czwartek, 25 grudnia 2008
Solstitium

Na pewnym ultrareligijnym, by nie rzec fanatycznym blogu (radykalnego protestanta, który sądząc z wpisów wcześniej był działaczem katolickim) przeczytałam pełne ubolewania uwagi na temat zeświecczenia świąt, zakończone w samym wpisie albo w komentarzu dramatycznym stwierdzeniem, że ludzie "zapominają, co te święta upamiętniają". Hmmm, pomyślałam... Utyskiwanie dotyczyło ogólnie całego świata, ale wypowiedź była bardzo wyraźnie wyznaniocentryczna - cały świat powinien bezwzględnie podporządkować się temu, że 25 grudnia obchodzi się święto chrześcijańskie i już.

Nic na to nie poradzę, ale takie postawy sprawiają, że nóż mi się w kieszeni otwiera. Chociażby dlatego, że radykalno-fanatyczni chrześcijanie zapominają, iż ich religia wprowadziła grudniowe obchody Bożego Narodzenia dopiero w połowie IV w., kiedy stało się oczywiste, że nie wykorzeni się przyzwyczajenia ludzi do obchodzenia najważniejszego święta roku właśnie w tym czasie. Ponieważ autor tamtego bloga - zapewne w swoiście pojmowanym duchu tolerancji - kasuje nieodpowiadające mu komentarze, nie wysilałam się z napisaniem mu, że to on zapomina o tym, skąd wywodzą się obchodzone w tych dniach święta - z prehistorycznych jeszcze obserwacji zjawisk astronomicznych: że ok. 21-22 grudnia wedle obowiązującego obecnie dość powszechnie kalendarza słońce "powraca" na półkulę północną, dni stają się coraz dłuższe, a w ludzi wstępuje ponownie nadzieja, że minie zima, przyjdzie wiosna, będzie co jeść i nie będzie się marznąć. Warto tu przy okazji zaznaczyć, że grudniowe przesilenie zimowe jest takim momentem tylko dla cywilizacji wykształconych na półkuli północnej  - fakt, że w czasach prehistorycznych, a i później, było ich tu zdecydowanie więcej, jako że warunki naturalne były znacznie przyjaźniejsze. (Ta uwaga sprowokowana została przez przeczytany na blogu - dla równowagi - ateistycznym komentarz, którego autor stwierdził, że "święta bożego narodzenia są w czasie, który ludzie świętowali odkąd zeszli z drzewa", popełniając tu zasadniczy błąd rzeczowy, jako że gdyby te hominidy, które z drzewa zeszły, przyjęły postawę wyprostowaną i przez następne miliony lat ewoluowały w kierunku homo erectus, który jako pierwszy usiłował podbić Europę, obchodziły zimowe przesilenie, to musiałyby to robić w czerwcu, jako że ich tereny w ogromnej większości położone były na południe od równika.) Warto również zaznaczyć, że tam, gdzie letnie przesilenie oznaczało nie tylko ubywanie dnia, ale też początek upalnego lata grożącego suszą, przesilenie zimowe było zapewne traktowane jako wydarzenie przeciwne - to, które przynosi odwrócenie panowania ciemności/chaosu nad światem - taki punkt widzenia spotykamy już w sumeryjskiej Mezopotamii i na Bliskim Wschodzie, a w innych kulturach śródziemnomorskich dochodzi czasem do wymieszania obu perspektyw.

Faktem jest, że obchody przesilenia zimowego są bodaj najstarszym dającym się materialnie uchwycić "świętem" ludzkości, ponieważ trudno inaczej zinterpretować zaprojektowanie neolitycznego grobowca w Newgrange (powstałego mniej więcej równolegle z kształtowaniem się cywilizacji Sumerów), w którym nad wejściem umieszczono specjalny otwór tak, by promienie wschodzącego w dzień przesilenia (dla czasów 5000 lat temu) słońca padały do środka budowli. Nic też dziwnego, że celebrowanie tego dnia ważniejsze było w cywilizacyjnym kręgu północnym , gdzie różnice między ubywającym a rosnącym dniem były łatwo zauważalne, a i zimy bardziej dawały się we znaki niż na południu, gdzie początkowo kulty solarne przybierały nieco inną formę. Z późniejszych czasów znamy więcej podobnych założeń architektonicznych, a kulty solarne są najbardziej rozpowszechnionymi i najbogatszymi spośród mitów świata. I nic dziwnego nie ma w tym, że okres tuż po przesileniu stawał się naturalnym wyborem dla obchodów zwycięstwa światła nad ciemnością, porządku nad chaosem itd. Rzymianie w III w. - opierając się już na naukowych obserwacjach i obliczeniach astronomicznych (o Grekach hellenistycznych można śmiało powiedzieć, że uprawiali naukę) ustanowili dies nativitatis Solis Invicti - "dzień narodzin Niezwyciężonego Słońca", święta bardzo synkretycznego, obejmującego wiele kultów - na 25 grudnia, ponieważ od tego dnia można było obserwować rzeczywisty powrót słońca po kilkudniowym pozornym zatrzymaniu.

Wracając do samej symboliki wiązanej z zimowym przesileniem: jeśli się przyjrzeć chrześcijańskiej mitologii, to doskonale się ona w ten nurt wpisuje - i mnie nie przestaje tylko dręczyć pytanie, czy tak było od początku, czy też dopiero od wtedy, kiedy stało się to konieczne, aby upowszechnić nową religię (osobiście stawiałabym na tę drugą tezę ze względu na kontekst historyczny i polityczny działalności Jezusa, który niewiele ma wspólnego ze stworzoną później przez Pawła z Tarsu religią; niestety z powodu innych obowiązków nie miałam możliwości wysłuchać na żywo tez prof. Gezy Vermesa, który gościł niedawno w Krakowie, a który zna się chyba obecnie najlepiej na żydowskim kontekście powstania chrześcijaństwa - pozostaje mi przeczytać wydaną dopiero co w Polsce jego książkę; jak to zrobię, to zapewne nie omieszkam czegoś więcej tu napisać).

Kilkakrotnie przyznawałam się na tym blogu do wyznawania tezy, że przekaźnikiem sacrum jest mit i w związku z tym cieszy mnie wszelka jedność mitów ludzkości. Jeśliby odrzucić religijno-wyznaniowe różnice, te święta, które właśnie obchodzimy, mogłyby się stać najbardziej ekumenicznymi, jakie sobie można wyobrazić, bo nawet ateiści mieliby szanse cieszyć się z tego, że dzień robi się dłuższy i jesteśmy bardziej wystawieni na dobroczynny wpływ światła. Ale na to potrzebna jest dobra wola wszystkich stron, także chrześcijan, którzy musieliby przypomnieć sobie, że dostosowali swoją liturgię do znacznie starszych wyobrażeń ludzkości, a zatem wybierając umowny dzień "bożego narodzenia" wpisali się w powszechny mit, powszechne świętowanie.

Wszystkim zatem, niezależnie od poglądów i światopoglądów, życzę w tym dniu, zgodnie z jego prehistorycznym jeszcze duchem, narodzin nowej nadziei :)

Apollo z Olimpii

 PS 1. Rok temu dostałam w ramach emailowych życzeń świątecznych bardzo zabawną prezentację, którą można by zatytułować w duchu anglosaskim "How Political Correctness Stole Christmas", po polsku zaś być może "jak polityczna poprawność zabiła święta". Ponieważ nawet pdf z tej prezentacji jest za duży, żeby go tu umieszczać, podaję link do oryginalnego tekstu, który stanowił jej główną część.

PS 2. W tym roku z kolei dostałam w ramach świątecznych życzeń taki cytat, który bardzo dobrze zgadza się z moją mitologiczną wyobraźnią i poglądami: We have to  peer past two thousand years of blood and wine to even see the humble shepherd Tammuz, who died at the hands of soldiers two thousand years before that god, Adonis, son of Mary, was born on Mithra's birthday, in a stable. (Hal Duncan, Vellum). Dziękuję, N :)

PS 3. Nieskromnie pozwolę sobie zareklamować zamieszczony na Antiquitates mój własny przekład wiersza Kiplinga (w okolicy tematu), o którego publikacji wspominałam zresztą jakiś czas temu jeszcze w czasie przyszłym.

wtorek, 09 grudnia 2008
Piękna i...

Bardzo się cieszę, że poszłam na przedpremierowy (bardzo przed) pokaz filmu Zmierzch. Kocham horrory, a zwłaszcza filmy o wampirach, więc oczekiwanie, aż wreszcie dystrybutor łaskawie wpuści ten światowy hit na nasze ekrany, byłoby męczarnią.

O piszczących fankach głównego bohatera pisać nie będę, bo zrobiła to ninedin, u której zresztą napisałam tak długi komentarz, że postanowiłam umieścić przemyślenia na temat tego filmu również na własnym blogu.

Film jest bardzo ładny, tu się zgadzam z większością chyba recenzentów. Bardzo stylowy, a nie przestylizowany: nawet pewna dziwaczność rodziny Cullenów, jakkolwiek rzucająca się w oczy, nie jest nachalna i niemożliwa, zwłaszcza wśród nieco wyalienowanych spośród grona kolegów nastolatków. W końcu w społeczności miasteczka Forks w stanie Waszyngton tacy ludzie jak bogaty z domu (bo tak jest zapewne postrzegany) lekarz, mieszkający w pięknym, designerskim domu w lesie, jest kimś nieco z innej sfery, by nie rzec: z innego świata. Ta sytuacja zresztą krzyczy o dopowiedzenie czegoś więcej: kiedy młodzi Cullenowie pojawiają się po raz pierwszy na ekranie - i przed oczami głównej bohaterki - jej koleżanka lekko się krzywi na widok "odmieńców", ale nigdy potem nie obserwujemy żadnej wrogości czy nawet podejrzliwości, co najwyżej to lekkie wzruszenie ramion: ot, dziwacy. Bardzo to ładne, ale chciałabym wiedzieć więcej o tej niezwykłej tolerancji w Forks, zwłaszcza zważywszy niechęć Indian z Rezerwatu, którzy są z miasteczkiem bardzo zżyci.

Ale to w sumie drobiazg, choć o tyle znaczący, że też wyznaczający ramy baśniowej konwencji tego filmu, a zapewne i książki. W świecie Zmierzchu zło jest gdzie indziej, a ten, który dotychczas był wcieleniem śmierci, chaosu, niebezpieczeństwa - czyli wampir - zostaje ostatecznie oswojony. Dobra, powie mi ktoś: zagrożeniem jest przecież inna grupa wampirów, a konkretnie ich dwójka, bo trzeci dość niespodziewanie i niewyjaśnienie (i wcale jakoś bardzo nie potrzebnie) nawraca się i pomaga głównym bohaterom. Ta dwójka to są ci jeszcze dzicy - być może jest ich więcej - którzy po dawnemu piją krew ludzką, zabijają, włóczą się niczym jacyś Bonnie i Clyde, siejąc popłoch wśród zwykłych ludzi. Cullenowie inaczej: zasymilowali się doskonale z ludźmi, unikają sytuacji, w których musiałaby się ujawnić ich natura (no dobrze, mam tu jedno ale, ale o nim za chwilę), są sympatyczną, kochającą się rodziną, no i nikogo nie krzywdzą, zostali bowiem "wegetarianami" - czyli żywią się wyłącznie krwią zwierząt (żart jest akurat zabawny, a poza tym będąc w Indiach zetknęłam się z dwiema podgrupami tamtejszych wegetarian, bo tak samych siebie nazywają: jedzącymi ryby i jedzącymi kurczaki).

Najzabawniejsze jest to, że mi taka wizja wampiryzmu wcale nie przeszkadza - od dawna miałam poczucie, że wampiry nie mogą być wyłącznie złe i zepsute, nie mogą być tylko symbolami mrocznej strony natury. Ostatnie czasy to pokazują: a to Dracula w ujęciu Coppoli, który nawet jeśli czyni zło, to w imię nieśmiertelnej miłości, a to nękany wyrzutami sumienia Louis w Wywiadzie z wampirem (postać, której skądinąd mam ochotę wbić kołek w serce i głowę odrąbać, a następnie wszystko spalić, ale to osobna sprawa), abstynent Regis Andrzeja Sapkowskiego, zamaskaradowane wampiry społecznie użyteczne w serialach Moonlight i Blood Ties (to ostatnie wg pierwowzoru literackiego zresztą), skomplikowany społecznie świat Anity Blake i tak dalej. I wreszcie stuletni siedemnastolatek ze Zmierzchu: romantyczny, mroczny tylko tak odrobinkę dla smaku, balansujący urodą między przystojny a śliczny (Robert Pattison to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o obsadę, Orlando Bloom byłby porażką), bardzo ładnie i kulturalnie napisany i zagrany, z tym lekko archaizującym zachowaniem i wysławianiem się, z autoironią i szczyptą teenage angstu czy też Weltschmerzu.

Ba, mnie się taka wizja nawet bardzo podoba: jeśli chcemy mieć większą grupę wampirów w świecie, to nie mogą być one wszystkie wyłącznie morderczym krwiopijcami, bo wytłukłyby - przepraszam: wyssałyby - całą populację ziemską w przeciągu kilku pokoleń (z tego samego powodu odpada przemienianie w wampira za pomocą tylko ugryzienia), nie mogą być dość pozbawionymi celu w (nie)życiu potworami, bo nie będzie o czym opowiadać, nie mogą być wyłącznie zdeprawowanymi arystokratami, bo czytelnikom/widzom znudzą się ich problemy w równym stopniu jak im samym. Ten krok dalej niż pomysły Anne Rice, a nawet systemu rpg Wampir: Maskarada był konieczny, bo nowoczesny wampir musi być istotą skomplikowaną psychologicznie i tak czy inaczej funkcjonującą w społeczeństwie - zarówno własnym jak i ludzkim.

Równocześnie pojawiły się coraz to nowe pomysły na wytłumaczenie przesądów związanych z wampiryzmem, a także zaczęto odczarowywać sposoby na zabijanie wampirów. Odkąd Louis powiedział do robiącego z nim wywiad dziennikarza, że tak naprawdę kocha światło, a krucyfiksy mu nie szkodzą, autorzy prześcigają się w wyjaśnieniach, dlaczego coś szkodzi albo nie szkodzi - i niektóre pomysły są nawet bardzo interesujące, ale to temat na osobny wpis.

I tu mniej więcej pojawiają się moje problemy ze Zmierzchem, który poza tym bardzo mi się podobał i który chętnie obejrzę jeszcze raz. A właściwie dwa rozczarowania w kwestii rozwiązania pewnych elementów wampirzego świata.

Po pierwsze spodziewałam się, że pozostawanie doktora Cullena przy zawodzie lekarza wiąże się ze zdobywaniem pożywienia ze szpitalnych zasobów. Było już w róznych miejscach, ale jest bardzo sensownym pomysłem. I nie żebym ideę "wegetarianizmu" uważała za niedobrą. Nie, chodzi mi raczej o to, że dalsza fabuła filmu pokazuje, iż kontakt z ludzką krwią jest dla wegetarian bardzo niebezpieczny - może na powrót obudzić w nich bestię. Chciałabym zatem wiedzieć, czy dr Cullen naraża się na to z rozmysłem np. celem ćwiczenia charakteru, czy też podobnie jak jego dzieci nie może wyrwać się z zaklętego kręgu tego, czym był przed śmiercią. Zwłaszcza że jest to materiał na interesujące problemy postaci.

Po drugie spodziewałam się, że ukazując Belli swoją "prawdziwą postać" Edward pokaże jej odrażającego potwora i zada jej archetypowe pytanie: czy jesteś w stanie pokochać mnie takim, jaki jestem? Tymczasem okazuje się, że wampiry unikają światła słonecznego, ponieważ w jego promieniach ich skóra lśni niczym wysadzana diamentami. Nawet to ładne w filmie, mimo że na granicy kiczu, ale... co to za problem, poza tym, że taka istota będzie się rzucać w oczy? I dlaczego to akurat ma być "skórą drapieżnika"?

Z tą sceną i tym problemem łączy się zaś mój największy kłopot z zawieszeniem niewiary podczas oglądania tego filmu: dlaczego Edward wzbrania się przed przemienieniem Belli i nawet kiedy jest umierająca, decyduje się zaryzykować swój wegetarianizm i wyssać truciznę z jej żył zamiast pozwolić na przemianę. W ostatniej scenie mówi jej, że "nie chciałaby być tym, czym on jest" - a ja miałam ochotę krzyknąć: dlaczego???!!! Co w jego egzystencji wampira (poza nieustannym powtarzaniem matury, ale nie z powodu jej niezdania) jest odstręczające? Jest nieśmiertelny, piękny (w obu postaciach), sprawny, zdrowy, inteligentny, szybki, zdolny do ludzkich uczuć, a na dodatek nikomu nie szkodzi. Ja tam bym się zapisała bez wahania... w końcu po pewnej przerwie wróciłam do zdawania egzaminów i jakoś od tego nie zwariowałam, więc gdyby ceną za wieczne życie, wieczną młodość i designerski dom miało być studiowanie kolejnych kierunków, nie miałabym nic przeciwko.

Celowo przywołałam imię głównej bohaterki: Isabella skracane do Bella, co ma nam zapewne sugerować, że mamy tu do czynienia z wariacją na temat Pięknej i Bestii. Problem w tym, że Bestii nie ma, jest Piękna i Piękny...

 Eros i Psyche

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright