poniedziałek, 12 listopada 2018
Rozejm w Compiegne

11 listopada przeszedł w Polsce pod znakiem, jak zwykle, "Polska tu, Polska tam". Bo u nas ten dzień został zawłaszczony przez święto narodowe, podczas gdy akurat ta data to coś znacznie większego niż jakieś tam partykularne sprawy jednego kraju. I tak jest świętowana na świecie. Jako dzień, który zakończył działania militarne I wojny światowej. Jasne, można powiedzieć, że całkowicie globalnie ich nie zakończył, bo na wschodzie nadal trwały walki i wojny po wojnie miały ciągnąć się jeszcze przez pięć lat. Ale dla mnóstwa ludzi był to dzień, kiedy mogli przestać się bać. Kiedy skończył się koszmar ostatnich czterech lat. To właśnie oznaczał rozejm podpisany w kolejowym wagonie w lasach pod miasteczkiem Compiègne, mniej więcej w połowie drogi między Paryżem a doliną Sommy - miejscem jednych z najcięższych walk I wojny. Miejscem, które jest tak sielskie, że nijak nie wygląda na pole bitwy, choć przypominają o tym znajdujące się praktycznie w każdej miejscowości departamentu Somme charakterystyczne pierwszowojenne cmentarze.

Ustalanie nowych granic i nowego ładu w Europie jeszcze się ciągnęło dwa lata, a potem te wojny na wschodzie wprowadziły korekty - w tym na przykład Polska zagarnęła Wilno, oryginalnie przyznane Litwie.

Litwie, która w związku z wydarzeniami 1918 roku również uzyskała niepodległość. Podobnie jak mnóstwo innych krajów, należących wcześniej do pokonanych mocarstw. I dlatego właśnie postanowiłam napisać tę notkę. Bo my się bardzo ekscytujemy tym, że jakoby cały świat nam gratuluje i rozpływamy się w rocznicowości - ale czy my pogratulowaliśmy komukolwiek innemu z tych, którzy sto lat temu uzyskali niepodległość? Czechom i Słowakom, którzy po znacznie dłuższym okresie należenia do monarchii Habsburskiej niż marne sto pięćdziesiąt lat zaborów uzyskali własne państwo? Litwinom, z którymi natychmiast weszliśmy w terytorialny konflikt, a którzy rzeczywiście wykonali 11 listopada ładny gest? Któremukolwiek z państw bałkańskich?

Czekałam na to do północy, czekałam nawet w ten narodowy dzień nie-wiadomo-czego, czyli "12 listopada po święcie narodowym", jak opisał to kalendarz w mojej komórce. Nie doczekałam się. Polskę obchodzi wyłącznie Polska. A potem jest płacz i zgrzytanie zębów, kiedy okazuje się, że większości świata nie obchodzimy aż tak bardzo, jak powinniśmy.

A jeśli chodzi o Wielką Wojnę, to pozwolę sobie na osobistą anegdotę, która nieźle obrazuje to, co najbardziej lubię we współczesnej europejskości. W zeszłym roku podczas Dni Dziedzictwa Europejskiego odwiedziłam m.in. rodzaj targów francuskich stowarzyszeń historycznych. Był tam między innymi stolik pierwszowojenny - zawiadujący nim starszy pan, widząc, że przeglądam broszury, zagadnął mnie oczywiście. Od słowa do słowa dowiedziałam się, że zajął się taką działalnością, ponieważ jego dziadek walczył nad Sommą. - Wie pan, mój pradziadek też walczył w Wielkiej Wojnie - powiedziałam odruchowo. Po czym, zaczynając mówić o tym, że zginął na Bałkanach, uświadomiłam sobie coś, z czego paradoksalnie nie zdawałam sobie sprawy. - Tylko po przeciwnej stronie - dodałam ponuro - był austriackim oficerem.

Francuz spojrzał na mnie i powiedział: - Przecież dziś to nie ma już żadnego znaczenia.

To była jedna z najbardziej wzruszających chwil w moim życiu.


piątek, 09 listopada 2018
Dobre imię Polski

Otwieram serwis informacyjny tuż przed świętem, które powinno być świętem zgody narodowej i okazją do posłania w świat dobrego przekazu. I co widzę?

1) "Tak jak i rok temu ludzie źle życzący Polsce zawsze mogą próbować uwagę świata skoncentrować na 8 spośród 60 tys. ludzi i na dwóch głupich banerach." To powiedział pełnomocnik rządu do spraw obchodów tego święta.

Gdyby to było kilku ludzi z głupim banerem stojących sobie gdzieś na chodniku, to może nie byłby problem, a przynajmniej mały problem. Ale to jest grupa ludzi (mam wrażenie, że jednak znacznie bardziej liczna) z banerami o treściach prawnie zakazanych. To już jest problem, nawet jeśli stoją na chodniku. A problem jest do potęgi, bo ci ludzie maszerują w oficjalnie organizowanym marszu.

Ludzie, którzy na to zwracają uwagę, nie szkodzą Polsce. Wręcz przeciwnie. Szkodzą ci, którzy uważają, że to nie jest problem. Że nie jest problemem przekaz, jaki pójdzie w świat: w Polsce toleruje się rasistowskie i nazistowskie hasła w oficjalnym marszu z okazji rocznicy odzyskania niepodległości.

2) Gość radiowej Trójki nazywa Władysława Bartoszewskiego, jednego z największych bohaterow, jakich Polska miała w XX wieku, "takim bydlakiem". Prowadzący nie reaguje.

Gość, jak dowiaduję się z informacji, jest związany ze środowiskami prawicowymi, zajmuje się śpiewaniem o żołnierzach wyklętych. W studiu jest też, jak pisze serwis informacyjny, profesor historii. Guglam historyka. Ukończył KUL, wydał trochę książek o historii najnowszej (za PRL m.in. w PAX, później głównie w wydawnictwach prawicowych, w tym w osławionym Antyku), w zeszłym roku pracował na UKSW, na temat roku bieżącego danych brak. Związany z "Komitetem Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków". Historyk też nie reaguje.

 

No więc, proszę państwa, obywateli i obywatelek Rzeczpospolitej, ja zupełnie inaczej rozumiem dobre imię Polski. I jest mi smutno i straszno.

Zakładki:
...
Blogi, po części zdechłe
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright