czwartek, 15 listopada 2012
Moi romantycy

Drodzy czytelnicy, znów będzie autoreklama, ale co tu ukrywać... chodzę sobie dumna i blada, bom oto opublikowała sporą liczbę przekładów poezji i to w Bardzo Renomowanym Czasopismie (Literatura na Świecie, nr 9-10/2012), a nie - jak dotychczas - pojedyncze utwory w periodyku dość niszowym. I to poezji nie byle jakiej, ale z najwyższej półki. Keats, Shelley i Wordsworth. Nad Keatsa to moim skromnym zdaniem wyrasta niewielu poetów, o ile w ogóle nie jest tak, że na tym najwyższym podium stoją oni równo, bo jak tu na serio porównywać sonety Petrarki czy Szekspira i Odę do urny greckiej? Dla mnie zresztą ta ostatnia jest jednym z ostatecznych punktów dojścia poezji. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczę piękniejszy i mądrzejszy (a może po prostu: ważniejszy dla mnie) wiersz. Ale jedno wiem: chcę znów zabrać się za poezję, bo odkąd już ponad cztery lata temu N namówiła mnie na przełożenie Pieśni ku czci Mitry Kiplinga (a potem, jak to już ktoś zechciał opublikować i zebrało nawet dobre recenzje, popróbowanie sił z Urną właśnie), dość zachorowałam na tłumaczenie wierszy. A dzięki dobrym słowom i zachętom różnych znakomitych osób, które zamęczałam czytaniem tego, co powstawało w ciągu kilku ostatnich lat, mogę teraz cieszyć się swoim nazwiskiem tuż pod nazwiskami poetów, których naprawdę lubię czytać. Bo niełatwo było to posłać do redakcji, naprawdę niełatwo...

Mam w związku z tym wielki plan napisać tu kilka krótkich notek, w których wytłumaczyłabym się sama przed sobą, a i trochę przed czytelnikami, z pewnych decyzji translatorskich, bo aż zbyt często bywają one trudne i bolesne. Ale pracując akurat nad tym zbiorkiem - który, mam nadzieję, kiedyś przybierze kształt niezależnego tomiku, może z angielską poezją romantyczną i wiktoriańską - jednego byłam pewna: na pierwszym miejscu jest melodia wiersza, jego dynamika (zarówno rytm jak i metaforyka, która też przecież może być statyczna lub dynamiczna), jego brzmienie.

W każdym razie - nieskromnie zapraszam do lektury romantycznego tomu Literatury na Świecie...

Rzym, Piazza di Spagna

PS. Kategoria, w której pisuję z rzadka o przekładach, nazywa się po horacjańsku servum pecus czyli trzoda niewolników, bo tak w Sztuce poetyckiej zostali nazwani nie tyle tłumacze, ile naśladowcy (co wówczas było praktycznie tym samym, bo nie rozróżniano takich nowoczesnych kategorii). Tymczasem już tłumaczenie powieści młodzieżowych, które były wymagające językowo (np. trzeba było wymyślić sensowne gry słowne, nie gubiące skojarzeń zawartych w oryginale, a zarazem zabawne po polsku), a co dopiero poezji z najwyższej półki, uświadomiło mi, że tłumaczenie jest jednak sztuką: daje artystyczną satysfakcję, ale jest także efektem iście artystycznych męczarni...

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright