można traktować poważnie?

O'rly? - powtórzę. Przecież to wszystko już było, nawet wiele razy, w różnych wcieleniach. Wystawy nie widziałam, może jako całość jest ciekawie zaaranżowana, może właśnie część tych gadżetów jest po prostu fajnie pomyślana. Ale, na litość wszystkich bogów, oryginalności jest w tym wszystkim tyle co trucizny w zapałce! Wniosek: muszę poszukać i poczytać, co o Shrigleyu piszą krytycy z prawdziwego zdarzenia. Swoją drogą nie sądzę, żeby cokolwiek jeszcze było w stanie spowodować autentycznie "zamieszanie w świecie sztuki". No chyba że będzie to odnalezienie nieznanego obrazu Leonarda albo oryginału rzeźby Fidiasza, zwłaszcza gdyby takie dzieła przewracały nasze wyobrażenia o twórczości wielkich artystów - ale to przecież wydarzenia zupełnie innej rangi. Prawdziwego, zmieniającego oblicze sztuki nowatorstwa już raczej nie będzie.

Może być jeszcze dużo niezłej (a może i wybitnej) sztuki, zwłaszcza w tradycyjnych technikach, choć właśnie skonstatowałam, że ostatni malarze, których dzieła naprawdę mnie zachwycają albo przynajmniej je autentycznie cenię, urodzili się przed rokiem 1930 i zasadniczo już wszyscy nie żyją... Żyje jeszcze nieco młodszy David Hockney, za którym nie przepadam, ale niewątpliwie warsztatowo doceniam. A pewna młodsza ode mnie absolwentka krakowskiej ASP, której kiedyś wynajmowałam mieszkanie, i nabyłam jeden jej obraz (sympatyczna, ciekawie skomponowana abstrakcja), bo autentycznie podobała mi się jej sztalugowa twórczość, ponoć jednak przerzuciła się na happeningi, instalacje i sztukę użytkową. Szkoda.

 Co to takiego, koteczku?

PS. Dowiedziałam się niedawno od N. (i na wszelki wypadek sprawdziłam, choć N. ma fenomenalną pamięć do takich szczegółów), że pani Kozyra swoją Łaźnię filmowała na Węgrzech. Przyznam, że było to dla mnie szokiem: do niedawna naiwnie myślałam, że przynajmniej miała tyle odwagi, żeby zrobić to w Polsce, żeby następnie przyznać się do zastosowanego podstępu i przekonać swoich bohaterów do swojej "artystycznej wizji". Wybór ludzi, którzy de facto nawet nie mają szans dowiedzieć się o tym, że ich nagie wizerunki zostały bez ich wiedzy wykorzystane w kontrowersyjnym projekcie artystycznym (np. polski bezdomny miałby jednak takie szanse), uważam za najzwyczajniejsze pod słońcem... no, może lepiej zachowam dla siebie słowa, które cisną mi się na klawiaturę.

* Zastosowałam tu korektę: w oryginale było "Shrigley'a", a nagminne, zwłaszcza w mediach, niepoprawne używanie apostrofu w odmianie nazwisk obcojęzycznych doprowadza mnie do białej gorączki i nie ścierpiałam, nawet w cytacie.

czwartek, 02 lutego 2012
Na tej plus minus Atlantydzie

Wszyscy cytują Nagrobek i Kota w pustym pokoju, ewentualnie Nic dwa razy. A mnie z dzieciństwa w pamięci utkwiły dwa wiersze z tomiku Wołanie do Yeti (rodzice mają pierwsze wydanie, takie broszurkowe, w szarej minimalistycznej okładce, z żółtawymi kartkami - pamiętam dokładnie ich odcień i grubość...) i to one wciąż, po latach kolejnych znakomitych wierszy, są tymi moimi wierszami. A może inaczej: z tych wierszy pamiętam spore fragmenty tekstu i obrazy, skojarzenia, jakie wywoływały. A zatem, po pierwsze, Z nieodbytej wyprawy w Himalaje, ten fragment: "Yeti, Szekspira mamy / Yeti, na skrzypcach gramy / Yeti, po zmroku zapalamy światło." Kiedy przywołuję te słowa (wszystkie cytaty w tym wpisie z niedoskonałej pamięci, więc interpunkcja i szczegóły mogą być niedokładne, ale to jest przecież notka o pamiętaniu), przed oczami mam wciąż ten sam obraz, który zobaczyłam, czytając ten wiersz po raz pierwszy: bezkresna biel śniegu o zmierzchu, oświetlona światłem ni to świeczki, ni to księżyca, i gdzieś na skraju tego kręgu światła jakieś cienie, słowa, muzyka, taka synestezja w jakiejś przedziwnej pustce. To chyba było jedno z pierwszych doświadczeń o charakterze egzystencjalnym...

I drugi wiersz, Atlantyda. Właściwie powinnam przytoczyć cały, bo fascynował mnie wszystkim: formą urwanych zdań, nastrojem, tajemniczą tytułową nazwą i niepojętym, jak to "istnieli albo nie istnieli"? W jakiś sposób zainteresowanie, o co tu chodzi, musiało się przyczynić do mojej fascynacji antykiem, ale także fantastyką: światami, które w podobny sposób są dla nas nieuchwytne, bo zarazem istnieją i nie istnieją. No i co to znaczy "Nie mogący na serio pozować do przestróg"? Czemu "nie wyjęci z powietrza, z ognia, z wody, z ziemi"? Dziś dużo więcej rozumiem z tego wiersza, mam cały aparat skojarzeń, które (zapewne) powinien wywoływać, ale pamiętam tę ciekawość, którą budził, gdy czytałam go w kółko i w kółko.

A poza tym zawsze będzie mi towarzyszyć garstka anegdot, też jakoś tam prywatnych. Moja prababcia grała z ciotką Wisławy Szymborskiej w wista, bezika czy w co tam grały krakowskie mieszczki w pierwszej połowie wieku XX... no więc jakieś związane z tym urywki zapamiętanych przez dziadka czy mamę opowiastek rodzinnych, że "ta Wisia taka szalona". A potem w moim mieszkaniu odbywały się pierwsze spotkania Loży Limerykowej, jeszcze przed Noblem, i pewnego wieczora przyszła noblistka wraz z prof. Henrykiem Markiewiczem wpadli do kanapy, która z niewiadomych powodów postanowiła się zapaść... Zapewne w dobie fotografii cyfrowej zostałoby to uwiecznione na zdjęciu: pierwsze zaskoczenie i potem radosny śmiech. Nie zostało, kanapa już też nie stoi tam, gdzie stała.

Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam
.

Animula vagula blandula

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright