poniedziałek, 22 grudnia 2014
Banalność zła

Za jakiś czas ruszy proces w sprawie, trzeba przyznać, wyjątkowo odrażającego morderstwa. Proces młodej, ale pełnoletniej "krwawej poetessy", jak nazywali ją niektórzy w necie (i tak będę ją tu nazywać, jeśli chcę być w zgodzie z główną tezą tej notki), jej chłopaka, ich znajomych, którzy być może nie do końca wiedzieli, w czym biorą udział. Kiedy proces się zacznie, media - w zależności od ich poziomu - na pewno znów będą w miarę regularnie informować o jego przebiegu lub też przypominać co bardziej makabryczne informacje związane ze sprawą.

Tymczasem na fejsbuku w różnym tempie przyrasta lajków na profilu poetessy (znajomy prowadzi monitoring, usiłując skorelować obserwacje z obecnością/nieobecnością tematu w mediach), ale też przyrastają komentarze. Nie wiem i w sumie wcale nie chcę wiedzieć, czy komentują te same osoby, które jeszcze kilka tygodni temu zachwycały się twórczością poetessy. Nie wiem też, czy poetessa jest poetką (w sensie czy to, co pisze, ma wartość artystyczną), albowiem wobec wiersza wolnego czuję się bezradna - jest paru poetów płci obojga, którzy mnie zachwycają, ale ogólnie nie potrafię ocenić, dobre czy nie dobre.

Ale ja w sprawie tych komentarzy. Nie zaglądam tam często, choć fejsbuk wejść nie liczy. Jakoś nie chcę. Zajrzałam właściwie raz, z ciekawości. I oczywiście, w komentarzach obecnie prym wiodą żądania kary śmierci i najgorsze wyrazy pod adresem poetessy. W sumie można się było tego spodziewać. Podejrzewam jednak, że jeśli ona miałaby możliwość je czytać, to umocniłyby ją one w przekonaniu o tym, że reszta świata to nic nie warta hołota. Wrócę do tego wątku za chwilę.

Na razie pozwolę sobie zatrzymać się na moment przy tej hołocie, żeby uzasadnić tytuł notki, która w sumie jest o czymś innym. Ta zbrodnia nie jest oczywiście banalna (żadna nie jest), jest, jak już napisałam, wyjątkowo odrażająca pod wieloma względami. Banalna, pomimo całego zadęcia wokół siebie, wydaje mi się natomiast krwawa poetessa. A może nawet to zadęcie jest elementem banalności jej postaci. Poczucie własnego geniuszu? Poczucie wyobcowania? Poczucie nadwrażliwości? No ja bardzo proszę, przecież to teenage angst i weltschmerz, przez który po prostu trzeba przejść i oczywiście prawie każdemu w tym stanie wydaje się, że jest wyjątkowy. Bo po części na tym ten stan polega - jest fazą, w której cały świat jest przeciwko nam, jednostkom, jakże wyjątkowym i wybitnym. Bezduszny tłum, motłoch, hołota, burżuj, filister - przeciwnik wiele miał imion i pewnie jeszcze wiele zyska.

No więc już to samo w sobie oryginalności ma tyle, co trucizna w zapałce, że znów zacytuję najwybitniejszą powieść polską (skądinąd postać, do której cytat się odnosi, miała demonizmu w sobie mniej więcej tyle co poetessa, tylko na dobrą sprawę była co najwyżej na pograniczu szkodliwości społecznej), a dołóżmy do tego jeszcze fascynację, of all people, Witkacym... To już, niestety, jest banalne do bólu. Obawiam się, że poetessa nie ma pojęcia, iż fraza o niechęci poety do tłumu ignorantów jest znacznie starsza - napisał ją dwa tysiące lat temu Horacy (odi profanum vulgus), a nie wynaleźli ani poeci modernizmu i bohemy, ani Witkacy.

Skądinąd w tym kontekście przypomina mi się wyjątkowo odrażająca postać aspirującego artysty z szóstego odcinka "Z biegiem lat, z biegiem dni" Andrzeja Wajdy - poeciny, który ożenił się z chłopką (w ciąży), którą następnie torturuje psychicznie, powtarzając nieszczęsnej, że przez nią "dusi się bez artystycznego towarzystwa", "nie może wzlecieć" i tak dalej. Scenariusz jest według literatury w najlepszym wypadku trzeciego sortu, pisarza zapewne słusznie zapomnianego, ale duch pewnego typu artystowstwa został tam znakomicie podchwycony (i przez Joannę Olczak Ronikierową zapewne podkręcony). Poeta - bohater tego odcinka nigdy nie uświadamia sobie do końca, że tak naprawdę jest w swojej postawie żałosny i banalny.

Ale on oddycha i żywi się głównie poczuciem własnej wspaniałości, oryginalności i zapoznanego geniuszu. Podobnie jak poetessa, która z artykułów prasowych bardziej kojarzy mi się z nim właśnie niż z Lafcadiem czy Raskolnikowem. Nie wiem, może spektakularna porażka jej planu (bo chyba planowała wywinięcie się ze sprawy?), prawie natychmiastowe aresztowanie, będzie dla niej ciosem, który poustawia jej coś w głowie. Trudno powiedzieć. Niektórym nic tego nie ustawia.

I wracamy teraz do kwestii kary. Jest zbrodnia, musi być kara. I zapewne będzie wysoka, bo trudno sobie wyobrazić przyzwolenie zarówno wymiaru sprawiedliwości jak i społeczeństwa na niską. Dożywocie, dwadzieścia pięć lat czy co tam przewiduje polski kodeks karny. W każdym razie raczej długa odsiadka. I tu zaczyna się problem. Bo widzę już - sądząc po lajkach na fejsbuku, przyrastających po ujawnieniu zbrodni - scenariusz jak w przypadku Charlesa Mansona: fanów i fanki zabiegających o spotkanie, może nawet pragnących się żenić. Czyli dających poetessie to, czego najbardziej pragnie - sławę i uznanie.

Nie znam się na szczegółach prawa, ale istnieją przecież możliwości obłożenia wyroku dodatkowymi warunkami, prawda? W tym konkretnym przypadku uważam, że niezależnie od wyroku więzienia poetessę należałoby skazać na śmierć. Oczywiście, jako zasadniczo przeciwniczka kary śmierci, nie mam na myśli śmierci fizycznej. Mam na myśli coś w rodzaju tego, co w starożytnym Rzymie nazywało się damnatio memoriae - karą niepamięci, wymazania. [EDIT spowodowany niezrozumieniem moich intencji przez część komentatorów: lepsze byłoby określenie damnatio ad ignorantiam, wariacja na temat damnatio memoriae, bo nie chodzi mi o "skazanie na zapomnienie" (niewykonalne), ale o to, żeby odciąć od możliwości napawania się swoją potencjalną popularnością.] Uważam, że jedyną adekwatną karą dla poetessy byłoby odcięcie jej od internetu, od potencjalnych fanów, od spotkań, od możliwości publikacji swojej twórczości. Niech pisze, proszę bardzo, ale tak jak niektórzy przestępcy dostają zakaz zbliżania się do osoby pokrzywdzonej, tak ona powinna mieć zakaz publikacji i kontaktu z fanami. Bo jeśli się nie zmieni pod wpływem aresztowania i wyroku, to więzienie może nie wystarczyć jako kara - a brak uznania, brak obecności w sferze publicznej  zapewne zdoła ją dotkliwie zaboleć.

Jak będzie, pokaże proces. Na razie na miejscu fejsbuka zablokowałabym profil poetessy i pozostawiła go do dyspozycji sądu - bo zarówno fanostwo jak i hejterstwo jest w tym przypadku dość obrzydliwe. Sam profil, po prawdzie, również (takoż i banalny oraz nieoryginalny zarówno w sferze wizualnej jak i treściowej, zwłaszcza jak na osobę reklamującą się jako genialna), ale to zupełnie inna sprawa...

Night in Paris

piątek, 05 grudnia 2014
Wolność, równość i wyższe wykształcenie

Przez blogosferę oraz media społecznościowe przetacza się dyskusja o serii artykułów (bo reportażami trudno to nazwać) poświęconych wyzyskowi i strasznej sytuacji ludzi a to pracujących w polskim Amazonie, a to w szatni [linkuję, bo do tego będę się odnosić dalej]. Bohaterowie tych artykułów mają jedną cechę wspólną (która, nawiasem mówiąc, każe mi wierzyć, przynajmniej częściowo, w spiskową teorię głoszoną przez blogerkę tattwę, że są to postacie w jakiejś mierze powstające w głowach dziennikarzy): mają mianowicie poczucie, że im się należy coś więcej niż praca, którą dostali. Poczucie niepoparte w obu przypadkach żadnymi konkretami (dlatego, między innymi, teksty im poświęcone nie są reportażami), dlaczego konkretnie miałoby im się coś należeć.

Poczucie, że należy się nam coś więcej od tego, co życie samo przynosi,  może być bardzo twórcze, jeśli przeradza się w zdrową ambicję, która popycha nas do działania na rzecz poprawy tego życia. Działania realnego czyli, nie bójmy się tego słowa: wysiłku. Niewątpliwie znacznie łatwiej jest jednak usiąść na kanapie i roszczeniowo narzekać w nadziei, że może społeczeństwo (pracodawca, państwo) przerażone wizją łatki wstrętnego burżuja, jaka może mu zostać przypięta, samo wyciągnie do nas rękę i zaoferuje nam te kokosy za sam fakt tego, jacy wspaniali jesteśmy. Wspaniali, bo bieganie między półkami nas nie satysfakcjonuje zawodowo. Wspaniali, bo coś tam kiedyś studiowaliśmy.

Otóż pretensje te oparte są na specyficznej odmianie egalitaryzmu - przekonaniu, że skoro np. poszliśmy na wyższe studia, to po ich skończeniu coś konkretnego powinniśmy dostać (niestety nie wiedzę, jak wynika z wypowiedzi niezadowolonych, ale głównie pensję odpowiedniej wysokości i/lub pracę zagwarantowaną przez państwo, jeśli nie załapiemy się do sektora prywatnego, a konkretnie takiego, który zapłaci nam zgodnie z naszymi oczekiwaniami za niezbyt ciężkie obowiązki). Koncepcja ta zasadza się na przekonaniu tyleż prawdziwym, co fałszywym. Mianowicie, że skoro wszyscy ludzie są równi, to dlaczego, u diabła, niektórzy są jednak równiejsi? (Znaczy: wiedzie im się lepiej.)

Jestem całkowicie przekonana, że absolutnym fundamentem naszej współczesnej cywilizacji jest pierwszy artykuł "Deklaracji praw człowieka i obywatela" z roku 1789 - "Ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi wobec prawa."* Od tego się na poważnie zaczęło i wszelkie prawa człowieka formułowane później na tym się zasadzają. Ba, mam wrażenie, że lepiej takiej absolutnej podstawy nie da się sformułować. Chciałabym tylko nieśmiało zwrócić uwagę, że w tym pierwszym przykazaniu równości mowa jest o tym, że ludzie są równi wobec prawa - czyli prawo powinno im gwarantować równe szanse - a nie, że są tacy sami czyli mogą to samo osiągnąć.

Tymczasem populistyczny egalitaryzm - bo za taki uważam między innymi wspomniane publikacje oraz koncepcję społeczną opisaną dwa akapity wyżej - usiłuje nam wmówić, że równość oznacza "każdemu po równo", niezależnie od jego wkładu w wykorzystanie tego, co daje mu równość wobec prawa. Pozwolę sobie przypomnieć, że drugie zdanie owego pierwszego artykułu brzmiało: " Różnice społeczne mogą się opierać tylko na użyteczności wobec społeczeństwa"*. 

[Dygresja: pomińmy, proszę, kontekst historyczny, nie spierajmy się w potencjalnych komentarzach o rewolucję i jej koleje (chyba że twórczo, mnie to bardzo interesuje, ale to jednak offtopic), a także przystawalność sformułowań "Deklaracji" do konkretów różnych epok - potraktujmy ten tekst, a konkretnie ten jego fragment, jako idealną wizję i fundament cywilizacyjny właśnie, bo jako to go tu przywołuję.]

Ponieważ komunizm najwyraźniej nie jest cechą przyrodzoną ludzkości, mamy w każdym społeczeństwie grupę ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na dowolny status społeczny - w sensie tego, co mogą dać same pieniądze (pewnych elementów statusu nie da się kupić) - ponieważ po prostu odziedziczyli dostatecznie dużą fortunę. Próby likwidacji tego stanu są z góry skazane na niepowodzenie, bo nawet jeśli wytniemy w pień całą arystokrację/burżuazję albo też pogonimy obszarników na daleką północ i rozdzielimy ich ziemie pomiędzy chłopów i proletariuszy, to w tym, co pozostało, zacznie się na nowo wykształcać elita finansowa - znów, podobnie jak w odległym średniowieczu, w którym rodziły się nowożytne majątki, znajdzie się te kilka procent ludzi bardziej zaradnych i przedsiębiorczych, którzy najpierw choćby i ograniczonymi środkami dozwolonymi przez restrykcyjne prawo zaczną gromadzić dobra i wybijać się w społeczności, a potem osiągną na tyle wpływów, żeby zasady własności zmienić. [Nawiasem mówiąc, oligarcha wcale nie znaczy "człowiek bogaty" czy nic w ten deseń, ale to osobna sprawa.] A wszystko dlatego, że nawet w systemie istotnie gwarantującym prawnie równy start i równe możliwości, nie wyprodukuje się dekretami i deklaracjami ludzi, którzy tak samo będą potrafili z tego skorzystać i dojść do tych samych osiągnięć. Możliwości to możliwości (przepraszam za tautologię), a nie gwarancja określonego rezultatu. To ostatnie zależy od nas. Od nas bardzo od siebie różnych.

Może jeszcze wyraźniej - zwłaszcza w kontekście roszczeń związanych z faktem ukończenia studiów - ilustruje to przykład intelektu. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo byli równi wobec prawa i choćby nie wiem jak było to przez państwo i społeczeństwo realizowane, nie sprawimy, że wszyscy będą intelektualnie tacy sami ("równi"), tak samo jak nie wyrównamy sprawności fizycznej najlepszym programem upowszechniania sportu. Nie zagwarantuje tego najlepszy system edukacyjny ani żadne pieniądze - po prostu ludzie mają zróżnicowany poziom inteligencji i idealny system mógłby co najwyżej dać wszystkim gwarancję tego, że rozwiną swój potencjał zgodnie z tym, jaki on jest. Co więcej, gdyby nawet populacja składała się z samych przysłowiowych Einsteinów, to zgodnie z najprostszym prawem ekonomii ("zasada Pareto") w tej populacji znalazłoby się znów te 20% zdecydowanie bardziej inteligentnych i następnie w ich obrębie jakieś 5% wybitnych. A przeciętny Einstein pracowałby na taśmie (albo w Amazonie, albo w szatni), bo należałby właśnie do przeciętnej. Społeczeństwa identycznych jednostek (lub ich kilku grup, o osobnikach identycznych w każdej z nich) istnieją - na szczęście! - jedynie w antyutopiach. I zadanie domowe dla zwolenników populistycznego egalitaryzmu - dlaczego ten typ literatury nazwaliśmy antyutopiami?

Najłatwiej jest mi oczywiście pisać o kwestii studiów wyższych i związanych z nimi oczekiwań, ponieważ jest to coś, z czym mam na co dzień do czynienia. Uważam za karygodną pomyłkę popełnioną nie wiem, w którym konkretnie momencie naszych najnowszych dziejów (proszę o ewentualne uwagi precyzujące w komentarzach), postawienie na masowość wyższego wykształcenia o charakterze akademickim. Czyli posłanie większości absolwentów szkół średnich na uniwersytety, a raczej zmuszenie uniwersytetów do przyjmowania zdecydowanie za dużej liczby studentów i uzależnienie de facto od tego bytu finansowego uczelni. Spowodowało to nie tylko spospolitowanie wykształcenia akademickiego, drastyczny spadek jego prestiżu i poziomu, zmianę programów studiów na idiotyczne i niczemu nie służące (ani zawodowe, ani akademickie), ale również sprawiło, że nieźle funkcjonujące dotychczas Akademie, Politechniki i Wyższe Szkoły zamiast walczyć o prestiż wykształcenia wyższego zawodowego zaczęły się masowo przemianowywać na uniwersytety oraz, w związku z tym właśnie, dołączać do swoich zawodowych profili kierunki nijak się do nich niemające (np. Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, która o dziwo utrzymała tradycyjną nazwę, posiada obecnie Wydział Humanistyczny, kształcący m.in. psychologów).

Zmiany powinny były pójść inaczej: ku dowartościowaniu, finansowemu i kadrowemu, najlepszych wyższych szkół zawodowych (i tworzeniu nowych na podobnym poziomie), co pozwoliłoby na zwiększenie prestiżu takich profesji jak nauczyciel czy urzędnik państwowy, a ludziom rozważającym taką karierę życiową dałoby solidne podstawy zawodowe. Co więcej, państwo mogłoby w dużej mierze gwarantować ich absolwentom pracę, której wzrastający prestiż miałby szanse przełożyć się na finanse (model Grandes Écoles francuskich). Uniwersytetom zaś - zaledwie kilkunastu w kraju, o wyraźnie zróżnicowanym prestiżu, ale i możliwości podnoszenia poziomu - należało pozostawić kształcenie akademickie: ludzi, którzy albo studiują dla przyjemności zdobywania wiedzy niekoniecznie praktycznej i nie wiążą z wybranym kierunkiem ambicji zawodowych (model najlepszych uniwersytetów angielskich), albo też zamierzają kontynuować karierę naukową. Taka edukacja pierwszej grupie zapewniałaby rozwój intelektualny i start do dość dowolnej pracy niewymagającej konkretnych umiejętności na samym starcie, tym drugim - oczywiście ścieżkę kariery. Taka sytuacja uratowałaby może również humanistykę polską (tę najbardziej humanistyczną i "niepraktyczną"), która w obecnym systemie zepchnięta jest na margines marginesów.

Niestety w efekcie tego kierunku, w jakim poszła reforma szkolnictwa wyższego, mamy teraz walący się na łeb na szyję autorytet i poziom niedofinansowanych uniwersytetów, tłum uczelni niewiedzących tak naprawdę czym są ("uniwersytetów" pedagogicznych, ekonomicznych, technicznych, rolniczych czy medycznych), oraz całkowity brak wyższego szkolnictwa zawodowego na jakimkolwiek sensownym poziomie - bo w tę zaniedbaną niszę wkroczyły mnożące się na potęgę (i nierzadko nagle znikające) pseudoszkoły byleczego, kuszące rzekomym przygotowaniem do konkretnego zawodu.

Drugim efektem tego systemu jest przekonanie każdego absolwenta, że ukończone przez niego studia są pełnowartościowym produktem, który - co więcej - stanowi przepustkę do lepszego świata. A tymczasem 80% tych absolwentów (bo załóżmy nawet, że wszyscy jakoś kończą te studia) nie jest do niczego przygotowana, bo nie da się do niczego przygotować tłumu, w którym przeważają osobniki niezainteresowane niczym poza uzyskaniem dyplomu. Na dodatek w sytuacji, kiedy oblanie studenta i wyrzucenie go ze studiów ma wymierne skutki finansowe. Dopóki to się nie zmieni, postawa roszczeniowa spod znaku "studiowałem, a teraz pracuję w szatni, to niesprawiedliwe, wyjeżdżam" nie zniknie. Wykształcenie akademickie, zwłaszcza jeśli się przez nie przebrnęło na trójach otrzymywanych dlatego, że uczelnia bała się stracić finansowanie, nie jest przepustką do niczego. I używanie go jako argumentu w płaczliwych artykułach o strasznym życiu jest najzwyczajniej pod słońcem nieuczciwością i żerowaniem na populistycznym egalitaryzmie.

A zatem sorry, Dominiko z inkryminowanego artykułu, niezależnie od tego, czy jesteś prawdziwa czy fikcyjna, absolwent absolwentowi nierówny, nawet jeśli przebrnął przez trudny kierunek. (Nawiasem mówiąc, odnośnie tego konkretnego artykułu: akurat na neurobiologii publikacje można mieć bardzo prosto - opiekun pracy magisterskiej, jeśli jest człowiekiem uczciwym i rzetelnym, dopisze do swojej pracy wszystkich doktorantów i magistrantów, którzy brali udział w badaniach.) Jeśli to, że studia skończył, naprawdę go czegoś - czegokolwiek - nauczyło, to powinien wiedzieć, że teraz jego życie jest w jego rękach. Może wyjechać do Norwegii i tam pracować w szatni za nieco lepsze pieniądze. Może próbować jednak znaleźć pracę w swoim zawodzie albo na jego obrzeżach. Może zacisnąć zęby i próbować spełniać swoje marzenia, które popchnęły go na studia - jeśli takowe marzenia istniały. Jeśli naprawdę ma się marzenia i zdrowe ambicje, to mało co z rzeczy powszednich jest w stanie człowieka zniechęcić do ich realizacji. Tylko, jak już wspomniałam, do realizacji ambicji potrzebny jest jeden element: minimum wysiłku.

***

Pozwoliłam sobie o tym wszystkim napisać, ponieważ problem frustracji tym, jak pewne rzeczy działają w Polsce, znam aż za dobrze. Być może zdobędę się kiedyś na notkę coming-outową w kwestii tego, jak wygląda życie człowieka, który postanowił zmienić swoje życie, skończyć drugie studia po doktoracie z pierwszych, a następnie napisać drugi doktorat i robić karierę naukową w drugiej dziedzinie. I wpadł w dziurę prawną, a co za tym idzie finansową, bo polskie regulacje dotyczące finansowania nauki takiej sytuacji nie przewidują. Polskie prawo najwyraźniej nie przewiduje, że dla ludzi niezadowolonych z dotychczasowego życia oprócz drogi narzekania albo marzenia o wcześniejszej emeryturze, może też być droga działania. Dziennikarze też tego nie przewidują, bo moje dobijanie się do mediów w sprawie, wydawałoby się, pozytywnej: pokazania ludziom, że można walczyć z syndromem wypalenia lub błędnymi decyzjami życiowymi, a nie tylko się poddawać, oraz w kwestii dostrzeżenia przez prawo osób o nietypowych życiorysach, nie przyniosło żadnych skutków. Dlatego takie teksty jak ten o "Dominice" sprawiają, że mała gilotynka mi się w kieszeni otwiera (by pozostać w klimatach).

Place de la Bastille

* "Les hommes naissent et demeurent libres et égaux en droits. Les distinctions sociales ne peuvent être fondées que sur l'utilité commune."

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright