niedziela, 23 listopada 2014
Dekalog tłumacza poezji

Dyskusja pod przedpoprzednim wpisem natchnęła/sprowokowała mnie do napisania - zamiast manifestu, który najwyraźniej nie został zrozumiany przez część czytelników - krótkiego nawet nie poradnika, ale zestawu przydatnych zasad warsztatowych, których warto się trzymać, zabierając się za tłumaczenie poezji. Uwagi te dotyczą w ogromnej mierze tłumaczenia poezji tradycyjnej - rymowanej, regularnej, ale większość ma zastosowanie też do wiersza wolnego, którego - wbrew temu, co niektórzy myślą - nie należy przekładać ani dosłownie, ani też bez zwracania uwagi na kwestie formalne, takie jak np. długość wersów. Pierwszy szkic przekładu można sobie zrobić w dość dowolnym momencie (najlepiej, żeby był możliwie wierny, ale i sensowny w języku przekładu), można też oczywiście poprzestawiać punkty albo je łączyć - to nie jest przepis na przekład, ale raczej przewodnik, który może pomóc ominąć najbardziej powszechne pułapki - zwłaszcza braku krytycyzmu wobec własnych dokonań oraz lekceważenia oryginału.

W pracy nad przekładem dobrze jest stosować horacjańską zasadę "nocturna versate manu, versate diurna" - dniem i nocą studiujcie - w odniesieniu zarówno do oryginału jak i własnego tekstu. Czytajmy to w kółko, szukając każdej nietrafnej nuty. Naprawdę nie musi się publikować natychmiast - jakakolwiek ma to być forma publikacji. Jeśli publikuje się "prywatnie" - na blogu, własnej witrynie, forum - to można poprawiać w nieskończoność. Publikując w obiegu "oficjalnym" też można wprowadzać zmiany pomiędzy kolejnymi wydaniami - robili to przecież również sami poeci (i inni pisarze), zapytajcie specjalistów od tzw. krytyki tekstu ;)

Nie piszę tu o rzeczy tak podstawowej jak po prostu zrozumienie wiersza w sensie jego ogólnego subiektywnego odczucia i przeżycia - zakładam to jako pewną oczywistość, bo zazwyczaj tłumaczymy te wiersze, które jakoś do nas przemówiły. Podane rady pomagają w to odczucie wejść głębiej, poszukać tego, jak to, co do nas przemawia, jest zrobione - bo same nasze wrażenia z lektury poezji nie dadzą dobrego przekładu: trzeba jeszcze wgryźć się w szczegóły, także te techniczne. Oczywiście zdarzają się tłumacze, którzy to wszystko, co spisałam poniżej, instynktownie czują. Warto spróbować swoich sił w pastiszu dowolnych poetów - jeśli efekty są dobre, to znaczy, że mamy ucho do poezji i opanowanie warsztatu przekładowego nie powinno być trudne. I jeszcze jedno: zasada "albo piękne, albo wierne" wcale nie działa w przypadku przekładów poezji. To dokładnie taki sam wykręt i wyraz lenistwa jak pisanie przypisów "od tłumacza" wyjaśniających "nieprzetłumaczalne gry słów".

1. Czytajmy wiersz, który chcemy tłumaczyć, w oryginale. Naprawdę. "Naprawdę" czyli zarówno: mówię serio, jak i przeczytajmy go naprawdę, czyli porządnie. Najlepiej najpierw po cichu, potem głośno (albo na odwrót, jak kt  woli), najlepiej kilka razy. Nie musimy przy tym już od razu myśleć, co poeta chciał powiedzieć - po prostu wsłuchajmy się w tekst. Czytajmy całość, jak leci, bez zastanawiania się nad czymkolwiek poza tym, jak to brzmi. Za którymś razem można przesadnie podkreślać akcenty - chodzi o to, żeby naprawdę poczuć melodię i rytm. Czy jest dynamicznie, czy spokojnie. Czy zaskakują nas przerzutnie, czy też wszystko grzecznie mieści się w wersach. Czy przeważają słowa i zdania krótkie, czy długie wysmakowane frazy. I tak dalej. Jak z muzyką.

2. Przeczytajmy go następnie bardziej analitycznie - czyli wczytując się w jego zawartość, nawet jeśli kochamy go od lat i wiemy dokładnie, o czym jest (albo tak nam się wydaje). Zastanówmy się, jak ta "treść" współgra z "formą" - gdzie i dlaczego poeta bierze oddech, zawiesza głos (rytm), bo zapewne ma to jakieś znaczenie. (Biorę tę treść i formę w cudzysłowy, bo na studiach uczono mnie, że ich szkolne rozdzielanie jest błędem, że są one ze sobą nierozerwalnie splecione. Niemniej bez samych terminów trochę trudno, zwłaszcza że przed nami praca raczej analityczna niż interpretacyjna, więc trzeba na początek wiersz rozebrać na części pierwsze.)

3. Rozpiszmy sobie wersyfikację - również w przypadku wiersza wolnego, bo może się okazać, że są jakieś regularności niewidoczne gołym okiem: warto mieć je na uwadze, a na pewno nie należy ich lekceważyć. Rozpiszmy rytm, rozpiszmy - koniecznie! - schemat rymów, jeśli są. Jeśli już zaczynamy pisać szkic, warto sobie zrobić rodzaj tabelki przed wersami - z długościami wersów i schematem rymów. To bardzo ułatwia życie. Nie lekceważmy kształtu wiersza, naprawdę nie lekceważmy. Poeta nagiął do niego swoją wyobraźnię, swoją swobodę językową - i zrobił to celowo. Nie odbierajmy tego aspektu jego dziełu.

4. Postarajmy się przeczytać, co na temat kształtu ("formy") wiersza, ale i jego zawartości ("treści") ma do powiedzenia krytyka/literaturoznawstwo, najlepiej w języku oryginału. Nie wszystko, co wymyślili i napisali specjaliści, ma sens, ale warto poszukać, czy jakiś aspekt formalny, który cudzoziemcowi może umykać, nie jest bardzo istotny, czy pewne obrazy/metafory nie odnoszą się do wcześniejszej tradycji danej kultury albo nie przeszły do języka potocznego - bo to też warto sobie zanotować jako element, który może dobrze będzie uwzględnić przy doborze słów i form w przekładzie.  [Przykład: fraza "tender is the night" z Ody do słowika Keatsa zakorzeniła się w polszczyźnie jako "czuła jest noc" ze względu na przekład powieści Fitzgeralda, w związku z czym zastępowanie jej frazą "noc czuła i cicha" (Barańczak) gubi to istotne kulturowe powiązanie.]

5. Zaznaczmy w tekście (niekoniecznie dosłownie: kolorem czy podkreśleniem, choć warto) te miejsca, które są szczególnie ważne: kluczowe metafory i porównania, powtarzające się obrazy (lub ich przetworzenia), aliteracje, "mocne" rymy (w sensie wagi słów, które znajdują się w pozycji rymowej, coś w ten sposób podkreślając) i inne podobne "mocne" miejsca (np. przerzutnie - przyjrzyjmy się, czy w drugim wersie mamy długą frazę - jak w Pani Twardowskiej: "i biésy | miały słuchać twego rymu" - czy też pojedyncze krótkie słowo jak wystrzał. To ważne). To są te elementy, które powinno się starać zachować w przekładzie w pierwszym rzędzie, bo one organizują materię wiersza, porządkują zawarte w nim myśli. Jeśli nie zdołamy zachować wszystkich takich ważnych elementów, to starajmy się ocalić przynajmniej większość. Ze świadomością rezygnacji z tych, których uratować się nie da, żeby spróbować je jakoś zrekompensować albo zasugerować. Można sobie ułożyć z  nich obraz wiersza jako przekazu - czym do nas przemawia, jakie obrazy i nastroje ewokuje, z jakimi barwami się kojarzy i tak dalej - tu wchodzi to nasze wcześniejsze "odczucie" i "zrozumienie" wiersza. Warto sobie teraz jeszcze raz przeczytać oryginał na głos, zwracając tym razem uwagę na to, jak słowa i melodia dopasowują się do obrazów. W tym miejscu warto też pomyśleć o interpunkcji: nie zawsze musimy się bezwzględnie trzymać oryginalnej, ale też nie należy dzielić, zwłaszcza kropkami, myśli autora inaczej niż to zamierzył: interpunkcja też ma coś do powiedzenia.

6. Wróćmy na chwilę do kwestii stricte formalnej i zastanówmy się, jaka miara wierszowa najlepiej pasuje do oryginału. Mamy tu pewną swobodę: dla polskiej wersyfikacji "epickiej" za najstosowniejszy uważany jest powszechnie trzynastozgłoskowiec, ale równie dobrze sprawdza się jedenastozgłoskowiec (Słowacki napisał nim "Beniowskiego", nie tracąc nic z narracyjności i epickości), który w formach krótkich często jest nawet lepszy. Jeśli w oryginale wersy są różnej długości, to sprawdźmy raz jeszcze, czy jest to regularne - jeśli tak, uwzględnijmy to w swoim schemacie. Jeśli nie, zastanówmy się, czy ważne jest, żeby naśladować dokładnie schemat oryginału, czy nie. Jest to po części zależne od języka - w tych z ruchomym akcentem policzmy jeszcze na wszelki wypadek zestroje akcentowe - może to one są regularne. Jeśli tak - rozważmy zastosowanie wiersza tonicznego lub (lepiej) sylabotonicznego zamiast zwykłego sylabicznego. Jeśli zaś w wierszu wolnym poeta znacząco wydłuża lub skraca wersy względem ich średniej długości (np. wers pięcio- lub mniej zgłoskowy przy zdecydowanej przewadze dziewięciozgłoskowych lub wyżej), to zazwyczaj robi to w celu podkreślenia czegoś i też należy to oddać w przekładzie. Zastanówmy się też nad rymami albo też rezygnacją z rymowania - może zdarzyć się tak, że lepszą strategią będzie porzucenie rymów oryginału, jeśli ich zachowanie na siłę dałoby niedobry efekt (np. angielski posiadając bardzo ograniczoną fleksję lepiej znosi rymy gramatyczne, nowogrecki natomiast może rymować sporo słów brzmiących identycznie, ale mających bardzo różną ortografię - z tym polszczyzna sobie nie poradzi, a w braku homonimów nie warto ich zastępować rymami banalnymi i prostackimi). W miejsce rymów można wprowadzić mocną rytmizację (analogicznie do tego, że poezję metryczną już od Kochnowskiego rzadko tłumaczyło sę metrycznie, stosując raczej miary naturalne dla polszczyzny i izosylabizm) albo zamiast rymów dokładnych oprzeć się na asonansach (to trochę wyższa szkoła jazdy, bo nie wszystkie dobrze brzmią, ale jest to jakieś wyjście); można też zastanowić się nad asonansowymi wygłosami męskimi, ale przy dłuższych formach istnieje ryzyko popadnięcia w monotonię.

7. Zastanówmy się teraz jeszcze raz nad zawartością treściową, słownictwem i obrazowaniem. Co jest z kolei najważniejsze tutaj? Jakaś idea, a może sam nastrój czy też budowanie bardzo plastycznego obrazu za pomocą słów? A może symbolika istotna dla epoki, w której powstał wiersz? Dwa pierwsze dają nam nieco większą swobodę leksykalną, pozostałe - domagają się precyzji językowej. Analizując obraz poetycki zwracajmy uwagę na jego szczegóły, zastanawiając się, czy poeta wybrał je z powodów wyłącznie formalnych (tak, czasami szczegóły oryginału też są dobierane dla rymu czy długości wersu), czy też mają one głębsze znaczenie - estetyczne, ideowe albo eufoniczne. Nie warto być nadmiernym purystą i wiernie się trzymać litery, zwłaszcza tam, gdzie może to dać efekt niezdarności lub złamania decorum - zasady stosowności, w myśl której np. do poezji - z bardzo nielicznymi wyjątkami (głównie część poezji XVII i XX w.) - nie pasuje słownictwo o charakterze "technicznym". [Przykład 1: uważam, że nie warto bić się o "jałówkę" w Odzie do urny greckiej Keatsa, choć w oryginale jest "heifer" - w grecko-rzymskiej tradycji ofiarniczej byk jest co najmniej równie popularny, więc zastąpienie jednego zwierzęcia drugim nic nie zmienia w treści, a zasadniczo zmienia w długości wyrazu i daje większą swobodę w obrębie wersu. Przykład 2: takoż uważam, że nie warto upierać się po polsku na różę piżmow i eglantyny w Odzie do słowika Keatsa, ponieważ jakkolwiek poprawne botanicznie, nazwy te brzmią po polsku zdecydowanie inaczej - w sensie chociażby ich potoczności - niż po angielsku. Warto natomiast umierać za konkretne rośliny w poezji średniowiecznej, jeśli to w nich ukryta jest istotna symbolika.]

8. Być może instynktownie już to czujemy, a może dopiero teraz czas to otwarcie sformułować - każdy wiersz ma swoją "dominantę" (adaptuję tu termin ukuty przez Barańczaka, z pewnymi modyfikacjami) - czasem tkwi ona w "treści", czasem w "formie". Ponieważ prędzej czy później coś będzie trzeba poświęcić, warto zastanowić się, co w danym przypadku jest tą dominantą. Konkretnie: co jest nią dla oryginału i jego autora, a nie tłumacza. Może nas zachwycać formalna maestria, ale jeśli o wymowie wiersza i wrażeniu, jakie robi, w większym stopniu decydują metafory i obrazowanie, to zepchnijmy wierność np. wersyfikacyjną na dalszy plan i skupmy się na tym, żeby językiem ewokować podobne wrażenia jak oryginał. Jeśli jednak wiersz jest kunsztownym popisem formalnym, możemy sobie pozwolić na większą swobodę w podmienianiu elementów, w wymyślaniu innych porównań i metafor. Zazwyczaj wystarczy starać się zachować proporcje między wiernością obu aspektom, ale zasada dominanty bywa bardzo przydatna. Po prostu są teksty, które wymagają w jakimś aspekcie (albo w kilku) niezwykłej precyzji, a są takie, gdzie materię można nieco swobodniej traktować.

9. Nie ufajmy swojej znajomości języka ani słownikom. Jeśli znane nam lub podawane przez słownik znaczenie żywcem nie pasuje do sensu tekstu, szukajmy dalej - w internecie zazwyczaj w końcu znajdziemy właściwe rozwiązanie. Jak nie znajdziemy - pytajmy ludzi, którzy się na danej dziedzinie znają. Sprawdzajmy, czy dziwne połączenia słów nie są wyrażeniami idiomatycznymi - to w sumie zazwyczaj jest ważniejsze w tłumaczeniu prozy, ale warto o tym pamiętać mimo wszystko. Sprawdzajmy, czy słowo, które na pozór nie pasuje do całości, nie miało w czasie powstania wiersza innego znaczenia. Może się też zdarzyć, że przegapimy jakiś szczegół, który zmienia znaczenie. [Przykład: pozornie pasująca do Śpiącego w dolinie Rimbaud rukiew wodna (fr. cresson) tak naprawdę nie ma sensu, bo rośnie w wodzie, a opisany tu żołnierz leży na łące (użycie zaś określenia "skąpany" w tych roślinach jest metaforyczne). Jeśli dobrze poszukać, to wychodzi, że "cresson bleu" to zupełnie inna roślina, jak najbardziej łąkowa - przetacznik bobowniczek, o problemach z którym pisałam w poprzedniej notce.]

10. Zakładam, że na tym etapie mamy już wstępny szkic - jeśli nie, to czas go zrobić. Nie przejmujmy się póki co rymami (chyba że od razu przychodzą) ani nawet długością wersów, załóżmy też od razu, że być może będziemy zmuszeni wyrzucić sformułowania, które uważamy za olśniewająco piękne i trafne, bo przekład jest sztuką kompromisu. Nie przywiązujmy się do żadnego sformułowania ani też do wymyślonych jako pierwsze rymów, ale oczywiście pogimnastykujmy się przez chwilę, starając się te najtrafniejsze i najcenniejsze zachować. Jeśli jednak nijak nie zgodzą się one z formalnymi wymaganiami - wyrzućmy je. Nie warto poświęcać całego wiersza dla jednej, choćby najpiękniejszej, zbitki słownej. Jeśli już ten szkic zrobiliśmy wcześniej - podkreślmy sobie w nim to, co wynika jako najważniejsze z punktów wcześniejszych i zastanówmy się, od czego zacząć żmudną pracę przekuwania tego szkicu w wiersz będący jak najlepszym odpowiednikiem oryginału. Dojście do tego miejsca oznacza tak naprawdę dopiero początek prawdziwej pracy. Teraz zacznie się dopasowywanie rymów, okupione nierzadko łzami nad czymś, co już było takie ładne i właściwe, szukanie synonimów pasujących rytmicznie, przestawianie elementów wersów, żeby średniówka była tam, gdzie powinna, żeby nie było transakcentacji (to bardzo ważne!!!) - a wszystko to w rygorze trzymania się tego, co jest w samym wierszu. [Rada praktyczna: czytajmy swój tekst w kółko tak, jakby go napisał ktoś inny (jeszcze lepiej: dajmy go najpierw przeczytać paru osobom, które możemy poprosić o konstruktywną krytykę. I nie obrażajmy się o nią - taki czytelnik często ma rację. Bywa tak - vide przykład z "niestety" w przedpoprzedniej notce - że nam może się wydawać, że coś jest zestawione dobrze i każdy zrobi oddech tam, gdzie my go założyliśmy. Nie należy tego zakładać, lepiej przerobić tak, żeby zlikwidować pułapki na czytelnika. ]

Ta praca wcale nie musi być długa, czasem nawet nie jest tak naprawdę żmudna. Osiągnięcie zamierzonego efektu w parę godzin jest możliwe i wcale nie musi oznaczać zgody na banalne rymy i trywialne porównania. Czasem iskrzenie między wierszem a tłumaczem jest takie, że za pierwszym podejściem wszystko się świetnie układa, a potem potrzebna jest tylko kosmetyka. Ale jeśli materia jest oporna - nie poddawajmy się, nie idźmy na łatwiznę, nie poprzestawajmy na  półproduktach. Lepiej, żeby tekst się przeleżał w szufladzie niż żeby został jedynie kadłubem lub cieniem tego, czym powinien być. I nie bójmy się krytyki: jeśli przyjaciel, bratowa, nauczyciel czy mama mówi nam, że coś jej nie brzmi dobrze, nie robi tego, żeby pokazać nam, że jesteśmy do niczego, ale po to, żeby naprawdę pokazać, co czytelnika może razić. To zawsze jest jakiś zawód: spędziliśmy nad jedną frazą pół nocy, a tu komuś się nie podoba. Ale to nie powód do obrazy, naprawdę.

Nie bójmy się też przeróbek, kiedy wydaje się, że już wszystko gra. Jeśli choćby jeden element nadal nas niepokoi, myślmy nad nim - może istotnie coś z nim jest nie w porządku i warto to zmienić. Nawet za cenę wywrócenia większości wykonanej pracy do góry nogami i przerobienia większości tekstu, bo koślawe miejsce jest w takiej pozycji, że wymusza np. zmianę rymów w całej strofie. Po prostu - nie zostawiajmy niedoróbek, nie pozwalajmy sobie na bylejakość. A jeśli musimy się poddać, jeśli kompromis jest bolesny (rym musi być niedokładny lub gramatyczny, jakaś metafora nie da się ująć po polsku, jakieś sformułowanie trzeba drastycznie skrócić itp.) - nie ukrywajmy tego przed sobą, pamiętajmy o niedoskonałościach. Za rok może przyjść nam do głowy rozwiązanie, które okaże się idealne.

Na koniec może jeszcze dwie zasady naczelne, które niczym duch nad wodami powinny unosić się nad całą pracą tłumacza poezji (i czegokolwiek innego w sumie też):

Po pierwsze: pamiętaj o decorum czyli stosowności - nie tłumacz wiersza innym stylem (rejestrem) niż został napisany, nie stosuj kolokwializmów, jeśli nie ma ich w oryginale, nie archaizuj na siłę.

Po drugie: nie dopisuj poecie tego, czego w jego utworze nie ma. To jego wiersz, nie twój.

Bruksela, listopad 2014

piątek, 21 listopada 2014
Śpiący w dolinie

Autoreklamowe postscriptum do poprzedniej notki. Na blogu Drakaina ogląda obrazki zamieściłam własną wersję "Le dormeur du val" Rimbauda, o którym to wierszu mowa była w notce poprzedniej. Po namyśle postanowiłam ją zaprezentować również tutaj, bo tu zamierzałam kiedyś pisać o przekładach poezji (a raczej się z nich tłumaczyć). Oryginał na końcu notki, pod obrazkiem.

Śpiący w dolinie

To zielona dolina, w której śpiew strumienia
Niczym szalony trąca łachmany szuwarów
Srebrzyste; którą z dumnych szczytów opromienia
Słońce; to blaskiem światła pieniący się parów.

Młody żołnierz – otwarte usta, goła głowa,
Ramiona zanurzone w barwinków błękity –
Śpi, leżąc w trawie, nad nim obłoków osnowa,
Blady w zielonym łożu, światłością obmytym.

Ze stopami w kosaćcach śpi. Uśmiechu tyle
Co u dziecka chorego; zdrzemnął się na chwilę –
Jest mu zimno, więc ciepłem go, naturo, otul.

Nie drgnie, choć nozdrza jego zapachy owioną;
Śpi w pełnym słońcu, z ręką na piersi złożoną,
W ciszy. Ma dwie czerwone dziury w prawym boku.

Wersja Bronisławy Ostrowskiej z 1911 nosi tytuł "Śpiący w kotlinie" i w sumie już ta kotlina versus dolina była problemem. Kotlina z początku wydawała mi się bardziej przytulna, pasująca do tego wiersza. Potem doszłam do wniosku, że neutralna dolina jest chyba lepsza. Jeśli ktoś ma argumenty za lub przeciw, będę wdzięczna, bo zanim to opublikuję "oficjalnie", pewnie sporo wody upłynie we wszystkich rzekach globu.

Zasadą główną w tym przypadku była jak największa wierność precyzji i prostocie tego wiersza, temu niezwykłemu, subtelnemu dążeniu do zaskakującej pointy. Założyłam, że tu wszystko musi być na swoim miejscu: przerzutnie dokładnie tam, gdzie są i o ile się da, zawierające dokładnie to, co oryginalne (w ostatnim wersie pierwszej strofy to musiałam nieco zmodyfikować, bo żadne jednosylabowe słowo, w dodatku czasownik, tu nie pasowało). Barwy te same. Obrazy w miarę możliwości jak najdokładniej takie same. Dwuznaczności - zachować, ile się da. Stąd wprowadzenie w miejsce "pleut" - światło, które pada (jak deszcz), ale również płacze, tego obmywania - na zasadzie nie tylko neutralnego znaczenia tego czasownika, ale również skojarzenia z obmywaniem ciał zmarłych.

Pod względem układu treści w poszczególnych wersach (bardzo mi zależało na jak największej dokładności, ale wiadomo - względy formalne czasem na to nie pozwalają) poddałam się tylko w ostatnim wersie trzeciej strofy - próby umieszczenia tego chłodu czy zimna na jego miejscu były skazane na porażkę ze względu na rym z wersem ostatnim całego wiersza - a w tym wersie możliwości manewru były bardzo ograniczone. Z tego samego względu dokładniejsze "spokojny" w tym ostatnim wersie zastąpiłam krótszym "w ciszy", w poincie nie należało opuścić ani jednego słowa, a polski ma tę fatalną skłonność do długich słów...

Problemem były także, oczywiście, rośliny. Okazało się, że "cresson bleu" to polski "przetacznik bobowniczek" (nie, nie rukiew wodna, jak chciał jeden z internetowych tłumaczy, nad którym pastwiłam się w poprzedniej notce), który do tradycyjnej jednak poezji żywcem nie pasuje nawet skrócony do przetacznik (znajomi z fejsbuka pamiętają wielką dyskusję o poetycko brzmiących małych niebieskich kwiatkach), stanęło więc na barwinku, który brzmi lepiej, a ma odpowiednio małe i gęste kwiatuszki w gamie kolorystycznej nieodległej od błękitu, a nawet o niego zahaczającej. Z kolei w przypadku "glaïeuls" - gladioli vel mieczyków - potrzebne było coś, co będzie miało jakiś militarno-niebezpieczny posmak, ale mieczyki właśnie wydały mi się zbyt dosłowne: po francusku jednak nie mamy homonimu,ale słowo, które z "glaive" (miecz) może się skojarzyć i od którego pochodzi. Zdecydowałam się na kosaćce, bo mieczyki należą do kosaćcowatych, więc botanicznie daleko nie odchodzimy, a skojarzenie z kosą nie jest aż tak narzucające się.

 Nie do uratowania okazał się - niestety! - paralelizm "trou" i "trous" w pierwszym i ostatnim wersie. Kombinowałam jak się dało - niby przecież większość tych wszystkich słów na określenie różnego rodzaju zagłębień ma wiele znaczeń i na siłę dałoby się je zastosować do poetyckiego określenia ran. Ale wszystko to dawało zupełnie inną poetykę, niepotrzebnie wprowadzało niedosłowność, psuło prostotę wyrazu, więc zrezygnowałam. Z bólem serca. (Koleżanka powiedziała mi zresztą, przeczytawszy Ostrowską a zanim pokazałam jej własną wersję, że "jeśli u ciebie nie ma 'jamek krwawych', to twój przekład już jest lepszy", co utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma co na siłę tego paralelizmu po polsku upychać, bo brzmi sztucznie.) Zrezygnowałam też z idealnie dokładnego rymu między końcem trzeciej strofy i wiersza, ponieważ tu arbitralnie uznałam, że zawartość jest ważniejsza od formy i samogłoski muszą wystarczyć.

I jeszcze słowo w kwestii wersyfikacji: kusiło mnie zabawienie się z bardzo subtelnym w oryginalnym aleksandrynie wygraniem sylab niemych, które w regularny sposób dają części wersów nieco inne brzmienie. Ale eksperymenty z trzynastozgłoskowcem przeplatającym się z dwunastozgłoskowcem, z rymami żeńskimi i męskimi jednak nie przyniosły pożądanych efektów: po polsku te różnice zbyt się wybijały na pierwszy plan.

I to chyba tyle, nie bardzo umiem pisać o poezji, a o swoich dylematach i wyborach napisałam, co do napisania miałam. Ponieważ zaś, jak już wspominałam, niniejsza notka jest powiązana z innym wpisem, bezczelnie jako ilustrację daję tu ten sam obraz, który jest głównym bohaterem tam, a który zrobił na mnie wielkie wrażenie i na dodatek jest dokładnym "negatywem" wiersza Rimbaud (ale o tym na drugim blogu). Émile Betsellère, "L'oublié" [Zapomniany], 1871/72.

Emile Betsellere, L'oublie (1872)

Arthur Rimbaud, Le dormeur du val

C’est un trou de verdure où chante une rivière,
Accrochant follement aux herbes des haillons
D’argent ; où le soleil, de la montagne fière,
Luit : c’est un petit val qui mousse de rayons.

Un soldat jeune, bouche ouverte, tête nue,
Et la nuque baignant dans le frais cresson bleu,
Dort ; il est étendu dans l’herbe, sous la nue,
Pâle dans son lit vert où la lumière pleut.

Les pieds dans les glaïeuls, il dort. Souriant comme
Sourirait un enfant malade, il fait un somme :
Nature, berce-le chaudement : il a froid.

Les parfums ne font pas frissonner sa narine ;
Il dort dans le soleil, la main sur sa poitrine,
Tranquille. Il a deux trous rouges au côté droit.

(1870)

sobota, 15 listopada 2014
Cenzury! Cenzury!

Drodzy czytelnicy, nie wnioskujcie z tytułu, że trzeba się lękać o mój stan umysłowy. Nie zostałam religijnym radykałem, którego uczucia ranią humorystyczne obrazki albo dżender w elementarzu.

Ale naprawdę, naprawdę odkryłam w internecie coś, co wyrzucałabym z niego bezlitośnie. No dobra, mogłabym pójść na ugodę z wolnością słowa i wypowiedzi i stworzyć dla tego osobne internetowe repozytorium, opatrzone etykietami "wchodzisz na własną odpowiedzialność" i "pod żadnym pozorem nie upowszechniać".

Tym czymś są amatorskie tłumaczenia poezji.

To nie jest tak, że te "oficjalne" (czyli takie, które przeszły przez jakiś proces wydawniczy) są zawsze znakomite albo przynajmniej przyzwoite. Ba, nawet te "kanoniczne" bywają, jak się im bliżej i w zestawieniu z oryginalnymi tekstami przyjrzeć, fatalne. Ale nie będę się na tym teraz wyżywać, bo to zupełnie inny temat. Wróćmy do naszych baranów (jak się za chwilę przekonacie, nawet prawie dosłownie).

Amatorskie tłumaczenia tekstów wszelakch są w internecie zjawiskiem powszechnym. Nie będę się wdawać w rozważania nad przydatnością przekładów list dialogowych filmów i seriali niedostępnych w wersji polskiej ani też nad tłumaczeniami twórczości również amatorskiej czyli netowych samizdatów i fanfików. To wszystko jest tak naprawdę własny obieg, fanowski, amatorski z założenia, niewychodzący poza swoją niszę, a poziomem językowym co najwyżej siejący spustoszenie w fanowskich umysłach, co oczywiście powoduje błędne koło - wszyscy piszą źle. Niemniej szkodliwość społeczna zarzynania języka w takich publikacjach jest stosunkowo niska, a i poziom - zwłaszcza tłumaczeń list dialogowych - nie zawsze tragiczny.

Grafomania "autorska" również zalewa internet i to też jest normalne na ogromnej platformie wolnej wypowiedzi. Każdy ma prawo być grafomanem, nikt nie ma obowiązku go czytać. Prowadziłyśmy kiedyś z N taką stronę, na której rozprawiałyśmy się z wczesnymi objawami fantastycznej polskiej grafomanii (takiej jednak z ISBN), ale dziś nie starczyłoby człowiekowi czasu na taką działalność, zresztą stała się ona popularna i podobnych witryn wyroiło się mnóstwo.

Z żadnym z opisanych powyżej zjawisk nie walczyłabym, bo, jak już wspomniałam, szkodliwość społeczna jest niska, a całość stanowi rodzaj nowoczesnego folkloru i raczej nikomu krzywdy nie robi, bo zasada jest taka, że fanfiki i innego rodzaju amatorską twórczość czyta się na własną odpowiedzialność.

Ale z poezją, a konkretnie z jej amatorskimi tłumaczeniami, sprawa ma się nieco zasadniczo inaczej. Poezja, zwłaszcza wielka poezja, to nie jest tekst, który można potraktować li i wyłącznie google translatorem albo pobieżną lekturą i przepisaniem na chybcika w języku przekładu, dodając na ozdobę i jak popadnie trochę rymów, jeśli były w oryginale.

Dobry wiersz, niezależnie od tego, co o twórczości poetyckiej uważamy: że poeta napisał go pod natchnieniem albo w pijanym widzie i nic nigdy w nim nie zmieniał, czy też że cyzelował go przez lata, jest wytworem wyobraźni, której większość z nas nie posiada, bo w przeciwnym razie wybitnych poetów byłoby znacznie więcej, a grafomanów znacznie mniej. Rzemiosła poetyckiego da się do jakiegoś tam stopnia uczyć, ale i tak naprawdę liczy się nieuchwytne coś, co już dawno dawno temu nazywano nescio quid czy też je ne sçay quoi czyli niewiadomym. Geniuszem. Natchnieniem. Niezwykłą wyobraźnią. Niebanalnymi skojarzeniami. Mistrzostwem językowym. Wszystkim tym na raz i jeszcze dużo więcej.

Tłumacząc poezję trzeba zatem przede wszystkim pamiętać o poecie. Moim skromnym zdaniem efekty tłumaczenia poezji przez innych wybitnych poetów zazwyczaj są marne, ponieważ nawet jeśli (podkreślmy to jeśli) efekt ostateczny jest poetycko ciekawy, to zazwyczaj jest on wypadkową wyobraźni poetyckiej obu poetów, a nie wsłuchaniem się w to, co miał do powiedzenia ten pierwszy. Bywa też tak, że np. za tłumaczenie poezji dawnej, która rządzi się prawami formalnymi, niekiedy bardzo ścisłymi, biorą się poeci, których domeną jest wiersz wolny, w związku z czym na melodię poezji wierszowanej i rytmicznej w sposób sztuczny są nieczuli lub wręcz głusi. Bywa też tak, że poetyka epoki do tego stopnia dominuje ich wyobraźnię, że dostajemy na przykład młodopolskiego Szekspira, pełnego uniesień w miejscach, gdzie przydałby się prosty, dosadny język.

Krytykuję przekłady na chybcika, ale nie twierdzę wcale, że nie da się dobrze przetłumaczyć wiersza w parę godzin - da się, jeśli zdarzy się tak, że coś w umyśle i wyobraźni tłumacza współgra idealnie z tłumaczonym poetą albo konkretnym utworem. Że po prostu forma układa się sama, a treść jej nie umyka. Ale zazwyczaj praca jest żmudna, bo tam, gdzie pasuje rym, zjada on zbyt wiele zawartości oryginału, a chcąc być wiernym temu, co zawiera obraz poetycki, tracimy odpowiedniość środków formalnych. Żmudność polega tu na trwającym niekiedy długo poszukiwaniu złotego środka. Na konieczności rezygnacji z idealnej metafory, porównania, obrazu, bo trzeba znaleźć kompromis. A niestety w przypadku poezji posługującej się tradycyjnymi środkami - a o takiej głównie tu piszę - wynikiem kompromisu nie powinien być niedokładny lub arcybanalny rym ani też (tym bardziej!) wers o niedobranej długości.

Nie wierzę również w konieczność spędzania nad przekładowym opus magnum połowy życia. Jeśli przełożenie liczącego nawet kilkadziesiąt czy kilkaset wierszy dorobku poety zajmuje komuś kilkadziesiąt lat, to zazwyczaj znaczy, że tak naprawdę tej poezji nie czuje, gdzieś w głębi duszy o tym wie, ale nie potrafi się przed samym sobą przyznać. A przekład jak był niedobry w dniu, w którym został szkicowo ukończony, tak niedobrym będzie i po półwieczu. Oczywiście przyjmuję, że może zdarzyć się taki wiersz (ale zazwyczaj są to pojedyncze utwory), który istotnie bardzo długo nie potrafi znaleźć swojego właściwego wyrazu - i w ten sposób może on psuć plany wydania całości. Ale to są przypadki odosobnione. A już zwłaszcza bardzo trudno jest wierzyć w te lata twórczego trudu, kiedy efekt, który otrzymujemy do czytania, jest delikatnie mówiąc marny i z oryginalną twórczością mający niewiele wspólnego.

Jak zwykle trzeba znać umiar, własne ograniczenia i szukać złotego środka. Z oporną materią nie iść na łatwiznę i proste kompromisy, ale też nie dać jej zniszczyć większego projektu. A przede wszystkim raz jeszcze i w nieskończoność: słuchać poety, czytać poetę, rozbierać wiersz na części pierwsze, czytać jego dobre analizy, bo często unikają nam - nawet władającym językiem oryginału mniej lub bardziej doskonale - właściwości formalne, o których nawet nie śniliśmy. Dla efektu końcowego mogą być one kluczowe.

Tłumaczenie poezji jest trudne z jeszcze jednego powodu - wymaga pokory i ukrycia samego siebie za kimś innym. To nie jest pole do popisu dla naszej własnej wyobraźni, to jest domena, w której musimy jak aktorzy ze szkoły Stanisławskiego stać się kimś innym, zacząć myśleć jak on. Oczywiście, nie trzeba psychologizować, wrzuciłam tego Stanisławskiego trochę dla efektu: wiele da się osiągnąć dyscypliną umysłową, zrozumieniem i słuchowo-wzrokowym ogarnięciem materii, metoda dotyczy raczej wczucia się językowego niż mentalnego. Bo naprawdę czasem musimy porzucić nasze preferencje językowe, napisać coś, co dla nas osobiście może być chropowate i nieprzyjemne, bo z oryginału tak właśnie wynika. Poety nie należy poprawiać. Nie wolno mu zbyt dużo dodawać - jeśli już poszerzać metaforę ze względów formalnych to tak, żeby było to w miarę niezauważalne, żeby ta nowa treść się nie narzucała jako istotny element tekstu, żeby była w miarę możliwości przezroczysta. Żeby służyła za tło temu, co jest w oryginale. Tłumacz powinien być dostrzegany (przez krytykę) dlatego, że całkowicie znika za poetą, a nie dlatego, że jest widoczny w materii słownej. (Uwaga: nie chodzi o to, że tłumacz ma nie być rozpoznawalny; chodzi o to, że nie ma być rozpoznawalny po własnym idiomie identycznym u każdego przekładanego poety, ale po precyzji językowej odpowiedniej dla każdego przekładanego poety.)

Uff. Manifest napisałam, to teraz wróćmy wreszcie do baranów.

W internecie plenią się również tłumaczenia poezji. Wielkiej poezji. Tej największej. Plenią się najczęście dlatego, że ludzkość ma potrzebę zmierzenia się z czymś, co się tej ludzkości spodobało. Czasem w oryginale, czasem w innym polskim przekładzie. Wróć: nie zmierzenia się, bo to jednak zakładałoby jakiś wysiłek intelektualny. Po prostu napisania własnymi słowami. W jakiś tam sposób powinno to się wydawać chwalebne: ludzkość chce poezję bliżej poznać. Tylko to wychodzi zupełnie tak jak z nieszczęsnym bohaterem Myszy i ludzi Steinbecka, bezwiednie zabijającym różne łagodne stworzenia i ludzi, ponieważ nie zdawał sobie sprawy ze swojej fizycznej siły i nie potrafił jej kontrolować. Z internetowymi zabójcami poezji jest dokładnie tak jak z owym Lenniem: oni nawet nie zdają sobie sprawy, że coś skrzywdzili. Jak on: z miłości i przez niezdarność.

Żeby nie być gołosłowną, przytoczę kilka przykładów. Wyłącznie tych, które rzuciły mi się szczególnie w oczy i uszy w związku z własnymi zmaganiami, bo tu wiem, jakie pułapki czają się na tłumacza. A zawsze po wykonaniu pierwszego szkicu przeglądam jak najwięcej różnojęzycznych przekładów, żeby z jednej strony wczytać się w to, co inni wyczytali w tekście oryginału, z drugiej zaś - żeby w razie czego nie powtarzać rozwiązań już istniejących, jeśli nie są one oczywiste i konieczne. Nie podaję linków ani nazwisk, kto zechce - i tak znajdzie; tłumaczy oznaczam jednakowoż numerkami, bo cytuję kilku różnych.

Przykład pierwszy - William Wordsworth, Daffodils (T1)

Tańczył też zastęp fal, niestety,
Nie tak wesoło, jak żonkile ...

[The waves beside them danced; but they
Out-did the sparkling waves in glee ...]

Drogi T1, niestety to "niestety" tak bardzo się narzuca w pierwszym z zacytowanych wersów, że wychodzi to tak, jakby poeta ubolewał nad tańcem fal. Czegokolwiek byś nie stworzył w pozostałych strofach (a nie stworzyłeś nic wybitnego), te dwa wersy i tak przekreśliłyby całą robotę i kazałyby ją wrzucić do kosza.

Przykład drugi - John Keats, Ode on a Grecian Urn (T 1)

 Cicha formo, co sądom naszym na złość robisz

 [Thou, silent form, dost tease us out of thought]

W sumie najlepiej pozostawić to bez komentarza, bo cisną mi się na klawiaturę wyłącznie złośliwości. Powiem tyle: decorum! decorum!

Przykład trzeci - Arthur Rimbaud, Le dormeur du val (T2)

Tam, w bruździe zielonej, gdzie rzeka śpiewa,
Rozczesując traw srebrzyste warkocze
Szaleńczo. Tam gdzie blask słońca dojrzewa,
Opadając dumnie na doliny zbocze,

Tam w deszczu promieni śpi żołnierz młody.
Wyciągnął się w trawie, usta rozchylone,
Goła głowa niknie pośród świeżych łodyg
Rukwi: posłanie pod niebem zielone.

[C'est un trou de verdure où chante une rivière,
Accrochant follement aux herbes des haillons
D'argent ; où le soleil, de la montagne fière,
Luit : c'est un petit val qui mousse de rayons.

Un soldat jeune, bouche ouverte, tête nue,
Et la nuque baignant dans le frais cresson bleu,
Dort ; il est étendu dans l'herbe, sous la nue,
Pâle dans son lit vert où la lumière pleut.]

Tu musiałam niestety zacytować więcej, bo co wers to problem. Po pierwsze T2 krytykując - słusznie - jedyny* dostępny "oficjalnie" przekład Bronisławy Ostrowskiej za młodopolszczyznę, sam w nią lekko wpada z tym rozczesywaniem traw warkoczy oraz dojrzewaniem słońca. Po drugie od przerzutni w tym tekście bolą zęby (dalej jest jeszcze: "Śpi z nogami w mieczykach, w uśmiech złożone | Ma wargi."). Po trzecie chwalony na forum, na którym ten tekst został zamieszczony, za brak naddatków, przekład ten naddaje coś, co go całkowicie kompromituje: "wyciągnięcie się w trawie" jako intencjonalną czynność opisywanego tu człowieka. Przy tym nadużyciu wobec oryginału, niszczącym całkowicie jego wyraz i koncept, darować sobie można nawet krytykę tej niknącej wśród łodyg rukwi głowy, która jako żywo w oryginale jest widoczna bardzo dobrze, a także częstochowskie rymy w pierwszej strofie oraz niedbałość wersyfikacyjną.

Przykład czwarty - to samo (T3)

To jest jama zieleni rzeką śpiewająca,
Co szaleńczo zaczepia trawy gałganami,
Srebrna, gdzie słońce, dumna góra lśniąca,
To jest mała dolina, która kipi promieniami.

(...)

Przyroda kołysze go czule, lecz zimno mu.

[Nature, berce-le chaudement : il a froid.]

Ponieważ nie chce mi się przepisywać całej tej grafomanii, dodam, że od drugiej strofy do samego końca rymowanie stopniowo zanika, co skądinąd nie ma wielkiego znaczenia, zważywszy poziom częstochowizmu rymów w strofie pierwszej. Chwała należy się T3 jedynie za to, że zauważył paralelizm między pierwszym i ostatnim wersem (trou/trous; tu: jama/jamy, niezbyt skądinąd szczęśliwy wybór), ale poza tym jest to przykład twórczości tyleż radosnej, co domagającej się starcia z powierzchni ziemi. Osobiście nie ogarniam już pierwszej strofy z nie wiadomo czym srebrnym i ze słońcem jako dumną górą. No i urzekł mnie oczywiście ten wygłos z "zimnomu".

Przykład piąty - Percy Bysshe Shelley, Ode to the West Wind (T1)
(uwaga, dochodzimy wreszcie do baranów!)

Ty, który świece pogrzebowe palisz
Rokowi, co umiera – jego zaś się stanie
Ostatnia noc sklepieniem sepulkralnej niszy.
(...)
Sprawiasz, że Atlantyku płaskie wody zieją
Przepaścią, a poniżej w morskim kwieciu chowa
Się muł i suchych liści porastają knieją
Głębiny
(...)
Rozrzuć po świecie moje słowa pośród ludzi
Jak z niewygaszonego pieca iskry chyże!
Przez me usta bądź ziemi, którą trzeba zbudzić,
Trąbą proroctwa, Wietrze! Zima coraz bliżej,
Dalekoż za nią Wiosna, gdy się owce strzyże?

[Thou dirge | Of the dying year, to which this closing night
Will be the dome of a vast sepulchre
Vaulted with all thy congregated might
Of vapours
(...)
Thou | For whose path the Atlantic’s level powers
Cleave themselves into chasms, while far below
The sea-blooms and the oozy woods which wear
The sapless foliage of the ocean,
(...)
Scatter, as from an unextinguished hearth
Ashes and sparks, my words among mankind!
Be through my lips to unawakened Earth
The trumpet of a prophecy! O Wind,
If Winter comes, can Spring be far behind?]

Jeśli ktoś pożądał autentycznej przekładowej grafomanii, oto ona w formie klinicznie czystej. Sepulkralnie sklepiona brednia pierwszego fragmentu chyba nie wymaga komentarza. Sięmuły to zapewne jacyś krewni Mickiewiczowskich murwali**, a knieja suchych liści w głębinie morskiej to oksymoron, którego nie wymyśliłby Jan Andrzej Morsztyn, szkoda tylko, że nieobecny w oryginale (oksymoron, nie JAM). A potem ta końcówka, gdzie człowiek już nie wie, czym robić facepalm...

Ta końcówka, to nieszczęsne strzyżenie owiec, to jest coś, za co T1 powinien zostać skazany na przepisanie milion razy wiersza Shelleya w oryginale. Najlepiej na murze i pod czujnym okiem rzymskiego centuriona. To jest bowiem coś, co gdyby poważnie potraktować ten przekład, mogłoby całkowicie odmienić interpretację wiersza - w miejsce romantycznego buntu na sam koniec pojawia nam się klasycystyczny sielankowy obraz! (Już widzę te wypracowania i opracowania o tym jak to Shelley w ostatnim wersie odrzuca wszystko, co powiedział wcześniej i tak dalej i tak dalej.)

Dobra. Czas na pointę. Bo w sumie to wszystko jest zamieszczane albo na forach wzajemnej literackiej (częściej: grafomańskiej) adoracji, albo na prywatnych stronach różnych osób, które w zakładkach "o mnie" najczęściej wypisują sobie dumnie "tłumacz", czasem nawet "poeta i tłumacz", choć cała ich twórczość nigdy nie wyszła poza fora i własne witryny. Czyli teoretycznie mamy do czynienia ze zjawskiem analogicznym do istnienia w necie fanfiction i amatorskich list dialogowych.

Jest jednak pewna różnica. Te pożalsięboże "przekłady" mają dalsze życie. Są rozpowszechniane - między innymi dlatego, że część tych wierszy znajduje się na takiej czy innej liście lektur (a w necie nie ma innych przekładów, po części ze względu na prawo autorskie), ale też dlatego, że "niektórzy lubią poezję" i tworzą strony z wierszami, kompletnie w swojej miłości do poezji nie zauważając, że propagują jej groteskowe truchła oraz grafomańską twórczość innych im podobnych, którzy bezkrytycznie mienią się tłumaczami poezji. Dalej z tych internetowych kolekcji trafiają one do serwisów brykowych, ponieważ, jak już napisaliśmy, innych przekładów nie ma w sieci. Następnie te gnioty są czytane przez szkolną młodzież i trafiają do obiegu, co nobilituje różnych T1-3 i utwierdza ich w przekonaniu, że są tłumaczami.

A co z samymi dziełami? Funkcjonują okaleczone, groteskowo zdeformowane. Brzmią tak, że nie sposób sobie wyobrazić, na czym miałaby polegać ich wielkość. Co gorsza, poprzez swoje funkcjonowanie wywołują głuchotę czytających na poezję. Ergo: obecność i wysokie pozycjonowanie tych koszmarków w necie autentycznie szkodzi. Krzywdzi poetów, ich dzieła, krzywdzi też czytelników.

I właśnie dlatego marzyłabym, żeby ich radosna twórczość, którą mogą sobie uprawiać, ile chcą, na własnym podwórku, nie miała szans na szersze funkcjonowanie. Żeby nie dało się jej powielać i upowszechniać. Żeby nie myliła ludzi szukających danego tekstu pozorem swojej legitymacji do reprezentowania oryginalnego twórcy. Bo to już nie jest kwestia osobistej potrzeby pisania pana X lub Y, który jest grafomanem i lubi przelewać słowa na papier lub ekran. To jest wypaczanie czyjegoś dzieła, odzieranie go z talentu, sprowadzanie do własnej grafomanii.

Mam osobiście wrażenie, że to jest poważniejsza szkoda dla kultury niż ściąganie z netu piosenek i filmów. Tylko że nie ma tu wielkich pieniędzy, które mogliby zarobić spece od praw autorskich, nie ma koncernów reprezentujących interesy żyjących dawno poetów. Można ich w związku z tym bezkarnie deptać, kaleczyć i strzyc. Jak barany.

Podcięte skrzydła

* Nie udało mi się wyśledzić żadnego innego, Ostrowska funkcjonuje nawet w czterotomowej Antologii  poezji francuskiej wydanej stosunkowo niedawno.

** W Powieści Wajdeloty w przeciwieństwie do większości znanych mi osób nie dostrzegłam w dzieciństwie (a nauczono mnie tego na pamięć jak miałam jakieś siedem lat) Zwierza Alpuharego (co najwyżej Zwierza [z] Alpuhary), za to zdecydowanie widziałam tam "okopy murwali", które uważałam za jakiś gatunek waleni. Naprawdę. I nie pytajcie, co zdaniem siedmioletniej Drakainy walenie robiły pod murami Granady.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright