poniedziałek, 31 grudnia 2007
Wszechświatowe strojenie się

Dziś, jak przystało, będzie tak troszkę sylwestrowo. Byłam bowiem dwa dni temu na nieudanych zakupach - nieudanych dlatego, że chciałam po prostu przebiec się po sklepach korzystając z paru wolnych dni, ale okazało się, że wszystko podporządkowane jest sylwestrowemu strojeniu się i prawie nie uświadczysz normalnych ciuchów, tylko same brokaty, tafty i inne błyskotki. A potem wymyśliłam sobie na antyczny fotoblog karnawałowy cykl o tym, jak kobiety w starożytności dbały o urodę, i przypomniałam sobie, że jeden z produktów, za którymi teraz pewnie w sylwestrowej gorączce gonią po sklepach rozliczne panie to kosmetyki, których nazwa jest proweniencji, a jakże, antycznej i to greckiej, i ma związek ze słowem pozornie bardzo odległym znaczeniowo - kosmos.

Κοσμος oznacza bowiem przede wszystkim porządek, ład, dopiero potem (wszech)świat, zwłaszcza w sensie zamieszkanej ziemi, czy też sklepienie niebieskie - te dwa ostatnie zresztą często określane są jako ουρανος - niebo. Kosmos może jednak również oznaczać kształt albo... ozdobę, albowiem jedną z podstawowych idei w greckim pojmowaniu świata było przekonanie, że to, co dobre, jest również piękne, a przez piękno rozumiano przede wszystkim harmonię. Czasownik κοσμεω również w związku z tym posiada różne znaczenia, wśród których znajdują się takie jak porządkować, ale i upiększać. Κοσμετικη τεχνη zaś to sztuka ubierania i upiększania się.

Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę zatem pięknego i harmonijnego Nowego Roku :)

British Museum

niedziela, 30 grudnia 2007
Nescio quid...

Z kulturalnego obowiązku i ciekawości świata wybrałam się zobaczyć wystawę ikon - głównie kreteńskich - w krakowskim Muzeum Narodowym, a konkretnie w jego oddziale znanym jako Arsenał.

Z ikonami i w ogóle ze sztuką bizantyjską to ja mam kłopot. Bardzo to piękna sztuka i oko cieszy, ale poza tym pozostawia mnie dość obojętną. Nie przemawia do mnie hieratyczność postaci, kanon przedstawień ani powaga. Po części wynika to zapewne z tego, że nie przepadam za sztuką o wysokim poziomie konwencji, ale jest też tak, że z wszystkich obszarów takiej sztuki najbardziej lubię archaiczną grecką, ponieważ znajduję tam przyjaźniejszą filozofię życiową stojącą za elementami kanonu. Najlepszym przykładem jest tzw. uśmiech archaiczny na twarzach kor i kurosów, a także innych postaci, nawet potworów, wyrażający radość życia. A do mnie jakoś bardziej przemawia uśmiech czy wczesnoklasyczna zaduma niż surowa, nieznosząca sprzeciwu - rzekłbyś: osądzająca - powaga bizantyjskich świętych. Na całej tej wystawie jeden tylko fragment dzieła wyłamywał się minimalnie z sztywnego patosu przedstawienia: fragment Pokłonu pasterzy z XVIII w., gdzie część przedstawionych postaci rozmawiała sobie na boku, niczym na obrazach Boscha.

Tak naprawdę wszystko to, co piszę, jesy tylko przybliżeniem. Uczucia wobec sztuki jest bardzo trudno wyrazić, zwłaszcza jeśli chce się wyjść poza podoba się/nie podoba się, nie popadając przy tym w analityczną oziębłość. Bo przecież nie chodzi mi tutaj o rozprawianie o umiejętnościach czy talencie danego twórcy, mimo że zarówno grecka τεχνη jak i łacińska ars to rzemiosło właśnie. Wystawa w Arsenale akurat co nieco z warsztatu zdradza, pokazując chociażby liczne wzorniki - rodzaj szkiców, modelowych przedstawień, według których powstawały ikony.

Nie może mi też chodzić tylko o realizm przedstawienia, bo przecież bardziej podoba mi się sztuka wieku XX niż XIX, nie mówiąc już o XVIII. A jednak moją odruchową reakcją na to, co się stało pod koniec starożytności ze sztuką - zarówno na zachodzie jak i na wschodzie Imperium, jest żal, że zarzucono wspaniałą umiejętność portretowania ludzi na rzecz fizjonomii uproszczonych, pozbawionych indywidualizmu.

Może to po trochu jest tak, że mam większe zaufanie do artysty, który potrafi namalować lub wyrzeźbić bezbłędny anatomicznie akt i podobny do modelu portret, a mimo to wybiera manierę kubistyczną, surrealistyczną czy też właśnie w stylu ortodoksyjnych ikon - jak chociażby Jerzy Nowosielski - niż takiego, co do którego mam podejrzenie, że maluje uproszczenia, bo inaczej nie umie (oczywiście nie odnosi się to do sztuki naiwnej, tzw. prymitywów). A takie mam niestety zdanie o sztuce (i w dużej mierze również literaturze) wczesnochrześcijańskiej. Może po części dlatego, że zarówno w peerelowskim dzieciństwie, jak i w dominacji politycznej poprawności słychać to samo echo tłumaczenia nieudolności wyższą ideą: może i źle napisane/namalowane, ale za to poprawne ideologicznie.

Czasami miewam takie podejrzenie, że całe niezaprzeczalne piękno ikon, cała skomplikowana sztuka ich tworzenia, by były zgodne z wymogami tradycji i kanonu, ma dwa źródła: z jednej strony przywołaną przez Bizancjum wschodnią tradycję hieratycznych przedstawień niemal pozbawionych rysów indywidualnych (chociażby Egipt, Asyria), z drugiej - nieudolność, a czasem również świadome odrzucanie przez wczesnochrześcijańskich artystów osiągnięć wcześniejszej sztuki - na zachodzie i wschodzie, który był przecież wówczas zdominowany przez kulturę hellenistyczno-rzymską. A że ideologia za tym stojąca nie jest mi bliska - ot, skąd problem.

Nie zaprzeczam: rawenneńskie mozaiki są jednym z najpiękniejszych zabytków kultury, jakie widziałam, ale Dionizos na lamparcie z Pelli jest mi bliższy niż cesarz Justynian z San Vitale, choć doceniam kolorystyczne zwłaszcza mistrzostwo tego dzieła. I nic nie poradzę na to, że bardzo piękne bizantyjskie madonny sprawiają na mnie wrażenie dalekich, nieobecnych i chłodnych, nawet w przypadku przedstawień, które mają "intymne" tytuły (jak karmiąca) i w założeniu chyba mają być blisko człowieka.

Nie wiem, co powoduje, że jedno dzieło sztuki kocha się bezwarunkowo i nawiązuje z nim natychmiastowy kontakt, podczas gdy inne - czasem przewyższające je poziomem artystycznym - nawet docenione estetycznie pozostawia człowieka emocjonalnie obojętnym. Nescio quid - już starożytni byli bezradni wobec tego pytania.

Muzeum w Dion

sobota, 29 grudnia 2007
In memoriam

Wracam do tematu filmowego wcześniej niż myślałam, albowiem wiadomość o śmierci Jerzego Kawalerowicza sprawiła, że sięgnęłam po jedną z pierwszych płyt dvd, jakie kupiłam: Faraona. Powieść Prusa, wraz z Egipcjaninem Sinuhe, była winna mojej niezbyt długotrwałej zresztą fascynacji Egiptem. Tak tak, był taki czas, kiedy wydawało mi się, że Egipt jest fajniejszy od Grecji. Ale mi przeszło, Grecja zwyciężyła.

W każdym razie w ramach uczczenia pamięci reżysera, na którego ostatnie dokonanie - też z antykiem w tle - lepiej spuścić zasłonę milczenia i miłosierdzia, obejrzałam w dwóch półtoragodzinnych odsłonach jeden z jego najznakomitszych filmów, który zachwycił mnie lata temu i nadal nie przestaje zachwycać. Zadziwiające jak mało się w tym filmie zestarzało: właściwie tylko dziwaczna charakteryzacja, która sprawia wrażenie brudnej - chodziło chyba o przyciemnienie karnacji aktorów, ale przy dzisiejszych możliwościach wygląda to nieszczególnie. Natomiast w konkurencji z filmami robionymi techniką cyfrową ten ponad czterdziestoletni weteran trzyma się nadzwyczaj dobrze. Sceny zbiorowe nic by nie zyskały na pomnożeniu liczby osób na ekranie, a i dekoracje wyprodukowane w komputerowym studio graficznym wcale nie zwiększyłyby wizualnej atrakcyjności.

Prawdę mówiąc, oglądany teraz Faraon - zważywszy ahistoryczność i metaforyczność fabuły, niemalże szekpirowskiej zwłaszcza w ujęciu scenariusza - sprawia wrażenie niezwykle nowatorskiego pod względem scenograficznym. Kręcony po części w autentycznych ruinach na terenie Luksoru - bez alei sfinksów przed świątyniami, bez zieleni, która jak wiadomo ozdabiała budynki, dziedzińce i ulice, niemalże w środku pustyni - przypomina te eksperymenty formalne, jakie podejmuje się na przykład filmując Szekspira właśnie, czego najdoskonalszym przykładem jest Tytus Andronikus Julie Taymor.

"Umowność" - i ułomność - pozostałości prawdziwej architektury okazała się na dłuższą metę znacznie lepszym chwytem niż żałosne próby odtwarzania starożytnych miast w większości filmów dziejących się w czasach antycznych, od Kleopatry Mankiewicza po Aleksandra Stone'a. Z tych scenografii prędzej czy później wyziera z jednej strony plastik, z drugiej - totalna ignorancja twórców, podczas gdy u Kawalerowicza oglądamy pozbawione już polichromii, ale autentyczne reliefy ze świątyń tebańskich - a uzupełnień scenograficznych jest tak niewiele, że nie zdążą porazić swoją sztucznością.

Elementem, który w związku z tym wypada najsłabiej jest Labirynt - być może dlatego, że ten opisany przez Prusa jest wysoce ahistoryczny; obecnie uważa się, że tzw. labirynt w Hawarze - nawiasem mówiąc, określenie to nadał tej budowli Herodot - to po prostu próba zabezpieczenia świątyni grobowej Amenemhata III przed rabusiami. Prus jednak potrzebował teorii spiskowej na miarę alegorii, którą tworzył, a która zresztą w zadziwiający sposób zachowała aktualność po dziś dzień, a nieodkryty jeszcze wówczas, znany tylko z przekazu historyka tajemniczy labirynt doskonale się do tego celu nadawał.

Faraon jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że antyk lepiej wypada na ekranie, kiedy jest traktowany mniej lub bardziej umownie. Jedynym jak na razie znanym mi naprawdę udanym odtworzeniem realiów starożytnych jest zakończony niestety po dwóch sezonach serial Rzym - mimo że Cezar nie jest tam łysy i nie ma bardzo ostrych rysów twarzy, jakie znamy z rzeźb portretowych. Za to jest charyzmatyczny jak żaden wcześniej, a to przecież się liczy. Faraon natomiast wygrywa na tym, że właściwie jedyną ważną historyczną postacią, jaka w nim występuje jest Herhor, kapłan, który przejął częściowo władzę w Egipcie w momencie upadku XX dynastii i Nowego Państwa. Uczynienie natomiast głównym bohaterem postaci fikcyjnej pozwala włożyć w jej usta dowolne idee, pomysły, nawet całkiem szaleńczo anachroniczne. Zwłaszcza że przykład przywoływanego zresztą w powieści i filmie Amenhotepa IV - Echnatona daje pewną licentia poetica na tworzenie postaci heretyckich faraonów z pomysłami wywracającymi egipski porządek świata do góry nogami.

Oczywiście współczesna technika pomogłaby Kawalerowiczowi lepiej pokazać niektóre sceny, zwłaszcza zaćmienie słońca, które tu musi posiłkować się ostrymi przejściami między kolorem a żółtym filtrem - dziś to przejście byłoby gładkie, niebo równomiernie ciemniałoby nad głową Herhora i zgromadzonego przed świątynią tłumu, potęgując wrażenie. Ale i tak scena zbiorowej histerii jest rozegrana lepiej niż w wielu nowszych produkcjach. O tym, że polscy aktorzy w tym filmie grają, nawet nie wspomnę, bo w tamtych czasach było to normą. A trzy godziny przelatują jak mgnienie oka, mimo że akcja nie jest szczególnie dynamiczna. W każdym razie o dwadzieścia minut krótsza Troja i o dziesięć minut krótszy Aleksander (do obejrzenia rozszerzonej wersji reżyserskiej nikt mnie nie zmusi) dłużą się niemiłosiernie, mimo że teoretycznie wciąż się coś w nich dzieje i to niby szybko.

Bardzo mnie to zresztą zastanawia, dlaczego antyk tak bardzo kłóci się z dziesiątą, nieklasyczną Muzą. Przecież historie są tam fantastyczne, postacie pełnokrwiste - a tymczasem 99% filmów w kostiumie starożytnym to nieziemskie wręcz gnioty albo kicze. Fakt, że również spora część literatury usiłującej tym kostiumem operować, popada w nieznośny kicz. Fakt też, że robiąc Faraona Kawalerowicz dysponował akurat świetnym pierwowzorem literackim, według którego scenariusz tworzył niezły pisarz i reżyser Tadeusz Konwicki, a na dodatek konsultantem filmu był sam Kazimierz Michałowski, legenda światowej egiptologii. Sęk w tym, że Stone'owi nie pomogły konsultacje zatrudnionego wybitnego specjalisty od epoki. Więc nie wiem i rozkładam bezradnie ręce - no i mam stały temat do zastanawiania się na przyszłość.

Aha, mam nadzieję, że po drugiej stronie Nilu czeka na Jerzego Kawalerowicza złota statuetka - Oscara. Bo wstyd, wstyd i po trzykroć wstyd, że Faraon przegrał tę nagrodę z tak nieciekawym, nieważnym i nic nie wnoszącym do kinematografii kiczowatym i słusznie dość zapomnianym dziełkiem jak Kobieta i mężczyzna Leloucha.

Luwr

piątek, 28 grudnia 2007
Świąteczne filmobranie

Tym razem będzie o nadrabianiu zaległości filmowych - i to takich bardzo zaległych. Niemal na chybił trafił wybierałam filmy ze sterty (legalnych) dvd zalegających moje mieszkanie, więc zestaw jest dość dziwaczny i mało "świąteczny". Za to dający sporo do myślenia. Tak się bowiem przypadkiem złożyło, że obejrzałam trzy filmy zrobione przez Europejczyków, z tym że tylko jeden z nich w Europie. I nie będę tu trzymać nikogo w napięciu: ten całkiem europejski najbardziej mnie rozczarował, co samo w sobie nie stanowiło dla mnie wielkiego zaskoczenia. Kondycję europejskiego kina najlepiej streszcza moim zdaniem zakończenie Hollywood Ending Woody Allena: niezborny fabularnie film z nieznośnymi dłużyznami musi zachwycić stary kontynent.

A teraz pokrótce recenzencko. Kolejność chronologiczna wedle oglądania.

1) Sin noticias de Dios - swoją drogą polskie tłumaczenie tytułu jako Boskie jak diabli zasługuje na specjalne wyróżnienie w kategorii gniotów przekładowych. Tytuł polski akcentuje bowiem komizm, oryginalny zaś (dosłownie: "brak wiadomości od Boga") - aspekt, powiedzmy, egzystencjalny, czy może raczej egzystencyjny, żeby nie obrażać Camusa. I gdybym o tym była wiedziała, to może darowałabym sobie oglądanie, albowiem tzw. ambitne europejskie kino należy do pierwszej dziesiątki moich osobistych wrogów (ze szczególnym uwzględnieniem Kieślowskiego i młodych polskich reżyserów - oraz reżyserek - którzy bardzo chcieliby być Kieślowskim).

W Sin noticias... świetny jest początek - anielica i diablica dyskutujące o Biblii. Dynamiczny i zapowiadający, że dalej będzie się skrzyło od inteligentnych ripost i poważnych tematów potraktowanych z przymrużeniem oka. Ale niestety po czołówce, w której oszałamia nas lista występujących w filmie gwiazd, aktorzy zaczynają się snuć i wypowiadać swoje kwestie w dziewiętnastowiecznym teatralnym stylu, jednym słowem wyszło jak zwykle. Nudno. I bez polotu. Akcja rozpaczliwie się nie klei, motywacji bohaterów nijak nie byłam w stanie rozgryźć, niektóre sceny są wręcz bezdennie głupie, a postacie jedna w drugą niesympatyczne albo nijakie. Wizja zaświatów jest dość pretensjonalna, na dodatek nigdy nie dowiadujemy się, dlaczego pokazana nam na ekranie rozgrywka jest tak niewyobrażalnie ważna zarówno dla nieba jak i piekła - to pozostaje na poziomie deklaratywności.

A szkoda - bo jest tu kilka świetnych pomysłów. Intryga w piekle - pomysł na osobny film. Puste niebo i sztuczki mające na celu pozyskanie jakiejś duszy - takoż. Tożsamość Carmen - niezły twist, zwłaszcza że tłumaczy irytującą manieryczność gry Penelope Cruz (znacznie gorzej z pomysłem na przeszłość Loli - jest kompletnie nieprzekonujący, chociaż Victoria Abril jako anielska szansonistka to jeden z nielicznych naprawdę udanych momentów). No i bardzo zabawny chwyt z "klauzulą termopilską" w sądzie, którego skądinąd szkoda, że nie pokazano - zamiast tego oglądamy snucie się zabójczo przystojnego przywódcy piekła (Gael Garcia Bernal) z koszmarnie pretensjonalną przywódczynią nieba (Fanny Ardant), komentujących wydarzenia. Po prawdzie miałam nadzieję, że w finale dostaniemy właśnie tradycyjną psychomachię rodem ze średniowiecznego moralitetu - i tak zapewne by było, gdyby remake tego filmu wyprodukowali Amerykanie. Co oby się stało, bo materiał na dobry film tu jest.

Ocena: 4/10

2) Derailed - chwała tłumaczowi za to, że przełożył tytuł dosłownie, jako Wykolejony, zamiast puścić wodze fantazji.

Dług plus Zbrodnia i kara - tak można by podsumować część wątków tego filmu. Zrobił to szwedzki reżyser, obsadził w głównych rolach europejskich aktorów, ale na szczęście producenci byli z Ameryki, w związku z czym wyszedł majstersztyk. Dawno nie zdarzyło mi się do tego stopnia przejmować losami bohatera i dawno nie dałam się do tego stopnia zmylić pozorom stereotypowości fabuły. Świetnie napisane postacie, dialogi oszczędne, znakomite aktorstwo... przełknęłam nawet Jennifer Aniston, za którą nie przepadam, natomiast jak zauroczona wpatrywałam sie w Clive'a Owena, który po raz kolejny pokazał najwyższą brytyjską klasę (mam wrażenie, że Amerykanie mają teraz najlepszych producentów, a Brytyjczycy - aktorów i taki mariaż to jest przepis na udany film). On na tym ekranie prawie nic nie robi, a nie da się oczu od niego oderwać. Bo cały numer chyba polega na tym, że postać może się snuć - byle się snuła sensownie z punktu widzenia fabuły, byle to snucie miało jakiś założony przez scenarzystę i reżysera cel. W tym filmie ma - i wciąga. A na dodatek do sensacyjnej fabuły jest w Wykolejonym więcej psychologii niż we wszystkich europejskich filmach ostatnich lat razem wziętych. Może dlatego, że nie jest ona deklaratywna, ale wynika z zachowania postaci.

A na dodatek do tego świetnie wplecione perełki takie jak detektyw jako żywo przypominający Porfirego Pietrowicza ze Zbrodni i kary. No i wszystkie czechowowskie strzelby bezbłędnie wypalają - w przeciwieństwie do Sin noticias...

Ocena: 10/10

3) High Fidelity - po polsku Przeboje i podboje, co gubi całą finezyjność i dwuznaczność tytułu oryginalnego, który przecież można było zachować, bo fraza przynajmniej w wersji HiFi jest dość powszechnie znana. A o ile można się zgodzić, że po części jest to film o muzycznych przebojach (no, na upór, bo tak trochę niszowe chwilami są te piosenki - a gwiazdki ze złotych przebojów zostałyby bezlitośnie przez bohaterów potraktowane), to nie jest on na pewno o podbojach. Miłosnych w domyśle. Natomiast oryginalna fidelity doskonale pasuje do obu wątków: bohaterowie używają jedynie wielkich, dobrze przenoszących dźwięk słuchawek, kolekcjonują winylowe płyty - a wątek romantyczny jest o prawdziwych uczuciach. To tyle tytułem różnych wersji tytułu.

A poza tym mogę powiedzieć tyle: jest to najzabawniejsza i najoryginalniejsza komedia romantyczna, jaką zdarzyło mi się oglądać w ostatnich latach. Nie jestem wielką fanką tego gatunku, ale jak grają dobrzy albo lubiani aktorzy, to nim nie gardzę i z przyjemnością oglądam np. Holiday. W High Fidelity jest jednak coś więcej - naprawdę udany i brawurowo zagrany portret ludzi z pasją. Jako osoba skłonna do maniakalnych fascynacji (a także układania list typu "pięć [tu wstawić odpowiedni rzeczownik] wszechczasów" - "my top 5") mogę zaświadczyć, że jest to portret prawdziwy. Maniacy i fascynaci tak właśnie się zachowują i zazwyczaj mają kolekcjonerskie zapędy, co więcej - są na swoje pasje skłonni wydać ostatni grosz. I zazwyczaj nie mieszczą się w społecznej średniej. Oczywiście po części obraz ten jest zasługą powieściowego oryginału pióra Anglika Nicka Hornby'ego i jego przenikliwego humoru. Ale kolejny Anglik Stephen Frears też stanął na wysokości zadania, a amerykańscy w większości aktorzy (dwie z trzech głównych ról kobiecych grają Europejki: Dunka i Walijka) spisali się na medal. Bawiłam się świetnie i kibicowałam bohaterom, a o to przecież chodzi.

Ocena: 10/10

I to by było na razie na tyle, może jeszcze coś zdążę obejrzeć do Nowego Roku :)

Museum of London

czwartek, 27 grudnia 2007
Ze świątecznej lektury (2)

Dalsza lektura wspomnianego w poprzednim wpisie numeru Wysokich Obcasów uświadomiła mi, jak bardzo mocno Sienkiewicz odcisnął piętno na powszechnej mentalności. Czytam bowiem średnio zresztą ciekawy, bo nie wychodzący poza sprawy dość oczywiste, wywiad z Umberto Eco i ze zdumieniem stwierdzam, że ten wybitny erudyta, który pisze książki z lekka o wszystkim, powtarza utarte przekonanie, że starożytni Rzymianie lubowali się w oglądaniu lwów zjadających chrześcijan. Problem w tym, że wedle dość powszechnie już przyjętych ustaleń, wizja ta jest delikatnie mówiąc przesadzona. Widowiska rzymskie istotnie bywały okrutne, co więcej Rzymianie, oglądali, owszem, najróżniejsze dzikie zwierzęta na arenie, ale zasadniczo chodziło o walki z nimi - a do tego potrzebni byli wyszkoleni gladiatorzy, których los zresztą wcale nie był aż tak podły, jak chcieliby najróżniejsi pisarze i filmowcy. Byli szkoleni, karmieni, opłacani - albowiem spqr chciał oglądać atrakcyjne widowiska, a nie żałosne łajzy włóczące sie po arenie. Oczywiście, widowiska te były okrutne, zwłaszcza jeśli przyłożyć do nich miarę nowoczesnego humanitaryzmu, ale przede wszystkim były dramatyczne, nie chodziło po prostu o krwawą jatkę. Oczywiście byli cesarze o gustach patologicznych - Kaligula, Kommodus, Heliogabal - ale ich patologia przejawiała się we najrozmaitszych dziedzinach życia i w większości przypadków związana była z ciężkimi chorobami fizycznymi lub psychicznymi. Tyle że suma lat ich panowania to ok. 40 na prawie 340 lat cesarstwa do edyktu Konstantyna, a naprawdę systematyczne prześladowania chrześcijan przypadają z tego wszystkiego na ostatnie lata panowania Dioklecjana (bardzo utalentowanego i rozsądnego cesarza) aż do edyktu mediolańskiego właśnie, czyli trwają niecałe 10 lat w początkach IV w.

Sceny, jakie opisuje Sienkiewicz w Quo vadis mogły mieć zatem miejsce w tych kilku latach (pomijam znany powszechnie fakt, że w czasach Nerona nie istniało jeszcze Koloseum, czyli Amfiteatr Flawiuszy), niemniej dzięki temu, iż rzeczone romansidło dostało nagrodę Nobla i zostało n razy sfilmowane, a w Polsce na dodatek Siemiradzki z lubością malował sceny w rodzaju Pochodni Nerona (gdzie indziej zapewne malowali podobne cuda inni akademicy dziewiętnastowieczni) w powszechnej świadomości utarł się obraz lwów pożerających na pół omdlałe dziewice i starców z oczami wzniesionymi pobożnie do góry. Skądinąd ten ostatni obraz przynajmniej ma coś wspólnego z zasadami sztuki wczesnochrześcijańskiej - artystom zalecano rezygnację z realistycznego przedstawienia twarzy na rzecz jej "uduchowienia", którego głównym przejawem miał być właśnie wzrok zwrócony ku niebu.

A jeśli chodzi o martyrologię, to już późnoantyczne i średniowieczne hagiografie obfitują w takie opisy, że lwy w Koloseum wydają się mało oryginalne i niewyrafinowane. I swoją drogą ta perwersja opisów męczeństwa jest dla mnie zawsze wysoce zastanawiająca - jak dla mnie lubowanie się w takich opowieściach jest bardziej podejrzane od lubowania się w igrzyskach, w których dobrze wyszkolony wojownik za porządną opłatą walczył z innym wyszkolonym wojownikiem i to niekoniecznie na śmierć i życie. Bo to ostatnie niewiele różni się od np. zawodowego boksu, którego jakoś żadni obrońcy wartości i życia nie potępiają. Tak samo jak wyrazem niezdrowej fascynacji okrucieństwem - ba, sadyzmem - jest dla mnie Pasja Mela Gibsona. A ponieważ na dodatek jest dramatycznie wręcz zakłamana pod względem historycznym, zasłużyła sobie miejsce w mojej osobistej pierwszej piątce najgorszych filmów wszechczasów - i wątpię, żeby miała szanse je utracić.

British Museum

środa, 26 grudnia 2007
Ze świątecznej lektury (1)

Świąteczne wakacje sprzyjają nadrabianiu różnych zaległości - na przykład czytelniczych, nawet jeśli chodzi tylko o czasopisma - więc przeczytałam kilka numerów Wysokich Obcasów na przykład. I przy lekturze jednego z nich poczyniłam kilka ciekawych spostrzeżeń, które pokrótce opiszę w najbliższych, wolnych jeszcze dniach.

Przede wszystkim przeczytałam w tych Obcasach spory wywiad z Anną Polony, aktorką, którą miałam szczęście zobaczyć w kilku wielkich rolach, kiedy w szkolnych czasach biegałam na wznawiane po latach na kilka spektakli arcydzieła krakowskiego Starego Teatru, dzięki czemu widziałam np. Wyzwolenie Swinarskiego oraz Noc listopadową, Biesy i Nastazję Filipowną Wajdy.

W tym wywiadzie zwróciła moją uwagę kwestia związana z dramatem, który jako pierwszy oglądałam w "dorosłym" teatrze, sama bardzo jeszcze smarkata będąc. Była to Oresteja Ajschylosa w reżyserii bodajże Zygmunta Hübnera w doborowej obsadzie aktorskiej, jako że wówczas w Starym grały naprawdę wielkie gwiazdy. Choć przepraszam, powinnam powiedzieć: wielcy aktorzy, bo dziś mamy mnóstwo gwiazd, które o aktorstwie nie mają bladego pojęcia.

Ale do rzeczy. Czyli do Orestei, której chyba nie mam ochoty oglądać - tej wystawionej ostatnio w Starym przez Jana Klatę, głośnego (i przede wszystkim nagłaśnianego) reżysera młodego pokolenia. Młodzian ten zaproponował mianowicie Annie Polony zagranie roli Ateny w swoim spektaklu - po czym okazało się, że z całej roli pozostawił siedem kwestii, które ustawione były tak, jakby bogini stała się prezenterką talk-show, odpytującą przez minutę swoich gości. Pani Polony z roli zrezygnowała - a ja, jak już wspomniałam, nie potrafiłam się zmusić, by spektakl zobaczyć. Dlaczego? Dlatego, że nie potrafię zaakceptować okaleczania antycznego dramatu, obdzierania go z tego, co najważniejsze. Nie mogę pogodzić się z tym, że na deskach teatru, w którym potrafiłam przesiadywać godzinami chłonąć z otwartą buzią klasykę, wystawia się teraz dziwadła w stylu - przepraszam - hollywoodzkiej Troi Petersena, w której homerycki epos pozbawiony został biorących udział w akcji bogów, a historie bohaterów nijak nie mają się do oryginału.

Co gorsza, mam wrażenie, że młodzi reżyserzy opuszczający mury szkół teatralnych (niegdyś reżyseria teatralna była kierunkiem podyplomowym, przynajmniej w Krakowie, teraz ponoć jest pomaturalnym i to chyba jest błąd) po prostu najzwyczajniej pod słońcem nie rozumieją dramatu antycznego - ani jego formy, ani zawartości, o związku z mitem już nie wspomnę. Opisany w wysokoobcasowym wywiadzie przypadek nie jest bowiem pierwszym, z jakim się spotykam. Prawie rok temu byłam na promocji książki poświęconej tragedii greckiej i jednym z gości była tam pani (również uważana za młodą zdolną, ale jej nazwisko chwilowo wyleciało mi z pamięci), która wystawiła z kolei Ajasa Sofoklesa, usuwając z niego chór (a konkretnie puszczając na telebimie w tyle sceny pojedyncze, wyrwane z kontekstu zdania z pieśni chóru), ponieważ - jak sama się przyznała - nie wiedziała, co z nim począć. Może w takim razie nie należało w ogóle zabierać się za wystawianie klasycznego dzieła, dopóki się do niego nie dorośnie?

Żeby było jasne - nie jestem zwolenniczką wystawiania klasyki na koturnie i w kostiumie z epoki. Bardzo podobało mi się oglądane kilka lat temu wystawienie Makbeta w Londynie, w którym kostiumy wyglądały tak, jakby aktorzy wybrali dość na chybił trafił stroje pasujące do etosu postaci, nie zwracając uwagi na styl i epokę - taki zabieg podkreśla uniwersalizm sztuki. Głosowanie przy pomocy esemesów zamiast wyroku bóstwa jest jednak jak dla mnie wodotryskiem i tanim chwytem, albowiem jeśli już porównywać z czymkolwiek esemesowe ferowanie wyroków to z ateńskim ostracyzmem (tzw. sądem skorupkowym), a nie z bóstwem rozsądzającym ludzkie spory. Bóstwo ingeruje z innego poziomu, jest poza ludźmi, a także poza dobrem i złem, stoi na straży praw i wyroków znacznie starszych i świętszych niż jakiekolwiek ludzkie postanowienia. Toteż jeśli ktoś chce pokazać, że w naszych czasach tego właśnie brakuje, to powinien pozostawić Orestesa tuż przed wyrokiem - pokazać, że bóstwo odeszło (zostało wygnane) i nie ma już kto pomóc śmiertelnikom przywrócić ład i harmonię w świecie.

Elektra i Orestes przy grobie Agamemnona, Luwr

PS. I żeby było również jasne, aczkolwiek o tym już kiedyś pisałam: nie mam też nic przeciwko komiksowej, odrealnionej wizji historii, jak to miało miejsce w filmie 300. Bo to właściwie nie jest pokazywanie historii, ale tworzenie zupełnie odrębnej opowieści, rządzącej się własnymi prawami.

sobota, 15 grudnia 2007
Specjalisto, zdasz maturę?

Wygląda na to, ze ostatnimi czasy coś musi mnie wyraźnie sprowokować do blogowych wpisów (a zwłaszcza do ich skończenia). Dziś trafił mi się nieprzeciętnej urody kwiatek. Jak wiadomo, tytuł jest połową sukcesu, dlatego obejrzałam na portalu gazeta.pl filmik pt. "Kung Fu na maturze z religii?" I właściwie nie miałabym nic do zarzucenia: było postępowo, ekumenicznie i ogólnie zgodnie z moim poglądem na tę kwestię, że jeżeli już to "religioznawczo" a nie wyznaniowo.

I byłoby pięknie, gdyby nie wpadka wypowiadającego się w filmiku eksperta, podpisanego jako "Grzegorz Łęcicki, teolog" (nie dodano, jakiego wyznania, więc zakładam, że katolicki, albowiem bezwyznaniowych teologów jest jak na lekarstwo, większość kształcących w tej dziedzinie uczelni żąda zaświadczeń o odpowiedniej wyznaniowości studentów). W pewnym momencie padło bowiem ze strony niepodpisanego reportera takie pytanie:

- Czyli w Polsce na maturze z religii pytania z Tory?

Na które każdy szanujący się teolog dowolnego wyznania (chyba uczą ich tam religioznawczych podstaw?) odpowiedzieć powinien, że Tora to tzw. Pięcioksiąg Mojżeszowy czyli pierwsze pięć ksiąg Biblii, uznawanych za kanoniczne przez wszystkie religie i wyznania na Biblii oparte, a zatem tekst, który powinien bezwzględnie znać np. każdy chrześcijanin. Ale nie, ekspert na to bowiem w te oto słowa skrzydlate:

- Chociażby. Tak. Tak samo jeśli chodzi o religie indyjskie, chińskie... [itd]

Pozwoliłam sobie kiedyś w tym blogu podać w wątpliwość powszechną znajomość Biblii i zagadnień z nią związanych w narodzie, prowokując długą i ciekawą dyskusję, a tu taki kwiatuszek do mojego ogródka. No i jak mają być wykształceni katecheci, od kogo potem mają się uczyć uczestnicy teleturniejów (przypominam: Biblia to jeden z tematów, na których statystycznie się w Polsce przegrywa) czy też reporterzy, którym ewidentnie Talmud myli się z Torą, skoro specjaliści wypowiadają się w ten sposób w mediach? Ja już pomijam niezbyt fortunne pytanie reportera, sugerujące iż pytanie polskich uczniów o religię żydowską jest niewłaściwe. Pomijam ignorancję reportera. Nie mogę natomiast pominąć milczeniem ignorancji specjalisty. Bo to może znaczyć, że źle go uczyli na studiach, czyli że na teologii nie uczy się porządnie o Biblii. Być może teologów należałoby zawrócić na maturę z religioznawczej religii. Ktoś mógłby napisać nowe Ferdydurke.

Indie, kapliczka w Badami

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright