wtorek, 29 listopada 2011
Noc listopadowa

Nie mam pamięci do rocznic: nieustannie zapominam o imieninach, urodzinach (co bym robiła bez podpowiedzi fejsbuka...), no i oczywiście o rocznicach historycznych - chyba po prostu mój mózg nie jest kompatybilny z "polityką historyczną", mimo że w oderwaniu od codziennego kalendarza rocznic z datami jako takimi nie mam problemów. Ale dziś coś na jakimś portalu uświadomiło mi, że mamy historyczną rocznicę, która jednakowoż dla mnie niesie skojarzenia wcale nie patriotyczne tylko jak najbardziej osobiste, związane z młodzieńczymi zachwytami...

Otóż jednym z moich najwcześniejszych, dziecięcych w zasadzie wspomnień jest absolutna fascynacja obejrzanym w telewizji spektaklem "Nocy Listopadowej" Wyspiańskiego w reżyserii Wajdy. Najwyraźniej już wówczas nie miałam zadatków na przyszłego wyborcę pisu, ponieważ tym, co mnie zachwyciło, były oczywiście sceny mitologiczne, w tym spektaklu na dodatek śpiewane. Ponieważ były to przaśne czasy sprzed ery wideo (w każdym razie w Polsce), mogłam jedynie marzyć o oglądaniu tego w kółko, w związku z czym jednym z moich największych skarbów stała się później wyczarowana przez mojego ojca , jak mi się wydawało, a w rzeczywistości kupiona w o dziwo wciąż istniejącej na linii A-B krakowskiego Rynku księgarni muzycznej, czarna płyta z nagraniem audio całości spektaklu (chyba w wersji teatralnej, a nie telewizyjnej, ale nie jestem pewna). Efekt jest zasadniczo taki, że do dziś znam praktycznie cały ten tekst na pamięć, włącznie z partiami mówionymi...

Proszę sobie też wyobrazić moje skrajne szczęście, kiedy na fali wznawiania przez Teatr Stary najsłynniejszych spektakli z lat '70 w celu pokazywania ich na różnych rocznicowych festiwalach udało mi się dostać na przedstawienie! (O ile pamiętam, to wręcz na kilka przedstawień, bo grali to przez jakiś czas z pełną widownią.) Oczywiście, wszystko się zmieniło. Zabójczo przystojny Jan Nowicki (Książę Konstanty) z wersji telewizyjnej (zwłaszcza kiedy pojawia się jako Ares w greckiej zbroi pod koniec) był już szpakowatym starszym panem z "Wielkiego Szu", Anna Dymna dawno nie była już dziewczęcą studentką, w związku z czym Kora wyglądała jak żoną Hadesa z pewnym stażem, co zresztą w sumie ma jakiś przewrotny sens w tekście Wyspiańskiego, gdzie ona jest jednocześnie panną młodą po raz pierwszy schodzącą do podziemi i boginią, która powtarza to od tysiącleci... Demeter Zofii Jaroszewskiej była jeszcze bardziej kruchą starowinką niż w telewizji, ale przecież ta aktorka musiała mieć wtedy już koło dziewięćdziesiątki i niesamowite jest to, że grała wciąż równie przejmująco jak w wersji telewizyjnej. W Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej (Joanna) to się w ogóle wtedy niemalże kochałam, więc nie miało znaczenia, czy ma o te kilkanaście lat więcej, czy nie. Jakoś to było najmniej zauważalne. Fenomenalna Barbara Bosak (Atena) od dawna nie żyła, zastąpiła ją Monika Niemczyk, głosowo mniej dramatyczna, ale na scenie całkiem dobrze sobie radząca. Jerzy Stuhr (Wysocki) był już dla mnie przede wszystkim Wodzirejem, co wraz z lekko zmienionym głosem i niezbyt już młodzieńczymi gabarytami nieco psuło zamierzony efekt pokazania powstania jako organizowanego przez kompletnie niedojrzałych i nieodpowiedzialnych młodzików, ale co tam. I tak siedziałam z otwartą buzią, delektując się na żywo tym, co zapamiętałam sprzed lat, wiedząc doskonale jaka będzie każda następna kwestia, i niemalże podśpiewując razem z aktorami.

Gdzieś w międzyczasie przeczytałam całość tekstu, antyk Wyspiańskiego był nawet moim tematem na eliminacje centralne olimpiady polonistycznej, choć tak naprawdę to kochałam ten spektakl, a sztukę nieco mniej, no i zdążyłam się już zakochać np. w "Powrocie Odysa". Także gdzieś w międzyczasie niby z hukiem, a jakoś tak niepostrzeżenie zmieniły się czasy, a sporo później z kolei ja wyzwoliłam się z licealnej niechęci do historii i oprócz kultury pokochałam również historię starożytną. I nagle, oglądając sobie na YouTubie kawałki spektaklu telewizyjnego (mam też już dvd z całością, kupione natychmiast jak się ukazało), uświadomiłam sobie, że...

... na ostatnich zajęciach ze sztuki greckiej wspomniałam "Noc Listopadową" w kontekście dekoracji balustrady wokół świątyni Ateny Nike na ateńskiej Akropolis, ponieważ wbrew tekstowi Wyspiańskiego słynna płaskorzeźbiona Nike (znacie tę Nike Fidiaszową, jak sandał wiąże szybka...) po pierwsze nie jest dziełem Fidiasza, po drugie sandał rozwiązuje, a nie zawiązuje...

... że zmieniłabym tam akcenty, bo kontekst historii naj-najnowszej pokazuje, że Nike spod Cheronei nie powinna wlec się w żałobnych szatach (posępna weszła i cmentarna), tylko potrząsnąć Polską tak jak Filip Macedoński potrząsnął skłóconymi państwami greckimi... (O czym już zresztą pisałam kilka lat temu w kontekście innego zastosowania tego motywu w polskiej literaturze.)

... że nadal bardzo lubię ten spektakl, że nic a nic się dla mnie nie zestarzał, no i że nadal najbardziej lubię w nim te sceny mitologiczne, bo dzięki nim sztuka Wyspiańskiego nie jest partykularna, nie balansuje na granicy politycznej agitki, tylko nabiera uniwersalizmu...

... że jakkolwiek dynamiczny, tryumfalistyczny początek nadal robi wielkie wrażenie, to podobnie jak kiedyś moją ulubioną muzycznie i teatralnie sceną jest pożegnanie bogów w teatrze w Łazienkach - Zygmunt Konieczny napisał do tego stonowaną muzykę, nie gubiąc przy tym swojego stylu - bo jest ono najbardziej "wyspiańskie" w tym dziwacznym pesymizmie i uniwersalizmie wpisanym w ściśle polskie konteksty...

... że przedstawienie w tej sztuce mitu Demeter i Persefony jest na miarę misteryjnego tekstu antycznego...

Czyli, zbierając to wszystko w kilku zwykłych słowach: stara miłość nie rdzewieje.

Nike rozwiązująca sandał

PS. Jedyny klip, jaki na razie znalazłam na YT.

wtorek, 01 listopada 2011
O dyniach i szkodliwych memach

Come back na bloga ma dwie bezpośrednie przyczyny. Pierwszą z nich jest moje osobiste lenistwo (wrócimy do tego na końcu), drugą - felietony zamieszczane w necie, do których nie da się napisać komentarza. I lenistwo, i felieton dotyczą dyni. Dyni halloweenowej, oczywiście.

Felieton napisał niejaki Rafał A. Ziemkiewicz (powszechnie i dalej w tym tekście zwany RAZem), z którym zresztą kiedyś w zamierzchłych czasach aktywności fandomowej byłam na ty, jak właściwie wszyscy w fandomie, a teraz mam wrażenie, że żyjemy na innych planetach... Ale do rzeczy. Rzeczony felieton - mimo zasadniczo słusznej tezy - jest jak dla mnie klinicznym przykładem katolicko-prawicowej demagogii, bo niby sporo rzeczy pisze w miarę rozsądnie (chwała RAZowi za to, że nie zabrania swoim dzieciom robić dyń), ale zarazem powiela i szerzy szkodliwe, błędne memy.

Tako pisze na przykład RAZ: "Nasza, chrześcijańska kultura − i w tym zresztą jej wyższość − każe nam odwiedzać groby przodków, jeśli nie częściej, to przynajmniej w tym jednym dniu." Cóż, odwiedzin przy grobach przodków jako żywo nie wymyśliło chrześcijaństwo, wystarczy popatrzeć sobie na greckie wazy związane z obrządkiem pogrzebowym: dominującą tematyką są odwiedziny przy grobach, ozdabianie ich wstążkami, pozostawianie dodatkowych darów. Spotkanie z siostrą przy grobie Agamemnona jest ważnym elementem fabularnym literackich wersji mitu Orestesa, pojawia się też w sztuce. I można by wymieniać dalej. (Skądinąd mem/mit chrześcijaństwa jako wynalazcy moralności, równouprawnienia kobiet, miłosierdzia i innych błogosławieństw cywilizacyjnych to nie temat na notkę na blogu, ale naukową monografię.)

W dalszym ciągu tego samego akapitu RAZ wytyka współczesnej kulturze: "W krajach, z których zaimportowaliśmy Halloween i walentynki nikt już grobów przodków nie odwiedza, bo grobów nie ma. Przepuszcza się człowieka przez komin i rozsypuje na wietrze." Tu już wkraczamy na grząski grunt niezupełnej prawdy i demagogii. Grób nie jest jedyną formą pamięci o zmarłych przodkach czy przyjaciołach. Dla takich Rzymian na przykład większe znaczenie niż grobowiec (który też odwiedzano) miały przechowywane w domach maski przodków, które np. noszono w procesjach na kolejnych rodzinnych pogrzebach, a na co dzień otaczano wielką czcią. Otóż idę o zakład, że w domach tych okropnych Amerykanów, którzy swoich zmarłych rozsypują na wietrze (zazwyczaj zresztą spełniając ich ostatnią wolę bądź też wybierając miejsce szczególnie przez zmarłego ulubione...), stoją fotografie, przypominające o tych, którzy odeszli. Czy to naprawdę tak bardzo gorsze od wycieczki w miejsce, w którym złożono doczesne szczątki? Ludzie zachowani na portretach, a współcześnie zdjęciach czy filmach w jakiś sposób są wciąż wśród nas, nawet jeśli fizyczne pozostałości po ich ciałach krążą sobie gdzieś po wszechświecie. (Nawiasem mówiąc, sceny odwiedzin na cmentarzach są w amerykańskich serialach na tyle popularne, że nie bardzo chce mi się wierzyć w całkowitą nieobecność takiej tradycji.)

W nieco innym wątku czytamy z kolei: "Nasza kultura uczy od wieków: pamiętaj o śmierci, memento mori (...) Natomiast nowoczesne pop-pogaństwo powiada: nie myśl o śmierci, śmiej się z tego. Baw się, używaj, konsumuj i czniaj, co ma być potem." Tu niestety spotykamy się z problemem, że kościół nijak nie jest w stanie zrozumieć (a jeszcze mniej pogodzić się z faktem), że ludzie po prostu niekoniecznie już wierzą w cokolwiek po śmierci, w związku z czym sankcja religijna przestaje mieć znaczenie. Kościół, jego wyznawcy i apologeci nie są w stanie zaakceptować także tak prostego faktu, że w kontekście globalnym ich wizja jest tylko jedną z wielu (wiem, wiem, światopogląd religijny tej konkretnej religii to implikuje, więc robi się błędne koło), a jej nieakceptowanie może oznaczać, że jednak człowiek woli po epikurejsku cieszyć się każdą chwilą życia. I że może robić to z refleksją, sensownie, etycznie i dobrze, nie popadając od razu w tani i płytki hedonizm. A tak przy okazji: to, że się nie jest przekonanym co do istnienia czegoś, nie oznacza koniecznie, że jest się przekonanym co do tego czegoś nieistnienia - postawa agnostyczna przeczy logice dwubiegunowej i prawu wyłączonego środka, tymczasem zarówno fanatycy religijni jak i ateistyczni najwyraźniej żyją wciąż w świecie tymi zasadami rządzonym.

I jeszcze jedno: nie znam epoki, która tak doskonale łączyłaby dwie - zdaniem RAZa najwyraźniej rozbieżne - tendencje: ponurego memento mori i rozpasanego hedonizmu oraz niemal instytucjonalnego wyśmiewania się ze śmierci jak XVII w. (w Polsce jest to szczególnie wyraźnie widoczne), wiek kontrreformacji. Śmiech był sposobem na oswojenie, ale zastanawia mnie - tu RAZ mimowolnie podsunął mi pewną refleksję - rola opresyjnej religijności w rozwoju takich postaw. Siedemnasty wiek zrodził osiemnastowieczny libertynizm, dzisiejsze mieszanie się kościoła we wszelkie dziedziny życia rodzi równie skrajne postawy.

A jednak nie to wszystko najbardziej razi mnie w felietonie RAZa (żart słowny niezamierzony). Najbardziej nie podoba mi się w nim powielanie wyjątkowo kłamliwego kościelnego memu: że religie przedchrześcijańskie pozbawione były duchowości i głębi - pozbawione religijności, chciałoby się powiedzieć. Nie, RAZ tego wprost nie pisze, bo też nie o tym pisze. Ale skacząc dość dowolnie między historycznym "pogaństwem" a tym, co nazywa współczesnym "pop-pogaństwem" popełnia nadużycie intelektualne, zawarte już zresztą w samym określeniu "pop-pogaństwo" (na dodatek jedno i drugie jest traktowane w kontekście walki z zagrożeniem, co dodatkowo implicite zrównuje oba pojęcia).

RAZ słusznie - i zgodnie z linią, którą kościół musiał przyjąć w obliczu ustaleń nauk historycznych - zauważa, że "Święto zimowego przesilenia, narodzin Słońca, stało się Bożym Narodzeniem, nabrały chrześcijańskiego sensu pisanki i święcenie pokarmów, ochrzczone zostały zapusty i ostatkowi przebierańcy. Przecież i nagrobne światła, które dziś zapalamy, też wzięły się z pogańskiego obyczaju." To wszystko prawda (choć osobiście zapewne inaczej bym to opisała, bo też warunki, w jakich to się działo, nie były tak naturalne i pokojowe, a metamorfoza płynna, jak wynika z użytych sformułowań), ale niestety poprzedza ją takie zdanie: "W swych dziejach Kościół wielokrotnie wygrywał z pogaństwem − i nie ma powodu, by nie wygrał i z pop-pogaństwem naszych czasów." Tu już włącza nam się retoryka walki, a implicite dostajemy informację, że to wszystko, z czym kościół wygrał w dawnych wiekach było równie płytkie i pozbawione wartości jak współczesna kultura konsumpcji.

"Ale rzadko [wygrywał z pogaństwem] w drodze prostego zakazu. Przeważnie po prostu oswajał pogańskie przyzwyczajenia, albo nadawał im nowe znaczenia." No to już jest szczyt demagogii, ponieważ całe to oswajanie wcale nie było pokojowym oswajaniem. Niestety, Rafale A., zaczęło się od bardzo prostego zakazu. Wydał go pod koniec IV w. cesarz Teodozjusz: zabronił wyznawania w cesarstwie rzymskim (a to oznaczało wówczas wciąż jeszcze spory kawał Europy i przyległości) jakichkolwiek innych religii oprócz chrześcijaństwa, nakazał burzenie świątyń i wycinanie świętych gajów (ofiarą padł np. dębowy gaj w Dodonie, znany już Homerowi, a także mnóstwo wspaniałych zabytków architektury i sztuki). Równocześnie armia duchownych zajęła się przekonywaniem ludzkości, że ich bogowie są kłamstwem, złymi demonami itd. Na temat "oswajania" i "nadawania znaczeń" pisano traktaty, nie przypadkiem naginając rok liturgiczny i jednocześnie każąc zapominać o wcześniejszych znaczeniach "oswajanych" świąt. To była walka ideologiczna zakrojona na nieznaną dotychczas skalę, wynikająca z cesarskiego edyktu, a nie żaden naturalny proces (jak drzewiej bywało, bo fuzje wierzeń i bóstw były na porządku dziennym). Nawiasem mówiąc, te same metody (niszczenie posągów, wycinanie świętych gajów) stosowano w procesie chrystianizacji barbaricum w średniowieczu. Aż nachodzi człowieka smutna refleksja, że chrześcijaństwo od IV w. było narzędziem politycznym, więc we współczesnej Polsce nie mamy do czynienia z niczym nowym.

I jeszcze jedno, tym razem gruby kaliber: "Takie są najgłębsze kulturowe − czy, właściwie, antykulturowe − znaczenia, ukryte pod wesołą zabawą, którą ochoczo naśladujemy." Nie jestem wcale przekonana, czy nawet zabawowe nawiązanie do starej - i bardzo duchowej - tradycji można określać jako antykulturowe. Kultura to nie jakiś monolit na piedestale; to, nawiasem mówiąc, jeden z głównych błędów popełnianych, kiedy popularnie mówi się o kulturze starożytnej. Szkoła rzuca nam ochłapy z górnej półki, że posłużę się taką mieszaną metaforą: usłyszymy coś o Platonie, Fidiaszu, Homerze i Safonie. A tymczasem kultura antyczna to także mim o wysoce niewyrafinowanym humorze, żartobliwie nieprzyzwoite bądź wręcz sprośne wierszyki, komiczne malunki na wazach czy ścianach domów (o lupanarach już nie wspominając), rzeźby gnomów, romanse przygodowe itd.

Być może póki chrześcijaństwo było jedną z licznych niewielkich mesjańskich sekt w obrębie judaizmu i trzymało się wiary w niechybny bliski koniec świata, jego wyznawcy mogli istotnie ascetycznie stronić od różnych spraw świata tego. Może jeszcze bezpośredni wyznawcy nauk Pawła z Tarsu mieli szanse na takie - sekciarskie - zachowania. Ale już w III/IV w., w okresie poprzedzającym edykt mediolański, wśród zwykłych chrześcijan byli zapewne zarówno ascetyczni fanatycy jak i zwykli ludzie, nie różniący się swym sposobem życia od wyznawców Mitry czy Izydy. Ci pierwsi wzięli następnie górę jako przewodnicy duchowi i jeśli kiedyś w historii zaistniała działalność antykulturowa, to uprawiali ją rozmaici Tertulianowie i Tacjanowie oraz ich anonimowi uczniowie i naśladowcy - zakazując zawodów sportowych, przedstawień teatralnych. Ukoronowaniem tego trendu było kolejno zniszczenie Biblioteki w Aleksandrii (IV w.) i zamknięcie Akademii Platońskiej w Atenach (VI w.). Bodajże właśnie Tacjan został świętym m. in. za skuteczną walkę z posągami - czyli ze sztuką.

No a w średniowieczu do kultury niewątpliwie chrześcijańskiej należały rubaszne piosenki żakowskie, prześmiewcze traktaty, niepoważne przedstawienia rybałtów i tak dalej. Nie, na szczęście nawet chrześcijaństwo nie zdołało zaszczepić w człowieku ponurej, posępnej wizji świata, w której działalność kulturowa może być wyłącznie ambitna, na koturnie, a już najlepiej powiązana wyłącznie z refleksją o sprawach wyższych. (Kolejny mem do utłuczenia: mit złotego wieku w sensie kulturowym, tzn. kiedyś to ludzie tworzyli tylko wysoką sztukę,i mówili wyrafinowanym językiem, a my mamy zalew popkultury.)

Już na marginesie felietonu a nie bezpośrednio w związku z nim: może zamiast z dyniami katolicy raczej powalczyliby z ohydnymi, niemającymi już nic wspólnego ani z duchowością, ani z tradycją ludową, kiermaszami odpustowymi (popularnie zwanymi  po prostu odpustami, co samo w sobie świadczy o laicyzacji tradycji religijnych), odbywającymi się przy polskich kościołach? Z dzieciństwa pamiętam naszyjniki z ciasta chlebowego, drewniane zabawki, papierowe wiatraczki - a potem stopniowe pojawianie się plastikowego paskudztwa rodem z Chin, aż po dzisiejsze stragany z tym, co jest w każdym tanim sklepie z zabawkami i supermarkecie? One z pewnością degradują kulturę (religijność zresztą też) i są najbardziej jaskrawym przejawem płytkiego konsumpcjonizmu, jaki znam z własnego podwórka - i to nie tego celebryckiego, ale powszechnego.

Tym sposobem doszłam mniej więcej do końca tego, co w felietonie RAZa chciałam zdekonstruować, że posłużę się tym paskudnym terminem. Po prawdzie wynikło to z dyskusji na fejsbuku - i po prawdzie muszę tu z przykrością wyznać, że rzeczony fejsbuk zadał nieco cios w plecy blogowi, bo dyskusje różnorakie tam się przeniosły. I to jest niewątpliwie lenistwo intelektualne, z którym postaram się powalczyć. Ale jedną rzecz okołofejsbukową wytłumaczę: zarzucono mi tam między innymi, że dzielę felieton RAZa na czworo. Może. Ale wydaje mi się, że takie umiarkowane felietony, w których jest sporo sensownych uwag ("nie sądzę, aby wytaczanie przeciwko halloweenowej dyni ciężkich dział miało sens", "moje córki, a jakże, ustawiły swoje haloweenowe dynie na balkonie, bardzo z nich dumne, i nie widzę w tym żadnego dla nich niebezpieczeństwa") są bardziej demagogiczne od prymitywnego ideologizowania za pomocą łopaty.

Nie chodzi mi oczywiście o to, że RAZ pisze z punktu widzenia katolika, bo ma do tego prawo, katolikiem będąc ("duchowni, którzy podnosząc przeciw zabawie poważne argumenty usiłują powstrzymać modę zakazami, popełniają taktyczny błąd", "dopóki [moje córki] wiedzą, że o zmarłych dziadkach trzeba pamiętać, odwiedzać ich groby, przyozdabiać je i modlić się na nich ... to żadna moda i zabawa im nie zaszkodzi"). Chodzi mi na przykład o to, że w wykropkowanym środku ostatniego zacytowanego zdania mamy paskudną generalizację "a nie, jak Amerykanie, traktować zmarłego jak starą kanapę, którą trzeba po prostu usunąć z domu i pozbyć się kłopotu". Oraz o to, że taki skądinąd rozsądny głos powielający fałszywe memy powiela je skuteczniej niż wściekły, zajadły bełkot. Bo bardzo łatwo pomyśleć, że oto mamy wreszcie rozsądny głos ze strony katolickiej i nie zauważyć, że może i nie celowo, ale jest on nasycony płytką demagogią. Dlatego właśnie postanowiłam jednak podzielić go na czworo.

A teraz w kwestii mojego lenistwa: właściwie to powinnam ideowo wystawić sobie gdzieś jakąś dynię. Ale dni okołoświąteczne spędzam sobie w dużej mierze zacisznie u rodziców, którzy wprawdzie dynię mieli, ale przerobili ją w tempie ekspresowym na konfiturę. A mnie nie przyszło do głowy, że w ramach demonstracji przeciwko fanatycznym antydyniowym ekscesom powinnam solidarność z dynią zamanifestować. Dlatego postaram się w przyszłym roku wywiesić jakieś ładne dynie na balkonie - poza wszystkim jest szansa, że okażą się dobrym odstraszaczem gołębi.

Lekyty białogruntowane (V w. p.n.e.), sceny odwiedzin przy grobie

PS 1. "To zakrawa na paradoks − w 'cywilizacji śmierci' śmierć nie istnieje, jest kompletnie wypychana ze świadomości, podczas gdy w cywilizacji życia stanowi centrum. Oczywiście, paradoks jest, jak się nad tym zastanowić, pozorny." Przyznam, że nie do końca chwytam, o co RAZowi chodzi z tą pozornością (nie wytłumaczył), ale autorom i propagatorom memu cywilizacja śmierci vs cywilizacja życia dałabym pod rozwagę, że może te określenia po prostu nie mają sensu i są z gruntu demagogiczne, skoro jest dokładnie na odwrót? Przypomina się stara zasada, że jeśli teoria nie pasuje do faktów, to jednak coś nie w porządku jest z teorią...

PS 2. Na fejsbuku pisałam jeszcze o tryumfalistycznym tonie zawartym w tym RAZowym tekście (znów niezamierzona gra słów...), co spotkało się z protestami obrońców felietonu - utrzymuję tę tezę. Te sformułowania o wyższości "naszej" religii, te zapewnienia, że znów pokonamy wroga - to wszystko trąci kontrreformacją i jej duchem.  Niesympatycznym duchem księdza Skargi, który dość nieszczęśliwie ma patronować w tym roku naszemu parlamantowi.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright