piątek, 28 marca 2008
Głos wołającego na puszczy

Ponieważ jestem staroświecko i niemodnie przywiązana do pierwotnych znaczeń słów, co w dzisiejszym postmodernistycznym świecie postrzegane jest jako grzech, irytuje mnie panoszące się od jakiegoś czasu w mediach słówko "oligarcha". I to mimo wyjątkowo rzetelnej rozmowy z ekspertem w "Gazecie Wyborczej" na temat znaczenia tego słowa. Językoznawca tłumaczy tam, że pojęcie oligarchia pochodzi od greckich słów ολιγος - nieliczny i αρχη - m. in. władza, wskazuje poza tym na mechanizmy manipulaji polityków PiS nadające temu słowu nowego znaczenia, a przede wszystkim zabarwienia, a mimo to również sama GW wciąż zamieszcza artykuły, w których oligarcha = bogacz.

Irytujące jest również wykształcenie się - a zwłaszcza trwanie - zbitki "oligarchia finansowa", jako że istnieje osobne słówko znaczące rządy bogatych: plutokracja. Wyguglałam, że oligarchia finansowa została wymyślona przez propagandę peerelowską, a z pewnością sformułowanie takie było przez nią używane. Stanowi ono zresztą bardzo piękny przykład nowomowy, a to, co zrobił z nim PiS, świadczy tylko o tym, jak bardzo ta partia jest zadłużona w PRL-u.

Problem w tym, że retoryka Dornów i Kaczyńskich okazała się tworem doskonałym, albowiem została podchwycona przez innych polityków i media i efekt jest taki, że teraz wszyscy chórem mówią o oligarchach, zapominając nie tylko o pierwotnym (prawdziwym) znaczeniu tego słowa, ale również o korzeniach znaczenia tego zniekształcenia.

W najnowszej historii polski oligarchią można by nazwać rządy Komitetu Centralnego (czy też jego Biura Politycznego) PZPR, można by jej mianem określić to, co się działo do jesieni zeszłego roku, czyli skupianie całej władzy w rękach krewnych i znajomych Królika... a raczej Kaczora. Dopóki jednak wyłącznie najbogatsi Polacy nie zasiądą w ministerialnych ławach, nie mamy do czynienia z plutokracją, a tuzy biznesu niezależnie od oceny moralnej czy prawnej sposobu, w jaki dorobiły się majątku, nie są oligarchami.

Ale wiem, że choćbym nawet napisała w tej sprawie do wszystkich mediów, będzie to wołaniem na puszczy. Podobnie jak przekonywanie postmodernistów do używania słów w ich właściwym znaczeniu, co poza wszystkim ułatwia porozumienie.

Moneta ateńska

PS. Dla zainteresowanych nowomowa w pigułce: Ludwik Dorn o oligarchach

wtorek, 25 marca 2008
Noblesse oblige

Kolejny wpis z zaległej lektury, który powinnam zatytułować "szanowny panie redaktorze" (bądź, jak Gałczyński w Listach z fiołkiem "obywatelu redaktorze").

Kilka tygodni temu przeglądałam sobie bowiem u moich rodziców kilka numerów "Tygodnika Powszechnego" i znalazłam tam między innymi artykuł poświęcony neopoganizmowi (niestety numer ten został wyrzucony zanim zdążyłam blogowo zareagować, więc dopiero teraz, kiedy znalazłam go w sieci).

Pomijam fakt, że sam tekst nijak nie daje wyobrażenia o tym, jakie wartości wyznają ludzie, którzy decydują się na powrót do przedchrześcijańskiej wiary przodków, że się tak wyrażę - po prawdzie ten artykuł mógłby posłużyć za kliniczny przykład dziewiętnastowiecznego tekstu etnologicznego, w którym obserwator z pobłażliwym zdziwieniem przygląda się dzikusom. Pani Stylińska, nieznana mi poza tym autorka tego artykułu (minęły niestety czasy, kiedy w TP pisali ludzie, których nazwiska znałam i szanowałam od dzieciństwa), nie chce zrozumieć, nie chce nawet opisać - chce tylko pokazać cyrkowych dziwaków i udowodnić, że istnieje religia mądrzejsza, prawdziwsza i lepsza. Pisze w czasopiśmie związanym z konkretnym wyznaniem, więc w sumie ma prawo. Podobnie jak redaktor naczelny miał prawo kiedyś napisać, między innymi o mnie, ale i o paru innych uczestnikach studenckiej dyskusji na łamach TP, którzy nie zgadzali się z nauką kościoła (jeden z nich był buddystą) "na Boga, oni istnieją". Zabolało i boli do dziś, ale ks. Boniecki ma w końcu prawo wyrażać prywatne poglądy w wyznaniowym czasopiśmie. Choć nie wiem, czy Jerzy Turowicz wyraziłby się w taki sposób w komentarzu redakcyjnym. Ale to dygresja.

Odmawiam natomiast pani Stylińskiej prawa do zamieszczania we wspomnianym artykule takich sformułowań jak w następującym akapicie:

(...) w 2006 r., Ellinais (...) wygrało batalię w sądzie i zostało wpisane do rejestru wyznań. Co prawda bez prawa udzielania ślubów, chrztów i pogrzebów, ale jednak. (...) Liczbę zdeklarowanych zwolenników pogaństwa Ellinais ocenia na 2 tys., a cichych na 100 tys. – co w religijnej Grecji zakrawa na sporą przesadę.

Przede wszystkim, pani dziennikarka zapomniała, że chrzest nie jest elementem każdej religii, po drugie - jeśli w państwie możliwy jest ślub cywilny, potwierdzający prawny status związku, to religijną ceremonię ważną dla małżonków (przecież nawet kościół twierdzi, że to młodzi udzielają sobie wzajemnie ślubu) można zorganizować w domu - czyli ten przepis może co najwyżej uniemożliwiać uznanie ceremonii religijnej za zobowiązującą pod względem prawnym.

Po drugie mam pytanie: co pani autorka rozumie pod pojęciem "religijny"? Bo odnoszę wrażenie, że tu już przekracza nawet ramy dopuszczone przez wyznaniowy charakter pisma, w którym zamieszcza artykuł, zawłaszczając sobie nie tylko słowo, ale przede wszystkim jego znaczenie. W światłym katolickim piśmie, które wszelkiej maści ksenofobi, nacjonaliści i skrajni prawicowcy uważają za bastion liberalizmu i wroga kościoła, takie sformułowanie - odmawiające innowiercom przeżyć religijnych - nie uchodzi. Pomijam leżące ewidentnie u podstaw tego stwierdzenia optymistyczne założenie greckich hierarchów prawosławnych - nieobce też kościołowi w Polsce - że liczba formalnie ochrzczonych jest równa liczbie wyznawców. Na korzyść TP muszę jednak przyznać, że przynajmniej nie rzuca gromów, jak to - wedle tego samego artykułu - czynią oficjele kościoła prawosławnego:

Kościół prawosławny ocenia pogan jak najgorzej. „To garstka żałosnych wskrzesicieli martwej, zdegenerowanej wiary” – mówił o. Efstathios Kollas, przewodniczący związku greckich duchownych.

No trudno. Nietolerancja religijna nie jest wynalazkiem XX w. Sęk w tym, że ten artykuł to zaledwie mdły wstęp do tego, co po nim. Po nim bowiem następuje "rozmowa z ekspertem" i tu robi się nieco straszniej. Mój "gabinet osobliwości" pojawił się na blogu z okazji bzdurnych wypowiedzi ekspertów i oto znalazłam kolejny kamyczek do ogródka. Ekspertem jest tym razem "dr hab. Krzysztof Koseła, socjolog religii z Uniwersytetu Warszawskiego". Rozmowa jest głównie o polskiej odmianie neopoganizmu w duchu łagodnie słowiańskim. Pomijam fakt, że profesor socjologii religii nie ma pojęcia o tym, że obraz łagodnych i pokój miłujących Słowian jest wyssany z jednej relacji źródłowej, której autor (niejaki Teofilakt Simmokata, piszący pod koniec VI w.) ewidentnie uległ sprytnej propagandowej akcji jakiegoś plemiennego wodza - przyjmuje bowiem za pewnik, że pacyfistyczne wierzenia odtwarzane przez słowiańskich neopogan są oparte na faktach historycznych. Pomijam fakt, że ekspert nie zauważa, że wyczulenie ruchów neopogańskich na potrzeby współczesnego świata (mówi o tym, że współcześnie kluczowe są ekologia i równouprawnienie) świadczy o nich jak najlepiej; profesor nie zauważa również, że na konserwatyzmie w takich właśnie sferach życia przegrywa kościół. Obyczajowość i obrzędowość w religiach zawsze ewoluowały (chociażby historia Izaaka jest ewidentnym dowodem na zerwanie z praktyką składania ofiar z ludzi w konkretnym kręgu kulturowym, że o reformach Vaticanum Secundum nie wspomnę) i nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie.

Ale pomińmy to wszystko, bo dziś jest o nierzetelności dziennikarskiej i medialnej. Na koniec wywiadu padają mianowicie takie sformułowania:

Te ruchy to owoc połączenia religii i hobby, pasji poznawczej i poszukiwania celu. [Neopoganie] próbują tworzyć teologię, ale efekt tak dokonanej rekonstrukcji wiary jest co najmniej dziwny. Cóż pociągającego może być w religii, której dogmaty nie pochodzą ze świętej księgi, z objawienia, tylko rekonstruuje je dla siebie sam wyznawca? (...) W tej wierze nie ma innych prawd poza jedną, że istnieje Bóg albo nawet bogowie, moc boska zaś jest rozpylona w świecie. Bardzo to niedookreślone, więc aż dziw, że są ludzie, którzy z tego uczynili dla siebie sferę ważną.

Szanowna redakcjo, pan Koseła ma święte prawo do takich poglądów, ale nie powinien wygłaszać ich ex cathedra jako ekspert. To nie są słowa, które mogą paść w takim wywiadzie. Gdyby to była rozmowa z prywatnym człowiekiem, proszę bardzo, ale nie z tym samym człowiekiem przedstawionym jako znawca i naukowiec. To urąga przyzwoitości. Szanowna redakcjo "Tygodnika Powszechnego", tak nie wypada.

Moschoforos - Muzeum Akropolis ateńskiej

PS. Pod koniec inkryminowanego wywiadu padają jeszcze takie słowa: Spotkałem się kiedyś z ciekawym porównaniem: chrześcijaństwo dawało zawsze dania gotowe – przystawki, zupę, główne danie, deser – i człowiek wszystko to brał razem. A teraz dostaje menu i mówi – ja biorę tylko deser albo tylko przystawki, albo biorę deser przed daniem głównym. (I dodaje: Taki charakter mają wyznania neopogańskie.) Cytat ten jakoś do mnie przemówił, choć obawiam się, że niezgodnie z intencją autora. Otóż człowiek ma wolną wolę, dlaczego zatem miałby się obowiązkowo godzić na pełny zestaw dań (w stylu fusion na dodatek, bo przecież chrześcijaństwo też pozbierało swoje elementy z najróżniejszych źródeł; przykładem chociażby ta archaiczna rzeźba greckiego ofiarnika z VI w. a.C.) przyrządzanych w dodatku na różnych etapach przez kucharzy, do których niekoniecznie ma zaufanie? Do mnie jakoś idea jedynie słusznej drogi (pod postacią dowolnej metafory) nie przemawia.
niedziela, 23 marca 2008
Feniks i pisanka

Jakiś czas temu, kiedy robiłam w lokalnym radiu felietony kulturalne, miałam też "wejście" na temat zwyczajów wielkanocnych oraz Wielkanocy w kulturze. Zajrzałam sobie właśnie do zebranych wówczas materiałów (z literatury byli Petrarka, Chłopi Reymonta oraz Mistrz i Małgorzata Bułhakowa - niewątpliwie najznakomitsza powieść na temat) i w pliku z etnologicznym omówieniem nakważniejszych tradycji znalazłam również uwagę, że wielkanocne jajko - symbolizujące odrodzenie, nowe życie - łączone było również z feniksem jako tym stworzeniem, które umiera po to, by - przez jajko właśnie - się narodzić na nowo.

Mit o feniksie jest oczywiście bardzo stary i rozpowszechniony był w starożytności na całym właściwie obszarze śródziemnomorskim, a w każdym razie wschodnio-śródziemnomorskim: z pewnością znali go Fenicjanie, Egipcjanie i Grecy, a podobne do niego stworzenia występowały również dalej na wschód, zawsze w połączeniu z kultem solarnym. Nawiasem mówiąc podobieństwo nazw feniks i Fenicja nie jest przypadkowe - oba słowa pochodzą od greckiego φοινιξ, oznaczającego między innymi purpurę, którą w owych czasach sprowadzano głównie z fenickiego miasta Tyr. Sam ptak w starożytności znany był głównie pod pochodzącą z egipskiego nazwą bennu, oznaczającą zarówno ptaka łączonego z kultem solarnym w Heliopolis, jak i palmę daktylową.

Najpełniejszy opis feniksa dał niezastąpiony Herodot, zastrzegając się przy tym, jak miał w zwyczaju, że tylko relata refert (Dzieje, II 73):

Jest nadto jeszcze inny święty ptak, któremu na imię feniks. Ja go wprawdzie nie widziałem inaczej niż na malowidle, bo przylatuje do Egipcjan bardzo rzadko, co pięćset lat, jak mówią Heliopolici; twierdzą zaś, że pojawia się wtedy, gdy mu ojciec umrze. Jeżeli istotnie jest taki, jak jego podobizna, to ma następującą wielkość i wygląd: Część jego upierzenia jest barwy złotej, inna część barwy czerwonej, a co do ogólnych zarysów i wielkości najbardziej podobny jest do orła. Ten ptak obmyśla rzecz następującą, jak oni opowiadają, ale ja nie mogę w to uwierzyć. Nadlatując z Arabii, przynosi swego ojca, spowitego w mirrę, do świątyni Heliosa i tam go grzebie. Przynosi zaś w ten sposób: Naprzód lepi z mirry jajo tak wielkie, jakie zdoła unieść, potem próbuje je nieść, a po dokonanej próbie wydrążą jajo i wkłada w nie swego ojca, po czym inną mirrą zalepia to miejsce jaja, gdzie je wydrążył i włożył ojca; gdy ojciec tam spocznie, jest jajo tak samo ciężkie jak przedtem. Zalepiwszy więc jajo, zanosi ojca do świątyni Heliosa. To więc, jak opowiadają, ptak ten czyni.

Nie ma tu ani słowa o stosie i odrodzeniu z popiołów - te wersje są późniejsze, choć być może oparte na starszych przekazach. W czasach rzymskich o feniksie pisał między innymi Pliniusz Starszy (I w. p.C.) w Historii naturalnej - wprawdzie mamy tu opis stosu, ale za to brakuje jajka: z prochów feniksa miał wedle tej wersji powstawać robak, który następnie rozwijał się w ptaka. Również poważny historyk Tacyt (I/II w.) wspomina o feniksie, dodając do legendy dane historyczne, mianowicie wymieniając władców, za których feniks przylatywał do Heliopolis. Mieli to być któryś z Sesostrisów vel Senuseretów (XIII dynastia, trzej władcy tego imienia rządzili w latach mniej więcej 1970-1860, najważniejszym z nich był Sesostris III, więc zapewne o niego chodzi), Ahmosis (założyciel XVIII dynastii, panujący ok. 1550-1525) i Ptolemeusz III Euergetes (246-222). Zważywszy 1300 lat przerwy między Ahmosisem a Ptolemeuszem, należy przypuszczać, że feniks powinien był pojawić się jeszcze powiedzmy za Ramzesa II lub III (XIX i XX dynastia, XIII/XII w.) oraz może niedługo przed pojawieniem się w Egipcie Herodota, czyli np. za Dariusza Wielkiego lub Kambyzesa (VI/V w.). Tacyt odrzuca w zasadzie prawdopodobieństwo rzeczywistego pojawienia się feniksa za Tyberiusza, ponieważ nie upłynął odpowiedni czas życia ptaka. Historia Rzymu zna zresztą przypadki fałszywych feniksów - niezwykłe okoliczności są doskonałym dodatkiem do ważnych wydarzeń, toteż rzekomym pojawieniem się feniksa usiłowano uświetnić np. Ludi Saeculares z 47 r. p.C., fałszerstwo zostało jednak ujawnione. Podobnie rzekome pojawienie się feniksa za Tyberiusza, o czym wspomina Tacyt, mogło stać się doskonałym elementem propagandowym dla chrześcijaństwa, zwłaszcza że feniks dość szybko stał się jednym z symboli nowej religii, a szczególną popularność zyskał w rozmiłowanym we wszelkiej cudowności średniowieczu.

Najbardziej znana dziś wersja legendy o feniksie (w której mamy i stos, i jajo) pochodzi z powstałego w Aleksandrii traktatu zwanego Fizjologusem od sposobu, w jaki przedstawia się jego autor. Dziełko to pochodzi już z kręgu chrześcijańskiego, tradycyjnie z II w., ale prawdopodobnie naprawdę z III lub nawet IV, i stanowi kompilację wcześniejszych legend z interpretacjami w duchu chrześcijańskim. Podobne alegoryczne opisy feniksa znajdziemy później w najróżniejszych wzorowanych na Fizjologusie bestiariuszach, ale świadectwa zainteresowania tym mitem są również u wczesnochrześcijańskich pisarzy łacińskich, m. in. Laktancjusza (III/IV w.).

Stąd już zapewne prosta droga do połączenia pogańskich tradycji i obyczajów związanych z wiosennym malowaniem jajek (znanych z pewnością na całym obszarze słowiańskim) i wykorzystywaniem ich do rytuałów religijnych i magicznych, a także całej prastarej symboliki jajka z ochrzczonym mitem solarnym. Co tylko potwierdza moje wspomniane w poprzednim wpisie ceterum censeo.

Muzeum Keramejkosu, Ateny

PS. Przeczytałam w Wikipedii, że w różnych starożytnych kulturach istniał również zwyczaj malowania jajek, ale na razie nic o tym więcej nie wiem, a zatem zapewne zostawię sobie ten temat na przyszloroczną Wielkanoc. Póki co - greckie naczynia w formie malowanych jajek. Więcej na Antiquitates.
piątek, 21 marca 2008
Le sacre du printemps

Dokładnie rok temu - w pierwszy dzień wiosny i staroperskiego kalendarza - postanowiłam zacząć pisać tego bloga, ale z powodów, które dziś nie są już dla mnie jasne, pierwszą (wiosenną) notkę zamieściłam kilka dni później. W tym roku wiosenna równonoc zbiega się dość wyjątkowo z chrześcijańską Wielkanocą - a wszystko przez przywiązanie do jakże wysoce pogańskiego mierzenia czasu miesiącami księżycowymi. Wielkanoc jest świętem ruchomym dlatego, że wyznacza się ją na pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. I mnie osobiście bardzo się to podoba, bo świadczy o przywiązaniu do prastarych mitów i rytuałów. Jest to jeden z nielicznych elementów obrzędowości chrześcijańskiej, który niemal otwarcie rezygnuje z "historyczności" - bo przecież jakiś historyk, czy to w VI w., czy dziś, mógłby postarać się odtworzyć, w jakim dniu przypadało święto Pesach w zadanym roku (pomijam tu dość już powszechnie znaną kwestię nieścisłości w datowaniach nowotestamentowych, które również świadczą o tym, że przynajmniej dla autorów ewangelii ważniejszy był wymiar mityczny niż historyczny).

A że miałam akurat w domu paczuszkę rzeżuchy, którą dostałam kiedyś promocyjnie z płatkami śniadaniowymi, posiałam sobie ogródek Adonisa, zakładany przez starożytnych na powitanie wiosny, kiedy narodzony z drzewa mirry (przemieniła się w nie jego matka imieniem Myrra) Adonis przybywał do ukochanej bogini życia i miłości Afrodyty, porzucając królestwo Persefony - która zresztą wedle innego mitu również wtedy powracała z Hadesu na ziemię, do matki, niosąc z sobą wiosnę.

Ilekroć myślę o ogródkach Adonisa, przypomina mi się jak dawno temu czytałam o nich w Mitologii pióra Parandowskiego, książce, na której się wychowałam i która ewidentnie ukształtowała mój światopogląd w stopniu znacznie większym niż bym się spodziewała - jest to bowiem książka, która nie boi się stawiać pomostów między starym a nowym mitem i to na dodatek w odniesieniu do polskiej kultury.

I znad rzeżuchowego ogródka Adonisa, przy dźwiękach Święta wiosny Strawińskiego, powtórzę moje malutkie ceterum censeo: nie bójmy się mitu, nie odrywajmy się na siłę od niego, ponieważ on nas otacza i kształtuje naszą wyobraźnię, czy tego chcemy, czy nie chcemy.

Mitra

środa, 19 marca 2008
Contra ignorantiam

Dział "Stare grafiki" na Allegro przeglądam zasadniczo w dwóch celach: szukam interesujących obrazków oraz absurdalnych opisów. I mam wrażenie, że te drugie znacznie łatwiej znaleźć. I nie chodzi mi tu o banalne podpisy typu "śliczne kotki" (znaczy się albo walczące kocięta, albo pulchne dziewczę i pojedynczy kotek, wszystko istotnie śliczne aż się słabo robi), czy też sensacyjne hasła typu "harem, nagość, erotyka" (na obrazku rubensowskie kształty po wiktoriańsku okryte czym się tylko da, jako że większość oferowanych rycin pochodzi z XIX w.) lub "nagość, przemoc, seks" (na obrazku dziewiętnastowieczny przedstawiciel Orientu w natchnionej pozie z wzrokiem zwróconym ku oknu, trzymający w ramionach - a właściwie na kolanach - omdlałą piękność, oczywiście w dużej mierze ubraną). Po prawdzie więcej nagości sensu stricto jest na obrazkach przedstawiających rozmaite dziewice męczennice, podpisywanych jednak np. "chrześcijanie, Rzym, wiara".

Mnie jednak chodzi o co innego - beztroski popis ignorancji sprzedających. Zaczęło się od "bitwy w Pompejach", która kiedyś dawno przyciągnęła mój wzrok, albowiem jako żywo nigdy nie słyszałam o żadnej ważnej (na tyle w każdym razie, by ktokolwiek chciał ją uwiecznić na rycinie) bitwie, która rozegrałaby się akurat w tym miejscu. I cóż się okazało? Bitwa jest i Pompeje są, tylko że wszystko razem przypomina sprostowanie Radia Jerewań: bitwa jest pod Issos, a w Pompejach mozaika ją przedstawiająca. Obrazek okazał się rozkosznym dziewiętnastowiecznym oleodrukiem reprodukującym to słynne dzieło sztuki, a ponieważ kosztował grosze, znalazł się w moich zbiorach. Jako jedyny z tego wszystkiego, co tu dalej opiszę.

A oto inne przykłady:

  • Wazony greckie - Griechische Vasen
  • Bitwa Amazonek - Amazonenschlacht - po polsku zasadniczo używa się greckiego terminu Amazonomachia, ewentualnie można by powiedzieć o wojnie z Amazonkami
  • Wenus z Medici - Venus von Medici - czyli Wenus Medycejska
  • Athena z Zeusem - Athenagruppe vom Zeusaltar zu Pergamon - czyli grupa (rzeźbiarska) Ateny z ołtarza Zeusa w Pergamonie (znanego powszechnie jako Ołtarz Pergamoński po prostu); i tak dobrze, że nie zostało to podpisane jako "Athena z Zeusu"

Moją ulubioną jest jednak "Córka Heroda". Tu zagadka rozwiązała się po kliknięciu w aukcję, niemiecki podpis pod ryciną głosił bowiem "Herodias Tochter" i przedstawiał oczywiście Salome (córkę Herodiady) z głową Jana Chrzciciela na tacy. Jest moją faworytą między innymi dlatego, że potwierdza moją upartą tezę, że Polacy rozpaczliwie wręcz nie znają Biblii.

Jak nietrudno zauważyć, wszystkie przytoczone przykłady dotyczą rycin mających niemieckie podpisy, ktoś mógłby mi zatem powiedzieć, że błędy świadczą jedynie o nieznajomości przez sprzedających tego języka. Otóż nie. Wszystkie te przykłady dotyczą przede wszystkim faktów kulturowych, słynnych dzieł sztuki lub popularnych motywów mitologicznych. Wiedzy, którą powinien posiadać przynajmniej na poziomie podstawowym każdy, kto zdał maturę. Te podpisy świadczą o tym, że ludzie handlujący na największym polskim serwisie aukcyjnym przedmiotami antykwarycznymi nie mają pojęcia o sztuce i kulturze. Nie rozpoznają i nie kojarzą bardzo znanych motywów ikonograficznych - tu jako przykład doskonale nadaje się właśnie nieszczęsna Salome, zwłaszcza że nie da się tu posądzić mnie o stronniczość i złoszczenie się o nieznajomość mojej ukochanej starożytności klasycznej.

Jakoś tak pomysł na tę notkę zbiegł się w czasie z dyskusją w mediach na temat poszerzenia w polskiej szkole edukacji w dziedzinie muzyki i plastyki. Jestem za - byle to nie było więcej godzin powywania Prząśniczki Moniuszki i lekcji typu "a teraz namalujcie coś, dzieci". Niech to choć trochę będą lekcje o sztuce i muzyce. Ze słuchaniem i oglądaniem. Żeby nie było potem takich sytuacji jak niedawno we wskrzeszonym teleturnieju "Milionerzy", kiedy padło pytanie o to, ile jest kotów na obrazie Olympia Maneta i osoba grająca zaczęła rozważać, ile by tych kotów być mogło, a może nie powinno być żadnego, bo co właściwie mógłby kot robić na obrazie, a jeżeli już to pewnie dwa (to przekonanie mnie zastanowiło, ale potem doszłam do wniosku, że mogło być wywołane ślicznymi obrazeczkami z kotkami bawiącymi się kłębkiem jak wspomniane na początku). Problem w tym, że całe to myślenie nie miało najmniejszego sensu: jeśli nie ma się pojęcia, jak obraz wygląda, to się nie wymyśli, co na nim jest.

Podobnie jak znajomość niemieckiego nie pomogłaby komuś, kto w ignorancji swej ogólnej uzna, że "Herodias" to archaiczna niemiecka forma dopełniacza od Herod. Albo że Medici to nazwa miejscowości. Bo tak naprawdę nie o niemiecki w tych podpisach chodzi, ale kompletną nieznajomość nazw własnych użytych w podpisach. Tego typu błędy w serwisie aukcyjnym czy w teleturniejach mogą śmieszyć czy przestraszać, ale nie są jakoś bardzo szkodliwe - gorzej jeśli pojawiają się np. w tekstach czy przekładach książek, co niestety też jest nagminne. Może by tak ustanowić jakiś światowy Dzień Walki z Ignorancją?

Amazonomachia

niedziela, 16 marca 2008
Ofiara świerzopa

Zbieram sobie materiały do ikonografii Heraklesa, a przyjaciółka przypomniała mi Wieszcza, któremu coś się dramatycznie pomieszało. Jest w Odzie do młodości Adama Mickiewicza taki ustęp, panie doktorze:

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,
Ten młody zdusi Centaury,
Piekłu ofiarę wydrze,
Do nieba pójdzie po laury.

I właśnie przez tę strofę neurastenia cała... Niby na pierwszy rzut oka widać, o kogo chodzi, ale jak się bliżej przyjrzeć, to niewiele się zgadza. W każdym razie gdyby jakiś kosmita (albo szlachetny dzikus) miał na podstawie tego wiersza odtworzyć mit o Heraklesie, to dostałby jego wielce zniekształconą wersję.

Wers pierwszy to jedna wielka pomyłka:

  • dzieckiem to wedle podań Herakles leżał na tarczy spiżowej, a nie w kołysce
  • dzieckiem na tarczy spiżowej będąc nie pozbawił łba, ale udusił, i nie hydrę, ale dwa węże zesłane na niego przez zazdrosną o romanse męża Herę - nawiasem mówiąc z kolei matka Heraklesa, Alkmena, była tak wierną połowicą, że Dzeus musiał przybrać postać jej męża, Amfitriona, by ją uwieść
  • hydra lernejska miała nie jeden łeb, ale łbów dziesięć (a wedle niektórych wersji nawet sto), które na dodatek odrastały; Herakles żadnego z nich nie urwał, ale odciął, a następnie poprzypalał szyje, żeby zapobiec dalszemu odrastaniu

Z wersem drugim jest niewiele lepiej:

  • Herakles miał dwa zatargi z centaurami: pijaństwo i bijatykę z Folosem, w wyniku której kilku centaurów poniosło śmierć (od strzał, a nie uduszenia), oraz sprawę z Nessosem, który porwał mu Dejanirę, a następnie w akcie zemsty - znów za przeszycie go strzałą, a nie uduszenie - przyczynił się do śmierci herosa
  • w obu przypadkach trudno jednak uznać, że są to młodzieńcze wyczyny Heraklesa, jako że przed słynnymi dwunastoma pracami (a awantura u Folosa to właśnie te czasy) zdążył już sporo nabroić, a także wziąć udział w kilku bitwach i wyprawach, Nessos zaś to oczywiście ostatnie lata życia

Wers trzeci to zagadka:

  • piekłu (spuśćmy zasłonę miłosierdzia na anachroniczność tego określenia) Herakles wydarł niewątpliwie Cerbera - którego zresztą musiał szybko odstawić z powrotem do bram Hadesu, albowiem król Eurysteusz, który zażyczył sobie obejrzeć za życia trzygłowego pieska, przestraszył się tak, że schował się do pithosu czyli rodzaju glinianej beczki - ale trudno Cerbera uznać za ofiarę
  • mogłoby tu chodzić o Alkestis - królową tesalską, która poświęciła się za swojego męża, ale przechodzący akurat okolicą Herakles wyrwał ją z objęć Thanatosa; niektóre wersje mitu mówią jednak, że to Persefona ulitowała się osobiście nad nieszczęsną i odesłała ją z powrotem na ziemię

Wers czwarty to w porównaniu z dwoma pierwszymi zaledwie drobne nieścisłości:

  • niebo jest jeszcze bardziej anachroniczne niż piekło, albowiem Herakles zamieszkał wśród bogów na Olimpie (co ciekawe, Odyseusz widzi mimo to wśród zmarłych jego cień, choć Homer w tym samym miejscu przyznaje, że heros przebywa z bogami w ich siedzibie)
  • na Olimpie Herakles dostał boginię młodości Hebe za żonę i pogodził się z Herą, natomiast nic nie wiadomo o laurach, które na dodatek są o tyle mało prawdopodobne, że wieńcem laurowym dekorowano raczej za zasługi poetyckie, a nie wiedźmińskie

No i jak tu wierzyć wieszczom? Na szczęście nie jestem przybyszem z kosmosu, bo wtedy mogłabym jedynie powtórzyć za jednym z moich ulubionych poetów (którego wiersz wyzyskuję poczynając od tytułu tej notki): Dziękuję, panie Adamie!!!

Herakles i hydra

PS. Jako wielbicielka węży i innych gadów mam oczywiście na pieńku z Heraklesem za to gadobójstwo, ale przyznaję, że pierwszy raz był w obronie własnej, drugi zaś za karę, którą musiał odbyć, więc pomysł wyszedł od Eurysteusza.

niedziela, 09 marca 2008
Ichneumon i łasiczka

Tak to już zazwyczaj bywa, że zwiedzanie miasta, w którym się mieszka, odkłada się nieustannie "na później". Ale wreszcie wczoraj, po długim wybieraniu się, odwiedziłam galerię sztuki starożytnej w Muzeum Czartoryskich. Na dodatek za całe 5 zł mogłam przy okazji obejrzeć mini-wystawę Antonio Canovy, która jak zwykle wystawy, które przyjeżdżają do Polski, ma jeden wielki minus: prezentuje bardzo niewiele i to niekoniecznie najwybitniejszych dzieł. Pewnie, że wypożyczenie niewątpliwie najlepszej rzeźby Canovy, czyli Erosa i Psyche z Luwru zapewne nie byłoby łatwe, ale w końcu nasza krakowska Dama (obecnie ponoć z gronostajem, choć w podstawówce uczono mnie o łasiczce, a nieco później zapanowała moda na fretkę) Leonarda podróżowała po świecie, więc może trzeba ją było na moment zawiesić koło Mony Lisy (może wtedy przynajmniej część turystów tratujących się wzajemnie przed tą ostatnią zobaczyłby, że Dama jest ładniejsza, a Dan Brown może napisałby sequel swojego bestsellera, w którym łasiczka/gronostaj/fretka okazał(a)by się tajnym symbolem Marii Magdaleny), a w Arsenale xiążąt Czartoryskich ustawić Erosa? Który na dodatek niezależnie od tego, że Canova, podobnie zresztą jak Thordvaldsen, był boleśnie wtórnym - choć niepozbawionym uroku - klasycystą, z pewnością jest o niebo lepszy od Erosa zdobiącego płytę Rynku pod Ratuszem.

Na tej wystawie - a raczej wystawce - najbardziej podobał mi się Śpiący Endymion (skądinąd nie wiem, czy kiedykolwiek przedstawiano Endymiona nieśpiącego?), wyglądający tak, że gdyby mi go pokazano bez podania informacji co to, z jakiego materiału i z kiedy, to zapewne powiedziałabym, że jest rzymski. Umieli całkiem nieźle oszukiwać ci klasycyści.

Sporym - i bardzo pozytywnym - zaskoczeniem była natomiast dla mnie stała ekspozycja antyczna (wstyd się przyznać, ale ostatni raz w tym muzeum byłam jeszcze w szkole podstawowej...), na której jest naprawdę sporo pięknych i wartościowych dzieł, zwłaszcza znakomite wazy, niczym nie ustępujące tym pokazywanym w największych muzeach świata. Nie powinno to dziwić: zbieractwo waz było jednym z najwcześniejszych hobbies antykwarycznych, a poza tym wazy stosunkowo łatwo było transportować i przechowywać. Ładna i całkiem wartościowa jest również kolekcja figurek terakotowych, absolutnie prześliczne natomiast - i po prawdzie dość rzadkie - maleńkie figurynki srebrne. Zdjęcia będę umieszczać co jakiś czas na antiquitates. Nawiasem mówiąc system podpisów w tym muzeum pochodzi chyba sprzed potopu i jest okropny: bardzo trudno jest ustalić, co jest czym, a na dodatek tabliczki zasłaniają częściowo eksponaty. O innych elementach w tym muzeum sprawiających, że ma się wrażenie podróży w czasie w lata PRL, litościwie nie wspomnę.

Wspomnieć natomiast wypada, że jest jeszcze kilka drobiazgów egipskich, w tym tytułowy ichneumon. Choć właściwie akurat icheumona nie ma. Historia z ichneumonem jest bowiem następująca: pewien napoleoński żołnierz mieszkający na Kresach przywiózł był z wojennej wyprawy - w ramach rodzącej się właśnie egiptomanii - mumię ichneumona. Przywiózł ją znaczy się do majątku rodzinnego na wzmiankowanych Kresach, z których następnie jego rodzina ewakuowała sie w okolicach I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej bodajże. Kiedykolwiek to było, ważne jest to, że potomkowie owego wojaka zamiast ratować rodowe srebra i porcelanę postanowili ocalić najcenniejszą pamiątkę rodzinną - ichneumona. I z icheumonem do Krakowa przybyli, a następnie ichneumona narodowi podarowali i ichneumon przez lata stanowił chlubę kolekcji egipskiej. Stanowił ją mianowicie do czasu, kiedy we wszystko wmieszała się nowoczesna nauka, która przy pomocy tomografu komputerowego ichneumona prześwietliła. I niczym prześwietlający życiorysy archiwista z IPN ichneumona skompromitowała, albowiem ichneumon okazał się nie ichneumonem być, ale kawałkiem ludzkiego podudzia... Wedle opisu jest to nowożytne fałszerstwo, ale nie znalazłam żadnych informacji co do datowania, bo przecież co najmniej od historii o Prometeuszu wiemy, że starożytnym też zdarzało sie oszukiwać bogów, więc może to jakiś starożytny Egipcjanin zamiast ichneumona pochował mumię nogi?

Żeby było zabawniej, na wystawie Canovy było również popiersie Napoleona, który niewątpliwie jest odpowiedzialny za ichneumona. Dlatego usiłując wymyślić tytuł dla tego wpisu uznałam, że musi się w nim znaleźć to miłe zwierzątko. Którego nie ma. Podobnie jak łasiczki na obrazie, który mimo to dla mnie potocznie zawsze zostanie "Damą z łasiczką".

Canova, Eros i Psyche

PS. To właśnie jest ta rzeźba, której niestety nie ma na krakowskiej wystawie Canovy.

czwartek, 06 marca 2008
Gustaw Wielki

Dziś z rana powitała mnie wiadomość, że nie żyje Gustaw Holoubek. Mimo natłoku pracy przekładowo-korektorskiej chciałabym tu zapisać moje wielce młodzieńcze wspomnienie - był taki czas, że jeździłam dużo do rodziny w Warszawie i namiętnie chodziłam wtedy, siksa nastoletnia, do teatru. Różne były to doświadczenia, ale kilka z nich niezapomniane. Dwa najsilniej zapamiętane przeżycia związane są z aktorami już nieżyjącymi - Aleksandrą Śląską w "Matce" Witkacego w Ateneum i właśnie Gustawem Holoubkiem w "Romulusie Wielkim" Durrenmatta w Polskim. Na tym ostatnim przedstawieniu byłam dwa razy, ponieważ już wcześniej zakochałam się w sztuce, oglądając ją w telewizji - nie pamiętam jednak w jakiej obsadzie. W pamięci mam bowiem właśnie Holoubka, który już wówczas wydawał mi się starszym panem, jak z niebywałym humorem i ironią gra zmęczonego władzą cesarza, który marzy jedynie o tym, by uprawiać swój ogródek i karmić kury (nazwane imionami wielkich poprzedników; o zgrozo: mój ulubiony Hadrian jako kura!).

Kusi mnie, oczywiście, żeby przy okazji Durrenmatta porozprawiać sobie o upadku zachodniego cesarstwa i tego konsekwencjach albo opowiedzieć anegdotę o świętych wieszczych kurach w Rzymie, ale nie miejsce i nie czas na to. Zamiast tego zajrzałam na filmweb.pl i uświadomiłam sobie, jak dramatycznie polskie kino nie doceniło Holoubka. Jest kilka wielkich ról, zwłaszcza w latach '60, ale za mało... Tadeusz Konwicki miał przebłysk geniuszu, żeby powierzyć mu Wielką Improwizację w "Lawie" - dzięki temu mogłam posłuchać jego głosu we fragmencie tekstu, dzięki któremu aktor stał się cząstką historii. No i zagrał - błyskotliwie - w moim ulubionym polskim filmie wszechczasów (nie wiedzieć czemu uparcie niewydawanym w Polsce na dvd; w USA jest, tylko nie ten region) czyli "Rękopisie znalezionym w Saragossie". W genialnej obsadzie tego filmu Holoubek dostał rolę intelektualisty - zgodnie z opinią krytyki o swoim aktorstwie. I może tego właśnie bali się polscy reżyserzy, preferujący raczej aktorów emocjonalnych?

 Stela aktora z czasów rzymskich, Muzeum Archeologiczne w Thessalonice

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright