niedziela, 29 listopada 2009
Skojarzenia

Dwa pozornie całkowicie niezwiązane z sobą teksty.

Przed chwilą przeczytałam sobie na portalu artykulik o prześladowaniach czarownic w siedemnastowiecznej Łodzi, zaczynający się od takiej oto makabrycznej informacji: Mieszczka łódzka Zosia Strasibotka była sądzona za konszachty z czartem w 1652 roku. Nie spłonęła na stosie, bo wyzionęła ducha podczas procesu. Fakt ten stawia pod znakiem zapytania słynne "państwo bez stosów", bo jakkolwiek określenie to odnosi się głównie do kwestii prześladowania innowierców, to wiemy jak szeroki był w tym względzie zakres oskarżeń. Dalej przytoczone zostały dane statystyczne, zaczerpnięte z opracowań historyków - szacuje się, że w Polsce w XVII/XVIII w. zginęło z powodu oskarżeń o czary ok. 10 tysięcy osób. Wynika z tego, że jeśli więc nawet wojny religijne miały u nas stosunkowo łagodny przebieg (w końcu niepokornych arian tylko wygnano, taka malutka akcja przesiedleńcza słynącego z tolerancji państwa), to inne towarzyszące im histerie niekoniecznie. I ciekawe, jaki procent oskarżonych nie dożywał stosu.

Wczoraj przeglądałam w specjalnym dodatku do krakowskiej Wyborczej życiorysy profesorów UJ aresztowanych w Sonderaktion Krakau i w oczy rzuciło mi się jedno: wielu (jeśli nie większość) z tych, którzy jeszcze w czasie wojny przypłacili życiem naiwne przekonanie, że na uczelni nic im nie grozi, zmarło w swoich domach niedługo po zwolnieniu. Gdyby więc ktoś odpowiednio spreparował statystykę tych zgonów, okazałoby się, że w obozach zginęło/zmarło raptem kilku krakowskich profesorów z bardzo pokaźnej grupy aresztowanych.

Takimi danymi niezwykle łatwo manipulować. Niedawno na zaprzyjaźnionym blogu dyskutowałam zawzięcie z tezą, wyłożoną w książce przez pewnego z wykształcenia archeologa, jakoby człowiek paleolitu dzięki naturalnemu trybowi życia nie chorował na nowotwory, zawał serca i inne choroby, które sieją spustoszenie w XXI w. Haczyk jest oczywiście w tym, że człowiek paleolitu zapewne na te choroby nie umierał, bo po prostu nie dożywał wieku, w którym miał na to szanse, ale to jeszcze nie znaczy, że na nie nie zapadał. Przykład drugi, manipulacji w drugą stronę, pochodzi z mediów najnowszych: obecnie każdy, kto umiera w szpitalu zarażony kolejną nową odmianą wirusa grypy, jest przez dziennikarzy automatycznie ogłaszany ofiarą tej grypy, niezależnie od czynników, które realnie spowodowały zgon.

A tak przy okazji tych dwóch lektur z ostatnich dni nasunęło mi się następujące skojarzenie: Inkwizycja, jak wiadomo, do wykonywania wyroków posługiwała się władzą świecką, no i dbała o to, żeby nie było przelewu krwi.

Nationalmuseet, Kopenhaga

wtorek, 17 listopada 2009
Paragraf 22

Dziecięciem nieletnim będąc, spędziłam rok w przedchavezowskiej Wenezueli, i jako jedyna z rodziny nauczyłam się hiszpańskiego, w związku z czym załatwiałam następnie różne sprawy w urzędach, ponieważ przeciętny urzędnik w tym pięknym (naprawdę pięknym) kraju zasadniczo nie znał języków - skądinąd teraz pewnie nie zna w stopniu jeszcze większym. W każdym razie w ramach tych rodzinnych obowiązków zdarzyło mi się dzień w dzień wydzwaniać do agenta ubezpieczeniowego nazwiskiem Suarez, którego żona nieodmiennie powtarzała, że nie ma go w domu, agent Suarez bowiem robił, co mógł, byle nie ubezpieczyć nam samochodu, jako że kosztowałoby go to trochę wysiłku i cennego czasu, w którym można nic nie robić. Pamiętam też scenę w banku, kiedy urzędniczka na dwie godziny przed zamknięciem oznajmiła, że już nie ma czasu na prostą transakcję. No i oczywiście nie zapomnę nigdy batalii o solvencię czyli rozgrzeszenie podatkowe przed wyjazdem.

Jeśli kiedykolwiek w jeszcze wcześniejszym dzieciństwie zaczytując się w książkach o zwierzętach, z których część działa się w Ameryce Południowej i opisywała święte mañana i absurdy biurokracji, uważałam te opowieści za groteskę, to pobyt w Wenezueli zweryfikował te poglądy. Jeśli kiedykolwiek zaśmiewałam się z załącznika numer ileśtam w 12 pracach Asterixa, to pobyt w Wenezueli zmienił ten śmiech w wisielczy. Spędziłam bowiem lekko licząc pół dnia biegając wraz z rodzicami po piętrach sporego wieżowca pełnego urzędników, którzy żądali na solvencii coraz to nowych pieczątek i podpisów. Wiem, że teraz mało kto mi uwierzy, ale i tak to opowiem.

Kulminacja nastąpiła w chwili, gdy urzędnik z pokoju dajmy na to 403 (takich szczegółów to już nie pamiętam) oznajmił, że nie może przybić swojej pieczątki bez uprzedniego przybicia przez urzędnika z pokoju dajmy na to 738 "małej pieczątki wielkości jednego bolivara" (lokalna waluta). Ponieważ nie odbiegało to od dotychczasowej normy, udaliśmy się potulnie do pokoju 738, w którym okupujący go urzędnik oświadczył, że owszem, on "małą pieczątkę wielkości jednego bolivara", po którą poszliśmy, posiada, ale nie może jej przybić bez uprzedniego przybicia pieczątki podłużnej. A gdzie się taką pieczątkę przybija? Ano w pokoju 403 - po dłuższych debatach okazało się, iż była to właśnie ta pieczątka, której nie da się przybić bez "małej pieczątki wielkości jednego bolivara". Przez jakiś czas krążyliśmy między jednym i drugim urzędnikiem, usiłując przekonać któregokolwiek z nich, żeby zrezygnował ze swoich ambicji i jednak przybił pieczątkę jako pierwszy. W końcu chyba uznali, że się nas tak łatwo nie pozbędą, albowiem - autentycznie - spotkali się przy stoliczku na piętrze położonym mniej więcej w połowie drogi między ich gabinetami i przybili swoje święte pieczątki jednocześnie.

Po prawdzie Wenezueli usiłowały pod względem biurokracji dorównać jedynie Indie, gdzie w jednym hotelu musiałam wypełnić pięciostronicowy formularz zameldowania, zanim wydano mi klucz (dodam, że upiornie bolała mnie głowa i miałam wysoką gorączkę, niemniej recepcjonista był nieustępliwy - nie wezmę prysznica bez tego formularza), a w innym - położonym dosłownie "in the middle of nowhere" w końcu wypełniliśmy formularz dość z sufitu wziętymi danymi, ponieważ wymagał jakichś absolutnie idiotycznych informacji włącznie z tym, ile nocy chcemy tam spędzić - a podejrzewam, że jedynymi ludźmi, którzy zatrzymywali się tam na więcej niż jedną noc, byli kierowcy ciężarówek, którym poważnie popsuły się samochody...

Cały ten anegdotyczny materiał przypomniał mi się, kiedy wczoraj zadzwoniłam na Pocztę Polską, żeby uratować przed odesłaniem przesyłkę, na którą awizo dostałam dokładnie w dniu wyjazdu do Skandynawii, termin odbioru zaś mijał wczoraj. Po powrocie usiłowałam ją odebrać, ale nie miałam jakichś nadmiarów czasu, a ilekroć zaglądałam na pocztę, były tam koszmarnie długie kolejki, które znając tempo obsługi w tym konkretnym urzędzie, oznaczały co najmniej godzinę czekania.

Znalazłam więc w internecie numer telefonu i zadzwoniłam, przekonana, że jeśli podam numer przesyłki i swoje dane, to nie powinno być problemu z zatrzymaniem paczki (oznaczonej na awizie jako "duży polecony", co też nie jest bez znaczenia). Bardzo skądinąd miła pani oznajmiła mi jednak od razu, że coś takiego jest niemożliwe.

- Dlaczego? - zapytałam
- Bo takie są przepisy - odpowiedziała zapewne zgodnie z prawdą, po czym dodała: - Może pani złożyć oświadczenie* w urzędzie, żeby paczka była przetrzymana przez 30 dni.
- Ale problem w tym, że ja nie mam kiedy do państwa podjechać, żeby tę paczkę odebrać, więc jak mam złożyć u państwa takie oświadczenie? - indagowałam dalej w naiwnej wierze w logiczne funkcjonowanie świata.
- Mogła je pani złożyć wcześniej - usłużnie odrzekła moja rozmówczyni.
- Wcześniej po pierwsze nie wiedziałam, że dostanę awizo dokładnie w dniu wyjazdu i jego ważność skończy się tuż po moim powrocie, a po drugie ogólnie nie jestem w stanie przewidywać każdej potencjalnie nadchodzącej przesyłki, której nie wrzucą mi do skrzynki - wyjaśniłam miłej pani nieco może pokrętnie, acz wciąż w zgodzie z logiką. - Czy mogłabym złożyć takie oświadczenie dla wszystkich przesyłek na przyszłość?
- Niestety nie, takie oświadczenie dotyczy tylko tej konkretnej przesyłki. Może pani je teraz złożyć, wtedy zatrzymamy przesyłkę do trzydziestu dni.
- Mówiłam już pani, że właśnie w tym problem, że nie bardzo mam kiedy do państwa podjechać...
- Mogę pani podać numer faksu.
- Nie mam faksu w domu, w związku z czym wysłanie go wymagałoby ode mnie udania się na pocztę, a jak już powiedziałam...
- Niestety musi pani złożyć to osobiście albo wysłać faksem.
- Gdybym mogła do państwa teraz przyjechać, to przecież po prostu odebrałabym tę przesyłkę a nie składała oświadczenie.
- Takie są przepisy.
- A nie mogę pani podać numeru przesyłki i numeru mojego dowodu osobistego przez telefon i pani mi tę przesyłkę przetrzyma o parę dni dłużej?
- A jak ja przez telefon stwierdzę pani tożsamość?

(Tu niestety nie okazałam się wystarczająco schlagfertig i nie zapytałam, jak ona stwierdza moją tożsamość na podstawie faksu, w którym przecież też mogę napisać cokolwiek, a decydująca powinna być moja znajomość numeru przesyłki i nazwiska, na jakie przyszła...)

- To może mailem?
- Maila niestety nie mamy.

(Tu nie wytrzymałam i powiedziałam parę słów na temat tego, że żyjemy w XXI wieku, pani pokornie przyznała mi rację i obiecała przedstawić kwestię maila na najbliższej naradzie.)

- No to co ja mam zrobić? - zapytałam filozoficznie, wątpiąc już w racjonalne i logiczne urządzenie świata.
- Może pani złożyć oświadczenie osobiście albo faksem.

Ponieważ zasadniczo rozmowa wróciła do punktu wyjścia, a pani, która była naprawdę przez cały czas bardzo miła, powierzyła mi tajemnicę pocztową, iż paczki wychodzą z urzędu dopiero w południe dnia następnego po terminie odbioru, poświęciłam godzinę w porze obiadowej na jeszcze jedno podejście do poczty z założeniem, że najwyżej w końcu odstoję swoje w kolejce, aczkolwiek harmonogram miałam dość napięty. Na szczęście typowo polska pora obiadowa okazała się bezkolejkowa i w końcu dostałam do ręki... paczuszkę o wymiarach 13x16cm. Pan w okienku, skądinąd znów bardzo miły, oznajmił mi, że "o wielkości przesyłki decyduje listonosz".

Z natury jestem berserkerem, ale zapewniam, że poczta na ul. Wrocławskiej w Krakowie jeszcze stoi, nie spłonęła i nie zamieniła się w kupę gruzu. Zawdzięcza to chyba wyłącznie faktowi, że wszyscy byli mili i nie było kolejki, bo gdybym na dodatek do wszystkiego odstała się tam godzinę, to nie ręczę za siebie.

Egipski skryba, Neues Museum Berlin

* Swoją drogą dopiero teraz przyszło mi do głowy, że na dodatek nie rozumiem, dlaczego to się nazywa oficjalnie oświadczenie, a nie np. zlecenie czy upoważnienie?

piątek, 13 listopada 2009
Klasycyzm

Będąc w Kopenhadze odwiedziłam również Muzeum Thorvaldsena - po części dlatego, że jest tam niewielka, ale warta zobaczenia kolekcja sztuki antycznej, a poza tym jakoś tak nie wypada nie zobaczyć największego powodu do dumy sztuki duńskiej... Nie żebym jakoś maniakalnie kochała klasycyzm; po prawdzie uważam go za epokę raczej wiejącą nudą.

Ale kiedy zwiedzałam to muzeum, a zwłaszcza dodatkową ekspozycję zdradzającą nieco z warsztatu Thorvaldsena - kopisty rzeźb antycznych, gdzie między innymi pokazane były "surowe" gipsowe modele późniejszych "wygładzonych" rzeźb, przekonałam się po pierwsze, że był to niezwykle utalentowany artysta - zarówno szkice jak te modele zdradzają niezwykłe wręcz wyczucie materii plastycznej - a po drugie naszła mnie pewna myśl, która po prawdzie do teraz nie daje mi spokoju. Mianowicie co stanowi o tym, że akceptujemy powszechnie rzymskie kopie greckich arcydzieł jako coś, co zasługuje na wystawienie w pierwszorzędnych muzeach i ogólny podziw, podczas gdy kopie wykonane w XVIII budzą w nas zupełnie odmienne uczucia.

Nie sądzę, żeby była to tylko kwestia "akademizmu" - niebywałej wręcz doskonałości, czystości formy artystów takich jak Canova czy właśnie Thorvaldsen, ani tym bardziej dodatkowej "wtórności" - ci rzeźbiarze powielali przecież coś, co już samo było zaledwie cieniem oryginału. Obawiam się wręcz, że w tzw. powszechnym odbiorze nie ma świadomości co do tego, że ogromna większość znanych nam marmurowych rzeźb greckich to tak naprawdę rzymskie kopie brązowych oryginałów, które dawno temu zostały przetopione na różne inne rzeczy i w ten sposób zaginęły bezpowrotnie.

Należałoby nawet po prawdzie żałować, że te oryginały nie przetrwały do XVIII w. - ówcześni rzeźbiarze skopiowaliby je ze znacznie większym pietyzmem niż ci na usługach zamożnych Rzymian. Rzymscy kopiści bowiem - a także Grecy wykonujący zlecenia dla rzymskich klientów - dokonywali nierzadko znaczących "korekt" oryginału, aby dostosować rzeźbę do zmienionych warunków ekspozycji (czym innym jest nisza świątynna niż otwarty ogród), a także indywidualnych gustów zamawiającego. Oczywiście ci najbogatsi mogli sobie pozwolić na posiadanie zrabowanego w Helladzie oryginału, podczas gdy podrzędne kopie były dostępne już dla przeciętnego mieszczucha.

I nierzadko tak naprawdę dysponujemy tymi wcale nie najlepszymi naśladowictwami, które nie tylko odbiegają od oryginału, ale czasem wręcz zdradzają niezbyt wielką wprawę techniczną wykonawcy. Na ich podstawie, z pomocą źródeł pisanych czy wizerunków monetarnych, musimy odtwarzać, jak mógł wyglądać oryginał, ale to zawsze będą tylko przybliżenia. Gdybyśmy mieli kopie dłuta wielkich klasycystów, moglibyśmy zapewne ze znacznie większym spokojem uznać, że mamy wierne imitacje. Thorvaldsen wykonywał niezwykle wnikliwe studia i szczegółowe szkice; jak pisał, potrafił cały dzień spędzić w galerii sztuki antycznej, żeby dokładnie oddać oryginał.

Nam, wychowanym na romantycznym ideale indywidualizmu i oryginalności, taka sztuka siłą rzeczy wydaje się wtórna, ale patrząc na te idealnie piękne rzeźby pomyślałam sobie nagle, że gdyby były kopiami istotnie oryginałów a nie ich naśladownictw, nasza wiedza o sztuce antycznej mogłaby być znacznie większa, nawet gdyby te oryginały też zaginęły w jakiejś dziejowej zawierusze.

I jeszcze jedno: nie będąc specjalistką od materiału ani narzędzi, nie jestem pewna, czy byłabym w stanie odróżnić dobrą kopię rzymską od dobrej klasycystycznej. No może po stanie zachowania - te osiemnastowieczne nie mają poobtłukiwanych różnych części ciała...

Muzeum Thorvaldsena, Kopenhaga

PS. Pytanie konkursowe (choć nie wiem, jaka mogłaby być nagroda ;) - co to za rzeźba, Koteczku?

piątek, 06 listopada 2009
Smutny los apologetów

Zewsząd atakują mnie ostatnio takie wypowiedzi - o najróżniejszym autoramencie - że w końcu postanowiłam zadać sobie retoryczne pytanie: co takiego jest z gorliwie wierzącymi chrześcijanami, że od niemal dwóch tysięcy lat ton apologetyczny jest jednym z głównych motywów ich enuncjacji, jeśli tylko w jakikolwiek sposób tematyka zahacza o coś, co da się z religią i/lub historią kościoła powiązać? Pominę miłosiernie absurdalne wypowiedzi kardynała Dziwisza na temat wolności religijnej, bo w sumie to nawet gadać o tym hadko, natomiast pozwolę sobie skomentować sposób myślenia pewnego belgijskiego profesora, który wypowiadał się na konferencji, na której właśnie jestem. Miał on mianowicie całkiem skądinąd od strony zgromadzonych materiałów ciekawy referat o dokumentach historycznych, z których można wyczytać, jak we wczesnym średniowieczu (VI w.) traktowano upośledzone dzieci.

Póki mówił o tym, co w tych tekstach stoi, wszystko było w porządku, problemy zaczynały się, kiedy wyciągał wnioski. Oznajmił mianowicie między innymi, że dopiero chrześcijaństwo wymyśliło opiekę szpitalną i dobroczynność. Oczywiście, w średniowieczu zmienia się nieco sposób funkcjonowania lecznic na bardziej zinstytucjonalizowany (dodajmy niemiłosiernie, że stają się one na dobre kilka wieków głównie umieralniami, ponieważ medycyna zdążyła się w stosunku do antycznej cofnąć dość drastycznie, między innymi z powodu zakazu studiowania anatomii poprzez sekcje zwłok, ale też z innych przyczyn - i to nie jest moja uprzedzona opinia, ale rzecz, którą można wyczytać u specjalistów od średniowiecza), choć znowu nie aż tak bardzo - podobnie jak w starożytności lekarze pracują przy świątyniach, a proces leczenia powiązany jest z kultem religijnym. Z tą różnicą, że kapłan Asklepiosa lepiej znał się na medycynie.

Z tą dobroczynnością też bym nie przesadzała - najlepiej rozwinięta była w Rzymie, gdzie kwitło rozdawnictwo zboża dla najuboższych, mając przy tym bardzo praktyczny cel: najedzony proletariat nie ma ciągot do urządzania zamieszek i obalania władzy. Ponadto świątynie od niepamiętnych czasów zajmowały się karmieniem tych, którzy sami wyżywić się nie potrafili - np. z Sumeru mamy zapisy, iż ludzie, którzy w wyniku takiej czy innej katastrofy utracili wszystko, co posiadali, byli zatrudniani w świątyniach do codziennych prac w zamian za dach nad głową i wyżywienie. Jeśli się odbili od dna, mogli z powrotem iść na własne - nie zostawali niewolnikami.

Zresztą średniowieczna dobroczynność wobec upośledzonych dzieci, która wyłaniała się z referatu tegoż profesora, była dość wątpliwa - rodzice najczęściej (cytuję) "oddawali takie dzieci grupom żebraków, bo inaczej nie potrafiły zarobić na swoje utrzymanie".

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że profesor miał referat jako pierwszy i zaraz po nim bardzo był ze siebie i swoich poglądów zadowolony, ba, w dyskusji kilkakrotnie podkreślił, jakie to zasługi dla ludzkości położyła mentalność chrześcijańska pod koniec antyku (trochę zabrakło mi tu wzmianki o masowych rodzinnych mordach wśród potomków Konstantyna i Teodozjusza, przy których bledną szaleństwa julijsko-klaudyjskie). Sęk w tym, że zaraz potem był referat o kontraktach małżeńskich i rozwodowych w ptolemejskim i rzymskim Egipcie, z którego jasno wynikało, że kobieta miała wówczas ogromne prawa - w razie zerwania małżeństwa z jej woli dostawała zwrot całości posagu, jeśli zaś instygatorem był mąż, musiał w zależności od czasu i miejsca wypłacić jej równowartość półtora lub dwóch wniesionych posagów! W kontekście tego wszystkiego zaczęłam się ponownie zastanawiać (patrz dyskusja dwa wpisy wcześniej) nad mitem, jakoby chrześcijaństwo tak bardzo poprawiło los kobiet.

Dalej zrobiło jeszcze ciekawiej, była bowiem mowa o domowym leczeniu w Rzymie, które najwyraźniej niezależnie od lekarzy stało na całkiem wysokim poziomie. Ale najważniejsza wypowiedź pojawiła się w dyskusji - pewna pani antropolog przytoczyła, całkiem niezależnie od pierwszego referatu, przypadek pochówku człowieka, który miał całkowicie zrośniętą (w zawiasie) żuchwę i szczękę, co uniemożliwiało mu poruszanie ustami, a zatem przez co najmniej kilka lub kilkanaście lat musiał być karmiony pokarmem płynnym podawanym wprost do gardła. (Szkielet należał do osoby dorosłej, zrost kości nastąpił w mniej lub bardziej wczesnym dzieciństwie - to wszystko da się stwierdzić, więc nie było tak, że ten człowiek zmarł z powodu tych zmian anatomicznych; również zagłodzenie można do pewnego stopnia odczytać ze stanu szkieletu, więc taki przypadek również nie miał miejsca.) Pochówek ten pochodził, o ile dobrze pamiętam, z okresu wczesnego cesarstwa i nie był pochówkiem chrześcijańskim. A teraz wyobraźmy sobie tego człowieka we wczesnym średniowieczu, którego humanitaryzm polegający na oddawaniu do żebraków tak wychwalał pan profesor: ktoś taki nie miałby tam szans dożyć wieku dorosłego, bo ani żebracy, ani ludzie dający im jałmużnę, nie karmiliby go.

Dygresja: pozwolę sobie dodać, co nie pojawiło się w dyskusjach, że upośledzony syn Filipa II, Aridajos, nie tylko nie został zostawiony po urodzeniu na pastwę losu (co było praktykowane w starożytności m. in. w przypadku niemowląt, które nie miały szans przeżycia - ale, jak wiemy z późniejszej historii, podobne praktyki wcale nie skończyły się z nastaniem nowej ery), ale w końcu nawet nominalnie został królem Macedonii. Nie wiemy, jakie dokładnie miał problemy zdrowotne, Plutarch zbywa to określeniem, że był "głupcem", być może było to po prostu porażenie mózgowe, a nie upośledzenie umysłowe. W każdym razie historia średniowiecznej i nowożytnej Europy, o ile się dobrze orientuję, zna przypadki znacznie gorszego traktowania takich "głupich" królewskich dzieci niż w barbarzyńskiej zdaniem takiego np. Ateńczyka Demostenesa Macedonii. Koniec dygresji.

Ciekawe, że po tych wszystkich przykładach, jawnie przeczących tezie, jakoby między starożytnością a panowaniem chrześcijaństwa nastąpiła wielka jakościowa zmiana w podejściu do osoby ludzkiej, pan profesor stracił nieco rezon, przestał zabierać głos w dyskusji i w ogóle dosyć znikł. A najpiękniejsze w tym jest to, że nikt właściwie nie zaatakował jego tez, jakoś samo tak wyszło. Smutny jest los apologety.

Asklepios, Muzeum Pergamońskie, Berlin

środa, 04 listopada 2009
Ich bin kein Berliner

Berlin po wielu latach. I co? I głównie ohydna pogoda, w związku z czym to ewidentnie sympatyczne i z pewnością ciekawe miasto poznałam przez pryzmat jednej, trwającej jakieś dziesięć minut trasy: hotel - Museumsinsel. W zasadzie zatrzymałam się tu w drodze do Skandynawii po to, żeby dogłębnie poznać miejscowe zasoby sztuki antycznej, ale po prawdzie miałam nadzieję, że po zamknięciu muzeów pospaceruję sobie w okolice Bramy Brandenburskiej czy nowych ciekawych budynków i pomników. Nie zrobiłam tego, bo zacinający ni to śnieg, ni to mżawka dość zdecydowanie zniechęcały mnie do nawet nie bardzo dalekich wypraw. Zobaczyłam kawałek Unter den Linden, bo bezskutecznie usiłowałam znaleźć bibliotekę Instytutu Archeologii Uniwersytetu Humboldta, a z nowej architektury zapoznałam się wyłącznie z Zentralbibliothek tejże uczelni, ponieważ jest ona otwarta do północy i może tam wejść każdy bez żadnych dokumentów, więc raz po zamknięciu muzeum posiedziałam sobie tam godzinkę.

Poza tym nie jestem Berlińczykiem, a nawet te niemieckie korzenie, jakie posiadam, i które dały mi nordycką czaszkę na śródziemnomorskiej reszcie ciała (wiem, co mówię, bo na ćwiczeniach z antropologii zostałam dokładnie zmierzona i zakwalifikowana rasowo), nic nie pomagają, ponieważ nie jestem w stanie zjeść tutejszej porcji nawet w tajskiej knajpie. U Chińczyka w takim na przykład Londynie dostaje się rozsądną, ani za dużą ani za małą porcję, po której człowiek ma poczucie, że może jeszcze podkreśliłby taki pyszny obiadek jakimś niewielkim ciasteczkiem (w tych lepszych knajpach na dodatek dostaje się takowe jako bonus), a tu - porcja, którą można by wyżywić pułk - no i niestety musiałam co nieco zostawiać na talerzu, co oczywiście sprawiało mi ból, bo jedzenie jak to w prawdziwie orientalnych restauracjach dobre.

Zachwycające natomiast są muzea. Na dodatek wszędzie, nawet w świeżo otwartym Neues Museum, do którego przeniosły się zbiory egipskie, i nawet na ekspozycjach czasowych, wolno fotografować do woli. Ba, nawet trafił mi się miły pan pilnujący, który gdy dziś przybiegłam zobaczyć jeszcze raz - i dofotografować - świetną wystawę "Powrót bogów", zapytał, czy wczoraj nie obfotografowałam wszystkiego. Porozmawialiśmy sobie następnie miło i przekonałam się, że mój niemiecki nawet jakoś działa. Pan nie miał mi za złe, że fotografuję, raczej go to zaintrygowało. Nawiasem mówiąc, mnóstwo pilnujących na Museumsinsel rozmawia między sobą po rosyjsku - ciekawe, czy to taka emigracja zarobkowa? Jeśli tak, to znajdują całkiem przyzwoitą pracę. W niektórych salach to bez trudu mogłabym spędzać całe dnie... w sumie i tak to robię, mimo że mi za to nie płacą.

Z jednym tylko w tych muzeach mają bzika - z niewiadomych powodów większe torebki należy nosić w ręce, a nie na ramieniu. Moim skromnym zdaniem akurat ja mam większe szanse uszkodzić jakiś eksponat trzymając ciężką torbę w ręce, zamiast przyciskać ją ramieniem do boku, ale co kraj to obyczaj. Przynajmniej jak muzeum zamyka się o 18, to o 17.59 nikt nie protestuje, gdy człowiek się wraca o kilka sal, ponieważ zapomniał, że miał zrobić zdjęcie jednej płaskorzeźbie teleobiektywem i, co więcej, dźwigał ten teleobiektyw jedynie w tym celu przez cały dzień.

Tyle na gorąco, więcej zdjęć z muzeów będzie na Antiquitates - w Szwecji powinnam mieć dostęp do netu w pokoju hotelowym, więc będę miała większe możliwości pisania.

Brama Isztar

PS 1. Nie wiem, czy aż tak wyglądam na obywatelkę świata, którą się zresztą czuję, ale nawet w tym Berlinie, pomimo tytułowego wyznania, zdarzyło mi się, że ktoś mnie zapytał o drogę. Zdarza mi się to wszędzie i w sumie jest miłe, ale tu niestety niewiele byłam w stanie pomóc, znając zaledwie kilka ulic...

PS 2. Purystów językowych od razu uprzedzam, że wiem, iż powinnam była napisać "ich bin keine Berlinnerin" ;)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright