poniedziałek, 26 grudnia 2011
Humanizdycha

(Z góry przepraszam za to, że dzisiejszy wpis sponsorują nawiasy.)

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Sądząc z kilku petycji i głosów w różnych mediach, dopiero kwestie finansowania (p)obudziły polskich humanistów do dyskusji o stanie i przyszłości akademickiej humanistyki. Dyskusji, która powinna się była przetoczyć przez nasz kraj z dziesięć lat temu, jeśli nie wcześniej. Jest to bowiem dyskusja tylko pozornie niszowa i oderwana od rzeczywistości, w której problemem jest na przykład kryzys Unii Europejskiej czy też wzajemne obrzucanie się błotem przez rozliczne odłamy polskiej tak zwanej "prawicy", które można by spokojnie zignorować, gdyby nie to, że ta opcja ma wciąż dość spory elektorat i jest wspierana przez potęgę medialną.

Otóż uważam, że w dyskusji o tym, w jakim kierunku powinna zdążać polska humanistyka - a konkretnie, czy standardem powinny być publikacje anglojęzyczne czy też polskojęzyczne -  słychać echo tych nieco bardziej globalnych problemów. Bo tak naprawdę dyskusja jest o tym, czy chcemy 'być w Europie' (świecie) na takich prawach jak inni (a także z taką samą odpowiedzialnością), czy też wolimy okopać się we własnym grajdole i (w jego otwartej wersji) czekać aż reszta świata nad grajdołem się pochyli z zachwytem i grajdoł wreszcie doceni, na co czekamy od stuleci. W wersji zamkniętej można od razu nad grajdołem usypać kopiec i postawić na nim symbole religijno-narodowe.

Proszę mnie nie zrozumieć źle. Nie chcę wykreślić języka polskiego z literatury naukowej, ale wydaje mi się, że trwanie na pozycji (szkolnie interpretowanej) "walki o język polski" w wykonaniu (szkolnie interpretowanego) Reja et consortes (ale pod modnym hasłem walki z neokolonializmem), trochę jest nieaktualne. Tak naprawdę renesansowi humaniści doskonale wiedzieli, w jakich sytuacjach szukać środków wyrazu w językach narodowych, a kiedy jednak używać łaciny, w związku z czym np. korespondencję z kolegami z innych ośrodków prowadzili w lingua franca ówczesnego świata. A tak się składa, że jak łacina dominowała jako język powszechnie znany przez ludzi wykształconych w wieku XVI, francuski w XVIII, niemiecki w dziewiętnastowiecznych naukach historyczno-filologicznych, tak we współczesnym świecie tę pałeczkę przejął angielski i rozdzieranie szat nie ma tu sensu. Na pocieszenie mogę dodać, że lingua franca nie jest nawet wymysłem świata średniowiecznego czy nowożytnego, o nowoczesnym czy ponowoczesnym nie wspominając: na terytorium ogromnego imperium Achemenidów językiem wspólnym dla ludzi interesu, dyplomatów itp. nie był bynajmniej perski ani też grecki - wydawałoby się, że dwa języki dominujących w tym świecie kultur - tylko odmiana aramejskiego. Powody były po części ekonomiczne, po części praktyczne (wygodny zapis), ale nie będziemy się nad tym tu rozwodzić.

A zatem w zasadzie każdy język ma teoretyczne szanse na to, żeby stać się lingua franca, choć oczywiście na to, który w danej epoce zostaje, ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest to, jak wiele treści przekazywanych w danym języku jest interesujące/ważne dla dużego grona odbiorców lub zostaje jako takie pokazane. Oczywiście we współczesnym świecie te interesujące rzeczy są szybko tłumaczone na inne języki (zwłaszcza angielski jako dostępny największej liczbie czytelników), ale i tak gdyby nagle (np. w wyniku jakiejś katastrofy demograficznej) wiodącym ośrodkiem cywilizacyjnym stały się Włochy, Polska czy Tajlandia, to uzyskałyby narzędzie do narzucania reszcie świata posługiwania się ich językiem na poziomie oficjalnym. Lingua franca jest warunkowana po części ekonomicznie, a nie tylko kulturowo (tu na dodatek pewną rolę odgrywają mody), i jest to chyba dość logiczne, na dodatek wbrew pozorom jest procesem dość naturalnym.

Wróćmy jednak do kwestii języka polskiego w sytuacji zastanej. I w literaturze naukowej. Widzę co najmniej dwa obszary, na których powinien zdecydowanie dominować. Pierwszy to literatura popularnonaukowa (skądinąd u nas dość skandalicznie zaniedbywana, spychana na margines działalności akademickiej i niedoceniana w rankingach i ocenach, podczas gdy to od jej jakości w dużej mierze zależy zainteresowanie najmłodszych pokoleń nauką), drugi - tradycyjnie rozumiana polonistyka, zajmująca się problematyką związaną z literaturą i językiem polskim. Jest całkowicie uzasadnione, żeby od osób, które chcą zgłębiać szczegółowe zagadnienia Pana Tadeusza czy poezji Micińskiego, wymagać znajomości języka, w którym ta literatura została napisana. Podobnie jeśli amerykański, japoński czy dowolny inny uczony postanowi zająć się np. badaniem języka polonii chicagowskiej, to możemy od niego wymagać, żeby nauczył się polskiego i był w stanie przeczytać artykuły językoznawcze napisane po polsku o polskich dialektach czy gwarach - bo to stanowi podstawę jego warsztatu.

Nie widzę jednak powodu, żeby artykuły na takie tematy pisać jedynie po polsku - wiedza o przynajmniej części zagadnień pozornie niszowych może być przydatna również dla specjalistów z innych dziedzin, chociażby jako materiał porównawczy. Charakterystyka twórczości nawet tak hermetycznie polskich poetów jak Leśmian może być przydatna dla badaczy podobnych zjawisk w modernizmie europejskim itd. Dlatego wydaje mi się, że niezłym rozwiązaniem praktycznym byłoby wprowadzenie w polskich czasopismach wydawanych po polsku obowiązkowych streszczeń w jednym z języków powszechnie używanych w światowej literaturze naukowej, a odwrócenie sytuacji - umieszczanie polskich streszczeń artykułów obcojęzycznych (w czasopismach wydawanych w Polsce) mogłoby też być nie od rzeczy.

Natomiast dopóki Polska nie uzyska dominującej cywilizacyjnie pozycji w świecie (a zważywszy, jakie formacje by tego chciały, wolałabym, żeby to nigdy nie nastąpiło), to nie mamy prawa wymagać od innych, żeby dostrzegali i doceniali publikacje po polsku pisane. W bieżącej dyskusji Tadeusz Bartoś powołuje się na niemieckich filozofów (z dorobkiem), oraz na Umberto Eco jako piszących w swoich językach, zapominając, że niemiecki wciąż jest do pewnego stopnia przynajmniej językiem filozofii (dziedzictwo XIX  i  pierwszych dekad XX wieku), tzn. językiem, którego filozofowie uczą się powszechnie, chociażby ze względu na to, że mnóstwo ważnej dla nich klasycznej literatury jest w tym języku napisane. A w przypadku tekstów filozoficznych lektura oryginału może być warunkiem koniecznym dla poprawnego zrozumienia rozważań w nim zawartych. Umberto Eco z kolei ma pozycję w świecie literackim i literaturoznawczym na tyle wysoką (nieważne, czy słusznie, czy nie; moim skromnym zdaniem cała ecomania to odcinanie kuponów od jednej wybitnej powieści), że cokolwiek napisze w dowolnym języku, zostanie na pniu przełożone na inne. Jeśli natomiast w jakiejś Wyższej Szkole Czegokolwiek w Dowolnym Polskim Mieście pracuje i pisze wiekopomne dzieła zapoznany polski geniusz, to żeby zaistnieć w obiegu naukowym musi te dzieła zaprezentować światu, inaczej bowiem pozostanie geniuszem zapoznanym, o którym za kilka(naście/dziesiąt) lat ktoś napisze pracę magisterską. A może nawet doktorską.

Problem w tym, że jeśli nawet ktoś w końcu wyda jego dzieła i napisze monografię, a wszystko to razem nadal będzie po polsku, to zapoznany geniusz wciąż pozostanie zapoznanym geniuszem. I co najwyżej tym razem przy okazji nagrody Nobla, którą dostanie ktoś, kto niezależnie od naszego zapoznanego geniusza dokona tych samych odkryć ("wszystko, co daje się pomyśleć, zostaje kiedyś pomyślane", że zacytuję moich ulubionych Fizyków Dürrenmatta), jakiś (polski, acz niekoniecznie nacjonalistycznie nastawiony) dziennikarz oburzy się, że przecież "Polak odkrył to [wstaw odpowiednią liczbę] lat temu".

Wracając jednak do głównego problemu, czyli humanistyki, której naukowy Nobel nie grozi, pozwolę sobie na drobne uwagi z własnego doświadczenia. W związku z pierwszymi studiami opublikowałam co nieco w naukowym periodyku uważanym za najbardziej prestiżowy w Polsce, obdarzony przez Ministerstwo wysokim dziewięciopunktowym indeksem. Periodyk ten zajmuje się szeroko pojętym literaturoznawstwem, ale bynajmniej nie jest to czasopismo polonistyczne, a teksty w nim publikowane dotyczą najróżniejszych zjawisk - również to, co ja sama tam popełniłam, odnosiło się raczej do zagadnień metodologicznych, a zatem istotnych globalnie. Niemniej gdybym nawet umieściła mój artykuł powiedzmy na portalu academia.edu, w wersji do ściągnięcia, to korzyść z niego byłaby nikła, bo mało kto na poważnie by go zacytował, nie mając pojęcia o tym, co w nim naprawdę zostało zawarte. Czasem po słowach brzmiących "międzynarodowo" w tytule można się czegoś o zawartości domyślić, ale użytkownik wzmiankowanego portalu byłby w podobnej sytuacji jak ja, kiedy usiłowałam przegryźć się przez tekst po duńsku - a i tak w sumie byłam w o tyle lepszej sytuacji, że nawet szczątkowa znajomość niemieckiego coś tam z niderlandzkiego i skandynawskich pozwala się domyślić. Ale w poważnie traktowanej publikacji zacytuję jedynie artykuł tego samego Duńczyka napisany po angielsku, bo mogę się do niego odnieść, podczas gdy z artykułu duńskiego mogę co najwyżej wynieść ogólne wrażenie, że jest raczej o tym niż o tamtym.

W związku z drugimi studiami publikuję w zasadzie wyłącznie po angielsku i mogę natychmiast podać zasadniczą (subiektywną) różnicę: jest nią odpowiedzialność. Pisząc po polsku niewiele ryzykuję, w związku z czym samodyscyplina może łatwo ulec obniżeniu, podczas gdy pisząc po angielsku znacznie dokładniej muszę sprawdzić źródła, cytowania, wreszcie - własne tezy. Można to zapewne porównać do występu w lokalnej telewizji kablowej i w programie transmitowanym na cały świat, nawet jeśli nie mówimy o największych stacjach czy prime time. Można to też porównać do opowiadania o czymś, czym się zajmuję naukowo, cioci na imieninach, a opowiadaniem o tym samym grupie studentów - w tym drugim przypadku muszę się pilnować, żeby pół żartem zrobione porównanie nie zapadło w pamięć na tyle, że następnie zostanie na całkiem poważnie powtórzone na egzaminie.

Oczywiście w naukowym pisaniu po polsku można też wymagać najwyższej rzetelności, ale mała szansa, że taki proces uruchomią wydawnictwa powstające jak grzyby po deszczu przy Wyższych Szkołach Czegokolwiek w celu wypełniania przez ich pracowników norm publikacji. Wrócę zatem do wcześniejszego postulatu: doceńmy działalność popularyzatorską. To jest dziedzina, która nie dość, że jest trudna sama w sobie, to na dodatek wymaga naprawdę dużej rzetelności, a zarazem naprawdę powinna być uprawiana we własnym języku, bo ma dotrzeć do szerokiego czytelnika, od którego nie możemy żądać ani rozumienia kwestii akademickich, ani też znakomitej znajomości języków obcych. Ministerstwa Edukacji i Nauki powinny wspólnie stworzyć program wspierania działalności popularyzatorskiej, zarówno w formie aktywizowania młodzieży (czy ogólnie: odbiorców spoza sfer akademickich) jak i wydawnictw. Książka popularnonaukowa, wydana w dobrym wydawnictwie, powinna liczyć się jako ważna publikacja na koncie pracownika akademickiego (a napisanie jej dobrą polszczyzną powinno być dodatkowo punktowane ;)

Kolejnym krokiem byłoby uczestnictwo środowiska akademickiego w tworzeniu czasopism popularnonaukowych - też pisanych po polsku. Artykuły tam publikowane powinny liczyć się do dorobku, nie widzę też problemu w nadaniu takim czasopismom ich własnego rankingu ministerialnego. Bo oczywiście podobnie jak istnieje różnica między publikacją w Zeszytach Wyższej Szkoły Czegokolwiek a recenzowanym periodykiem, tak też nie ma równości między w założeniu popularyzatorskim Biuletynem Koła Naukowego Studentów Czegokolwiek a np. Wiedzą i Życiem, są też spore różnice między "naukowymi" blogami na portalach rozmaitych tygodników i innych mediów: w jednych utalentowani popularyzatorsko naukowcy piszą przystępnie rzeczy ciekawe, w innych niestety różni aspirujący geniusze - medialnie atrakcyjni - wypisują (nierzadko modne*) bzdury, od których nóż się w kieszeni otwiera.

Natomiast artykuły czy monografie, które powinny wejść do naukowego obiegu międzynarodowego, piszmy w językach powszechnie znanych w naszej dziedzinie. To nie zawsze musi być angielski: niemiecki i francuski wciąż są dostatecznie popularne w wielu naukach, żeby poważne czasopisma o zasięgu światowym je akceptowały. W przypadku monografii ideałem byłoby wydawanie równolegle wersji międzynarodowej i polskiej, bo przecież wciąż - i na szczęście - tłumaczymy ważne teksty naukowe, jako że nawet dla osób znających świetnie język oryginału lektura we własnym języku jest łatwiejsza, choć już gdy przychodzi do cytowania, musimy odwołać się do wersji pierwotnej - ze względu na komunikatywność, ale też po to, żeby sprawdzić, czy tłumacz czegoś nie namieszał. Niestety nierzadko poziom przekładów literatury naukowej na polski woła o pomstę do nieba: tłumaczami bywają ludzie nie mający pojęcia o treści przekładanej książki, co więcej - nie czujący potrzeby skonsultowania czegokolwiek ze specjalistą (opłakane efekty w przypadku jednej książki popularnonaukowej kiedyś nawet opisywałam).

Niemniej liczenie na to, że jeśli napiszemy coś fenomenalnego w języku, który dla zabieganego świata jest niedostępny, to ktoś to odkryje, przeczyta (zlecając na ślepo, wiedziony instynktem, tłumaczenie albo też ucząc się w przyspieszonym trybie piekielnie trudnego języka) i doceni, jest równą mrzonką jak to, że reklamując Kraków jako miasto taniego piwa przyciągniemy tu kulturalnych turystów, pragnących poznać naszą historię i kulturę. A niestety kilka lat temu w londyńskim metrze jako stolica kultury reklamowała się Praga, podczas gdy Kraków obecny był w gazetkach linii lotniczych oraz darmowych pisemkach rozdawanych na londyńskiej ulicy jako właśnie miasto długo otwartych tanich pubów. Efekty są widoczne i ich diagnoza wbrew pozorom nie jest całkiem niezwiązana z tym, o czym traktuje dzisiejszy wpis. Forma publikacji też jest rodzajem autoprezentacji: pisząc wyłącznie po polsku, w obiegu zamkniętym, prezentuję się jako osoba niezainteresowana dzieleniem się tym, o czym piszę, z innymi, dyskusją, a więc w rezultacie również poznawaniem opinii innych.

Podsumowując: postulowałabym rozdzielenie pewnego rodzaju "rejestrów" publikacji na te, które powinny być pisane w językach obcych i  po polsku, wyznaczenie strefy, gdzie te zalecenia się przenikają, docenienie jako twórczości naukowej tekstów popularyzatorskich, dla których naturalnym językiem jest język lokalny, czyli de facto szukanie drogi pośredniej. Nie zamykanie się na to, że pisanie po polsku może mieć duże znaczenie i wpływ, tylko zrozumienie, że pisząc po polsku ten wpływ możemy wywierać na grupę, którą dramatycznie zaniedbujemy: młodzież i osoby bez wykształcenia specjalistycznego (albo w ogóle akademickiego), a nie na międzynarodowe środowisko naukowe. Co więcej, uważam, podkreślę to jeszcze raz, że stworzenie platformy popularyzacji nauki (która jednocześnie byłaby platformą szerzenia poprawnej polszczyzny) powinno stać się jednym z priorytetów dla połączonych sił ministerstw zajmujących się edukacją i nauką.

Jeśli natomiast chcemy z nauką sensu stricto wyjść na świat i zaistnieć w obiegu międzynarodowym, to musimy dostosować się do tego, jak ten świat obecnie działa. Przyjmowanie postawy obrażonego dziecka nic tu nie pomoże. Pisania nawet świetnych artykułów o charakterze specjalistycznym nie uważam też za element promujący czy też mający dowartościować język polski - przecież ich odbiór w Polsce jest marginalny, więc fakt ich napisania po polsku nie zwiększy ich poczytności wśród rodaków!

Ponadto jakość i zasięg publikacji (pomińmy kwestię dobrego lub niedobrego czy raczej niedoskonałego systemu ich oceniania) jest jednak kryterium w miarę obiektywnym, pozwalającym uniknąć takich sytuacji jak krążący niedawno po sieci mem "należy mi się habilitacja, bo w latach siedemdziesiątych byłem gospodarzem klasy", mający swoje źródło w oficjalnym serwisie związanym z nowym procesem habilitacyjnym. Jak najbardziej trzeba się zastanawiać nad doskonaleniem kryteriów oceny, poddawać je (wraz z listami czasopism) nieustannej weryfikacji, dopuszczać przypadki niemieszczące się w ostro zarysowanych wytycznych, którym zdarza się automatycznie dawać punkty za niczym niepopartą autopromocję, podczas gdy autentyczne osiągnięcia nie zawsze podpadają pod biurokratyczny system. Żeby rzucić przykładem pierwszym z brzegu: dość absurdalne jest to, że we wnioskach grantowych liczą się tylko publikacje z kilku ostatnich lat - o ile w przypadku artykułów można to uznać za zasadne, bo jest to kwestia aktywności, o tyle opublikowanie ważnej i cytowanej monografii nie powinno ulegać takiemu przedawnieniu. Ale przecież takie drobiazgi można by korygować niemal od ręki.

Trochę odeszłam od kwestii humanistyki, więc pozwolę sobie do niej jednak wrócić. Raz za czas tu i ówdzie odbywają się debaty co do jej naukowości, a także co do tego, czy humanista powinien zdawać maturę z matematyki (na co niezmiennie ktoś z przyrodników rzuci w końcu prowokacyjnie hasło bezzasadności zdawania przez przyszłych inżynierów czy biologów matury z polskiego) itd. Nauki przyrodnicze, zwłaszcza współcześnie, niewątpliwie różnią się od tzw. humanistyki - dawno skończyły się czasy, kiedy jeden człowiek mógł naukowo ogarnąć całość współczesnej sobie ludzkiej wiedzy (abstrahując od jej poprawności), jak taki Arystoteles czy nawet jeszcze niekiedy renesansowi humaniści, którzy nierzadko zajmowali się wciąż jeszcze zagadnieniami filozofii naturalnej. Rozwój nauki sprawił, że już w XVI/XVII w. widzimy postępującą specjalizację: pomijając ich własne przekonania o tym, czym się zajmowali, my dziś Keplera nazwiemy astronomem, a Newtona - fizykiem, ze względu na dziedziny, w których dokonali przełomowych odkryć. Obecnie możemy co najwyżej mówić o wymierającej klasie erudytów, którzy zainteresowaniami i wiedzą wychodzą poza ramy swojej dziedziny. Wymieraniu zresztą po części winna jest szkoła, stawiająca na produkcję wyspecjalizowanych ludzkich maszyn, a nie na szeroką wiedzę i ciekawość świata. (Co skądinąd zasadniczo sprawia, póki co, że mój postulat wspierania popularyzacji nauki jest również pięknym marzeniem bez szans na spełnienie.)

Na początku wspomniałam również o kwestii finansowania, która poniekąd wywołała tę dyskusję. Jestem jak najbardziej za finansowaniem z zarówno polskiego jak i unijnego budżetu działalności, która powinna być prowadzona po polsku dla zwiększenia potencjału intelektualnego Polaków (ceterum censeo: wspierajmy popularyzację), ale nie łudźmy się, że startując po pieniądze europejskie czy światowe, mamy szanse z projektami specjalistycznymi, stricte naukowymi, które z góry zakładają, iż adresatem takich prac powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską (cytat z listu prof. Czubaja i innych naukowców, na który odpowiedzią jest przywołany na początku artykuł). Poza wszystkim na to, żeby ci czytelnicy zainteresowali się Polską, to my musimy ich tą Polską zainteresować. Nie zrobimy tego, pisząc po polsku artykuły o polskiej kulturze czy popkulturze. Chyba że celem polskiej humanistyki ma być wygodne życie w towarzystwie wzajemnej adoracji (zjawisko wyśmiane lata temu na gruncie literatury brytyjskiej przez Davida Lodge'a i ogólnie tzw. powieść akademicką).

Neapol 2011

*Aluzja do polskiego tytułu "Intellectual Impostures" Brickmonta/Sokala w pełni zamierzona, ponieważ większość tych portalowych wannabe ekspertów zachłystuje się postnowoczesną terminologią i stylistyką, produkując banalne porównania i płytkie analizy. I niestety do tej kategorii wrzucam określanie pisania po angielsku jako "neokolonializmu akademickiego". Jak już napisałam, zjawisko lingua franca istniało od tysiącleci i nie ma co na nie utyskiwać - jest sprawdzającym się w praktyce rozwiązaniem i tyle.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright