piątek, 17 lutego 2017
Dzień kota: Ludwik czyli Zezowate szczęście

Dziś Dzień Kota, a ja poniekąd akurat mam kota. To znaczy jak zwykle w przypadku zwierzątek futerkowych mam kota trochę wirtualnie, tak jak kiedyś miałam króliki. Mam albowiem alergię i jakkolwiek chwilowo dała mi trochę spokój, to nigdy nic nie wiadomo. Kot zatem mieszka u N, która zawsze, ale to zawsze była kocią mamą i nasze wakacyjne rozmowy nader często wyglądały następująco:
N: Jaki piękny koteczek.
D: No, kot jak kot.

Louis 1

A kota mam(y) dlatego, że pewnego sierpniowego dnia znalazłam go w ogrodzie górskiego domku letniego moich Rodziców. Wyglądał zupełnie jak jedno z kociąt mieszkającej po sąsiedzku kotki, która czasami żywi się u nas (i wszystkich wokół, jak się okazało), być może nawet urodziła się pod naszym dachem (dosłownie: kotka poprzedniego pokolenia miała kocięta w naszym dachu), no i czasem przyprowadza podrośnięte dzieci.

Louis 2

Pomaszerowałam więc w poszukiwaniu właściciela kotki, ale jak się okazało, oba kocięta były na miejscu. Tyle że jak wróciłam do domu, to "naszego" kocięcia nie było ani widu, ani słychu. Dobra, pomyślałam, pewnie mały spryciarz przebiegł ogródkami do mamy. I co? I następnego dnia kocię było pod domem. A jak przyszła kotka (sama), to kocię miauczące na trawniku zmierzyła wzrokiem podejrzliwym i nieelegancko mówiąc, olała. Wtedy przypomniało mi się, że poprzedniego dnia za płotem stało nieznane auto, jacyś ludzie pobyli chwilę na drodze i razem z autem znikli.

Louis 3

Zaczęło się polowanie na kocię, ponieważ kocię było wprawdzie ospałe i słabe, ale uciekało w rododendron oraz pod werandę z niebywałą wręcz zwinnością. Nie dawało się skusić na mleczko w miseczkę ani na żadne tam kici kici. I przede wszystkim nie dawało do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. W końcu podstępnie się czołgając chwyciłam małego drania, który rozcapierzył łapki i miauknął przeraźliwie, by moment później przytulić się i mruczeć, i prawie że nie złazić z kolan. Dobra, trochę tu licencja poetycka mnie poniosła, bo przez następne parę dni trzeba było go jednak troszkę podstępem łapać, ale raz złapany nie protestował, tylko tulił się i mruczał.

Louis 4

Pojawił się za to - po pierwszym złapaniu - problem. Kocię nie umiało pić z miseczki. A w domu żadnej strzykawki, bo o pipecie w ogóle zapomnijmy. (W sumie moi Rodzice, którzy są farmaceuto-chemiko-fizykami mogliby mieć jakieś chemiczne narzędzia w domu, prawda?) Z palca - nie. Z pyszczkiem w miseczce - nie. Ze źdźbła trawy - nie. Zbawieniem okazał się listek, który na szczęście rozbudził też instynkt i następnie kocię jadło i piło bez problemu.

Louis 5

Kolejny problem - dom. O pozostaniu w tym domku nie było mowy, bo to dom sezonowy. Akcja na fejsbuku i tym podobnych nic nie dała. W końcu powiedziałam N, że trudno, kot póki co będzie miał u niej dom zastępczy i będziemy szukać nadal.

Hortensja zatem, albowiem miała to być koteczka, została przywieziona do Krakowa - podróż zniosła nad wyraz dzielnie, śpiąc u Taty na kolanach przy dźwiękach Toski. W Krakowie jednakowoż wyrokiem lekarskim okazało się, że Hortensja jest chłopcem (taki dżender), została więc Ludwikiem.

Louis 6

Ludwik ma lekkiego zeza. I jest strasznie śmieszny. Uwielbia taplać się w wodzie. I nadal jest wielką przytulanką, i bardzo lubi ludzi. Ma niestety również tryb zwany Wiewiórą (na cześć Ratatoska - potwornej wiewiórki zamieszkującej Yggdrasil w mitologii nordyckiej), kiedy rzuca się na wszystko z zębami i (obcinanymi) pazurkami, oraz tryb Luxtorpedy, kiedy pędzi z końca mieszkania na drugi koniec, sam chyba nie wiedząc, po co i dlaczego. Ale przede wszystkim jest nieskończenie uroczy z tym swoim zezikiem. I wiedziałyśmy to właściwie od pierwszej chwili, w związku z czym Ludwik... no, po prostu został. I chyba nadal lubi operę.

Louis 7

Tagi: kot
17:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (4) »
Belle epoque czyli epokowy facepalm

Skusiłam się na polski serial. Nie będę udawała, że łączyłam z nim naprawdę wielkie oczekiwania, bo jestem świadoma wyobraźni polskiej telewizji, nawet tej, która ma duże pieniądze, rozmach, a nie ma za to misji upowszechniania jedynego słusznego światopoglądu. Niemniej po szumnych zapowiedziach, że "tego jeszcze w polskiej telewizji nie było", ładnych, choć bezczasowych winietkach, kilku nazwiskach, do których mam zaufanie, w obsadzie, kostiumach z londyńskiej wypożyczalni filmowej, a nie magazynu teatrzyku prowincjonalnego domu kultury (vide niesławna uczta w Wiedźminie, która nasuwała mi skojarzenie z biesiadą w peerelowskim geesie) - po tym wszystkim spodziewałam się poziomu przynajmniej przyzwoitego.

Niestety PPP nie został przez serial Belle epoque osiągnięty. Pierwszy odcinek zaprzepaścił tę szansę i jakkolwiek zamierzam dzielnie dać szansę odcinkowi drugiemu (kołacze mi się po głowie jakiś serial, który niesłusznie osądziłam po jednym odcinku, może N pamięta, co to było), to nie obiecuję już sobie po nim nic, tak na wszelki wypadek.

Bo co mam sobie obiecać po tym, jak z wypiekami na twarzy czytałam o drobiazgowym odtwarzaniu epoki, a następnie po oczach walą mnie współczesne żaluzje w oknach urzędu, przypadkowe obrazki, które sobie na ścianie zawiesił pozbawiony gustu właściciel wynajętego wnętrza, blat z katalogu każdej firmy robiącej kuchnie na wymiar z płyty wiórowej, fryzura à la mroczny, ale łagodny metalowiec i jeszcze sporo szczegółów, o których wolałabym zapomnieć?

Co mam sobie obiecać po tym, że Kraków - prawda, miasto wówczas niezbyt duże - składa się z dwóch czy trzech ulic (na pewno Reformackiej i Pijarskiej), a tabliczki informujące, z jakim urzędem mamy do czynienia przyklejono do fasady tak, żeby nie trzeba było zdejmować tych aktualnych, a filmowe dawały się łatwo zdemontować? Zapyziałe miasto, w którym ulice świecą czystością ledwie maskowaną rozrzuconym tu i ówdzie malowniczo niczym na obrazkach jakiegoś Styki czy Stanisławskiego sianem?

Co mam sobie obiecywać po nieznośnej, przestarzałej i pretensjonalnej pracy kamery, której operator na dodatek zachowuje się tak, jakby w ciągu niecałej godziny postanowił przetestowac wszelkie możliwe ograne i niemodne sztuczki swej profesji (albo, co gorsza, jakby po raz pierwszy dostał do ręki bajerancką cyfrową kamerę i włączał na chybił trafił wszystkie wodotryski). W związku z tym raz kamera skacze gwałtownie po całym pomieszczeniu, innym razem snuje się za bohaterem, zazwyczaj na dodatek nieciekawie prześwietla zdjęcia (ach, te refleksy!) albo też zabawia się ogniskową i filtrami, sztucznie zamazując nam część kadru i nienaturalnie wyostrzając postaci. Efekt niestety jest taki, jakbyśmy wrócili się do pierwszych plenerowych spektakli teatru telewizji albo w ogóle do czasów rear projection, ponieważ postacie wydają się wycięte z otoczenia.

Co mam sobie obiecać po fabule, której rozwiązania domyśliłam się, gdy tylko na ekranie pojawiła się pierwsza palma męczeńska (o podobny przebłysk geniuszu przyprawiła mnie ostatnio powieść Florystka niejakiej Katarzyny Bondy - kto jest mordercą zgadłam przy pierwszym pojawieniu się postaci w jednej dziesiątej książki -  a jest to wyjątkowo niepochlebne porównanie), a która na dodatek została poprowadzona tak prymitywnie i na skróty, że bardziej się nie da? Co po zbieraninie nijakich i na dodatek mało prawdopodobnych i nie z tej epoki (nie z tej ponoć przedstawianej z taką dbałością epoki, znaczy się) postaci będących w najlepszym razie podręcznikowymi typami, a nie bohaterami z krwi i kości? Co po dialogach, od których sztuczności i anachroniczności dostaję gęsiej skórki? Co po kompletnym braku emocji wszystkich po kolei bohaterów?

Co wreszcie mam sobie obiecać po skrajnie nijakim aktorstwie, które tym drewnianym postaciom nie daje choćby cienia życia? W pierwszym odcinku obronili się wyłącznie dwaj panowie Lubaszenko, mimo że nie mieli wiele do zagrania, a kwestie, jakie im napisano, musiały być męczarnią. Paweł Małaszyński sprawia wrażenie, jakby do obsady dostał się z castingu dla naturszczyków, a i to przez pomyłkę. Sprawdziłam sobie jego filmografię i niestety widziałam go jedynie w Pianiście, w którym jest "niewymieniony w czołówce" oraz Katyniu, który grzeszył między innymi drewnianymi postaciami i niewiele lepszym aktorstwem, więc nie mam pojęcia o jego realnych zdolnościach aktorskich. Magdalena Cielecka miała właściwie jedną krótką scenę mówioną, w której wypadła wysoce nieciekawie, nie tylko z powodu fatalnie napisanego tekstu, ale i źle dobranej ekspresji. Pozostałych aktorów nie znam, ale żaden nawet nie zainteresował mnie swoją rolą. A niektórzy, jak np. pani grająca Weronikę i pan grający podejrzanego młodzieńca, byli po prostu fatalni.

A w tym wszystkim tak naprawdę szkoda mi nie tylko zmarnowanej ewidentnie szansy na stworzenie, naprawdę, nowej jakości w polskiej telewizji, skoro już znalazły się na to duże pieniądze. Szkoda mi również pomysłu fabularnego tego pierwszego odcinka, bo on był sam w sobie jako pomysł na motywację seryjnego mordercy całkiem nienajgorszy. Zrobiony dobrze, obroniłby się nawet w Krakowie belle epoque. Niestety scenariusz potraktował go najbardziej prymitywnie, jak się dało, prowadząc bohaterów (bohatera właściwie, bo reszta była tylko tłem) od punktu do punktu i modelowo niwecząc wszelkie napięcie. Skądinąd rozpoczęcie z tak wysokiego konia - seryjny morderca - to nie lada wyzwanie, bo dalej trzeba będzie te zbrodnie eskalować. (To znaczy wcale nie trzeba, fascynujący kryminał można zrobić o zaginionej walizce albo włamaniu do sklepu, ale mam ponure podejrzenie, że twórcy mogą to uznać za konieczne dla utrzymania zainteresowania widzów.). Czytam sobie ostatnio polskie kryminały i to właśnie jest jednym z ich największych problemów - dzieją się one w jakiejś dziurze na końcu świata, znaczy w środku Polski, i w tej właśnie dziurze co rusz to psychopatyczni mordercy i zbrodnie na miarę milionowej metropolii...

Aha, no i oczywiście ktoś musiał wspomnieć Kubę Rozpruwacza. To zapewne na wypadek, gdyby widz miał wątpliwości (np. na podstawie scenografii i dialogów), w jakiej epoce rzekomo dzieje się akcja. Bo przecież nie może być XIX wieku bez Kuby Rozpruwacza.

Kraków

PS. Dopisuję pod wpływem komentarza pfg, bo pisząc powyższe nocą, zapomniałam o jednym aspekcie.  Otóż fatalnie wypada pomysł z współczesnymi piosenkami jako ilustracją muzyczną. Wierzę, że to sie może sprawdzić w filmie czy serialu mocno przestylizowanym, którego cała estetyka jest pod taką koncepcję dobrana. Ale w czymś, co jest robione środkami do bólu tradycyjnymi i bez wyraźnego zamysłu stylistycznego, wychodzi estetyczny bełkot. Jak w jednym z moich skądinąd ulubionych filmów fantasy, "Ladyhawke", gdzie wszystko jest cudne, tylko niech ktoś wymieni muzykę...

Save

Save

Save

Save

wtorek, 14 lutego 2017
A kto to jest ten Penderecki?

Mam wrażenie, że pytanie to w tytule postawione tak śmiało zadaliby mi redaktorzy większości polskich mediów. Wnioskuję tak na podstawie prostej obserwacji: po tym, jak z "Faktów" TVN, podsłuchiwanych podczas wizyty u rodziców, dowiedziałam się o nagrodzie Grammy, którą wczoraj dostał Krzysztof Penderecki za płytę, na której dyryguje własnymi utworami, nie znalazłam tej informacji na pierwszej stronie żadnego polskiego portalu informacyjnego.

Owszem, w ogólnych artykułach o wczorajszej gali znajdują się lakoniczne wzmianki. I nie dziwi mnie, że "muzyka.onet" pisze jedynie tyle: "Warto wspomnieć, że wśród wyróżnionych znalazł się także polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Amerykańska nagroda przemysłu muzycznego Grammy trafiła do Polaka za płytę Penderecki conducts Penderecki, vol. 1 wydaną przez Warner Classics". Bardziej smuci, że niegdyś opiniotwórczy portal gazeta.pl, a co gorsza również pretendująca nadal do bycia medium ambitnym wyborcza.pl też przegapiły tę okazję.

Tym jednakowoż, co smuci naprawdę, jest fakt, że znalazło się tam miejsce dla newsów tak porażających jak przekąski skoczków narciarskich oraz to, że jakaś pani (nazwiska nie pomnę, a news w ciągu kilku godzin został wyparty przez inne) nie pojawiła się w jakimś programie. Co więcej, jestem przekonana, że gdyby polska trenerka fitness, które mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiła na okładkę jakiegoś branżowego pisemka w Ameryce, to news byłby jako pierwszy i najważniejszy, o ile gdzieś by nie nastąpił wybuch jądrowy albo zamach terrorystyczny.

A o Pendereckim nic. Powiem tak: to nie jest mój ulubiony kompozytor, choć zarazem jest to jedyny kompozytor, którego aż dwa dzieła słyszałam na żywo na europejskich prapremierach (jedna, Credo, była chyba w ogóle światowa). Ale z całym szacunkiem dla skoczków narciarskich oraz bez szacunku dla sztucznie rozdymanej sławy prężących mięśnie płaskich brzuchów pań od fitness, Krzysztof Penderecki zrobił dla Polski jako jej nieformalny ambasador na świecie znacznie więcej, niż oni wszyscy razem wzięci. Poza wszystkim jest to sława i wartość nieprzemijająca, obecność trwająca już ponad pół wieku, podczas gdy nawet najbardziej utytułowani sportowcy to jednak gwiazdy sezonowe i tak jak kilka(naście?) lat temu największą gwiazdą był Małysz, tak teraz jest inny (nawet nie wiem, który konkretnie, bo dużo się ich zrobiło), a moda na fitness zapewne zostanie wkrótce wyparta przez coś zupełnie nowego i o tych wszystkich jej gwiazdkach nawet internet zapomni.

A muzyka przetrwa. I wielka szkoda, że tych naprawdę wielkich i odnoszących ogromne sukcesy Polaków w ogóle się nie fetuje, ba, nawet nie zauważa. Podam jeszcze jeden przykład również muzyczny, tym razem z bardziej mojego fanowskiego podwórka. Jedyną polską śpiewaczką operową, z jaką media czasem zrobią wywiad i będą ochać i achać, jest Aleksandra Kurzak, która jako sopran jest bardzo przeciętna, a na dodatek polskie media robiły stosunkowo niedawno szum z okazji jej małżeństwa z gwiazdą opery bardzo przebrzmiałą, Roberto Alagną, który głos i swoje kilka minut miał kilkadziesiąt już lat temu, a ostatnio nie da się go słuchać. Tymczasem taki Piotr Beczała zebrał ostatnio fantastyczne recenzje za wielki i ryzykowny krok w karierze - zaśpiewanie, na razie w Dreźnie, tytułowej partii w Lohengrinie Wagnera. Dla kogoś, kto do niedawna specjalizował się - ze znakomitymi wynikami zresztą - w Mozarcie, operze włoskiej bez Pucciniego czy Czajkowskim, jest to bardzo poważna decyzja i spore ryzyko. Wyszło fantastycznie i jemu, i również debiutującej w tym repertuarze Annie Netrebko - dzięki YouTube widziałam, słyszałam, więc wiem, a recenzje poczytałam.

I co? Ktokolwiek o tym napisał? Nie. Za to nie ma dnia, żeby media nie zasypywały nas informacjami o pseudo celebrytkach, blogerkach i innych efemerydach, które tu przyszły, tam nie przyszły, wyszły na spacer, pokazały albo nie pokazały dziecko, nową kreację albo za dużo tyłka. Trochę wstyd.

Fama

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright