czwartek, 03 grudnia 2009
Wampiry i wilkołaki

Taki tytuł nosi popularnonaukowa książka Ernesto Petoi, która w jakiś dziwaczny sposób stanowi dla mnie osobistą cezurę w spojrzeniu na to zagadnienie. Lat temu kilka bowiem wraz z N prowadziłyśmy w jednym z krakowskich trendy-artystowskich lokali wieczór poświęcony tej książce i ogólnie kwestii stworów nocy. Na wstępie wygłosiłam wówczas wiekopomne zdanie, które N wciąż mi żartobliwie wypomina: "W zasadzie to ja nie lubię wampirów". I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że już kilka dni później zmieniłam zdanie.

Historia tej zmiany zdania jest złożona i niemalże intymna, i zasadniczo nie zamierzam jej opowiadać, powiem tyle, że miały w niej udział następujące czynniki: system rpg Świat mroku, upór i wytrwałość N, kilka filmów oraz last but absolutely not least (just the contrary) moja osiągnięta wreszcie uczciwość wobec samej siebie. A także, co z punktu widzenia tej notki bodaj czy nie najważniejsze, przekonanie się, że wampir nie musi wyglądać jak 1) Max Schreck, 2) Bela Lugosi, 3) Klaus Kinsky, 4) Gary Oldman w dowolnej charakteryzacji.

Problem bowiem po części leżał w tym, że wszystkie filmy, jakie wcześniej oglądałam, nijak nie były mnie w stanie przekonać do tezy o atrakcyjności - zwłaszcza erotycznej - wampira. Nawet w dziele, które ogólnie bezwzględnie mnie zachwyciło, ale jeśli chodzi o postacie, to głównie tymi kobiecymi, czyli Draculi Francisa Forda Coppoli, tytułowy bohater był tak skrajnie nie w moim typie, że trudno mi było wczuć się w emocje Miny. Okej, może gdybym była mężczyzną, to Monica Bellucci i jej towarzyszki pobudziłyby mocniej moją wyobraźnię... Problem drugi: kiedy po raz pierwszy oglądałam z kolei Wywiad z wampirem, to głównie wkurzał mnie Louis i Brad Pitt, a jakoś przegapiłam, że Lestat Toma Cruise'a to zupełnie inna bajka.

Szczęśliwie w czasie, kiedy coponiektórzy zmówili się, żeby mnie z antymrocznego transu wybić, Wywiad był już na dvd i mogłam odświeżyć wrażenia, a niedługo potem posypały się coraz to ciekawsze propozycje - głównie telewizyjne - spojrzenia na sprawę. I tak małymi kroczkami na przestrzeni raptem kilku lat niechęć przerodziła się w fascynację. Do tego stopnia, że obecnie posiadam ogromną kolekcję filmów i nawet okropności w rodzaju Łowców wampirów Johna Carpentera mnie nie zniechęcą.

Efekt jest taki, że z wypiekami na twarzy chodzę nawet na kolejne Zmierzchy, choć od książek trzymam się mimo wszystko z daleka - taka doza emo w postaci pisanej mogłaby przyprawić mnie o mdłości. Ekran, w każdym razie jak dla mnie, znosi znacznie więcej niż papier.

Ale prawdę mówiąc, nie pisałabym pewnie osobnej notki po obejrzeniu Księżycu w nowiu, gdyby nie to, że jest to również film o drugich istotach z tytułu przywołanej na wstępie książki: wilkołakach. I tak naprawdę, pomimo tego przydługiego wampirzego wstępu, piszę głównie z ich powodu.

O ile bowiem do wampirów żywiłam niechęć spowodowaną, można by rzec, dysonansem pomiędzy wmawianiem mi, że są one atrakcyjne, a nie były, o tyle z filmowymi wilkołakami miałam jeszcze większy problem: nie widziałam ani jednego filmu, w którym byłyby dla mnie w ogóle choćby troszeczkę sympatyczne, no i na dodatek zawsze doprowadzały mnie do łez śmiechu sceny przemiany - tak rozpaczliwie nierealistyczne, sztuczne, udziwnione i nieapetyczne, że aż zabawne. Może jeszcze momentami powolna przemiana Jacka Nicholsona (Wilk) była do zniesienia, bo już kwestia Remusa Lupina z Harry'ego Pottera to osobna sprawa - był pierwszą postacią wilkołaka, którą polubiłam, ale filmowo jego przeistaczanie się wyszło bardzo tak sobie.

I oto nagle w New Moon po raz pierwszy zobaczyłam scenę przemiany, która mnie zachwyciła. Szybka, dynamiczna, płynna - prawdziwie magiczna. Jasne, jest to po części możliwe dlatego, że nie mamy tu do czynienia z klasycznym motywem klątwy, ale indiańskim zwierzęciem totemowym i trudnym ale jednak akceptowalnym dziedzictwem plemienia, w związku z czym twórcy nie muszą nam pokazywać łopatologicznie, jak bardzo nieludzki jest wilkołak i jakim duchowym cierpieniem dla nieszczęśnika jest pora pełni.

Dla sprawiedliwości powiem tylko, że niestety kiedy na ekranie pokazują się zbliżenia wilczej postaci wilkołaków, to jest troszkę gorzej - próba animacji takiej, żeby od razu było widać, że to nie zwykły wilk, troszkę się nie powiodła, komputerowe zwierzęta też nie zawsze naturalnie się poruszają, ale ogólnie jest nieźle. Może wreszcie pozbyliśmy się z kina nienaturalnie wyginających się grzbietów, dziwacznie rosnącej sierści i trzaskających kości.

No dobrze, przyznam się, w końcu literatura i kino, jakie lubię, jest od tego, żeby się identyfikować z bohaterami, zawieszać niewiarę i dawać sobie parę godzin miłej ucieczki od codzienności. Przyznam się do tego, że po raz pierwszy w takiej opowieści nie miałabym pewności, czy wybrać wampira czy wilkołaka.

Fragnent fryzu z Bassai, British Museum

środa, 02 grudnia 2009
Postscriptum

Narzekałam na Pocztę Polską? No to już przestaję. Właśnie przeżyłam kolejny absurd, tym razem z wielką międzynarodową firmą kurierską UPS.

Znalazłam mianowicie w skrzynce awizo, na którym była zaznaczona kratka "Ostatnia próba" - sęk w tym, że próby "pierwszej" ani "drugiej" w rzeczonej skrzynce nie było. Zadzwoniłam więc do firmy, zapytać się, jakim cudem jako pierwsze awizo dostaję takie, które nazywa się ostatnim. Pani - znacznie mniej uprzejma niż na poczcie - oznajmiła mi najpierw obcesowo, że jest to niemożliwe, zapytałam jej więc, czy z góry zakłada, że kłamię w niewiadomym celu. Pani wyjaśniła mi na to, że kurier na pewno był u mnie trzy razy.

- Jakim cudem - zapytałam - skoro w mojej skrzynce jest tylko jedno awizo?

- Zaraz sprawdzę - oznajmiła pani tonem wyższości, a po chwili oznajmiła z tryumfem: - Kurier był u pani trzy razy, ale dwa razy brama była zamknięta, więc nie zostawił awiza!

I to był ten moment, kiedy szczęka mi opadła z hukiem na ziemię, a wraz z nią wszystko, co opaść może. Próba wyjaśnienia pani z drugiej strony linii, że z mojego punktu widzenia awizo, które właśnie dostałam, jest pierwsze, a psim obowiązkiem kuriera było postarać się dostarczyć mi jakoś te wcześniejsze, że wreszcie mieli mój telefon i mogli umówić termin, spaliła na panewce. Pani nie raczyła nawet mnie przeprosić.

Paczka oczywiście została już wcześniej odesłana do nadawcy, ponieważ nie zadzwoniłam do firmy w dniu dostarczenia ostatniego awiza. Niby nie mój problem, bo to nie ja płacę za tę paczkę, więc wściekać się powinien nadawca, ale muszę powiedzieć, że prywatne przebiło państwowe.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright