czwartek, 29 marca 2007
"Rubik powinien był poprzestać na kostce"

Wieści lokalne dochodzą zawsze do mnie z opóźnieniem - czytam właściwie wyłącznie internetowe wydania gazet, a krakowski dodatek do GW najczęściej przy okazji wizyty u rodziców. Dlatego dopiero teraz z pełną mocą uderzyła mnie wizja zalewu kiczu, jaki czeka nas w najbliższym czasie.

W poniedziałek mianowicie trzeba będzie się trzymać jak najdalej od Rynku, albowiem odbędzie się tam, jakże oryginalnie, wykonanie tak zwanego oratorium Tu es Petrus arcymistrza kiczu Piotra Rubika. Potem będziemy mieć Rubika na 750 rocznicę lokacji miasta, a jak się dowiaduję z gazety, również jakaś kosmiczna liczba innych polskich miast też będzie mieć Rubika z najrozmaitszych okazji, papieskich i własnych.

Muszę przyznać, że zachwyca mnie wręcz pomysłowość panów R&K w wymyślaniu odpowiednich tytułów dla różnych miast: w Krakowie "Zakochani w Krakowie", w Łodzi "Łódź Ojca Świętego"; ciekawe, co duet by wymyślił, gdyby zaprosiło go któreś ze słynących z pięknych (a sprośnie dziś brzmiących) nazw miasteczek mazurskich albo chociażby leżący obok Zakopanego Ząb. W każdym razie konceptów pary R&K nie powstydziłby się co najwyżej ksiądz Baka.

Problem w tym, że Kraków chyba zasługuje na coś więcej niż odklepane wraz z dziesiątkami innych zamówień "oratorium" pop-kompozytora. Przy tym pożal się boże zamówieniu koncert Ennia Morricone urasta do rangi wielkiego wydarzenia, choć też nie wydaje mi się, żeby Kraków zasługiwał wyłącznie na odgrzewane kawałki muzyki filmowej, nawet jeśli w swojej dziedzinie jest to twórczość wybitna. Ale cóż - żyjemy w kraju, w którym całkowicie zatraciło się poczucie decorum, czyli stosowności, i nikt z decydentów nie widzi przepaści estetycznej dzielącej ponad siedem wieków historii miasta od powiązanych w pseudocałość pioseneczek.

A mnie osobiście Rubik, a może Książek, naraził się jeszcze jednym drobiazgiem. Chcąc być na bieżąco z popkulturowymi modami, pożyczyłam kiedyś dvd z Tu es Petrus i nudząc się niemiłosiernie wytrzymałam spore kawałki, aż usłyszałam gdzieś pod koniec refren ze słowami "non omnis moriar - nie przeminiesz cały". Autor tekstu ewidentnie nie miał pojęcia, że horacjańska fraza wypowiedziana jest w pierwszej osobie! Jak się cytuje, to z głową, pomyślałam, i bez żalu wyłączyłam dvd.

Maska teatralna komiczna, Muzeum Narodowe w Atenach

PS. Tytuł tego wpisu zawdzięczam sygnaturce gadu-gadu kolegi.

środa, 28 marca 2007
Roma non aeterna

Złe wieści z HBO: nie będzie trzeciego sezonu serialu Rzym. Ponoć dlatego, że był za drogi jak na swoją oglądalność (dość to dziwne, skoro w tej samej notce można przeczytać, że decyzję o kręceniu drugiego sezonu podjęto po gigantycznym sukcesie trzech pierwszych odcinków).

Szkoda, bo był to jeden z nielicznych filmów, na których starożytność wyglądała mniej zgodnie z naszą obecną wiedzą o tej epoce. Twórcy nie wahali się przed pokazaniem okrucieństwa i seksu - wszędobylskich składników rzymskiej kultury - stworzyli też wreszcie realistyczną wizję Miasta. Fenomenalne było też ustawienie bohaterów: zarówno tych znanych z wielkiej historii, jak i wymyślonych na potrzeby filmu.

Po raz pierwszy chyba w historii kina poruszającego tematykę antyczną mieliśmy Cezara romansującego z mnóstwem kobiet naraz (a nie tylko z Kleopatrą) i cierpiącego na padaczkę, która była jego największym utrapieniem, mogła go bowiem - znacznie bardziej niż zamiłowanie do kobiet, a prawdopodobnie również i mężczyzn - kosztować stanowisko.

Po raz bodaj pierwszy Kleopatra VII nie została przedstawiona jako olśniewająca piękność, ale kobieta urody raczej przeciętnej, za to niewątpliwie fascynująca. O tym, że nie była piękna, świadczą zachowane na monetach portrety tej królowej, a jeśli pamiętać, że dynastia Ptolemeuszy nie stroniła od - powiedzmy to szczerze - chowu wsobnego (małżeństwa między rodzeństwem były na porządku dziennym), oraz że założyciel dynastii był dość niskiego pochodzenia (chyba że był pozamałżeńskim i nieuznanym synem Filipa II, jak chcą niektórzy plotkarscy historycy; w serialu niskie pochodzenie - "od pasterzy kóz" - wypomina zresztą Kleopatrze Atia) i raczej też urodą nie grzeszył - to mit o niezwykłej piękności ostatniej królowej Egiptu musi upaść. Chwała jednak twórcom za to, że królowa została pokazana jako niezwykle inteligentna dziewczyna intrygującą z serca dekadenckiego dworu, w którego przedstawieniu czuło się tę dziwaczną mieszaninę tradycji, jaką musiał być Egipt Ptolemeuszy.

No i wreszcie mieliśmy genialnie pokazaną przemianę Oktawiana z sympatycznego, ciepłego, spokojnego chłopca dorastającego pod przemożnym wpływem matki i jej kolejnych coraz wyżej postawionych kochanków, w zimnego kalkulującego władcę opętanego ideą przywrócenia rzymskiej virtus, której zaprzeczenie oglądał przez całe dzieciństwo w domu. Muszę przyznać, że szczerze liczyłam na kontynuację tego serialu przynajmniej do śmierci Oktawiana (jeśli nie do końca dynastii Julijskiej czyli śmierci Nerona), albowiem chętne zobaczyłabym, jak scenarzyści poradziliby sobie z rozwojem tej postaci - i czy odeszliby od stworzonego przez Roberta Gravesa wizerunku ofermowatego Augusta u schyłku swego życia i panowania, pielęgnującego kwiaty i bezkrytycznie słuchającego (do czasu) podszeptów Liwii. Miałam nadzieje, że tak właśnie będzie - że trzeci sezon Rzymu podejmie polemikę z obrazem późnych lat panowania Oktawiana Augusta przedstawionym w znakomitym skądinąd serialu Ja, Klaudiusz.

Ten serial zresztą, podobnie jak powieści Gravesa, wedle których powstał, dziś - chociażby po Rzymie właśnie - wydaje się tak całkowicie niewinny, że aż trudno uwierzyć, że w latach '70 XX wieku uchodził za niezwykle odważny obyczajowo, zarówno ze względu na sceny miłosne jak i wszechobecne trucicielstwo i intrygi.

I tylko mam nadzieję, jako że nie widziałam jeszcze ostatniego odcinka, że w bitwie pod Akcjum nie zginą główni fikcyjni bohaterowie serialu - na wypadek gdyby w HBO jednak uznali, że warto by ten trzeci sezon nakręcić.

Moneta Kleopatry VII, Muzeum Numizmatyczne w Atenach

wtorek, 27 marca 2007
Moje okropne klasyczne gusta?

Zastanawia mnie, jaką sztukę lubią oglądać współcześni artyści - czy też ci, którzy się za artystów uważają. Może nawet bardziej ci ostatni, którym coraz łatwiej wystawiać swoje dzieła - wystarczy tylko nieco siły przebicia, ponieważ galerie i galeryjki mnożą się niemal przy każdej kawiarni.

A wszystko przez to, że we wczorajszym lokalnym dodatku Wyborczej przeczytałam wywiad ze znaną mi z dość nawet niedawnych czasów dziewczyną, która jak się okazało obecnie "zajmuje się fotografią" (tak było to sformułowane w wywiadzie, zapewne po to, żeby uniknąć problemów z tym, czy jest ona fotografem, czy też fotografką) i właśnie ma pierwszą wystawę. A na tej wystawie głównie zdjęcia przedmiotów, np. ubrań, które postanowiła wyrzucić, ale zanim to zrobi, również uwiecznić na zdjęciach. No pięknie - przyznam, że mnie też się to zdarza, np. gdy podaję dalej ulubiony niegdyś sweter, którego wiem, że już nie włożę, tylko że nie przyszłoby mi do głowy, żeby pokazywać światu te zdjęcia na wystawie, ponieważ w głowie by mi nie postało, że ktokolwiek mógłby chcieć to oglądać.

I dlatego zastanowiło mnie, czy moja znajoma, która uważa, że ludzie chcą oglądać to, czego ona pozbywa się z szafy, chciałaby oglądać takie zdjęcia i wystawę, gdyby zrobił je ktoś inny? I czy inni artyści (dyplomowani lub nie), którzy obierają w galeriach ziemniaki, układają bylejakie instalacje czy też siedzą przez pół godziny przed kamerą w ramach wideoinstalacji, chcieliby takie dzieła oglądać w muzeach i galeriach? Nie jestem nawet pewna, czy Marcel Duchamp chciał oglądać w muzeach kolejne pisuary (bądź też inne przedmioty codziennego użytku, bo bezmyślni pogrobowcy dadaizmu uważają najwyraźniej, że jeśli wystawi się umywalkę, nocnik albo dziurawy garnek to już się jest oryginalnym) - był chyba na tyle wybitnym artystą, żeby zdawać sobie sprawę, że taki gest ma znaczenie tylko raz.

Ja w każdym razie być może jestem pod tym względem staromodna, ale chcę, żeby dzieło przemawiało do mnie samo, a nie dzięki wielostronicowemu komentarzowi jego twórcy. Owszem, mogę przeczytać o znaczeniach ukrytych w silnie symbolicznym lub alegorycznym malarstwie, np. siedemnastowiecznym, ponieważ współcześnie znaczenia te nie są powszechnie czytelne. Ale komentarz do wideoinstalacji, na której niezbyt urodziwa autorka szczerzy się do kamery - dziękuję bardzo. I niestety, Sylwio, koleżanko z naszych Radio Days, chyba nie pójdę obejrzeć Twojej wystawy, ponieważ mam wrażenie, że wszystko, co pokazujesz, już widziałam: sądząc z wywiadu co najmniej u Kantora, Witkacego, Beresia, Pinińskiej-Bereś i zapewne wielu innych artystów. Pocieszam się tym, że Ty pewnie też nie miałabyś ochoty oglądać moich starych swetrów.

Odos Poikilis (Hodos Poikiles), Ateny

niedziela, 25 marca 2007
Equinoctium vernale

Po prawdzie, równonoc i pierwszy dzień wiosny były kilka dni temu, a wraz z nimi staroperski Nowy Rok (2566 od wstąpienia na tron Cyrusa Wielkiego - niestety większość innych ciekawych dat, np. wystąpienia Zaratusztry, ginie w pomroce dziejów), ale pogoda w środę była tak paskudna, że nie chciało mi się nawet stukać w klawiaturę - mimo że właśnie w wiosenną równonoc zamierzałam zacząć pisać bloga. Niemniej ponieważ postanowiłyśmy z przyjaciółką uczcić ten Nowy Rok pilawem w dzień, w którym świętuje się go w podzielonym regularnie na dni robocze i niepracujące świecie, również ten dzień zobaczy mój pierwszy wpis.

A poza wszystkim, dokładnie w środku między astronomiczną równonocą a dzisiejszymi jej obchodami (zresztą dopiero dziś pogoda zrobiła się naprawdę wiosenna) zafundowałam sobie obejrzenie na wielkim ekranie filmu, w którym teoretycznie występowali między innymi starożytni Persowie. I muszę przyznać, że pod pewnymi względami film 300 mnie zachwycił, aczkolwiek mam podejrzenie, że Frank Miller pomylił Persów z Egipcjanami, w każdym razie jeśli chodzi o tytulaturę "król i bóg". Jeśliby szukać w starożytności wzorów dla wyglądu Kserksesa, jego posłańców i oficerów, to najbliżej by im było do Etiopii czy Nubii, zwłaszcza że z uporem godnym lepszej sprawy są oni w tym filmie czarni. Nie przeczę - bohater, który ma być tym złym złym złym, powinien mówić głosem podobnym do Jamesa Earla Jonesa, ale George Lucas wiedział przynajmniej, że głos nie musi należeć do aktora pojawiającego się na ekranie...

Oczywiście film ten nie ma z historią prawie nic wspólnego - poza imionami i nazwami, historią zdrady Efialtesa (czy też Epialtesa, jak chce Herodot) i wspomnianą w finale bitwą pod Platejami, ale i tak wolę taką wizję historii - czy legendy - antycznej niż to, co wspomagany przez rzesze wybitnych specjalistów od epoki pokazał Oliver Stone w Aleksandrze. Czy Wolfgang Petersen w Troi. Mam szczerze dość długowłosych, umalowanych, zniewieściałych Greków - Leonidas Geralda Butlera przynajmniej wygląda jakby charakteryzator pooglądał sobie wcześniej posągi hoplitów. Poza tym jak pokazało wątpliwe arcydzieło Stone'a, pozorny realizm jakoś się nie sprawdza: w filmie znacznie lepiej wyglądają umowne szarozłote doryckie kolumny pałacu w Sparcie niż freski à la Léger w Aleksandrii i jaskrawo pomalowane gipsowe posągi w Aigai. Mimo całego "realizmu" film Stone'a jest historycznie zakłamany jak mało co, a udaje szkolną lekturę - film Snydera/Millera przynajmniej wyraźnie steruje w stronę fantasy, co moim skromnym zdaniem jest znacznie lepszym pomysłem.

Jak fatalnym pomysłem jest rezygnacja w filmach o antyku z elementów nadprzyrodzonych, pokazała Troja, w której zgubił się cały literacki i mityczny wymiar, a pozostała bardzo przeciętna historyjka, z której w dodatku Romeo i Julia wychodzą cało. A Tetyda nie wiedzieć czemu uparcie moczy nogi i kawałek sukni w morzu.

Do 300 jeszcze wrócę, jak już poczytam sobie wszystkie recenzje, jakie znajdę. Póki co idę uczcić nadejście wiosny posadzeniem bratków na balkonie.

Mithras Tauroktonos, Muzeum Brytyjskie

 

 

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright