niedziela, 30 listopada 2008
Sancta simplicitas?

Ostatnimi czasy brałam udział w kilku bloxowych dyskusjach na tematy światopoglądowe, w których, jak mi się wydawało, wyczerpałam bieżącą potrzebę poruszania takich wątków. Tymczasem niedzielna "Gazeta Wyborcza" sprawiła mi andrzejkowy prezent, który w dziwacznie absurdalny, jak ze złego snu sposób wywołał wszystkie demony tamtych dyskusji na raz.

Chodzi o rozmowę z założycielem kolejnego prawicowego pisemka, nazwanego tym razem po mickiewiczowsku "44/Czterdzieści cztery". Otóż pierwsze, co mi się rzuciło w oczy (umysł?) to, że wypowiedzi pana naczelnego są histerycznym i patetycznym bełkotem. Takim niemalże, co wygląda na próbę ośmieszenia endecko-wszechpolskiej postawy. Ale niestety, on tak na serio. I ewidentnie również na serio miesza różne porządki, języki i repertuary wyobrażeń. Bo z jednej strony dosłowne traktowanie nowotestamentowej Apokalipsy, z drugiej - równie poważne przejęcie się ideą matrixa pokazaną w filmie braci Wachowskich...

Powiązanie to jest iście szatańskie, niezależnie od tego, że Matrix, zwłaszcza w swojej ostatniej części, przesiąknięty jest religijną symboliką (nie jestem wszelako pewna, czy tak bardzo pozostającą w zgodzie z ortodoksją katolicką, której obrońcą jest redaktor naczelny "44". Ale do Matrixa wrócimy za chwilkę. Na razie chciałabym zwrócić uwagę na coś innego, żeby w kwestii kształtowania się pewnego typu poglądów było bardziej chronologicznie.

W pewnym momencie we wzmiankowanej rozmowie padają następujące zdania: "Nie będziemy w '44' pisali tylko o apokalipsie i eschatologii. Ale one są dla nas kluczem do rzeczywistości. Poczucie nadchodzącego kresu - apokalipsy - które było udziałem chrześcijan pierwszych wieków, jest nam bardzo bliskie." Otóż pozwolę sobie w tym miejscu stwierdzić, że mało co przyczyniło się w równym stopniu do upadku cywilizacji w okresie najazdów barbarzyńców i pojawienia się różnych radykalnych poglądów (z kultem dziewictwa i pogardą dla doczesności na czele) jak to właśnie przekonanie, że kres dni ma nastąpić za życia pierwszych pokoleń chrześcijan. Żyjąc w takiej perspektywie istotnie łatwo uznać, że nie warto gromadzić dóbr (zwłaszcza jeśli należy się do warstwy społecznej, której i tak to przychodzi z trudem), nie warto się też rozmnażać - najlepiej jest usiąść i czekać.

Jak pokazała historia, oczekiwania te były próżne. Mijały lata i pokolenia, mijały stulecia, a świat się jakoś nie kończył, mimo że kolejne grupki liczyły na to, że kolejne okrągłe daty coś w tym względzie zmienią. Nie zmieniły. Redaktor naczelny jest więc nieco ostrożniejszy i nie wiąże kresu czasów z żadną konkretną datą (mimo że kalendarz Majów wskazuje 2012 rok), tylko ogólnie nastawia się na to, że Armageddon może nadejść w każdej chwili. I w tym momencie jak na ironię chciałabym go zapytać, czemu w takim razie nosi, sądząc po zdjęciu, drogą koszulę i garnitur? Skoro tak drogie i bliskie są mu w tym względzie poglądy wczesnych chrześcijan oraz asceza pustelników, to może odszedłby grzecznie na pustynię w worku pokutnym i bez telefonu komórkowego?

Otóż i w tym względzie redaktor naczelny jest ostrożny i na pytanie dziennikarza o niekonsekwencję (z jednej strony odrzucanie "matrixa", z drugiej deklaracja "żyjemy tu i teraz"), odpowiada natychmiast: "Trzeba go odrzucać tam, gdzie należy... Nie można go odrzucić w 100 proc. Wtedy należałoby popełnić samobójstwo." (Szkoda, że dziennikarzowi nie przyszło do głowy podrzucić eremu w miejsce samobójstwa...)

I tak wracamy do kwestii matrixa czyli ułudy rzeczywistości. Otóż - jako zajadły wróg Baudrillarda i innych postmodernistów - uważam, że na przykładzie tej rozmowy widać (cóż za paradoks), jak bardzo naszkodziły i namieszały ludziom w umysłach ich koncepcje. Bo czymże innym jest świat matriksowy przedstawiany przez redaktora naczelnego, jak nie światem baudrillardowskich symulakrów, tu opisanych jako efekt - a może raczej pole - działania szatana? A wszystko to na usługach skrajnie heterofobicznej, że się tak wyrażę (heterofobia jako lęk i niechęć przed innością, bo dla tego pana złe i grzeszne jest wszystko, co nie zgadza się z ciasno pojętą nauką kościoła katolickiego), ideologii.

A zarazem może sprawiać wrażenie otwartości na nowe idee, bo mówienie o matrixie czyli w domyśle rzeczywistości sztucznej, symulowanej, nie należało dotychczas do repertuaru pojęciowego fundamentalistów katolickich (i zresztą chyba jakichkolwiek).

Zastanawia mnie, co redakcja chce w ten sposób osiągnąć - promować prawicowy punkt widzenia ubrany w kostium bardziej atrakcyjny dla młodego odbiorcy niż skinowsko-wszechpolski czy też polityczno-dmowski? Bo niby ma być intelektualnie i na dodatek podlane lekko popkulturowym sosem. Z 25 osób wymienionych jako publicyści pierwszego numeru znam jedno nazwisko i nie kojarzy mi się ono dobrze - jest to wykładowca, o którym słyszałam, że wobec studentów podważał świadectwa Holokaustu. Ale tylko słyszałam od znajomych, którzy nie chcieli nic w tej sprawie zrobić (bo oceny), więc też niewiele zrobić mogę... Sęk w tym, że pan ten jest wykładowcą na wielkiej i uznanej uczelni, obecnie nawet kierownikiem katedry. Ergo: intelektualistą. Ergo: w pisemku mają się wypowiadać ludzie światli, humaniści.

A na koniec perełka, która jakoś dziwnie stawia ten intelektualizm pod znakiem zapytania. Redaktor naczelny mianowicie marzy o powrocie do średniowiecza, które bardzo mu się podoba jako  "epoka duchowo i moralnie spójna". Niestety, jedno co można powiedzieć po przeczytaniu tych słów: ich autor nie ma zielonego pojęcia o średniowieczu...

 Późnoantyczny Orfeusz

sobota, 29 listopada 2008
Polacy, my lubim pomniki...

Głośno się ostatnio zrobiło o najbrzydszych pomnikach a to Krakowa, a to Polski. I rzeczywiście - jak człowiek na nie patrzy, to chciałby zamknąć oczy i zapomnieć. Ale nie zamierzam wracać do tego, o czym już pisałam i to w sumie nie raz. Przegląd tych ogólnokrajowo najbrzydszych uświadomił mi coś, co też już od jakiegoś czasu kołatało mi się po głowie, tyle że jak dotychczas poruszało głównie w związku z wystawianiem przez rozmaite teatry tragedii antycznych. Mianowicie że współcześni twórcy w dramatycznym wręcz stopniu nie rozumieją tradycji, do której - na nieszczęście swoje i odbiorców - bardzo lubią się odwoływać.

Tym razem moją uwagę zwróciły dwa elementy. Po pierwsze koszmarkowata kolumna, na której następca Mariana Koniecznego na stanowisku głównego rzeźbiarskiego ideologa kraju czyli Czesław Dźwigaj umieścił posąg Piotra Skargi (po prawdzie Konieczny bywał przynajmniej lepszym rzeźbiarzem i artystycznie jego Lenin na Placu Centralnym w Nowej Hucie był o niebo bardziej udany od wszystkich papieży i marszałków Dźwigaja). Kolumna ta mianowicie składa się z całkowicie nieprzystających do siebie części: bazy, która nie wiadomo czym ma być (niby jakieś tam nawiązanie do baz jońskich jest, ale proporcje rozpaczliwie nie te), pękatego gładkiego trzonu z polerowanego marmuru (chyba) oraz kapitela korynckiego, którego rozmiar kompletnie nie pasuje do całej reszty. Na dodatek z niewiadomych powodów baza i kapitel są z kamienia ciemnego, trzon natomiast z jasno szarego.

Problem w tym, że kapitel koryncki, który mimo iż wynaleziony w połowie V w., w rodzimej Grecji nie zyskał wielkiej popularności, był bardzo chętnie wykorzystywany w architekturze zarówno antycznej rzymskiej, jak i później w renesansie, baroku i klasycyzmie oraz wszelkiego rodzaju eklektyzmach. Zawsze jednak architekci starali sie trzymać jednej zasady: porządek koryncki jest de facto odmianą jońskiego, a ten ostatni cechuje się przede wszystkim smukłością, trzony kolumn są wąskie i wysokie, a kapitel nigdy nie ma wysokości równej 1/3 trzonu, a tak jest mniej więcej w kolumnie Dźwigaja. Baza zresztą ma w tym nieszczęsnym pomniku jakąś 1/4 wysokości trzonu, co również pozostaje w sprzeczności z wszelkimi zasadami architektonicznymi. Jeśli zaś chodzi o sam trzon, to po pierwsze takie gładkie zdarzają się jedynie w nieukończonych świątyniach (co stanowi argument na rzecz tego, że żłobkowania wykonywano dopiero po ustawieniu kolumn), a poza tym owszem, lekkie zgrubienie należało do arsenału środków mających wizualnie uprawdopodobnić architekturę grecką (entasis imitowała uginanie się kolumn pod ciężarem belkowania i dachu), ale jest charakterystyczne głównie dla stylu doryckiego. Jak zatem widać, profesor Dźwigaj lekcji z architektury starożytnej nie odrobił.

Drugi ślad bezmyślnego i nieudanego odwoływania sie do antycznej tradycji znalazłam w pomniku studenta znajdującym się w Katowicach. Tu, jak dowiedziałam się z artykułu, do którego link niestety zapodziałam, zamiarem autora było nawiązanie do archaicznego greckiego typu kurosa czyli młodzieńca. Sęk w tym, że z kurosa zostało tu niewiele, mimo że teoretycznie można wyliczyć sporo szczegółów: po trochu fryzura (nijak się nie mająca do przedstawienia studenta...), po trochu jakiś ślad tzw. archaicznego uśmiechu, wysunięta lekko do przodu lewa noga (spuścizna egipska w rzeźbie greckiej), a także dłonie ze zwiniętymi prawie w pięść palcami. No i nagi tors - bo resztę ciała, u kurosa obowiązkowo w całości nagiego, ubrano w spodnie (ponoć dżinsy). Tylko jakoś coś tu nie gra. I nawet nie te nieszczęsne spodnie jako takie, aczkolwiek przyczyniają się do tego, że rzeźba traci proporcje, staje się w dolnej partii ciężka w porównaniu z górną. Bo gdyby artysta zabawnie i twórczo sobie pograł z tradycją, nie miałabym nic przeciwko. Może trzeba było dokładnie odtworzyć kształt kurosa (bez obracania lekko w bok głowy, bez przede wszystkim nakrywania jej nieproporcjonalnym biretem, bez tego lekkiego skrętu w biodrach i z nieco inaczej ułożonymi rękami), a następnie po prostu "włożyć mu" spodnie, jak również np. opięty na torsie podkoszulek (zrównoważyłoby to nieco górę i dół rzeźby).

Oczywiście nawet gdyby ta rzeźba miała nieco więcej sensu stylistycznego, zagadką wciąż by dla mnie pozostało, dlaczego na wzór dla studenta wybrano akurat kurosa, który nijak nie wiąże się tematycznie z edukacją, a to, że przedstawia młodzieńca, to chyba nieco za mało. Jeśli miałabym szukać w charakterystycznych typach rzeźby starożytnej, to może prędzej zdecydowałabym się na egipskich skrybów - w końcu żywot studenta w dużej mierze polega na robieniu notatek... Ale znowu autor rzeźby najwyraźniej obijał się na zajęciach z historii sztuki i pozostało mu w głowie jedynie to, co najbardziej znane.

Oba te przykłady pokazują, że współcześni autorzy pomników w Polsce jeśli nawet podejmują stylistykę tradycyjną, to nie potrafią naprawdę wejść z nią w dialog, ponieważ najwyraźniej jej nie rozumieją. Nie pojmują, że pastisz jest wyolbrzymieniem cech charakterystycznych, w związku z czym nie może modyfikować ich podstawowych założeń; nie rozumieją, że kanony służyły niegdyś zachowywaniu proporcji, których swobodne łamanie nie wychodzi dziełu na dobre. Nie potrafią także odnieść się do tego, co ideowo stało za takim czy innym przedstawieniem - w przypadku kurosów chodzi przede wszystkim o kształtujący się wówczas, tak charakterystyczny dla kultury greckiej podziw dla piękna ciała ludzkiego i poszukiwanie jego idealnego sposobu przedstawiania. Takie niezrozumienie prowadzi do tego, że zamiast inteligentnej zabawy z tradycją otrzymujemy półprodukt - niby zabawny, ale jakoś tak hybrydycznie nijaki.

A szkoda, bo umiejętna gra z tradycją może dawać bardzo sympatyczne efekty. Pięknie elementy antyczne potrafili przetwarzać nie tylko artyści epok klasycyzujących, ale np. secesji i ogólnie modernizmu. (Na Antiquitates co prima aprilis zamierzam zresztą pokazywać takie udane pastisze czy wariacje na temat, bo czasem naprawdę warto.) Dziś twórcy pomników zachowują się tak jak ten reżyser, który w finale Orestei Ajschylosa urządza esemesowe głosowanie mające przesądzić o winie i dalszym losie Orestesa, zapominając (a może nigdy nie wiedział?), że chodzi tam głównie  o przebaczenie, zmazanie win udzielone przez bogów w imię boskiego prawa.

I tak sobie piszę te luźne uwagi i zastanawiam się, skąd się to wszystko bierze i oczywiście znam odpowiedź: ze szkoły, która ostatnio nijak nie uczy rozumienia, a nauczyciele też mają często nędzne pojęcie o tradycji i jej powiązaniach z różnymi epokami. I nagle przypomniała mi się pewna dyskusja o programie studiów na kierunku szumnie zwanym mniej więcej kulturoznawstwem. W odpowiedzi na sugestię, iż przeciętny student nie ma pojecia o początkach sztuki i estetyki, pewna bardzo w polskiej humanistyce Ważna Osoba wypowiedziała takie oto słowa skrzydlate: "a po co ich uczyć o tym, co było przed romantyzmem?" Cóż, ryba, jak wiadomo, psuje się od głowy...

Olimpiejon ateński

PS. Tytuł notki pochodzi oczywiście z wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego pt. Pomnik studenta, który choć napisany w roku 1947 w kwestii polskiej pomnikomanii i jej związków z rzeczywistością nie stracił ani na grosz aktualności.

piątek, 21 listopada 2008
Stara miłość...

Obejrzałam sobie koło północy spore wyimki mojego ulubionego filmu wszechczasów, 2001: Odysei kosmicznej Stanleya Kubricka według (luźno) Arthura C. Clarke'a.

W filmie tym zakochałam się nieprzyzwoicie dawno zobaczywszy fragment finałowej sekwencji, jakieś dwadzieścia minut może. Był to pokaz z okazji jakiegoś Euroconu, Polconu albo innego conu, który odbywał się w Krakowie - nawet nie wiem, co to było, albowiem były to, jak rzekłam, zamierzchłe czasy sprzed mojego konwentowego epizodu. W każdym razie jakiś klub filmowy bodaj ze Śląska zorganizował pokaz, tylko mu się godziny rozjechały, więc kiedy przyszłam na wyznaczoną porę, to film właśnie się kończył - choć ja o tym nie wiedziałam. Weszłam do ciemnej sali gdzieś na uniwersytecie, film leciał, wiec usiadłam w rozlatującej się i pachnącej XIX wiekiem ławce - i odleciałam. Przez następne dwadzieścia minut siedziałam z otwartą buzią, a kiedy film się skończył, uznałam, że jest to jedna z największych niesprawiedliwości, jakie mnie w życiu spotkały.

Byłam zdesperowana do tego stopnia, że przekonałam człowieka z tego klubu, żeby mi kasetę (sic!) pożyczył do domu. A nie był to okres najwyższej asertywności w moim życiu, więc naprawdę musiałam mieć obłęd w oczach, bo kasetę dostałam (najdziwniejsze jednakowoż, że ją potem oddałam, bo obejrzałam kilka razy w kółko... i bynajmniej oddawać nie chciałam). W każdym razie film ten był dokładnie drugim, jaki kupiłam potem na dvd (pierwszym było pełnometrażowe Z Archiwum X,  ale tylko dlatego, że wpadło mi w rękę nieszukane, podczas gdy Odysee im Weltraum, jako że było to w Niemczech, musiałam się naszukać).

Pierwszy zachwyt Odyseją kosmiczną pozostawił we mnie trwały ślad - do dziś, kiedy ją sobie oglądam we fragmentach, to wybieram nieodmiennie sam początek, potem niektóre sceny z sekwencji lotu na Jowisza, no i oczywiście cały ten deliryczno-oniryczny finał (beyond infinity), od którego zaczęłam przygodę z tym filmem. Jakoś dziwnie pomijam większość "gadanych" kawałków, zwłaszcza konferencję na stacji kosmicznej - choć sekwencji lotu na stację i ze stacji na Księżyc przy dźwiękach Nad pięknym modrym Dunajem nigdy sobie nie odpuszczam. I za każdym razem niezmiennie zachwyca mnie zarówno to, że w kwestii efektów specjalnych podróży kosmicznej (tych wszystkich skoków w nadprzestrzeń itd., ale także pokazania nieważkości - zastanawia mnie zawsze, czy Orson Scott Card wymyślając genialny strategiczny pomysł Endera, bazujący na tym, że w próżni nie ma góry ani dołu, inspirował się tymi właśnie scenami) nikt nie zrobił nic lepszego niż Kubrick ok. 40 lat temu, no i zawsze ulegam urokowi niesamowitej precyzji, z jaką skonstruowana jest sekwencja samego finału, w tym "pokoju hotelowym".

Tu należy się uwaga odnośnie "pierwszego razu", a po prawdzie także kilku następnych. Mianowicie kopia, którą oglądałam pożyczoną, była nieźle zniszczona, a następnie jakaś, również wideo, którą zdobyłam (a może nagrałam z telewizji?), nie była wiele lepsza. W każdym razie nasycenie i kontrast kolorów miały na tyle słabe, że w chwili pojawienia się czarnego monolitu w sypialni umierającego głównego bohatera nie było widać, że po kolejnym cięciu na łóżku nie leży już starzec, ale "kosmiczne dziecko" - zamiast tego była ciemniejsza plama, którą uznałam za zabrudzenie na taśmie, a dziecko zobaczyłam dopiero w ostatniej scenie, kiedy ze swego bąbla spogląda na Ziemię. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na dvd zobaczyłam, jak było naprawdę - i pojawienie się tego nowego człowieka nabrało sensu. To taka drobna techniczna anegdota.

A tym razem obejrzałam sobie ulubione fragmenty głównie po to, żeby dokładnie przyjrzeć się sekwencji pierwszej (dawn of man), tej z hominidami. I nadal uważam, że o prehistorii nikt nie nakręcił nigdy lepszego filmu niż te dwadzieścia początkowych minut Space Odyssey. I to mimo że do mnóstwa rzeczy można by się przyczepić (pomijam tu, rzecz jasna, kwestię czarnego monolitu i jego roli w robieniu przez ludzkość wielkich kroków cywilizacyjnych, bo bez niego nie byłoby filmu): sawanna afrykańska była te miliony lat temu mniej sucha, wczesne hominidy wyglądały zapewne nieco inaczej, a przede wszystkim tapiry nie żyją w Afryce, gdzie ewoluował człowiek... ale co z tego? Sceny, w których nasi przodkowie tulą się do siebie w jaskini, przerażeni odgłosami nocnych drapieżników krążących wokół jaskini, dwie grupy odganiają się od bajorka z wodą, jeden z nich ginie zaatakowany przez jakiegoś lamparta czy innego wielkiego kota, a inni nie są w stanie nic zrobić - są po prostu wielkie. Podobnie jak zabawa pitekantropa kością (oczywiście już po zetknieciu z monolitem), w trakcie której odkrywa on możliwości, jakie daje posłużenie się narzędziem.

I tu dochodzę do sedna niniejszego wpisu, mianowicie tego, że pomimo sawanny i tapirów, o monolicie nie wspominając, ten film jest bardzo sensowny. Bo  autorzy nie zapomnieli o jednej istotnej sprawie: mianowicie zdaniem antropologów ważną cechą odróżniającą ludzkie używanie narzędzi od zwierzęcego, jest noszenie tychże narzędzi przy sobie (małpy potrafią wykorzystywać wielokrotnie wygodny kamień leżący na ich terytorium, ale nie zabiorą go z sobą w razie migracji). Tak właśnie robi hominid Kubricka - łazi wszędzie z kością udową tapira, przy pomocy której po raz pierwszy zapewnił swojej grupie świeże mięso.

Niedługo potem - i to już mniej optymistyczny element ewolucji - ta sama kość zostanie wykorzystana do tego, żeby zabić przywódcę konkurencyjnej grupy, która wcześniej przegnała grupę "od monolitu" znad bajorka. To zaraz po tym hominid z kością staje w postawie wyprostowanej i tańczy taniec zwycięstwa i rzuca w powietrze kość, która w cięciu obejmujacym kilka milionów lat oraz ten epizod z kilkoma tysiącami lat cywilizacji zamienia się w statek kosmiczny (to też nie przestaje robić wrażenia).

A swoją drogą, wracając do sawanny, jedno jest w tym przedstawieniu genialne - pokazanie, że ziemia za pierwszych ludzi musiałaby - z naszego punktu widzenia - sprawiać wrażenie niewiarygodnie pustej: nie było przecież żadnych śladów działalności cywilizacyjnej. Może gdyby Kubrick zdecydował się na krajobraz bogatszy w zwierzęta i roślinność - zapewne pradziwszy - nie uzyskałby tego efektu obcości.

Skandalicznie dawno tego filmu nie oglądałam i jakoś przyszła mi na niego ochota, bo ostatnio sporo krążyłam myślami (a i własnymi wpisami oraz dyskusjami gdzie indziej) wokół neandertalczyków. I z radością przekonałam się, że stara miłość nie rdzewieje...

 Paleolityczny rdzeń lewaluaski

środa, 12 listopada 2008
Popis talibański

Z absolutnym szokiem przeczytałam o najnowszym pomyśle rządu i pisowskiej opozycji (co już samo w sobie jest haniebne, zważywszy, że PO wygrała głosami sprzeciwu wobec PiS) dotyczący "usuwania pomników gloryfikujących komunizm, nazizm czy zwalczających postawy patriotyczne". Pomijając to, że sarmacko-romantyczno-martyrologiczna definicja "postaw patriotycznych" propagowana od lat w naszym kraju wydaje mi się w swej wymowie wysoce wątpliwa, a nawet wręcz szkodliwa, zwłaszcza zważywszy całkowite przemilczanie w tej propagandzie postaw pozytywistycznych, to, co przeczytałam dalej, sprawiło, że poczułam otwierający się w kieszeni nóż.

Nie wiem, co chcą uzyskać politycy poprzez taki zapis, dający na dodatek pełną swobodę urzędnikom sprawującym swą władzę z namaszczenia partii, czyli wojewodów. Pomnik jako dzieło należy do sfery kultury. Dzieła sztuki są lepsze lub gorsze w sensie artystycznym - i jeśli mają istnieć w przestrzeni publicznej, to powinno się je oceniać wyłącznie pod tym kątem. Nie miałabym nic przeciwko wrzuceniu do muzeum PRL paskudnych, szpecących krajobraz czy fasady budynków tablic czy pomników, ale pod dwoma dodatkowymi warunkami (pierwszym jest zapewnienie im miejsca w muzeum): że nie będzie to dotyczyć wartościowych dzieł sztuki i że przestrzeń publiczną wokół nas zapełnią dzieła piękne i mające artystyczny walor. A w cytowanym artykule przeczytałam, że jedną z pierwszych ofiar nowych przepisów może paść słynna rzeźba autorstwa Władysława Hasiora.

Równocześnie Polskę zalewa dusząca fala ohydnych pomników papieża, a o ich ustawianiu decydują czynniki nie mające nic wspólnego z poziomem artystycznym - swoją drogą dlaczego kościół, który kiedyś potrafił patronować budowniczym katedr gotyckich, Michałowi Aniołowi czy Mozartowi dziś rękami i nogami broni się przeciwko dobrym projektom architektonicznym i promuje kicz zarówno w sferze sztuki, jak i muzyki? Oczami wyobraźni zobaczyłam właśnie jakiś kolejny papieski lub bogoojczyźniany koszmarek, który stanie na miejscu "Żelaznych organów" Hasiora na przełęczy Snozka, bo przecież cokołów się zazwyczaj nie niszczy, więc coś trzeba będzie ustawić, żeby przyszłe pokolenia nie zaczęły przypadkiem dociekać, co kiedyś stało na pustym postumencie.

Co więcej - niedawno na Rynku krakowskim stały dwie rzeźby (nie licząc wątpliwej urody, za to zadomowionego Mickiewicza): głowa Mitoraja i rzeźba jakiegoś włoskiego artysty, którego nazwiska zapomniałam, zatytułowana bodajże "Romeo i Julia". Żadna z tych rzeźb do Rynku akurat naprawdę nie pasowała (choć ta druga pozwalała sfotografować elementy architektoniczne w ładnej ramie), ale ten "Romeo i Julia" to jak dla mnie była lepsza rzeźba jako rzeźba. Bezpretensjonalna, idealna do umieszczenia w zieleni, chociażby na pobliskich Plantach. Ale znikła i nie wiadomo, co się z nią stało, zapewne artysta zabrał. A szkoda, bo miała lekkość formy, której w polskim krajobrazie bardzo brakuje. Tymczasem Mitoraj jak stał tak stoi, bo miasto boi się, że artysta się obrazi. Mimo że wszyscy zgodnie twierdzą, że akurat ta rzeźba lepiej sprawdziłaby sie na placu dworcowym przed Galerią Krakowską. Na dodatek ze wszystkich rzeźb Mitoraja, jakie widziałam, ta podarowana Krakowowi jest jedną z najsłabszych. Moja ogólna opinia o tym artyście bardzo wysoka nie jest, ale nie przeczę, że również nieźle by się sprawdzał w przestrzeni parkowej na przykład.

Ale wróćmy do talibańskiego wymysłu polityków. Starożytni - bardziej praktyczni? mniej egzaltowani? - mieli obyczaj, który nas czasem dziwi, śmieszy czy przestrasza, ale w sumie jest chyba sensowniejszy - w każdym razie w porównaniu z niszczycielskimi zapędami decydentów w Polsce. Mianowicie już w Egipcie istniał zwyczaj, rozpowszechniony później zwłaszcza w Rzymie, "przywłaszczania" sobie pomników wystawionych przez kogoś wcześniej. Po prostu skuwano oryginalne napisy, wstawiano następne i tak posąg faraona sprzed kilkudziesięciu lat nabierał aktualności. Bardzo często obywało się bez niszczenia tkanki dzieła, które sobie stało jak stało, niepomne ideologicznych zabiegów wykonywanych wokół niego.

Wróćmy również do Hasiora, bo to los jego rzeźby poruszył opinię. "Organy" mogą się podobać albo nie, tablica do nich przykuta tym bardziej, ale w samej formie tego pomnika nie ma nic, co w jakikolwiek sposób nawiązywałoby do treści napisu na tejże tablicy. Oznacza to, że wystarczyłoby zdjąć tablicę i zastąpić ją inną (z nazwiskiem twórcy i rokiem wykonania chociażby) i mało komu przyszłoby do głowy zastanawiać się nad okolicznościami, w jakich rzeźba powstała. A nie zapominajmy, że jest to dzieło wybitnego artysty, uznanego na świecie, taki element krajobrazu, z którego można by uczynić atrakcję turystyczną. Pomijam to, że cała ta otoczka z okolicznościami powstania przydawałaby w oczach zagranicznego turysty smaczku całej sprawie. Ale w Polsce ważniejsza jest Idea niż np. promocja kraju za granicą. Efekt jest taki, jaki opisałam mniej więcej dwa miesiące temu - same wypromowały się stag parties i tanie piwo i teraz nie wiemy, jak sobie z wynikającym z tego wstydem poradzić.

Na koniec wróćmy do tego, co chcą osiągnąć politycy. Przecież chyba nie wymazanie pamięci, nie wykreślenie pewnych kart historii - bo tego się nie da zrobić. Wszystkie napisane w XX w. antyutopie są o tym, że choćby nie wiem, jak się władza starała, ktoś jednak przemyci ziarenko prawdy o tym, jak było, ocali kilka książek, sprzeciwi się zuniformizowanemu życiu. Ideologie jakoś dziwnie lubią walczyć ze sztuką - może dlatego, że jest ona przestrzenią wolności, co pokazują chociażby te nieszczęsne "Organy", jako dzieło całkowicie od ideologii wolne. Dlatego w okresach i miejscach, gdzie ideologia stawała się ważniejsza od rozsądku, tradycji i historii, burzono pomniki i niszczono dzieła sztuki. Czasem oglądamy je teraz, okaleczone, w muzeach. Jeśli organy Hasiora zabrać ze Snozki, to w muzeum nie zagrają - bo zostały zaprojektowane tak, żeby wiatr na przełęczy ożywiał piszczałki. Będą martwym przedmiotem, świadectwem w znacznie mniejszym stopniu kontekstu swojego powstania, a w znacznie większym ignorancji i małostkowości polityków w 2008 roku.

Senator przerobiony na świętego

PS. A propos modeli patriotyzmu poniewczasie przypomniała mi się anegdota o największej wpadce, jakiej cudem uniknęła rada miasta Krakowa-mianowicie jedną z ulic zamierzano nazwać 'Obrońcow Monte Cassino', ale ktoś w ostatniej chwili zorientował się, jak akurat tam było. Se non é vero, é ben trovato, ale nieźle ilustruje stereotyp Polakow w ich własnych oczach.

wtorek, 04 listopada 2008
Filipiki Olivera S.

Pisałam już, że nie ma to jak artykuły gazetowe jako pożywka dla bloga, prawda? Dziś znalazłam dość nieoczekiwany cymesik, który jedakowoż wyjątkowo bardziej mnie rozbawił niż zirytował. Chodzi mianowicie o tekst zamieszczony na portalu gazeta.pl, ale najwyraźniej pochodzący z "Polityki", zatytułowany Kariera Nikodema Busha i traktujący o filmie Olivera Stone'a poświęconym młodości ustępującego prezydenta USA. Nie zamierzam się wypowiadać w kwestii oceny prezydentury Busha ani też jego osobowości, nie zamierzam również zabierać głosu w kwestii jutrzejszych amerykańskich wyborów. Nie zamierzam też po raz n+1 wykładać mojego głębokiego przekonania, że zachowanie w młodości nijak nie powinno rzutować na opinie o człowieku, kiedy bierzemy pod uwagę jego późniejsze dokonania. Nie chcę również - w każdym razie w tej chwili, bo do tego może kiedyś wrócę, ale w mniej gorącym politycznie czasie, bo nie chodzi mi o dorywczą publicystykę - wdawać się w rozważania na temat tego, że wybitny intelekt i bycie dobrym (skutecznym) władcą rzadko idą w parze i Marek Aureliusz jest tu chwalebnym wyjątkiem.

Tym, co mnie rozbawiło i to do łez (a dlaczego aż tak bardzo, to ujawnię na końcu) jest ton tego artykułu, który dzieło Stone'a traktuje tak poważnie, jakby miał do czynienia z rozprawą najwybitniejszego specjalisty od historii i polityki Stanów Zjednoczonych. Wprawdzie artykuł nie jest laurką dla filmu, ale jego autor wyraźnie utożsamia się z poglądami reżysera i niemalże przedstawia to dzieło - pomimo przyznania, że nie jest ono bez wad - jako bryk dla uczniów z historii najnowszej.

Jak na warsztatowo poprawną dziennikarską robotę przystało, autor tekstu wrzuca w swój recenzjo-felieton garść informacji o dotychczasowych dokonaniach twórcy. W kontekście artykułu interesujące jest to, że całkowicie pominięta została spektakularna wpadka Stone'a - "Aleksander". Ciekawe przede wszystkim dlatego, że porównanie z tym filmem mogłoby podać w wątpliwość wszelkie psychologiczne czy historyczne wnioski, jakie wysuwa Stone... Gdyby bowiem postacie historyczne oceniać wedle tego, jak je pokazał Oliver Stone, to Macedończyk wychodzi na żałosnego, płaczliwego idiotę, który z niejasnych dla widza (ale za to mocno Freudem podszytych) powodów ciągnie za sobą wielkie wojsko do Azji i żywcem nie wiadomo, jakim cudem ją podbija...

Sekwencję bitwy pod Gaugamelą poprzedza bardzo piękna panorama równiny z lotu ptaka (dosłownie, mamy krążącego orła), a potem następuje takie ględzenie na dodatek w mało przekonującym wykonaniu Colina Farrela, że żołnierze tej armii powinni byli cichutko złożyć broń na ziemi i wycofać się rządkiem z powrotem do Grecji - Aleksander Stone'a/Farrela zapewne by tego nawet nie zauważył. Jest nawet szansa, że i Persowie Dariusza by się z nudów pospali i żadnej bitwy by nie było i w końcu wszyscy poszliby z ulgą do domu. Zwłaszcza widzowie, którym zostałyby oszczędzone kolejne dwie godziny ględzenia oraz okropnych fryzur i makijażu rodem z gejowskiego harlequina.

Zostawmy jednak na chwilę Stone'a i jego wątpliwe arcydzieło, pozostańmy natomiast przy historii Grecji w IV w. BC. Oceniać kogokolwiek na podstawie filmowej publicystyki tego reżysera to tak jakby oceniać Filipa Macedońskiego wyłącznie na podstawie mów Demostenesa. Co więcej, analogia jest o tyle zabawnie trafna, że Filip - skądinąd jeden z moich ulubieńców, jeśli chodzi o postacie historyczne - znany był z wielkiego zamiłowania do nierozcieńczanego wina, kobiet i ogólnie hulaszczego trybu życia, nie był też raczej intelektualistą, ale był na tyle inteligentny, żeby bardzo dużo zapłacić za wykształcenie syna, a także w zgodzie z już kilkupokoleniową tradycją dworu macedońskiego zatrudniał najwybitniejszych artystów. I jedno nie ulega wątpliwości: Filip był władcą wybitnym, podczas gdy z mów Demostenesa wyziera mały, wredny, żałosny człowieczek, pijaczyna, którego jedyną ambicją jest zniszczyć Ateny. Demostenes nie dostrzega, że mieszkający przez kilka lat w Tebach jako zakładnik młody Filip nie tylko przesiąkł miłością do kultury helleńskiej, której ton nadawali w dużej mierze Ateńczycy, nie zauważa również, że również w polityce nauczył się bardzo dużo od wybitnych wodzów tebańskich owego czasu.

Jeszcze raz podkreślam - nie tworzę tu apologii George'a W. Busha, do którego zresztą również nic szczególnie nie mam. No i analogia przebiega w sumie raczej na linii Demostenes-Stone, a nie Filip-GWB. Bawi mnie tylko wiara dziennikarza "Polityki" w to, że oparty na źródłach wyłącznie prasowych ("bo archiwa jeszcze nie są otwarte") film człowieka znanego ze swej nienawiści do republikanów, może być rzetelny jako ocena sytuacji.

A bawi mnie to szczególnie dlatego, że nieco ponad miesiąc temu, bawiąc jeszcze w Londynie, pojechałam do Cambridge posłuchać, co mają do powiedzenia różne sławy od historii starożytnej podczas konferencji poświęconej władzy królewskiej głównie w Macedonii, państwach hellenistycznych i Persji. Ci, którzy znają mój numer gadu-gadu wiedzą, że jakiś czas po przyjeździe z tej konferencji miałam opis "amica veritas, sed...", będący parafrazą znanej maksymy "amicus Plato sed magis amica veritas": przyjacielem Platon, lecz większą przyjaciółką prawda. Było tak dlatego, że od dawna obiecywałam sobie, że jeśli kiedykolwiek zdarzy mi się spotkać osobiście niejakiego Robina Lane'a Foxa - oksfordzkiego historyka i konsultanta nieszczęsnego filmu Stone'a - to zapytam go, jak mógł się zgodzić na takie przedstawienie postaci Aleksandra i na takie idiotyzmy w wizerunku epoki.

Spotkałam. Rozmawiałam. Nie zapytałam. 

Nie zapytałam, ponieważ znajomość z Robinem Lanem Foxem może być cenniejsza od wygarnięcia mu, że wziął udział w powstaniu tak niemożebnego filmowego gniota. A poza tym RLF jest w sumie sympatycznym, bardzo brytyjskim i bardzo momentami w swojej dziewiętnastowiecznej brytyjskości zabawnym człowiekiem.

To wszystko jeszcze nie tłumaczy, dlaczego ton artykułu z "Polityki" tak mnie rozbawił, więc na zakończenie spieszę z odpowiedzią. Otóż rzeczony RLF miał na tej konferencji wykład, skądinąd całkiem niezły, ale za to okraszony puszczanymi zamiast prezentacji fragmentami wzmiankowanego powyżej wątpliwego arcydzieła, do którego się przyczynił. Po tym wykładzie, dość już późnym wieczorem, wracałam do college'u, w którym byliśmy wszyscy zakwaterowani, z niewielką grupką osób, wśród których był m. in. inny wybitny specjalista od epoki. I tenże człowiek rzucił w pewnym momencie w przestrzeń (również iście brytyjskim tonem z charakterystycznym understatement) takie oto słowa skrzydlate: "So now the Stone movie has become archaeological evidence..." [A więc ten film Stone'a stał się świadectwem archeologicznym...]

 Demostenes, British Museum

sobota, 01 listopada 2008
De mortuis

Antropogeneza pozostaje jedną z największych zagadek ludzkości (pomimo pewnych nieścisłości w nim zawartych, warto przeczytać artykuł o nowych kwestiach spornych, jakie ostatnio się pojawiły). Nie potrafimy uchwycić momentu, kiedy staliśmy się ludźmi, mimo że już dość dobrze znamy czas pojawiania się na Ziemi kolejnych gatunków człowiekowatych oraz ludzkich. Z czysto biologicznego punktu jesteśmy dość młodzi, bo należymy do gatunku, który pojawił się stosunkowo późno: Homo sapiens sapiens, kromaniończyka, Anatomically Modern Human.

Ale przecież narzędzia wytwarzali - to jeden z głównych argumentów na rzecz "ludzkiej" rewolucji wśród naczelnych - nasi znacznie (bardzo znacznie) starsi przodkowie, uważani jeszcze w najlepszym razie za hominidów, a nie ludzi; w postawie wyprostowanej i bez pełnego owłosienia (kolejna cecha typowo ludzka) chodził zaś, jak sama nazwa wskazuje, Homo erectus poprzedzający kromaniończyka o setki tysięcy lat. Na jednych z najstarszych stanowisk w Olduvai znaleziono ślady zagospodarowywania własnej przestrzeni (bo o domach jeszcze długo nie będzie można mówić), do najdawniejszych śladów człowieka w Europie, konkretnie w Hiszpanii, należą między innymi otaczane kamieniami paleniska - wyraźny dowód pomyślunku. Trwają spory o to, które gatunki posiadały umiejętność mowy - kolejny kamień milowy na drodze do tego, kim jesteśmy teraz. Równie sporną kwestią jest to, czy niektóre ślady, wzory na wczesnych narzędziach, są dowodem ich celowego ozdabiania, czy też przypadkowym układem rys, nacięć, uszkodzeń powstałych podczas obróbki i użytkowania. Z drugiej strony niektóre, nieraz również bardzo stare, narzędzia krzemienne wyglądają tak, jakby ich twórcy zależało nie tylko na uzyskaniu kształtu odpowiedniego do zastosowania, ale i harmonijnego, doskonałego pod względem estetycznym.

Piszę sobie te luźne uwagi dziś nie z powodu wspomnianego powyżej artykułu, ale ze względu na obchodzone święto. Wykształcenie się troski o swoich zmarłych uważane jest bowiem dość powszechnie za jedną z cech typowo ludzkich. I znów nie jesteśmy w stanie uchwycić tego momentu chronologicznie:  nie wiemy, kiedy naprawdę nasi przodkowie zaczęli dbać o to, co stanie się z ciałami ich bliskich po śmierci. I nie tylko z ciałami; dość powszechnie przyjmuje się, że wykształcenie się obrządku pogrzebowego związane jest z wyobrażeniami o pośmiertnej egzystencji człowieka - jakkolwiek ją postrzegano.

Ta troska mogła przybierać najróżniejsze formy, dziś dla nas niezrozumiałe, a czasami wręcz makabryczne. Na przykład we wczesnych epokach cywilizacji (neolit, brąz) zmarłych chowano często w domach mieszkalnych, tuż pod podłogą, nierzadko też zdarzały się pochówki wyłącznie części ciał, podczas gdy np. czaszki przechowywano w domach, niekiedy ozdobione maskami z gliny i inkrustacją oczu - świadczą o tym znaleziska z terenów Bliskiego Wschodu. Tak działo się w kulturach, które wierzyły, że obecność duchów zmarłych bliskich może zapewnić im szczęście i dobrobyt, w związku z czym należało zatrzymać przodków przy sobie. Z kolei kremacja ciał w kulturach pierwotnych łączona jest raczej z potrzebą "uwolnienia" duszy człowieka od ziemskich więzów - dlatego na jednym niezbyt dużym terenie mogą występować różnorodne pochówki, warunkowane systemami wierzeń danej grupy, podczas gdy okresy unifikacji obyczaju pogrzebowego uważane są za czas upowszechniania się konkretnych przekonań o życiu pozagrobowym.

Konkretne typy pochówków nie świadczą zresztą nijak o zaawansowaniu cywilizacyjnym. Z historycznych źródeł rzymskich wiemy, że we wczesnej epoce żelaza na Półwyspie Iberyjskim  żyły grupy ludzkie o całkiem zaawansowanej technologii, które swoich zmarłych porzucały na pożarcie dzikim zwierzętom (podobne zwyczaje miały również prawdopodobnie niektóre koczownicze ludy stepowe na wschodzie Europy i pograniczu azjatyckim). Co jeszcze ciekawsze, ubogie lub bogate wyposażenie grobowe w epokach przedhistorycznych nie jest związane z poziomem zamożności danej grupy ludzkiej: w społecznościach, o których wiemy, że przymierały głodem, mogą występować niezwykle bogate dary grobowe, podczas gdy pochówki prawie niewyposażone zdarzają się w grupach bardzo zaawansowanych cywilizacyjnie i mających dostęp zarówno do surowców, jak i towarów importowanych - wszystko zależy wyłącznie od przekonań i wierzeń danej grupy.

Czasy historyczne wraz z uchwytnym rozwarstwieniem społecznym przynoszą troskę o prestiż - zarówno za życia, jak i po śmierci. Kultura egipska była wręcz owładnięta obsesją śmierci, ale w zupełnie inny sposób niż średniowieczna Europa. Jedną z najważniejszych trosk Egipcjanina - zwłaszcza zamożnego i wpływowego - było zapewnienie sobie odpowiedniego grobowca. Budowano je już za życia (bardziej zapobiegliwi czasem wznosili sobie nawet kilka grobów), zaopatrując w zaklęcia i przedmioty mające zapewnić dobre bytowanie po śmierci, a także w wypisane na ścianach życiorysy, przy których bledną współczesne przechwałki w CV.

Jak ważna była troska starożytnych o zmarłych i dochowanie obowiązków wobec nich, mogą też świadczyć przykłady greckie, jak chociażby opisana przez Sofoklesa historia Antygony, która najpierw wypełnia rytuał niezbędny dla zapewnienia bratu przejścia do krainy umarłych, a następnie sprzeciwia się bezczeszczeniu jego szczątków. Może jednak jeszcze bardziej znaczące jest zachowanie Ateńczyków po wygranej bitwie morskiej pod Arginuzami, która mogła im zapewnić zwycięstwo w wojnie peloponeskiej. Ponieważ pod koniec bitwy rozpętała się burza, załogi okrętów nie zdołały wyłowić z morza wszystkich poległych, pozostawiając ich w ten sposób bez właściwego pochówku: za to zaniedbanie Ateńczycy skazali następnie zwycięskich dowódców na śmierć - strzelając sobie tym samym w stopę, ponieważ rok później pod Aigospotamoi ponieśli spektakularną klęskę, która przesądziła o zwycięstwie Sparty w całej wojnie... Ale to troszkę dygresja od zasadniczego tematu.

Zastanawia mnie tak na marginesie tych pre- i historycznych refleksji, czy nasz współczesny obrządek pogrzebowy mógłby powiedzieć cokolwiek przyszłym pokoleniom o naszej mentalności i stanie ducha. Czy będzie świadczył o czymkolwiek poza koszmarną biurokratyzacją naszego życia? Biurokracja zabija uczucia - trzeba załatwić z domem pogrzebowym, żeby zmarłemu włożyć do trumny ulubiony przedmiot, nie wolno zakopać urny w ukochanym ogródku czy też rozrzucić prochów w innym miejscu, które zmarły kochał. Biurokracja pozbawia nas możliwości wyrażenia uczuć, a o przekonaniach - nie zawsze szczerych i autentycznych - mają świadczyć wykonywane masowo pomniki grobowe.

Mam wrażenie, że w tym gąszczu przepisów regulujących całe nasze życie tracimy to, co tak usilnie staramy się odnaleźć wśród naszych przodków sprzed milionów lat - iskrę czlowieczeństwa. Na koniec zatem uwaga o tym gatunku, wokół którego narosło najwięcej sporów, czyli neandertalczyku. Człowieku, który wciąż nam się wymyka, jeśli chodzi o jego możliwości, zwłaszcza intelektualne, czy związki z naszymi bezpośrednimi przodkami. Większość pochówków neandertalskich nie wykazuje żadnych śladów dbałości o cokolwiek więcej niż samo pogrzebanie ciała, czyli ukrycie przed dzikimi zwierzętami.

Zaskoczeniem w związku z tym było odkrycie cmentarzyska w jaskini Shanidar we współczesnym Iraku - nie tylko dlatego, że było to najdalej na wschód wysunięte stanowisko neandertalskie, zdetronizowane pod tym względem dopiero całkiem niedawno - ale też ze względu na obecność pochówków świadczących o tym, że naszym wymarłym kuzynom nieobce były wyższe uczucia oraz jakaś wiedza wymagająca przekazu językowego. Część szkieletów nosiła bowiem ślady procedur medycznych, jeden zaś ze zmarlych pochowany został w grobie, w którym znaleziono bardzo dużą ilość pyłków kwiatowych, wskazujących na jakiś rodzaj ceremonii. Zapewne nigdy nie dowiemy się, czy ktoś z jego (był to mężczyzna) krewnych czy bliskich chciał w ten sposób wyrazić uczucie straty, czy powód był raczej natury estetycznej, czy może już nawet religijnej, ani też czy w takim obrządku uczestniczyła większa grupa ludzi, czy też był on pomysłem i dziełem jednego człowieka. Wiemy tylko, że współcześnie z pojawieniem się kromaniończyka, a może nawet troszkę wcześniej (bagatela, szacunkowo do 20 tysięcy lat) Homo neandertalensis też zadbał o jakiś aspekt pośmiertnej egzystencji jednego z członków swojej społeczności. Jest to dla mnie jakoś równie wzruszające jak słynny wianuszek z kwiatów w grobie Tutanchamona, pozostawiony tam być może przez młodziutką wdowę, Anchesenamon.

 Czaszka neolityczna

PS. To jest właśnie taka oblepiona gliną i o inkrustowanych muszlami oczach czaszka przechowywana w domu, pochodzi z okresu tzw. neolitu preceramicznego B (ok. 7200 BCE), znaleziona w Jerycho, które było jednym z pierwszych protomiast na Bliskim Wschodzie, obecnie w British Museum.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright