niedziela, 25 listopada 2007
Z lamusa estetyki

Zakończyłam wreszcie pracę nad indiańskimi legendami i zanim rzucę się znów w wir fantasy, mogę sobie co nieco poblogować (zaległości mam straszliwe i na dodatek około dziesięciu zaczętych wpisów, których nie mogę dokończyć... widać jak tylko władza się zmieniła, nic nie wymaga natychmiastowego komentarza) - przez ostatnie tygodnie wolne chwile przed komputerem spędzałam głowiąc się, co zrobić ze słówkami, które nie mają sensownych polskich odpowiedników (np. chipmunk czyli ta piekielna wiewióra z kreskówki) oraz sprawić, żeby baśnie o chłopcu imieniem Indyk (który na dodatek w jednej z nich zamieniał się w indyka) brzmiały po polsku choć trochę mniej komicznie. Nie wiem, jak innym, ale mnie indyk kojarzy się z ptaszyskiem udomowionym, ciężkim i niezgrabnym, a wedle opinii osób znających się na rzeczy na dodatek niewiarygodnie wręcz głupim. Tymczasem w dwóch baśniach zbioru, który właśnie szczęśliwie powędrował w ręce redaktora, indyk jest jednym z totemicznych mądrych zwierząt, na dodatek lekko i bez problemu podfruwa sobie z gałęzi na gałąź. No i nieustannie gulgocze, co już całkiem odejmuje mu resztkę decorum, albowiem bohater jest typowo heroiczny, a po polsku kojarzy się komicznie. Jak widać nieprzetłumaczalność może pojawić się na dość dowolnym poziomie tekstu. 

Decorum czyli stosowność (lub też mniej znane greckie πρεπον) to zresztą kategoria, która wraz z romantyczną rewolucją dosyć poszła do kosza. Kto by bowiem przejmował się, czy np. król może czy też nie może użyć jakiegoś zwrotu? Albo czy takiej czy innej postaci wypada zachowywać się w jakiś określony sposób?

Zarówno Arystoteles jak i Horacy, a za nimi całe rzesze szesnasto- i osiemnastowiecznych autorów poetyk normatywnych, uczyli, że postać powinna postępować, zachowywać się i mówić zgodnie ze swoim ethosem czyli typem. I tak, by powołać się na Horacego, Achilles powinien być porywczy, Medea szalona a Iksjon podły. W naszych czasach wie o tym dobra kultura popularna - dzięki temu oglądając filmy gatunków wiemy, kto będzie czarnym charakterem itd. Ale też dzięki temu można nas zaskoczyć - wprowadzić tropy zgodne z typem, aby je następnie złamać. Zaskoczenie może nastąpić tylko wtedy, gdy dobrze znamy formułę czy stereotyp.

Jest jeszcze kwestia stosowności związanej ze sposobem wysławiania się. W dawnych czasach postacie np. dramatu miały ściśle określony rejestr językowy i stylistyczny, którym mogły się posługiwać - a łamanie tej reguły było zabiegiem komediowym.

I dziś właśnie w języku najbardziej widać, ile straciliśmy zapominając w romantycznej euforii walki z klasycyzmem o zasadzie decorum. Wystarczy popatrzeć na radosną twórczość tłumaczy filmów i książek - ostatnio w jakimś oglądanym przeze mnie thrillerze (oficjalne wydanie na dvd) bohater wyraził się o swojej żonie w napisach per "moja połowica" - a dodam, że kontekst był jak najbardziej zwyczajny, co więcej, w oryginale była mowa o "my perfect half" czyli idealnej partnerce. Tłumacz niestety zapewne poszedł za angielskim "half" - pół (kontekst wskazywał raczej na platońską "drugą połówkę") i sięgnął po archaiczne i obecnie nieco komicznie brzmiące słowo "połowica", w ogóle się nie zastanawiając nad efektem, jaki wywoła u widza.

Przykłady można by mnożyć; wdzięcznym obiektem obserwacji bywa również rodzima twórczość literacka spod znaku literatury popularnej, nie mówiąc już o radosnej twórczości internetowych literatów. A także np. twórców reklam (czyli pożal się Boże świetnie opłacanych tzw. kreatywnych) i autorów dialogów do polskich filmów. W polskiej reklamie rzadko się zdarza, żeby jej bohaterowie mówili językiem naturalnym i autentycznym dla swojej grupy społecznej, co rzuca się w oczy - a raczej w uszy - zwłaszcza gdy reklama w zamierzeniu ma być skierowana do młodzieży. Copywriterzy silą się wtedy na "młodzieżowy" żargon, zapominając, że jest to język, który zmienia się w zawrotnym tempie, w związku z czym to, co dla dwudziestoparolatka z agencji jest jeszcze trendy, dla osiemnastoletniego targetu jest już przebrzmiałe i obciachowe - bo jeszcze nie dość stare, żeby mogło być modne.

Ja już nie wspomnę o wypowiedziach polityków, bo wygląda na to, że ci, dla których język polski był kompletną terra incognita, szczęśliwie odchodzą w niebyt polityczny i do przypisów w podręcznikach do historii.

Już na tym blogu cytowałam kiedyś Potęgę smaku Herberta, więc przypomnę tylko, że "estetyka bywa przydatna w życiu". Stosowność takoż.

Nimfa i satyr

niedziela, 11 listopada 2007
Ty, coś poległ dla idei?

Tę notkę zaczęłam pisać już dawno i wciąż nie mogłam się zdecydować na jej opublikowanie, ponieważ zastanawiałam się, jak napisać to, co myślę, a zarazem nie zostać zlinczowaną, jako że moja niedawna polityczna niepoprawność jest niczym w porównaniu do tego, co chcę tym razem napisać. A ponieważ w święta narodowe - mimo że o dziwo ustanowione w rocznice wydarzeń pomyślnych (odzyskanie niepodległości i uchwalenie pierwszej konstytucji - dominuje u nas ponuractwo i romantyczne cierpiętnictwo, doszłam do wniosku, że nastał czas. Chodzi o to bowiem, że poszłam jakiś czas temu na Katyń Wajdy i moje odczucia są zupełnie inne od tych, o których czytałam w bardzo wielu blogowych wpisach.

Ten film ma momenty wielkie, w których widać rękę mistrza Andrzeja, ale jako całość balansuje moim zdaniem na granicy narodowego kiczu - i gdyby to nie Wajda ten film robił, to zapewne by tę granicę przekroczył. Bardzo jest ten film piękny, Kraków jak malowanie (wnętrza takie, jak pamiętam z mieszkania moich dziadków), ale coś mi w nim dramatycznie nie gra. Nawet wiem co: brak bohaterów, z którymi mogłabym się jako widz utożsamiać, brak napięcia między postaciami, no i nieznośna wręcz idealizacja wszystkiego co się da, z narodowym cierpiętnictwem i męczeństwem na czele.

Historia opowiedziana w tym filmie jest tragiczna i potworna, a jednak patrzyłam na to, jak jest opowiedziana, bez emocji - jak na dzieło akademickie. Wystudiowane pod względem formalnym, zaplanowane tak, żeby poruszyć odpowiednie struny w widzu. Mogłabym się nawet na taką wyidealizowaną wizję zgodzić, gdyby została ona wzięta w nawias (jak komizm w Pociągu życia Radu Mihaileanu, w którym ostatnia scena następuje dokładnie w momencie, w którym widz dochodzi do wniosku, że twórcy przegięli). Gdyby na przykład na końcu okazywało się, że oglądamy to wszystko oczami Anny, której psychika ucierpiała przez przeżycia wojenne, albo też jej córeczki, która ma święte prawo idealizować ojca. Albo gdyby na końcu pojawił się głos zza kadru bądź napis "nazywam się Andrzej Wajda, mój ojciec zginął w Katyniu, ten film jest opowieścią o tym, jak tamto dziecko we mnie widzi tę historię, jak ja widzę mojego ojca". Słowem: gdyby ta idealizacja została w jakikolwiek sposób usprawiedliwiona. Bo przecież nie wszyscy oficerowie, zwłaszcza rezerwy, byli ludźmi nieskazitelnymi moralnie i obyczajowo (a innych tu nie widzimy), nie mówiąc już o tym, że po kilku miesiącach w radzieckim obozie nie mieli szans mieć czystych i odprasowanych płaszczy i wyglądać, jakby minęły dwa tygodnie, a oni mieszkali w hotelu.

Albo weźmy scenę z początku filmu. Jeden z oficerów (Artur Żmijewski) zostaje odnaleziony przez żonę jeszcze przed wywózką - ma jeszcze szanse uciec, a żona i mała córeczka błagają go o to. Ale nie - pojmowany abstrakcyjnie honor nakazuje mu pozostać. To nawet nie jest troska o podwładnych w duchu Conrada, nie. Nie przychodzi mu też do głowy, że wyszkolony oficer przydałby się w powstającej w Polsce partyzantce. A o ile ciekawszy byłby ten film, gdyby Żmijewski uciekł z niewoli, został nawet chłodno przyjęty przez panią generałową i swoje środowisko w Krakowie, ale potem zasłużył się np. w AK. Przecież i tak sporo wątków w tym filmie jest fikcją, więc czemu nie dodać i takiego? A jeśli już miał zostać w tym obozie, to może przynajmniej dać mu nieco ciekawsze uzasadnienie psychologiczne dla takiej decyzji - wspomniane poczucie odpowiedzialności za podwładnych (choć nie jestem pewna, czy jednak nie powinno przeważyć poczucie odpowiedzialności za rodzinę), a może coś związanego z życiem przedwojennym. Niechże by ten Żmijewski miał jakąś choćby drobniutką zmazę na charakterze; skoro był najmłodszym rotmistrzem w polskim wojsku, to mógł mieć nieco przewrócone w głowie, lubić piękne kobiety, kluby oficerskie - cokolwiek. Byleby dało się w niego uwierzyć i co więcej: polubić go. Byleby ta decyzja była np. jakąś ekspiacją za niekoniecznie godne oficera życie przed wojną. Bo inaczej naprawdę trudno zrozumieć porzucenie żony i córeczki na pastwę bolszewików.

Co gorsza, jak dla mnie film ten promuje fatalne wzorce (może i nieświadomie): Polakowi wypada wyłącznie tragicznie umierać, a nie wypada zwyczajnie żyć. Dla mnie prawdziwą heroiną w tym filmie jest Irena, ustawiona tu w roli Ismeny (niestety, wątek z Antygoną w tle jest dla mnie pretensjonalny i łopatologiczny, nic na to nie poradzę), która wprawdzie straciła nadzieję, ale mimo to usiłuje coś zrobić, żeby w nowej rzeczywistości ocalić to, co się da. Ona mówi, że nie wierzy w odzyskanie kiedykolwiek wolności, a mimo to chce coś robić zamiast dać się zabić jak jej siostra, która mogłaby być mniej papierową postacią, gdyby np. pokazać, że jest poharatana przez Powstanie Warszawskie - gdyby była ocalałą bohaterką Kanału.

Najbardziej tragiczną postacią jest Jerzy (Andrzej Chyra), choć też nie dano tej postaci rozwinąć się psychologicznie. Jak dla mnie jest to bohater, który przecież nawet nie popełnił żadnego błędu - po prostu jedyną możliwością powrotu do Polski i walki o tę Polskę było dla niego zaciągnięcie się do armii Berlinga, bo jak sam mówi "nie zdążył do Andersa". Wraca w mundurze enkawudzisty, ale z jego zachowania widać wyraźnie, że tylko czeka, żeby ktoś z dawnych znajomych wyciągnął do niego rękę. To człowiek, który mógłby zostać Konradem Wallenrodem, przyczaić się w kręgach władzy i rozsadzać system od środka. Ale zostaje przez wszystkich odtrącony, daje się mu do zrozumienia, że jest zdrajcą i człowiekiem podłym. No więc co robi, żeby ocalić honor? Strzela sobie w łeb, bo tylko tak wypada. A ja bym wolała, żeby się rozpił i stał wyrzutem sumienia dla tych, którzy go odtrącili w imię idei.

No i wreszcie postać, a raczej wątek (czy też epizod, bo ten film w dużej mierze składa się z epizodów, co byłoby świetnym pomysłem, gdyby przyjąć bardziej paradokumentalną perspektywę, ale średnio sprawdza się w tym natłoku postaci, które usiłują stworzyć jakąś fabułę), która irytuje mnie najbardziej. Tadeusz, bratanek Anny. Młodzieniec, który po epizodzie w partyzantce chce się dostać w Krakowie na studia, a do tego potrzebna mu jest matura. W papierach wpisuje niepoprawną politycznie prawdę o ojcu. Dyrektorka szkoły, wspomniana Irena, i ewidentnie przedwojenny nauczyciel, chcą mu pomóc, ale on urażony wychodzi i tyle go widzieli, po czym w ciągu kilku minut streszcza losy Maćka Chełmickiego (z tym że zamiast zabójstwa Szczuki mamy tu zdarcie plakatu z zaplutym karłem reakcji): zakochanie w przypadkowo poznanej dziewczynie, ucieczkę i bezsensowną śmierć. Problem w tym, że w Popiele i diamencie Wajda dawał do zrozumienia, że to, co robi Chełmicki jest od początku do końca pomyłką: zabija jedynego człowieka nowej władzy, który ma przedwojenny jeszcze format, uniemożliwiając mu na dodatek ocalenie siedzącego w więzieniu syna-partyzanta, po czym sam daje się zabić, torując w ten sposób drogę pijaczkom i karierowiczom z szybkiego awansu społecznego. Wielkość Popiołu i diamentu polega między innymi na tym, że stawia pytania o taką postawę i takie działanie. W Katyniu takich pytań nie ma: postawa Tadeusza jest jedyną słuszną, Ireny nie. Tylko że Tadeusz ginie, zamiast za dwadzieścia i czterdzieści lat wziąć udział w obalaniu komunizmu. Chyba szkoda, nie?

Jest też w tym filmie kilka scen naprawdę wielkich, choć niestety po części zmarnowanych, ponieważ np. niedoopowiedzianych. Dla mnie osobiście najpiękniejszym wątkiem był ten z zakochanym w Annie rosyjskim kapitanem. Wokół tych paru scen można by zbudować naprawdę fenomenalną fabułę, nawet na ten sam temat (Żmijewski zostawia rodzinę, żona dochodzi do wniosku, że jedynym, co może jeszcze ocalić, jest dziecko i zgadza się na fikcyjne małżeństwo, po czym odkrywa, że coś czuje do tego człowieka, który traktuje ją z cichym szacunkiem i nic tak naprawdę od niej nie śmie chcieć czy żądać - i mamy dramat lojalności i uczuć, którego w tym filmie rozpaczliwie brakuje), a postać Rosjanina jest jedyną, której zasygnalizowana jedynie przeszłość mnie zaintrygowała i poruszyła. To człowiek pozbawiony nadziei, z jakąś straszną tragedią w przeszłości, pracujący dla sprawy, w którą nie wierzy, przekonany o tym, że nie wróci z wojny. To człowiek, w którym rozpacz i zobojętnienie nie zabiło reszty człowieczeństwa. Znakomicie naszkicowana i świetnie zagrana postać.

Są też bardzo ładnie pomyślane drobiazgi, jak na przykład piękna filmowo scena, w której generał (Jan Englert) i generałowa (Danuta Stenka) myślą o sobie wzajemnie podczas wigilii - w tym krótkim niemym epizodzie jest więcej emocji niż we wszystkich deklaracjach pozostałych bohaterów. Po co więc potem wprowadzanie przekonania Anny o podobnej emocjonalnej więzi łączącej ją z mężem?

Jest oczywiście wstrząsająca sekwencja finałowa - choć tym razem wolałabym, żeby pokazano nam tylko anonimowe twarze, a nie aktorów grających główne role. Ale przyznaję, w tej sekwencji widać pazur Wajdy nie cofającego się przed rozwiązaniami filmowo kontrowersyjnymi, czego poza tym dość zabrakło w tym filmie. W finale zresztą z pełną siłą dochodzi do głosu znakomicie wykorzystana muzyka Krzysztofa Pendereckiego, zaletą są także bardzo "reportażowe" zdjęcia. Robota operatorska w tym filmie zresztą jest na celująco.

Jest natomiast jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. Dlaczego Wajda, który jest tak wyczulony na wielokulturowość (by przypomnieć chociażby urzekający obraz Wilna w Kronice wypadków miłosnych), nie pokazał tego w obozowej rzeczywistości? Wśród tych dwudziestu tysięcy oficerów głównie rezerwy musieli przecież być - i to zapewne dość liczni - przedstawiciele mniejszości etnicznych i innych wyznań, a nie tylko katolicy. Zresztą po prawdzie gdyby wigilijna kolęda - jako coś tradycyjnie polskiego - zjednoczyła właśnie ludzi różnych narodowości, religii i przekonań, byłby to znacznie piękniejszy symbol niż ta polsko-katolicka jedność.

Szkoda mi tego filmu, szkoda mi tematu, w którym był potencjał na sięgnięcie przez Wajdę do własnej filmowej przeszłości - Kanału, Pokolenia, Popiołu i diamentu, a także Wesela i Popiołów, nie mówiąc już o niezrealizowanym nigdy filmie wg Przedwiośnia, który ponoć chodził Wajdzie po głowie. Potencjał do zadania ważnych pytań o narodowe ideały, a nie tylko do zrobienia narodowego świętego obrazka.

Aha, tytuł notki zaczerpnęłam z wiersza Marii Konopnickiej - w tym celu wyszukałam cały tekst w internecie i ku swojemu absolutnemu zdziwieniu odkryłam, że utwór ten wcale nie ma wydźwięku cierpiętniczego, ale pozytywistyczny - i właśnie o tę ostatnią strofę upomniałabym się w filmie Wajdy. Przytaczam:

Jeszcze większa tobie chwała,
Ty, co żyjesz dla idei,
Przędąc dla niej szaty ciała
Przy ogarku twej nadziei
Jasnych dni...
W pracy, w męce
Krwawisz ręce,
Na jutrzenną świata przędzę
Ból swój wijąc, swoją nędzę...
Bo nikt nie dba i nie zgadnie,
Gdzie ostatnia kropla padnie
Twojej krwi!
Lew spod Cheronei

 

czwartek, 01 listopada 2007
Dis manibus

Dziś na portalu gazeta.pl rozbroił mnie następujący wstęp do artykułu : "Tradycja obchodów Święta Zmarłych jest prawie tak stara, jak ludzkość. Od 610 roku oddawano cześć wszystkim zmarłym 1 maja. Dopiero papież Grzegorz III w 731 roku przeniósł tę uroczystość na 1 listopada."

No cóż, zważywszy że gatunek homo sapiens liczy sobie jakieś 200 tysięcy lat, jest to lekką przesadą - a nawet jeśli za datę początkową "ludzkości" uznalibyśmy wynalezienie pisma, to i tak mamy do czynienia z około sześcioma tysiącami lat historii, wobec których te 1400 to niecała jedna trzecia.

Miałby natomiast rację autor, gdyby napisał po prostu, że u początków kształtowania się człowieka współczesnego leży między innymi szacunek dla swoich zmarłych, a w rezultacie również rozmaite zwyczaje pogrzebowe i wierzenia pozagrobowe, wyrażane na przykład rytuałami związanymi ze śmiercią. Problem jednak w tym, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy fakt, że żyjący na Bliskim Wschodzie neandertalczyk składał do grobów zmarłych kwiaty świadczy wyłącznie o rozwoju emocjonalnym, czy też o jakichś metafizycznych przekonaniach. Składanie bardziej wyszukanych - a zwłaszcza praktycznych - darów grobowych zapewne istotnie świadczy o jakiejś wierze w kontynuację istnienia po śmierci ciała, jest bowiem "wyposażaniem" zmarłego na dalszą wędrówkę czy życie. Prym w zapewnianiu swym zmarłym wygody w życiu pozagrobowym wiedli oczywiście Egipcjanie, którzy rozwinęli najbogatszą chyba teologię i obyczajowość związaną ze śmiercią.

Dla klasycznych Greków i Rzymian zmarli byli obecni w świecie, choć kontakt z nimi był utrudniony. Pomijam tu koncepcje filozoficzne - np. jak dla mnie najciekawszą, mianowicie platońskiej reinkarnacji i anamnezy - ponieważ za mało się na nich znam, a poza tym w stosunku do mitów i wierzeń są wtórne. Bardziej interesuje mnie to, że dla Greków jedną z najstarszych i najbardziej podstawowych form kultu była cześć oddawana herosom - często półmitycznym założycielom danej polis czy też po prostu wspólnoty w okresie sprzed kształtowania się systemu miast-państw. Hellenowie wierzyli również, że zmarli mogą być źródłem większej wiedzy niż żyjący - dlatego poszukujący drogi do domu Odyseusz udaje się do wyroczni umarłych i składa tam ofiarę nie tylko Hadesowi i Persefonie, ale także duchom zmarłych, by zapytać wieszczka Tejrezjasza o losy swojej wyprawy, a następnie od innych bohaterów dowiedzieć się, co wydarzyło się w świecie po zdobyciu Troi. Homer bardzo sprytnie wplata tu zresztą elementy innych historii: np. pojawienie się Agamemnona jest dla Odyseusza zaskoczeniem, żegnali się bowiem żywi pod Troją, jest więc okazja, by powiedzieć co nieco o dalszych tragicznych dziejach rodu Atrydów. Motyw ten wykorzysta później Wergiliusz, wysyłając Eneasza z Sybillą do podziemia, aby mógł porozmawiać z przodkami, a przede wszystkim poznać ostateczny cel całej trojańsko-italskiej awantury: powstanie rodu Julijskiego, z którego wywodził się patron poety, Oktawian. Wergiliuszowym zaświatom przyświecał cel polityczny, a 1300 lat później autor Eneidy został przewodnikiem Dantego po piekle przedstawionym z kolei z moralistycznego punktu widzenia. Nawiasem mówiąc następne 300 lat później Szekspir, każąc Makbetowi oglądać z woli czarownic-wieszczek, a więc następczyń Sybilli, przyszłą chwałę kolejnych pokoleń królów Szkocji i Anglii, wiodących swój ród od Banqua, nawiązał do zaświatowego motywu z Eneidy.

W przeciwieństwie do późniejszych wizji Homeryckie zaświaty są miejscem mało skonkretyzowanym. Achilles mówi o "pozbawionych świadomości umarłych", ale zarazem wszyscy, których Odyseusz dopuszcza do stołu ofiarnego, by mogli przemówić, posiadają tożsamość, osobowość i pamięć tego, kim byli, co więcej - interesują ich losy ich rodzin i przyjaciół. Najbardziej dramatycznym momentem tej rozmowy jest jednak wyznanie Achillesa - tego, który wybrał nieśmiertelną chwałę herosa nad zwyczajne życie - który mówi: "wolałbym za parobka służyć na cudzej roli (...) niż tu panować nad wszystkimi, co znikli ze świata". Te zaświaty są najwyraźniej krainą spokoju (chyba że ktoś zasłużył na szczególną karę) i apatii: braku gwałtownych uczuć, które tak ważne były dla żyjących. Zdają się to potwierdzać typowe wyobrażenia, jakie znamy ze stel nagrobnych: zmarły jest tam zazwyczaj przedstawiany w pozycji siedzącej, spokojnej, z wzrokiem lekko nieobecnym, podczas gdy rodzina czy też słudzy stoją przed nim z dziećmi lub przedmiotami należącymi do świata żywych. Co ciekawe, w przekazie homeryckim, a i wedle późniejszych wierzeń, zmarli potrzebują bardzo konkretnego rodzaju ofiary, by móc rozmawiać z żywymi: krwi, uważanej przecież w dawnych czasach za esencję życia.

Bliższy kontakt ze swoimi zmarłymi mieli Rzymianie, dla których duchy przodków należały do grona opiekuńczych bóstw domowych: nazywane były di manes, czyli dobre bóstwa. I po prawdzie to Rzymianie, którzy nade wszystko miłowali sformalizowany biurokratyczny ład i porządek, jako pierwsi wprowadzili kalendarzowe obchody kultu zmarłych. W drugiej połowie lutego odbywały się w Rzymie ceremonie związane z przodkami (Paternalia) i bóstwami podziemnymi (Feralia). Jeśli gdziekolwiek upatrywać źródeł takiego obyczaju we wczesnym chrześcijaństwie (abstrahując od lokalnych pogańskich obyczajów nawracanych - a może: kolonizowanych - później ludów, które wywarły wpływ na dzisiejszą obyczajowość w różnych zakątkach ziemi), to właśnie tu. Wczesny kościół masowo "chrzcił" różne pogańskie obyczaje, ponieważ wykorzenienie ich okazywało się niemożliwe, zapewne więc tak właśnie stało się z rzymskim kultem przodków.

Stela nagrobna

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright