piątek, 15 listopada 2013
Jak (znów) nie polubiłam Toski

Obejrzałam Toskę. Po raz pierwszy w całości od bardzo wczesnej młodości, prawie dzieciństwa, kiedy byłam na tej operze w Teatrze Wielkim w Warszawie. Podśmiewałyśmy się trochę z N, że wytrzymałam do końca ze względu na epokę vel kontekst historyczny. Który, skądinąd, do wczoraj kojarzył mi się jakoś tak z Garibaldim i Risorgimento (co zresztą, w świetle zwiedzanych w ostatnie wakacje muzeów, nie jest całkowicie pozbawione głębszego sensu).

Ale tak po prawdzie powód, żeby zmusić się do obejrzenia całości, miałam zupełnie inny, choć też podszyty dziwacznymi powiązaniami. Mianowicie jakiś czas temu wrodzona ciekawość połączona z zainteresowaniem epoką popchnęła nas do obejrzenia innej opery werystycznej, mianowicie Andrei Chéniera Umberto Giordano. Było to miłe zaskoczenie, albowiem dotychczas opera ta znana mi była jedynie z pojedynczej arii - którą skądinąd uważam za jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek napisano - mianowicie La mamma morta. Do całości nie podchodziłam z jakimiś wielkimi nadziejami na doznania estetyczne, ale okazało się, że doskonale napisanych kawałków jest tam znacznie więcej. Fabuła zaś - jakkolwiek pobrzmiewająca obowiązkowym w operze seria, a weryzm z założenia ma być bardzo poważny, "wszyscy kochają X (w tym przypadku niejaka Maddalena de Coigny) i wynika z tego tragedia" - nie jest całkowicie pozbawiona sensu.

Ale nawet nie to, że Giordano pozytywnie mnie zaskoczył, było powodem zmuszenia się do obejrzenia jednego z moich głównych operowych wrogów (jeszcze główniejszym jest Cyganeria tegoż Pucciniego z rzeczy tradycyjnych), na zasadzie "może ten weryzm nie jest taki zły". Nie. Powodem było zauważenie dziwacznej zbieżności fabularnej: w obu przypadkach mamy do czynienia ze sceną, w której główna bohaterka spotyka się z nastawaniem na swoją cnotę i ważnym duetem barytona i sopranu z tej okazji. Zapewne ktoś pomyśli, że powinnam była napisać "ze sceną, w której czarny charakter nastaje na cnotę głównej bohaterki", zwłaszcza że byłoby to gramatycznie znacznie składniejsze. Ha, a właśnie, że nie, bo tu zaczynają się rozbieżności. Które ja osobiście rozstrzygam na korzyść Giordana.

W Chénierze mamy bowiem do czynienia z bardzo sensowną historią: na cnotę Maddaleny nastaje Gérard, były służący w domu jej matki, który oczywiście niegdyś podkochiwał się w panience, ale był przez nią poniżany, a teraz, jako ważny rewolucyjny przywódca, zyskał nad nią władzę. Co więcej - zorganizował aresztowanie kochanego przez nią poety, żeby móc ją szantażować.

Coś to przypomina? Ano, jak ja to oglądałam, to byłam przekonana, że zostało to prawie żywcem skopiowane z drugiego aktu Toski: Scarpia aresztuje Cavaradossiego, a od Toski żąda zapłaty w naturze za życie ukochanego.

Problem w tym, że jak pokazało parę kliknięć w guglach, Andrea Chénier, jest wcześniejszy od opery Pucciniego o całe cztery lata. Fakt, sztuka Victoriena Sardou (dramaturga w swoim czasie niezwykle popularnego, a dziś kompletnie właściwie zapomnianego), wedle której powstało libretto Toski, jest jeszcze wcześniejsza i była pokazywana w Italii, ale nie znam jej tekstu, więc nie wiem, jak dokładnie wygląda jej fabuła. Niemniej prawie zapomniany Giordano na pewno nie ściągnął tej sceny od Pucciniego, a to jest w tej chwili istotne.

Ta właśnie scena zatem stała się przyczyną, dla której przemęczyłam Toskę. I dokonałam kolejnych odkryć. Pierwsze było w sumie pozytywne: przy naprawdę świetnej obsadzie (u mnie był Jonas Kaufmann, Bryn Terfel i Angela Gheorghiu) da się tego słuchać. Następne jednak nie wypadły dobrze dla Pucciniego i jego dzieła.

Przede wszystkim przekonałam się, że oprócz kontekstu historycznego pomyliłam również układ arii - byłam bowiem przekonana, że Vissi d'arte jest na samym końcu, bo po prawdzie pasowałoby mi treścią do bohaterki zdecydowanej na śmierć, kiedy odkryła, że została podle oszukana. Ale nie, ona to śpiewa w chwili, kiedy Scarpia ma właśnie targnąć się na jej wspomnianą już cnotę (i proszę mi wybaczyć ten seksizm czy co tam, ale na dodatek mam problem z tą arcycnotliwą śpiewaczką w libertyńskim roku 1800), on zaś zawiesza na dłuższą chwilę swoje przestępcze czynności, coby ona sobie pośpiewać o sztuce i miłości mogła.

Pewnie, to opera, sztuka ze sztuczności swej słynna - choć weryzm, jak wiemy, miał z tym przecież walczyć. I na dodatek w sumie nawet nie o to mi chodzi, że to sensu nie ma. Bardziej uderzyło mnie co innego: wplecenie tej arii dokładnie w tym momencie jest po prostu przepisaniem sceny Giordano! Kompozytor i librecista nie zauważyli jedynie, że tam scena, w której oboje bohaterowie dobrze się znają, opowiadanie w takim dramatycznym momencie Gérardowi o śmierci matki Maddaleny ma jakiś fabularny sens. Zwłaszcza że następnie on pokazuje ludzką twarz, lituje się nad swoją byłą panią i postanawia naprawdę uwolnić jej ukochanego. Że nic z tego nie wychodzi, to osobna sprawa, ale dramatycznie to wszystko jest składne.

Niestety to samo w przypadku Scarpii i Toski nie ma sensu. Po pierwsze on jest tu tylko lubieżnym okrutnikiem (ta postać jest w zasadzie karykaturalna, co też daje w pysk realizmowi), a samo to wystarcza, żeby nieuzasadnionym stało się odstąpienie od czynności zakazanych z tego powodu, że przedmiot tych czynności postanowił rozsnuć przed oprawcą obraz swego nieszczęsnego życia, a raczej wzniosłych uczuć. Gérard ma pełne fabularne prawo przejąć się historią opowiedzianą przez Maddalenę - zwłaszcza że w pierwszym akcie widzimy, że jednym z decydujących powodów, dla których przyłącza się do rewolucji, jest widok jego starego ojca, również służącego, pomiatanego przez arystokratów. Aria Maddaleny jest tu w związku z tym jakąś paralelą do tamtej sceny - pokazuje, że w obliczu okrucieństwa wszyscy są równi.

Zatem o ile jestem w stanie zaakceptować zawieszenie dramatycznej akcji u Giordana, o tyle wydaje mi się ono wyjątkowo sztuczne i naciągane u Pucciniego. Do tego ten groteskowy Scarpia, który jest tak bardzo zły, że Darth Vader przy nim to przyjemniaczek (w końcu okazuje jakieś ludzkie uczucia wobec syna). Scarpia jest tak bardzo bardzo zły, że robi się to prawie zabawne i, jak stwierdziła N, rodem z Disneya. Podczas gdy Gérard jest postacią - zwłaszcza jak na niezbyt długą operę - naprawdę skomplikowaną psychologicznie, niejednoznaczną, co więcej - wiarygodną. Scarpia wiarygodny nie jest, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę realia Państwa Kościelnego w 1800 roku i jego wszechwładzę w Rzymie.

Do tego wszystkiego Floria Tosca, która jest, proszę mi wybaczyć, tak niemożebną idiotką, że tylko zgrzytać zębami. W scenie rzekomej umowy, wedle której Cavaradossi ma niby zostać uwolniony po udawanej egzekucji, Scarpia i Spoletta tyle razy powtarzają - niemalże muzycznie mrugając do siebie okiem - że wszystko ma się odbyć "jak w przypadku Palmieriego", że tylko ktoś kompletnie pozbawiony rozumu nie domyśli się, że knują. Tosca, jak wiadomo, nie domyśla się.

Zakończenia w obu przypadkach pozostawiają wiele do fabularnego życzenia, niemniej chyba łatwiej jestem operze w stanie wybaczyć kochanków radośnie i ze śpiewem na ustach idących na śmierć niż skok z Zamku św. Anioła (czyli Mauzoleum Hadriana) do Tybru. Byłam, widziałam: na to nie ma szans nawet mistrz olimpijski w skoku w dal.

No i tak w moim osobistym rankingu Andrea Chénier wygrywa z Toską w przedbiegach. I muzycznie, i fabularnie. I również w sensie wpisania romantycznej historii w tło historyczne: u Giordana to naprawdę gra. A co do muzyki: wedle różnorakich opisów, Puccini w Tosce zastosował wagnerowską koncepcję motywów przewodnich - mam jednak wrażenie, że jej dramatycznie nie zrozumiał. Owszem, tu i ówdzie powtarzają się rozpoznawalne tematy (zwłaszcza całkiem ładny mroczny temat śmierci), ale to trochę mało. Cała reszta rozmywa się w materii muzycznej i jest do wyłapania chyba tylko przy lekturze partytury albo przez kogoś, kto ma bardzo ćwiczone ucho do takich rzeczy, bo raczej nie dla "zwykłego" melomana. I nic na to nie poradzę, że Puccini nadal pozostaje dla mnie kompozytorem fenomenalnych i jak mało co wyciskających łzy z oczu piosenek. Choć chyba i tak wszystkie oddałabym za tę jedną arię:

PS. Na blogu operowym zamieszczę bardziej recenzyjne refleksje z wszystkich obejrzanych spektakli tych oper (Chéniera obejrzałam w dwóch różnych inscenizacjach już chyba pięć razy).

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright